Kwiecień 2007 - archiwum

Popraw sobie mózg

Dobra wiadomość dla części niewidomych: amerykańskim uczonym udało się wprowadzić do kory wzrokowej mózgu małpy implant, który umożliwia odbieranie bodźców wzrokowych. Równoczesne badacze doskonalą urządzenia, dzięki którym sparaliżowani mogą „siłą woli” pisać po ekranie, i przygotowują się do testowania implantów, które spełniałyby zadanie mechanicznych magazynów pamięci (neurony, które w ludzkim mózgu odpowiadają za tworzenie się śladów pamięciowych, po latach degenerują się lub giną, co sprawia, że ludzka pamięć nie jest dziś niezawodna). Wszystko to daje nadzieję, że już wkrótce dzięki kolejnym „protezom”, poupychanym między naszymi szarymi komórkami, będziemy lepiej widzieć, słyszeć, myśleć i pamiętać – a może nawet dłużej żyć.

O eksperymencie z korą wzrokową przeczytać można w ostatnim „Proceedings of the National Academy of Sciences”. Badacze z Harvardu, John Pezaris i Clay Reid zainstalowali małpom elektrody w bocznej części jądra kolankowatego wzgórza, czyli w miejscu przełączenia między włóknami nerwowymi, którymi płyną impulsy z siatkówki oka do obszarów odpowiedzialnych za percepcję obrazów. Stymulując elektrycznie odpowiednie punkty wzgórza, naukowcy chcieli sprawdzić, czy w mózgach zwierząt nastąpią wyładowania identyczne z tymi, które mają miejsce przy rzeczywistym widzeniu i czy zwierzę dostrzeże jakikolwiek efekt. Opis eksperymentu za „Dziennikiem”:

Makaki posadzono w ciemnym pokoju przed monitorem. Małpy miały reagować szybkim ruchem gałek ocznych na punkt świetlny pojawiający się w różnych miejscach. Kiedy przeszły wstępny trening, naukowcy umieścili w ich mózgach elektrodę. Mniej więcej jeden na dziesięć pojawiających się punktów był wygenerowany sztucznie za pomocą impulsu elektrycznego i pobudzenia ciała kolankowatego bocznego. Każdego dnia trwania eksperymentu elektroda była przekładana w nieco inne miejsce, co zmieniało położenie w polu widzenia punktu świetlnego wywoływanego przez impuls elektryczny. Łącznie przeprowadzono 56 takich prób, z których każda zakończyła się powodzeniem, tzn. zwierzęta odbierały stosowny punkt świetlny niezależnie od tego, czy był on prawdziwy, czy też sztucznie indukowany przez elektrodę. [...]
„Poprawność odpowiedzi w każdym z eksperymentów przerosła nasze oczekiwania. Makaki podążały za <sztucznym> światłem z taką samą dokładnością, jak na widok prawdziwego punktu na ekranie. One naprawdę <widziały> nieistniejący punkt” – komentuje wyniki swych badań prof. John Pezaris.

Teraz badacze myślą o skonstruowaniu urządzenia, które w ten sam sposób stymulowałoby mózg niewidomego, przywracając mu przynajmniej częściową zdolność widzenia. Oczywiście będzie to możliwe tylko w przypadku niewidomych, w których mózgach rozwinęły się obszary odpowiedzialne za widzenie – czyli takich, którzy stracili wzrok na skutek choroby oczu lub uszkodzenia nerwów na drodze między oczami a wzgórzem. Urządzenie byłoby też dość skomplikowane: składałoby się z około 10 – 20 elektrod, które znajdowałyby się w mózgu pacjenta, oraz okularów z kamerą, która rejestrowałaby i przesyłała dalej sygnał wizualny.

Jeszcze większe nadzieje budzą eksperymenty, w których dzięki implantom w mózgu udaje się poprawić funkcjonowanie osób dotkniętych paraliżem. Już w 2000 neurolog z Duke University w Durham, Miguel Nicolelis, umieścił w mózgu małpy elektrody, dzięki którym mogła ona nie wykonując żadnych ruchów sterować pracą robota. Niedługo potem zespół z Uniwersytetu w Tybindze pod kierunkiem Nielsa Birbaumera skonstruował urządzenie, dzięki któremu sparaliżowani mogą samymi falami mózgowymi sterować ruchami kursora po ekranie, i co za tym idzie, komunikować się np. za pomocą pisma. Na zachodzie testuje się dziś zestawy pozwalające (na razie tylko sparaliżowanym) sterować urządzeniami domowymi za pomocą myśli. W nieco inną stronę poszedł Theodore W. Berger ze swoim zespołem z Uniwersytetu Południowej Karoliny. Udało im się wszczepić do mózgu szczura układ scalony, który zastąpił usunięty fragment hipokampa (element układu limbicznego odpowiedzialny za reakcje emocjonalne i selekcję bodźców do zapamiętania). Implant radził sobie niemal tak dobrze, jak będąca w tym samym miejscu tkanka: szczur zachowywał się zupełnie normalnie, nie zmieniły się ani jego reakcje, ani przyzwyczajenia.

