Jutro Parada Równości – doroczny marsz, który osoby homo-, bi- i transseksualne urządzają w ramach walki o prawa równe tym, którymi cieszą się rządzący w Polsce heteroseksualiści. Z tej okazji dziś (dla laików i nie tylko) post o bodaj najważniejszym z praw, o które walczą mniejszości seksualne: prawie do zalegalizowanie związku z ukochaną osobą. Czyli do zawarcia małżeństwa (choć niekoniecznie pod tradycyjną nazwą).
Małżeństwo na pierwszy rzut oka wydaje się ludziom bardziej kwestią psychologiczną lub symboliczną, niż prawno-ekonomiczną. Pozory nie do końca odpowiadają faktom: wystarczy, że tylko jedna osoba w związku pracuje, by para hetero, wiążąc się świętym węzłem małżeńskim, była sobie w stanie zredukować o połowę ilość płaconych podatków – zabieg, o którym nie może w Polsce marzyć żadna para homo. A przywileje małżeństw nie kończą się na podatkach… Są jeszcze tak „mało istotne” rzeczy, jak ustawowe dziedziczenie wypracowanych razem dóbr, wspólność majątkowa, prawo do opieki nad chorym towarzyszem życia lub wspólnie wychowywanym dzieckiem jednego z partnerów, renta po tragicznie zmarłym partnerze i inne „drobiazgi”, bez których załatwienia życie partnerów, zwłaszcza gorzej usytuowanych, może zmienić się w gehennę. Oczywiście, część tych rzeczy naprawdę kochająca się para tej samej płci może sobie załatwić podpisując pewną liczbę umów cywilnoprawnych i latając z nimi po urzędach pocztowych, bankach i notariuszach (jeśli tylko ma na to pieniądze). Tyle że wszystko to wymaga poświęcenia czasu i środków – tymczasem heteroseksualiści wszelkie przewidziane w kodeksach prawa dotyczące partnerów dostają hurtowo i jednorazowo, mówiąc sobie tak przed księdzem lub urzędnikiem. Co znamienne, ułatwienie życia 4 procentom populacji w żaden, najmniejszy nawet sposób, nie wpłynie – bo wpłynąć nie może – na sytuację zwykłej, heteroseksualnej rodziny. Kobiety i mężczyźni w parach heteroseksualnych wzajemną atrakcyjność, chęć legalizacji związku czy pragnienie posiadania dzieci odczuwają niezależnie od tego, czy urzędy państw, w których mieszkają, pozwalają parom homo brać śluby, czy nie. Ludzie tak samo zakochują się w sobie w Chinach, Indonezji, Estonii, Kamerunie, jak w Holandii czy Hiszpanii – są wszak ludźmi. Za instynkty i zachowania takie jak miłość odpowiadają neuroprzekaźniki występujące w mózgu każdego człowieka niezależnie od kultury.
Nie ma też jak dotąd dowodów na twierdzenie, że pozwolenie gejom i lesbijkom na rejestrowanie związków, a nawet na zawieranie małżeństw, wywiera jakikolwiek wpływ na małżeństwa żyjących wokół heteroseksualistów, ich trwałość czy pożycie. W żadnym z państw, w których zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe, ani nie skoczyła w konsekwencji tego posunięcia krzywa rozwodów, ani nie zmalał przyrost naturalny.. Ba, jeśli przyjrzeć się bliżej, wychodzi, że w bardziej konserwatywnych Stanach Zjednoczonych (na 50 stanów same sex marriages legalne są tylko w jednym; większość stanów nie dopuszcza nawet związków partnerskich) rozwodzi się znacznie wyższy procent wstępujących w związki małżeńskie, niż w liberalnej, uznającej małżeństwa jednopłciowe Kanadzie. Zachodnioeuropejskie kraje akceptujące związki partnerskie, np. Wielka Brytania czy Francja, notują znacznie wyższy przyrost naturalny niż walczące z takimi rozwiązaniami Rosja czy Łotwa. Hiszpania i Polska jeszcze niedawno miały porównywalną liczbę mieszkańców – dziś w zlaicyzowanym, odchodzącym od katolicyzmu Królestwie Juana Carlosa mieszka ok. 8 milionów ludzi więcej, niż w forsującej wartości chrześcijańskie Rzeczypospolitej Giertycha i Kaczyńskich.
Najważniejszym argumentem tych, którzy odmawiają parom męsko-męskim i damsko-damskim prawa do zawarcia związku, jest powtarzane w kółko zaklęcie: Małżeństwo jest i zawsze było związkiem mężczyzny (w domyśle jednego) i (również jednej) kobiety. Zaklęcie to, choć robi furorę wśród homofobów po obu stronach Atlantyku, podejrzane wyda się każdemu, kto choć trochę orientuje się w historii i antropologii, tudzież w tym, co aktualnie dzieje się na świecie. Zdarzało się bowiem i wciąż zdarza (np. na Bliskim Wschodzie czy wśród mormonów), że małżeństwo łączy więcej niż dwie osoby: czymże bowiem są związki poligamiczne, jeśli nie stadłami jednego mężczyzny z większą liczbą kobiet, które to kobiety dzieląc ze sobą łoże i mężczyznę, znajdują się de facto także ze sobą w czymś w rodzaju związku małżeńskiego… W czystej formie małżeństwa dwóch osób tej samej płci istniały poza tym w różnym czasie w niejednej kulturze. W starożytnym Rzymie cesarze i dostojnicy poślubiali czasami eunuchów (zrobili to m.in. Neron i Dioklecjan). Cesarz Heliogabal miał kilkunastu mężów, których wybierał sobie spośród najprzystojniejszych i najbardziej męskich atletów, co nie przeszkadzało mu jednocześnie mieć też kilku żon. Nawet Juliusz Cezar oskarżany był o to, że dla pieniędzy poślubił w młodości bogatego patrycjusza (tak czy owak nie był mu chyba zbyt wierny, skoro mówiono wtedy w Rzymie o późniejszym zdobywcy Galii „żona wszystkich mężów i mąż wszystkich żon”). Przejściowe małżeństwa między starszymi mężczyznami a wchodzącymi w życie młodzieńcami istniały w kongijskim plemieniu Azande i w chińskiej prowincji Fucien, zawierali je też czasami północnoamerykańscy szamani. Współcześnie małżeństwa jednopłciowe są dopuszczalne i uznawane przez państwo za równorzędne małżeństwom osób odmiennej płci w Holandii, Belgii, Hiszpanii, Kanadzie i Republice Południowej Afryki. Można je również zawierać w amerykańskim stanie Massachusetts, uznaje je również na swoim terytorium państwo Izrael. Co więcej, kolejne państwa rozważają ich legalizację: w tym momencie są to Argentyna, Szwecja, Norwegia, Islandia oraz stany Kalifornia, Connecticut i Rhode Island. Zrównane lub prawie zrównane prawnie z małżeństwami związki partnerskie istnieją m.in. we wszystkich krajach skandynawskich, w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii, Szwajcarii, Luksemburgu, Czechach, Słowacji, Andorze, Meksyku oraz w wielu stanach amerykańskich i brazylijskich. Wreszcie uznane przez państwo konkubinaty osób tej samej płci, nawet bez wymogu ich rejestracji, cieszą się ograniczonymi prawami w krajach takich jak Węgry, Chorwacja, Portugalia, Kolumbia, Włochy i Australia (we wszystkich tych państwach myśli się aktualnie także nad wprowadzeniem związków partnerskich). Jeśli dodamy do siebie liczbę obywateli wymienionych krajów, okaże się, że w tym momencie co szósty mieszkaniec globu mieszka w państwie, które na całości lub części swego terytorium uznaje małżeństwa, związki lub choćby konkubinaty dwóch osób tej samej płci. Co więcej, małżeństw jednopłciowych, nawet tam, gdzie nie są legalne, udzielają niektóre Kościoły protestanckie, czego przykładem United Church of Christ i prawie wszystkie odłamy judaizmu reformowanego. Jak zatem jasno widać, współcześnie nie istnieje nic takiego jak jeden obowiązujący absolutnie i powszechnie heteroseksualny model małżeństwa i rodziny.