Badacze sądzą, że podobne implanty pewnego dnia znajdą się również w mózgach ludzkich: na początek zapewne przede wszystkim tych, które z powodu chorób lub uszkodzeń szlaków pamięciowych, mają problemy z tworzeniem wspomnień. Kto wie jednak, czy za pięćdziesiąt lat, zamiast wkuwać ślęcząc przy książkach lub monitorach, uczniowie i studenci nie będą po prostu wszczepiali sobie odpowiednich implantów, które będą służyły jako bazy wiadomości na dany temat, albo nadajników, które umożliwią szybkie połączenie mózgu z pełną informacji witryną internetową lub wirtualną biblioteką. Pytanie oczywiście, czy w ogóle będą wtedy istniały szkoły i uniwersytety, czy może zostaną wyparte przez sieci bezpośredniej domózgowej dystrybucji wiedzy i umiejętności…

Ponowoczesny politruk

Po niemal roku kręcenia profesor Zygmunt Bauman (już wcześniej znany z działalności w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego) potwierdził w wywiadzie dla „Guardiana” zarzucany mu przez IPN fakt współpracy z Informacją Wojskową (streszczenie wywiadu po polsku). Dla niezorientowanych w historii najnowszej: utworzony w 1945 Korpus był (i nie jest to tylko zdanie „Gazety Wyborczej”) zbrojnym ramieniem NKWD w Polsce, zajmującym się przede wszystkim wyłapywaniem i mordowaniem akowców. Z kolei Informację Wojskową stworzono w 1944 roku jako polityczne narzędzie kontroli żołnierzy i oficerów (przede wszystkim Armii Ludowej, ale również KBW). Jej funkcjonariusze, wraz z braćmi z cywila, czyli z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, robili, co mogli, by Polacy jak najszybciej zaczęli wspominać z nostalgią SS i gestapo. Gdyby Stalin pożył trochę dłużej, pewnie by im się udało.

Sprawa aktywności Baumana w stalinowskich organach represji nie jest żadnym novum, sam pisałem o niej w sierpniu zeszłego roku przy okazji analizy pewnego wywiadu, jakiego „wielki” filozof udzielił Wyborczej. Ujawnienie nieznanych wcześniej fragmentów biografii było zresztą głównym powodem, dla którego Uniwersytet Warszawski w grudniu 2006 odmówił twórcy pojęcia globalizacji odnowienia doktoratu. Rzecz bez precedensu, zważywszy na rangę uczonego, niemniej w głównych mediach przeszła bez echa.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od pracy, którą na temat działalności Baumana w tworzących się strukturach komunistycznego aparatu represji opublikował w czerwcu 2006 w Biuletynie IPN-u Piotr Gontarczyk (ze stron IPN-u można ściągnąć cały numer; artykuł o Baumanie na str. 76). Zachowane w archiwach dokumenty okazują się jednoznaczne: słynny filozof był jedną z głównych szyszek pionu polityczno-propagandowego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nietrudno zgadnąć, czym się zajmował – jak wyjaśnia historyk: tu, w pionie politycznym, KBW za pomocą totalitarnej indoktrynacji miał zmieniać żołnierzy-poborowych w sprawne narzędzie zbrodniczego systemu.

Zestawiona przez Gontarczyka lista funkcji sprawowanych przez Baumana w KBW jest na tyle interesująca, że nie mogę się powstrzymać przed ich wymienieniem. Przy okazji trzeba przyznać, że karierę robił szybko:

1. Zastępca Dowódcy 5 Samodzielnego Baonu ochrony do spraw polityczno-wychowawczych KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 1. 6 VI 45 r.
2. Starszy instruktor polityczno-wychowawczy Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego Bydgoszcz KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 58. miesiąc XII 45 r.
3. Starszy wykładowca polityczno-wychowawczy Samodzielnego Pułku Szkolnego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 117. 6 VII 46.
4. Rezerwa oficerska Oddziału Personalnego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 81. 17 VI 47.
5. Starszy instruktor wyszkolenia polityczno-wychowawczego Wydziału Wyszkolenia Politycznego Zarządu Polityczno-Wychowawczego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 111. 7 VII 48.
6. Szef Wydziału I Oddziału Wyszkolenia Politycznej Propagandy Zarządu Polityczno-Wychowawczego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 17. 10 II 48.
7. Szef I-go Wydziału jednocześnie Zastępca Szefa II Oddziału Zarządu Polityczno-Wychowawczego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 129. 20 XII 48.
8. Szef Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego. [Nr oraz data rozkazu:] 82. 10 VII 49.

Dla sceptyków (bo Gontarczyk prawicowiec i w „Ozonie” publikował był) milusie zdjątko:

oraz co bardziej smakowite fragmenty wniosku do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego o zatwierdzenie Baumana na stanowisku Szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego KBW:

W Związku Radzieckim kończy 10-latkę jako wyróżniający się uczeń, przyjęty do Komsomołu [...]. W roku 1944 zmobilizowany [...] do Milicji Obywatelskiej [...] Moskwy, gdzie pracuje jako inspektor. W 1944 r. wstępuje do 4 DP, z którą przechodzi szlak bojowy. [...] Zostaje oficerem politycznym. W okresie powojennym cały czas służy w politycznym aparacie szkoleniowym KBW. Jako Szef Wydziału Pol[ityczno]-Wych[owawczego] operacji bierze udział w walce z bandami [czytaj: niedobitkami AK]. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony „Krzyżem Walecznych”.
Od 1947 r. pracuje na kolejnych szczeblach aparatu propagandy Zarządu Politycznego KBW. W ciągu tego czasu ukończył bez przerwy Akademię Nauk Politycznych jako jeden z przodujących absolwentów i obecnie studiuje jako wolny słuchacz na Szkole Partyjnej przy KC. Do PPR przyjęty w styczniu 1946 r.17, PZPR od dnia zjednoczenia.
Wyróżnia się nieprzeciętnymi zdolnościami zarówno w przyswajaniu sobie wiedzy, jak i w umiejętnościach propagandowych i agitacyjnych
[przydało się potem w karierze naukowej, oj, przydało]. W zagadnieniach politycznych zajmuje bardzo prawidłowe stanowisko. Bardzo wnikliwy i spostrzegawczy w analizie politycznej, szczególnie czujny na błędy ideologiczne. [...]
Wbrew woli ojca i z własnej inicjatywy wystąpił o przekazanie Partii sumy powstałej z praw rodziców do spadku rodzinnego w postaci części domu. [...] Potępia sjonistyczne poglądy ojca i odwiódł go od zamiaru emigracji. (Matka jest członkiem PZPR, aktywistką, pracuje w WSS ["Społem"] jako inspektor. Również w ZSRR byłą aktywistką). [...]
Na stanowisko Szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego nadaje się w zupełności.

Jeszcze przed wejściem do ścisłego kierownictwa zaliczył nasz bohater inną, nie mniej ciekawą przygodę. Ponieważ kraj był zrujnowany i nawet w KBW na niższych stanowiskach nie płacono za wiele (a z czegoś trzeba było żyć, gdy się kapitalistyczny dorobek rodziny przekazało socjalistycznej ojczyźnie), dość prędko musiał poczuć potrzebę dorobienia sobie na boku i zacząć się rozglądać za drugą fuchą. Jego wybór padł na Informację Wojskową. Współpracę (pod pseudonimem „Semjon”) podjął w 1945 – co ciekawe, przed tym rokiem sowieckie gestapo ze względów bezpieczeństwa w ogóle nie rekrutowało Polaków, miał więc przyszły as europejskiej socjologii szansę i na tym polu być pionierem. Donosił najprawdopodobniej przede wszystkim na innych oficerów i żołnierzy KBW, jego zdaniem niewystarczająco lewomyślnych. Pytany przez „Guardiana”, czy te donosy mogły mieć dla kogoś negatywne konsekwencje, wzdycha dziś: Cokolwiek by się robiło, to zawsze ma swoje konsekwencje.

Po awansach (i idących za nimi podwyżkach) z 1948 Bauman doszedł najwyraźniej do wniosku, że gra na dwa fronty nie jest już warta świeczki i postanowił zakończyć współpracę z Informacją Wojskową. 6 sierpnia funkcjonariusze kontrwywiadu w obecności samego zainteresowanego niszczą sporządzone przez niego w 1945 zobowiązanie do współpracy. Reszta materiałów wędruje do archiwum, gdzie przetrwają czasy PRL-u i III RP.

15 marca 1953, 10 dni po śmierci Józefa Stalina, Zygmunt Bauman żegna się z aparatem represji (u Łukasza Medekszy znalazłem informację, iż wyrzucenie zawdzięczał ojcu, który, nie bacząc na perspektywy syna, próbował wyemigrować z komunistycznego raju do Izraela). Trafia na Uniwersytet, gdzie staje przed nim otworem zupełnie inna kariera…

Sielsko i cieplutko

Przede mną weekend wypełniony pracą ze studentami (zajęcia od 9:00 do 21:00, szczęściem z przerwami), a potem kilka dni poza Warszawą, dziś więc przyszło mi już nagrać parę rzeczy na następny tydzień. Najprzyjemniej było z „Lustrem” dla TOK FM. W słoneczne popołudnie na ławeczce na Polach Mokotowskich opowiadałem Julii Zabojszcz o przyjaźni, miłości, atrakcyjności i seksie – tak jak te zjawiska widzą socjobiolodzy. Program wyszedł długi, więc zostanie najprawdopodobniej podzielony na dwie części. Emisję zaplanowano wstępnie na sobotę (cz.1) i wtorek (cz.2), między 21:00 a 22:00.

TOK FM nadaje zarówno drogą naziemną, jak i online. Zainteresowanych zapraszam do słuchania i dzielenia się wrażeniami.

Równi i równiejszy

Szykujący się do ostatecznej rozgrywki (i podobni do siebie jak Lech i Jarosław) kandydaci na nowego Chiraca: Ségolène Royal i Nicolas Sarkozy po raz kolejny postanowili wypłynąć na wody międzynarodowe i jednym głosem skrytykowali Polskę za męczenie Bronisława Geremka. No i wyszedł cyrk.

Kandydatka socjalistów na oko poleciała bardziej: wezwała polski rząd, by zastosował się do demokratycznych wartości Unii Europejskiej. Nie jestem co prawda w stanie pojąć, dlaczego „demokratyczne wartości UE” miałyby się sprowadzać do tego, że jedni są równi, a drudzy równiejsi, więc mogą nie przestrzegać prawa, które uchwala ich demokratycznie wybrany parlament, ale nic to. Wielki intelektualista, który zawsze [nawet wtedy, gdy w 1950, w okresie największego nasilenia stalinowskich represji, wstępował do PZPR?] walczył o wolność, przypomina nam, że wartości demokratyczne Unii Europejskiej nie podlegają negocjacjom – oto słowa Royal. Tak tak, tej samej Royal, która chwaliła Chiny za efektywność wymiaru sprawiedliwości (efektywność ta wyraża się rocznie m.in. w 10 tysiącach egzekucji, głównie ludzi, którzy podpadli rządzącym komunistom).

Czy godzi się, by „wielki intelektualista” był przez państwo traktowany jak zwykły obywatel? By – sprawując urząd polityczny – musiał przestrzegać prawa i wypełniać jakieś zeznania na temat własnej przeszłości? Dowcipnie skomentował ten dylemat lewicy w kontekście Rewolucji Francuskiej Filip Memches – nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem obszernego fragmentu:

Polska prawica (…) hołduje (…) demokratycznym mrzonkom w ramach których wszyscy obywatele są równi wobec prawa. W tej sytuacji na czele kontrrewolucyjnego, rojalistycznego zwrotu musiał stanąć wybitny znawca problematyki francuskiej, Bronisław Geremek. Swoim gestem sprzeciwu wobec spełnienia przez niego wymogów ustawy lustracyjnej, europoseł z Polski przypomniał o trwałości wszelkich hierarchii społecznych. „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” – to znane przysłowie stanowi wyśmienitą odpowiedź na roszczenia wszelkiej maści demokratów, populistów, nacjonalistów i innych wyznawców hasła „Wolność, Równość, Braterstwo”.
Tak więc zamiast dawnego duchowieństwa mamy autorytety moralne (Geremek, Michnik). Z kolei na miejscu szlachty sytuują się rekiny rodzimego biznesu (Kulczyk, Gudzowaty) i związani z nimi politycy (Kwaśniewski, Oleksy). Wreszcie na dole pozostaje zwykłe pospólstwo, lud, stan trzeci, chamy domagające się prawa i sprawiedliwości, a którymi kieruje rewolucyjny resentyment. Znawca francuskiej myśli politycznej, prawdziwy arystokrata ducha – co w pełni uzasadnia jego wyniosłe maniery – Bronisław Geremek z pewnością czytał klasyków tradycjonalizmu – Josepha de Maistre’a, François-René de Chateaubrianda, Louisa de Bonalda – i wie, czym kończy się uległość wobec postulatów zrewoltowanej tłuszczy. Dlatego należy się tylko cieszyć, że w kontrrewolucyjnym zapale europosła z Polski wspierają w Parlamencie Europejskim oprócz chadeków środowiska lewicowe (…). Stwierdzając, że wobec prawa są wśród obywateli równi i równiejsi, definitywnie odcinają się od dziedzictwa Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Tyle francuska lewica. Sarkozy przystąpił do rzeczy w sposób bardziej wyrafinowany. W czwartek co prawda również gardłował za Geremkiem, ale znacznie łagodniej. Przebił jednak Royal reprezentujący partię Sarkozy’ego minister spraw Philippe Douste-Blazy, który dziś oznajmił, iż Francja zgłosi propozycję, żeby Rada Unii Europejskiej oficjalnie poprosiła rząd polski o pozostawienie Bronisławowi Geremkowi mandatu eurodeputowanego. Jak na to nie patrzeć, wychodzi, ile szef francuskiego MSZ rzeczywiście wie o jednym z większych państw UE. Wychodzi na to, że w Polsce, kraju zamordyzmu nieznającym elementarnych procedur demokratycznych, wszystko zależy tylko i wyłącznie od widzimisię Jarosława Kaczyńskiego. Tenże Jarosław – odpowiednio przebłagany – każde prawo jest natychmiast w stanie zawiesić, zmodyfikować lub ogłosić, że nie obejmuje ono Geremka. Gdyby panu Douste-Blazy ktoś powiedział, że europoseł świadomie i umyślnie pozbawił się urzędu nie wypełniając warunków ustawy (bzdurnej, bo bzdurnej, ale uchwalonej przez demokratycznie wyłoniony parlament, więc w myśl zasad państwa prawa obowiązującej, dopóki nie zmieni jej ten sam Sejm, lub nie uchyli Trybunał Konstytucyjny), i że aktualnemu premierowi nic do tego, pewnie srodze by się zdziwił.

Czytając, co wygaduje szef francuskiej dyplomacji, trudno nie zmienić zdania o Annie Fotydze. Wiele można zarzucić naszej minister spraw zagranicznych, ale nie że o jakimkolwiek kraju, a zwłaszcza o Francji, byłaby w stanie pleść podobne bzdury.

Zamiast karmić robaki…

Na gazeta.pl świetny wywiad – bodaj najlepszy, jaki widziałem tam ostatnio. Profesor Jerzy Gielecki – kierownik Zakładu Anatomii Prawidłowej Śląskiej Akademii Medycznej tłumaczy, dlaczego powinniśmy zapisywać to, co z nas zostanie po śmierci, na cele naukowe:

Studenci nie nauczą się anatomii inaczej niż na zwłokach. Najcudowniejszy atlas czy film wideo nie zastąpią dotknięcia nerwu. Student musi zobaczyć, jak daleko jest on od kości, wziąć serce do ręki. Atlas nie pokaże mu zastawek czy ujścia tętnic wieńcowych. (…) W latach 80. większość amerykańskich uczelni pozamykała prosektoria, a zwłoki zastąpiła plastikowymi modelami. Potem zrobiono badania na grupie 10 tys. lekarzy, z których połowa uczyła się na zwłokach, a druga – na fantomach. W tej drugiej grupie było więcej procesów o błędy w sztuce lekarskiej. (…)
Zwłoki są też potrzebne lekarzom, którzy przygotowują się do zabiegu o dużym stopniu ryzyka i muszą przećwiczyć pewne dostępy do struktur, np. przy guzach mózgu. Bo jeśli skalpel zastępuje wysokoobrotowa wiertarka, to łatwo wyrwać nerw albo uszkodzić naczynie, jeśli się nie wie, że ono tam jest. (…) Czy człowiek z guzem mózgu poddałby się operacji, wiedząc, że lekarz ćwiczył na fantomie?

Sęk w tym, że Polacy za życia niezwykle rzadko decydują się na donację, ba, zdarzają się sytuacje donacji „unieważnionych” przez rodziny, przysięgające, że na łożu śmierci pacjent zmienił zdanie. Równocześnie nie ma w Polsce prawa, które umożliwiłoby wojewodom i prezydentom miast przekazywanie uczelniom zwłok bezimiennych czy tych chowanych na koszt miasta. Powód dość prosty: żaden minister po 1989 nie zdecydował się wydać stosownego rozporządzenia:

Urzędnicy mówią, że robiliby to [wydawaliby zwłoki - TŁ] bez żadnych oporów, ale na razie prawo im tego zabrania. [wyobrażacie sobie oburzenie społeczne i nagonkę medialną, gdyby coś takiego potem wyszło na jaw?] Od 12 lat czekamy na ten dokument, na próżno. Polskie uczelnie nie mają zwłok, na których mogliby się uczyć studenci. To ogromny problem.

Sytuacja jest opłakana nawet w największych ośrodkach akademickich. Sam pamiętam, jakie zachody robił jeden z moich znajomych, gdy w ramach studiów w Akademii Medycznej (warszawskiej!) musiał sobie we własnym zakresie załatwić ludzką czaszkę. Skończyło się jakimiś szemranymi kontaktami z grabarzem, szmuglowaniem wykopanej przez niego części ciała do stolicy i tutaj samodzielnym preparowaniem. Czaszka potem, jak każde dobro deficytowe, stała się prawdziwym skarbem, przekazywanym sobie za sowitą opłatą przez studentów z rocznika na rocznik. A znajomy dziś leczy ludzi, nieświadomych, jak wiele ryzykował dla zdobycia wiedzy i umiejętności.

Krótki więc apel na koniec: zapisujmy lekarzom swe zwłoki i namawiajmy do tego innych. Nie tylko zwiększamy w ten sposób prawdopodobieństwo, że ci, którzy nas leczą i operują, będą to robić lepiej. Zyskujemy też pewność, że – po pochówku w uczelnianym Parku Pamięci – nikt nam nie będzie zakłócał wiecznego spoczynku w poszukiwaniu deficytowych na rynku towarów.

Kościół a lustracja

Następny rozdział w dziejach ustawy lustracyjnej: jedynego na świecie dokumentu, który uznaje za osoby publiczne i funkcjonariuszy państwowych ludzi, którzy 10 lat temu wydawali gazetki z krzyżówkami, wyłączając jednocześnie z tej kategorii policjantów i duchownych.

Tak, tak, policja właśnie wywalczyła sobie, że będzie lustrowana tajnie i specjalnie. Przebili ją jednak księża, którzy lustrowani, bez względu na zajmowane stanowisko w hierarchii kościelnej, nie będą w ogóle. Uchwalić takie kuriozum nie było trudno – nie od dziś prowatykańskie lobby mamy w Sejmie wielokrotnie silniejsze od prolustracyjnego. Tak czy owak, w przeciwieństwie do starszego asystenta z prywatnej szkółki w Zielonej Górze pan Prymas Polski okazuje się nie być osobą publiczną. Logika chyba ponad moje zdolności pojmowania.

Ale to jeszcze nic. Jak dowiedzieliśmy się wczoraj, rząd i IPN właśnie zwolniły z obowiązku lustracji wszystkich naukowców, którzy pracują w niepublicznych uczelniach kościelnych (zgadnijcie, ilu z nich nosi sutanny). Uczelnie czysto kościelne są wewnętrzną sprawą Kościoła – podsumował sprawę mocno gardłujący wcześniej za takim rozwiązaniem biskup Tadeusz Pieronek (wcale się nie dziwię, że gardłował – obowiązek lustracyjny to dla niego prawdopodobnie sprawa życia i śmierci w sferze publicznej). Co ciekawe, te same uczelnie nie czują się bynajmniej „wewnętrzną sprawą Kościoła”, gdy wyciągają łapy po grube miliony z budżetu państwa i, w przeciwieństwie do zwykłych uczelni prywatnych, dostają tę kasę od Sejmu. Przypomnijmy: dzięki zeszłorocznym poprawkom Platformy Obywatelskiej do ustawy budżetowej, popartym przez wszystkie kluby oprócz SLD, państwo polskie finansuje z kieszeni podatnika m.in. Papieskie Wydziały Teologiczne w Warszawie i we Wrocławiu oraz Wyższą Szkołę Filozoficzno-Pedagogiczną „Ignatianum” w Krakowie. Wrocławscy i warszawscy teologowie dostają rocznie po 6 milionów ekstra, a filozofowie z Ignatianum – aż 10 milionów z tego, co rząd, Sejm i urzędnicy zabiorą ludziom na tyle głupim, by płacić podatki nad Wisłą.

Jak by nie patrzeć, duchowni starają się dziś, jak mogą, by uzasadnić tezy tych, co w Kościele katolickim widzą przede wszystkim pazerną na pieniądze mafię, której bonzowie posuną się do kłamstw, insynuacji i cenzury niepokornych (vide kłopoty Isakiewicza-Zaleskiego), byle tylko ukryć dowody na to, że kariery porobili, jak Wielgus, dzięki współpracy z policją polityczną totalitarnego państwa. Popiełuszko i inni duchowni mordowani w latach 80-tych przez SB pewnie przewracają się dziś w grobach widząc, jak Pieronek i Dziwisz niszczą ich legendę i zmazują zasługi, robiąc wszystko, żeby przeciętny Polak zaczął wierzyć, że Kościół i bezpieka to było jedno. Strach myśleć, jak bardzo zgangrenowane musi być środowisko, które woli zniszczyć od środka kierowaną przez siebie instytucję, niż dopuścić, by prawda wydostała się na światło dzienne.

Polskim katolikom gratuluję pasterzy.

Kodeks marzeń – realizacja

Rząd przyjął projekt zmian w Kodeksie karnym, dzięki którym polskie prawo przestanie w końcu być tak bardzo criminal-friendly. Zwiększy się poziom bezpieczeństwa w miejscach publicznych – karane będzie nawet noszenie przy sobie noża, o ile materiał dowodowy wskaże na zamiar jego użycia. Skończy się ciąganie po sądach tych, którzy, napadnięci we własnych domach, zamiast pokornie dać się skroić lub pokroić, stawili opór raniąc bądź zabijając przestępcę. Rzezimieszków będzie teraz można karać wsadzając za kratki już po ukończeniu 15 roku życia (nadal absurd z punktu widzenia ofiary morderstwa, która przecież nie cierpiała mniej dlatego, że morderca miał dopiero 14 lat – niemniej w stosunku do tego, co mamy teraz, spory postęp). Posiedzą tam dłużej, dzięki czemu jeszcze bardziej zwiększy się poziom bezpieczeństwa. Do pełni szczęścia brakuje tylko kary śmierci.

Teraz pozostaje czekać, aż odezwą się ci, dla których każde zaostrzenie KK to łamanie praw człowieka (co ciekawe, człowiekiem jest dla takich ludzi przede wszystkim przestępca – łamania praw ofiar jakoś przeważnie nie widzą), powtarzając swe od dawna znane mantry o wysokości i nieuchronności kary. Ponieważ dyskutować lubię, lecz nie lubię się powtarzać, przypomnę, co na ten temat pisałem, gdy Ziobro zgłaszał projekt nowelizacji Kodeksu:

Choć jasne jest, że przestępcę w znacznie większym stopniu odstrasza nie wysokość, lecz nieuchronność sankcji (jeśli ktoś wie, że go nie złapią, zwisa mu, czy to, co robi, zagrożone jest sankcją 2 miesięcy, czy może 10 lat za kratkami), nie można redukować znaczenia kary do jej potencjalnego oddziaływania na psychikę. Sankcja karna, oprócz aspektu odstraszania, ma również inny wymiar: powinna w jak najszerszym stopniu eliminować przestępcę ze społeczeństwa. Eliminacji owej kara śmierci służy co prawda lepiej, niż wieloletnie nawet więzienie, niemniej – skoro z uwagi na umowy międzynarodowe nie ma aktualnie szans na wprowadzenie w Polsce egzekucji większych i mniejszych zwyrodnialców – rygorystyczne wsadzanie przestępców do więzień i trzymanie ich tam przez cały okres zasądzonej kary sprawdza się też nienajgorzej. PiS rządzi rok, a już w Polsce dość spadł poziom przestępczości (choć trend zresztą zaczął sie jeszcze przed dojściem partii Kaczyńskich do władzy) – wystarczyło, że prokuratorzy zaczęli żądać większych kar, a sędziowie te kary częściej orzekać, i znaczna część przestępców siedzi dziś, zamiast chodzić po ulicach, zaglądając do naszych mieszkań i aut. (…)
Mimo że znowelizowany Kodeks nadal będzie dyskryminował ofiarę i faworyzował kata (który za odcięcie komuś głowy wcale nie odpowie przed sądem własną głową), to jednak stanowi duży krok w stronę przywrócenia równowagi. Cieszy zwłaszcza fakt, że napadnięci na miejscu będą mogli eliminować napadających, przez co społeczeństwo uniknie przyszłych wydatków związanych z procesem i karaniem przestępcy, nie mówiąc już o potencjalnych ofiarach, jeśli delikwent wyjdzie.

Do haseł o piętnowaniu czy resocjalizacji, tak popularnych wśród obrońców złodziei i morderców, też już się swego czasu odnosiłem. Kto chce może sobie zatem zajrzeć pod wskazane linki i sobie doczytać (jeśli, oczywiście, do tej pory wspomnianych tekstów nie widział). Namiary przede wszystkim dla tych, co by się w komentarzach dziwić chcieli, iż trudno mi powstrzymać radość z faktu, że partia Kaczyńskich wypełnia w końcu jedną ze swych (jakże nielicznych) sensownych obietnic wyborczych.

Niestety, nie łudzę się co do możliwości dalszej naprawy państwa, czyli obiecywanej przez PiS walki z korupcją i zawłaszczaniem państwa przez polityków. Aresztowanie i osądzenie co bardziej na tym polu aktywnych koalicjantów na razie nie wchodzi w grę.

Miodek ściśle tajny

Dziwna sprawa z tymi donosami, które miał jakoby produkować profesor Jan Miodek, oj dziwna. Primo: nie wiadomo, czy były pisane dla MO czy SB; secundo: nie jest pewne, czy wciąż istnieją (w głównym zbiorze IPN-u nie ma po nich śladu); tertio: jeśli wciąż istnieją, to dlaczego leżą w zbiorze zastrzeżonym, do którego nie mają dostępu zwykli śmiertelnicy ani nawet historycy, jeno wierchuszka instytutu i elita służb specjalnych?

Kataryna spekuluje, że skierować do zbioru zastrzeżonego materiały dotyczące Miodka mógł za czasów szefowania IPN-owi na własną rękę Leon Kieres – bądź co bądź wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, czyli kolega kultowego polonisty. Gdyby była to prawda, postawić sobie trzeba pytanie, co i na kogo mógł jeszcze profesor Kieres utajnić w trakcie swej pięcioletniej kadencji (w 2002 otrzymał Medal Św. Jerzego od redakcji Tygodnika Powszechnego – pisma, które trudno uznać za matecznik zwolenników lustracji; korci mnie, by spytać: za co?) oraz co dokładnie było w papierach Miodka, że zasłużyły one na miejsce w dziale top secret. Sam fakt donoszenia funkcjonariuszom komunistycznej dyktatury to dziś dla prawdziwego wykształciucha (m.in. dzięki mrówczej pracy braci Kaczyńskich) niemalże powód do dumy. W oczach wielu przeciwników kaczyzmu, zwłaszcza tych niemogących (ze względu na młody wiek) lub niechcących (ze względu na wyznawaną ideologię) pamiętać, jak wyglądało życie przed 1989, mało co nobilituje bardziej niż udowodniony fakt współpracy z organizacją, która 20 lat temu próbowała pokazać, gdzie raki zimują, ludziom w rodzaju Kaczyńskich czy Macierewicza.

Coś mi się zatem zdaje, że – jeżeli dokumenty rzeczywiście istniały i jeżeli faktycznie je zachomikowano – to zrobiono to nie ze względu na dowody aktywności, z której każdy nieukrywający antylustracyjnych poglądów profesor powinien być dumny. Tu musiało chodzić o rzecz znacznie poważniejszą. Czyżby twórca „Ojczyzny polszczyzny” popełnił w którymś ze wspomnianych przez Brauna raportów jakiś błąd ortograficzny?

Fajerwerki i błyskotki

Jak chyba każdy w Polsce (poza grupką handlarzy z pewnego dużego stadionu), cieszę się z Euro2012. Patrzenie na kopiących piłkę gostków co prawda nigdy jakoś przesadnie mnie nie podniecało, niemniej jestem w stanie zrozumieć tych, których widoki takie przyprawiają o doznania z pogranicza orgazmu: de gustibus non est disputandum. Poza tym sam szczytuję na myśl o tym, że komunikacyjnie Warszawa ma dzięki imprezie szansę na Wielki Skok na miarę Chin Deng Xiaopinga. Jak wszystko dobrze pójdzie, w 4 lata powstanie druga linia metra (pierwsza powstaje od 80 lat i jak na razie końca nie widać), przynajmniej na odcinku Rondo ONZ – Stadion, co by sobie zagraniczni kibice mogli przez parę tygodni wygodnie z Centralnego na mecze dojeżdżać. Mieszkańcy Warszawy normalnie tłuką się na tym odcinku calutki rok w korkach i tramwajach, jasne jest jednak, że żaden polski rząd nie będzie się przejmował własnymi obywatelami tak dalece, jak zagranicznymi gośćmi – toż nie darmo naszą bohaterką narodową jest Aniela Dulska.

Cieszę się zatem (przy istniejącym metrze mieszkając i przy planowanym pracując) wściekle, choć nie ukrywam, że moja radość byłaby większa, gdybyśmy w tym samym roku mieli w Polsce i inne euro. To, którym wówczas będzie się płaciło nie tylko u naszych zachodnich, ale także u wschodnich i południowych sąsiadów (Litwa planuje akces do Eurolandu na 2010, Słowacja – na 2009). To, które bardziej namacalnie wiązałoby nas z resztą kontynentu niż impreza sportowa, na którą ludzie przyjadą, popatrzą – i zapomną. Toż przecież już w 2016 kolejne Euro, potem następne, i tak w kółko. A fajerwerki i błyskotki? Kto pamięta dziś o tym, czym się popisała przed światem Francja w 1960 czy Jugosławia w 1976?

Sposób na ludożerców

U Lisa tekst o przeszczepach. Punktem wyjścia osobliwa teza, którą wygłosił ostatnio niejaki Bogusław Wolniewicz. Pan ów, na co dzień zajmujący się promowaniem myśli pewnego nieszczęśliwego dwudziestowiecznego homoseksualisty nazwiskiem Wittgenstein (w I połowie poprzedniego stulecia nie znano słowa gay, więc homoseksualiści byli nieszczęśliwi z definicji – niemniej Ludwig Wittgenstein nawet na tym tle uchodził za wyjątkowego kwękacza) oraz brylowaniem w Telewizji TRWAM i Radiu Maryja (co zresztą dość gładko godzi z deklarowanym ateizmem), ogłosił właśnie światu, że przeszczepianie narządów to zwyczajne ludożerstwo.

Poglądy kolejnego politycznego freaka byłyby tylko taką sobie ciekawostką, gdyby nie dość smutny trend, którego skutki zaczynamy już odczuwać: gwałtownie rośnie w Polsce liczba osób, które nie zgadzają się na pobranie po śmierci ich narządów do transplantacji. W efekcie już teraz wydłużają się kolejki oczekujących na serce, nerkę czy nawet krew (Polska od lat cierpi na deficyt krwiodawców).

Choćbym nie wiem jak próbował, nie potrafię zrozumieć ludzi gadających, jak Wolniewicz, o bezczeszczeniu zwłok, a jednocześnie godzących się na to, by ich bliźni niepotrzebnie umierali. Nie potrafię zrozumieć takiego przywiązania do własnych kiszek, że człowiek woli, by zaraz po jego zgonie zgniły, byle tylko razem z jego mózgiem. Nie potrafię zrozumieć bezmyślnego egoizmu, nachalnego mówienia sobie: „Może i ja umrę, ale i ktoś jeszcze umrze dlatego, że mu nie dam swojego serca”. Mimo tego niezrozumienia, chyba wiem, jak dość łatwo można by się z problemem rozprawić.

Ludzie w większości są – w rozmaitym sensie – skąpi. Niechętnie oddają innym to, co uznają za swoje, chyba że potencjalny koszt nieoddania okaże się znacznie większy od kosztu podzielenia się z innym. Wystarczyłoby, by każdy, kto wpisuje się do Centralnego Rejestru Sprzeciwów, musiał deklarować z urzędu i automatycznie, że absolutnie i w żadnej sytuacji nie godzi się, by mu w razie wypadku lub choroby przeszczepiano jakiekolwiek narządy lub przetaczano krew od innych dawców. Sprzeciwu takiego nie można by wycofać po zapadnięciu na chorobę, nie mogłaby go również wycofać rodzina ofiary wypadku. Podpisujesz i wiesz, że w razie kłopotów zdrowotnych pozostają ci w najlepszym razie rozwiązania syntetyczne. Cała reszta korzysta z uroków altruizmu odwzajemnionego, ty – w razie wypadku lub choroby – giniesz, za to w jednym kawałku.

Prawda, że kusząca perspektywa? Co ciekawe, taki przepis, poprzez wprowadzenie symetrii, wyeliminowałby poczucie dysonansu, które czasami może dręczyć tych, co godzą się być dawcami. Sam oddałem w życiu trochę krwi i powiem szczerze, że na myśl o tym, iż choć kroplę jej mógł dostać Bogusław Wolniewicz, nóż mi się w kieszeni otwiera. Wymóg wzajemności eliminowałby takie i podobne nieprzyjemne emocje, przyczyniając się do zwiększenia liczby dawców.

Same pożytki – pomysł więc bez szans.