Gdybyśmy nawet założyli, że tradycyjnie małżeństwa były zawierane wyłącznie między kobietami i mężczyznami (co, jak już powiedziano, nie jest do końca prawdą), i tak z tego, że coś do tej pory jakoś wyglądało, nie wynika, że zawsze tak wyglądać musi. Tradycyjnie przez wiele tysięcy lat istniało na świecie społecznie aprobowane niewolnictwo – nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie powie dziś, że posiadanie i wykorzystywanie innych ludzi jest w porządku. Kobiety w tradycyjnych społecznościach wschodnich i zachodnich traktowane były jak zwierzęta lub przedmioty – współcześnie jednak większość cywilizowanego świata zgadza się, że jest to niedopuszczalne i piętnuje na swoim podwórku dyskryminację ze względu na płeć. Jeszcze na początku XX wieku w większości Stanów Amerykańskich czarny mężczyzna nie mógł poślubić białej kobiety – jednak regulacja ta wylądowała w śmietniku historii, gdy w powszechnej świadomości utrwaliła się świadomość faktu, że ludzie powinni być równi w obliczu prawa bez względu na kolor skóry.
Małżeństwo nie istnieje obiektywnie, jak np. welon czy obrączka – nie możemy go dotknąć, zmierzyć, zważyć. Jest prawnie usankcjonowaną umową między ludźmi – czyli istnieje tylko w takim zakresie, w jakim ludzie zgadzają się, że istnieje. Z tego, że jacyś ludzie 2 albo 3 tysiące lat temu umówili się, że będą nazywać małżeństwem tylko związek kobiety i mężczyzny, nijak nie wynika, że współcześnie musimy tych ustaleń przestrzegać. Nie kamienujemy już młodych żon tylko dlatego, że ich mężowie twierdzą, iż w chwili ślubu nie były dziewicami, jak to zwykli (za radą swego boga, zapisaną w Księdze Powtórzonego Prawa: 22,22-24) czynić Hebrajczycy; nie pozwalamy (przynajmniej rdzennym Polakom – prawodawcy nie wiedzą jednak wciąż, czy prawo to należy stosować w odniesieniu do Romów) na małżeństwa z małymi dziewczynkami, które były normą na ziemiach polskich 600 lat temu (dość wspomnieć casus Jadwigi i Jagiełły); nie palimy też kobiet na stosie tylko za to, że potrafią pływać. Trudno więc znaleźć powód, dla którego nie mielibyśmy zmienić swego stosunku do wymogu różnej płci osób zawierających małżeństwo. Wiele otaczających nas pojęć, których definicje biorą się z umowy między ludźmi, było w historii renegocjowanych. Przykładem pojęcia narodu (w naszym dzisiejszym rozumieniu wymysł XVI-wieczny; co ciekawe oznacza zbiór wysoce nieostry – vide sytuacja Kopernika i Chopina – i niestabilny: wspólnoty narodowe nierzadko pojawiają się i znikają wraz z państwami, jak to miało miejsce np. z Jugosłowianami, mogą też być tworzone sztucznie na mocy dekretów politycznych: Stalin podzielił swego czasu turkojęzycznych mieszkańców stepów Turkiestanu na Kazachów, Uzbeków, Turkmenów i Kirgizów, i tak już zostało), człowieka (bywało, że wielcy filozofowie na poważnie zastanawiali się, czy ludźmi są Czarni, Czerwoni, kobiety) czy obywatela (w I Rzeczypospolitej na przykład obywatelami byli tylko szlachetnie urodzeni – czyli 8 procent mieszkańców państwa, w III prawami obywatelskimi cieszą się niemal wszyscy), dlaczego by zatem nie renegocjować i zakresu znaczeniowego małżeństwa? Nikt z tego powodu nie umrze, nikomu nie spadnie stopa życiowa, za to kilka milionów Polaków przestanie czuć się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii.