Maj 2007 - archiwum

Intonacja w genach

Szkoccy badacze przeprowadzili eksperyment, którego wyniki sugerują, iż niektóre różnice językowe mogą być… uwarunkowane genetycznie. Może to stanowić spory problem dla lingwistów, którzy do tej pory powszechnie zakładali, iż każdy może się równie dobrze nauczyć każdego języka, o ile tylko zostanie wystawiony na jego działanie w okresie krytycznym (czas, w którym dziecko musi zetknąć się z mową, by rozwinąć kompetencję werbalną). Kto wie zatem, czy nie kroi nam się rewolucja porównywalna z tą, którą w latach 70-tych zafundował językoznawstwu Noam Chomsky.

Chomsky przyjmował, że każdy przedstawiciel homo sapiens rodzi się z genetycznie zaprogramowaną zdolnością do przyswajania reguł gramatycznych, dzięki czemu może nauczyć się posługiwania dowolnie wybranym językiem. Przynależność systematyczna języka nie miała tu znaczenia, podobnie jak jego słownictwo i sposób artykulacji. W przypadku tego ostatniego sprawa okazała się jednak bardziej skomplikowana – a wszystko przez tzw. tony.

Językoznawcy dzielą współcześnie istniejące języki można podzielić m.in. na tonalne i nietonalne. W językach tonalnych (chiński, czadyjskie etc.) wyraz może zupełnie zmieniać znaczenie w zależności od tego, jakim tonem (wysokim czy niskim) jest wymawiany. W językach nietonalnych, wśród których znajdujemy polszczyznę, ton niesie ze sobą ładunek emocjonalny (mówi nam, co czuje nadawca), ale nie zmienia znaczenia słowa.

Dan Dediu i Robert Ladd z Uniwersytetu w Edynburgu odkryli, że mówiące językami tonalnymi i nietonalnymi populacje różnią się od siebie pod względem genetycznym. Po przebadaniu DNA przedstawicieli 49 losowo wybranych grup etnicznych z całego świata odkryli u porozumiewających się językami nietonalnymi dwa niespotykane u reszty warianty genów ASPM i Microcephalin. Oba geny są podejrzewane o wpływ na rozwój mózgu, Szkoci uznali zatem, że skutkiem ich działania mogą być minimalne różnice w budowie kory mózgowej, w tym również obszarów związanych z uczeniem się i używaniem języka.

Co znamienne, ASPM i Microcephalin wydają się nowszymi wariantami genów występujących u użytkowników języków tonalnych: pojawiły się jako mutacje – odpowiednio – 5800 i 37000 lat temu (ludzie już wtedy bez wątpienia mówili). Badacze nie potrafią wyjaśnić, dlaczego oba geny odniosły aż taki sukces: brak danych na poparcie tezy, by jakikolwiek język spełniał swe funkcje lepiej lub gorzej tylko dlatego, że jest tonalny lub nie. Niektórzy sugerują co prawda, że dzieciom opanowanie języka nietonalnego zajmuje minimalnie mniej czasu, nie bardzo jednak wiadomo, w jaki sposób miałoby to się przekładać historycznie na większą skuteczność w rozprzestrzenianiu własnych genów.

Transseksualny drób

Pewna kura w Indiach ni stąd ni zowąd zmieniła płeć. Znaczy: przeobraziła się w koguta. Stopniowo. Najpierw przestała wysiadywać jajka, wkrótce potem dała też sobie spokój z ich znoszeniem. Po dwóch miesiącach wysmuklała, po trzech – zapuściła grzebień, a po pół roku zaczęła gonić inne kury w wiadomym celu. Gdy wieść się rozniosła, właściciela świeżo upieczonego (w przenośni) koguta odwiedzili weterynarze, którzy poświadczyli zmianę płci i chcieli ptaka zabrać w celu dalszych badań, na co nie pozwolili jednak okoliczni chłopi, oddający od czasu przemiany transgenderowej kurze cześć boską.

Od lat wiadomo, że w świecie drobiu spontaniczne przypadki zmiany płci nie należą do rzadkości. Rok temu obiegły świat doniesienia z jednej ze szwedzkich kurzych farm, na której kwoka-nioska zamieniła się w koguta dosłownie z dnia na dzień, przez co zresztą jej dotychczasowy „mąż” (o wiele mówiązym imieniu Henryk VIII) nieomal stracił zmysły.

Skandynawia to jednak obszar w kwestii płci i jej granic (jak pokazują najnowsze badania: wcale nie takich ostrych, jak kiedyś uważano) niezwykle liberalny – co innego subkontynent indyjski. W sąsiadującym z Indiami Pakistanie skazano właśnie na 3 lata więzienia małżeństwo (na oko absolutnie „normalne”), bo okazało się, że pan młody (dziś postawny, brodaty mężczyzna) urodził się jako kobieta i potem przeszedł potajemnie (jawnie nie można; trwają poszukiwania lekarza, który dopuścił się zbrodni) zmianę płci. Tymczasem Koran, jak wiadomo, niczego takiego jak zmiana płci nie przewiduje, sąd musiał więc uznać, że po ślubie doszło do współżycia seksualnego dwóch kobiet. Zważywszy, że przypadki homoseksualizmu święta księga Religii Pokoju i Miłości nakazuje karać śmiercią, wspomniana para i tak bardzo musi się cieszyć. Przed małżonkami tylko kilka lat rozłąki w osobnych (ale wciąż żeńskich) więzieniach, po czym może da się jakoś uciec do kraju, w którym nikomu nie przychodzi do głowy zaglądać obywatelom pod spódnice, do spodni lub w metryki, i na tej podstawie wyrokować, czy mogą wziąć ślub, czy nie. Na razie jednak pozostaje żałować, że nie jest się kurą…

Lek na miesiączkę

Prawdziwa równość między płciami przestaje wreszcie być fikcją. I to bynajmniej nie dzięki bataliom kolejnych pokoleń feministek, lecz żmudnemu ślęczeniu biologów, lekarzy i farmaceutów, którzy właśnie wynaleźli lek na miesiączkę.

Jak doniósł wczoraj (za Scientific American) na Pardonie Rafał Madajczak, amerykańska agenda kontrolująca rynek farmaceutyczny Food and Drug Administration (FDA) dopuściła właśnie do sprzedaży Lybrer firmy Wyeth – pierwszą pigułkę antykoncepcyjną, której zażywania kobieta nie będzie musiała przerywać co 21 dni. Dotychczas amatorki najpewniejszego ze środków antykoncepcyjnych musiały stosować takie przerwy, by mogło dojść do krwawienia. Niektóre co prawda nie podporządkowywały się regule i wydłużały sobie cykl ponad miarę i zalecenia, robiły to jednak wyłącznie na własną odpowiedzialność. Miały jednak o co walczyć: dość wspomnieć o długim spisie tak fizycznych, jak i psychicznych problemów związanych z cyklem, które już 20 lat temu zestawili w swym kompendium „Płeć mózgu”Anne Moir i David Jessel:

Z fazami cyklu menstruacyjnego skorelowane są regularne zmiany osobowości, prowadzące u niektórych kobiet do prawdziwej huśtawki nastrojów, od „wysoce optymistycznych” do „wysoce pesymistycznych”, zupełnie niezależnie od okoliczności życiowych. (…)
Estrogen pomaga komórkom mózgowym osiągnąć większą aktywność. Toteż w pierwszej fazie cyklu menstruacyjnego, kiedy poziom estrogenu wzrasta, mózg jest bardziej ożywiony, zdolny do przyjmowania i analizowania większej dozy informacji. (…) Okres ten wiąże się z dobrym samopoczuciem i ożywieniem, wysokim poczuciem własnej wartości, entuzjazmem, łatwością odczuwania przyjemności i pobudzeniem seksualnym. Ewolucja wyposażyła kobiety w chemiczny rozkład jazdy, który sprawia, że odczuwają one przyjemność i zadowolenie w okresie optymalnym dla udanego zapłodnienia.
Progesteron ma natomiast efekty przytłumiające. (…) Powoduje on „znaczącą redukcję przepływu krwi w mózgu oraz zużycia tlenu i glukozy, porównywalną z anestezją wywołaną przez barbiturany”. Mózg staje się bardziej ospały niż w okresie ożywienia i zwiększonej receptywności, spowodowanych przez estrogen. Libido spada, a niepokój w połączeniu ze zmęczeniem prowadzą do depresji. (…) Taki stan typowy jest dla drugiej połowy cyklu, kiedy to poziom progesteronu osiąga swoje maksimum.
Cztery-pięć dni przed menstruacją poziom estrogenu i progesteronu gwałtownie opada. Skutki zniknięcia tych hormonów mogą być dramatyczne. W (…) związku z nagłym, znacznym zmniejszeniem ilości łagodzącego nastroje progesteronu oraz wspierającego dobre samopoczucie estrogenu, zachowanie może się wahać od wrogości i agresji (tłumionej dotychczas przez kojący wpływ progesteronu) do głębo­kiej depresji, czasem nabierającej wręcz cech psychozy. (…)
Blisko 50% nagłych przyjęć kobiet do szpitali (w tym także psychiatrycznych) zdarza się w okresie przedmenstruacyjnym i podczas menstruacji. Połowa więźniarek odpowiada za przestępstwa popełnione w tych właśnie okresach. (…) Większość więźniarek zachowujących się w więzieniu brutalnie i wymagających w związku z tym przeniesienia do cel o najwyższym stopniu bezpieczeństwa znajdowała się w momencie incydentu w fazie premenstrualnej. Przypadki samobójstw, przemocy, a u kobiet pilotów – katastrof samolotowych są w tym okresie znacznie częstsze. (…)

Gra była zresztą warta świeczki nie tylko dla kobiet ambitnych, robiących karierę lecz nawet dla… uczennic i studentek zdających egzaminy. Jak zauważają Moir i Jessel,

wyniki osiągane przez młode kobiety na egzaminach spadają aż o 14% w zależności od synchronizacji z cyklem menstruacyjnym. Niektóre mózgi kobiece pierwszej kategorii skazane zostają przez własną biologię i przypadek kalendarza na wyniki drugiej kategorii. (…) Jednakże wiele kobiet gotowych jest (…) zaakceptować tę niesprawiedliwość. (…) Gdyby mężczyźni cierpieli z powodu podobnego utrudnienia, można się założyć, że w tej chwili mielibyśmy już ustawodawstwo łagodzące jego skutki.

Teraz kobiety chcące raz na zawsze rozprawić się nie tylko z krwawieniami, lecz również z wahaniami nastroju, przyokresowymi bólami głowy i innymi comiesięcznymi przypadłościami, na które skazuje je natura, dostaną wreszcie swą szansę. I jak tu nie krzyknąć: Niech żyje farmakologia!

Homorodzicielstwo

Dyskutowaliście pod ostatnim postem zarówno na WordPressie, jak i Salonie, na tyle intensywnie, iż – i tak dość ostatnio zajęty – nie byłem w stanie na bieżąco odpowiadać. Czynię to zatem teraz zbiorczo, przynajmniej w odniesieniu do jednego wracającego jak bumerang w dyskusjach o małżeństwach jednopłciowych argumentu: Małżeństwo służy prokreacji. W związkach homoseksualnych nie ma mowy o prokreacji, stąd nie powinny te związki otrzymywać praw należnych heteroseksualnym małżeństwom.

Jak widzimy, chodzi tu o postulat, by instytucja małżeństwa była ograniczona tylko do ludzi, którzy płodzą dzieci i razem je wychowują. Ponieważ spełniają tym samym ważną rolę społeczną (odnawiają tkankę narodową, która potem będzie płacić im emerytury etc.), należą im się za to poświęcenie jakieś nagrody – i tymi właśnie nagrodami są przywileje, którymi cieszą się w Polsce heteroseksualne małżeństwa.

Argument powyższy, mimo że miejscami absurdalny (zakłada bowiem, że ludzie rodzą dzieci po to, by mieć emerytury, przez co człowiek zaczyna zachodzić w głowę, po co rozmnażano się przed Bismarckiem), byłby jednak do strawienia (jeśli za Marksem wierzy się, że jednostka powinna działać kierując się w pierwszym rzędzie dobrem społeczeństwa, można zachwycać się jego kolektywistyczną logiką), gdyby nie parę faktów, o których zapominają posługujący się nim przeciwnicy związków jednopłciowych:

  1. Istnieją małżeństwa bez dzieci, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.
  2. Istnieją dzieci nie urodzone w związkach małżeńskich, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.

Co więcej, gdybyśmy zastosowali ten argument do par heteroseksualnych, powinniśmy zakazać wstępowania w związki małżeńskie ludziom bezpłodnym, wysterylizowanym, używającym środków antykoncepcyjnych, kobietom po menopauzie, wreszcie każdej osobie z jakichkolwiek względów nie chcącej mieć dzieci. Poza tym niewychowujące dzieci małżeństwa winny być natychmiast z mocy prawa rozwiązywane z chwilą, gdy kobieta przestanie miesiączkować, mężczyzna popadnie w impotencję lub jeśli mimo prób nie doczekają się pierwszego potomka np. przez trzy kolejne lata.

Ktoś odpowie, że to wyjątki, aberracje. Niekoniecznie: jeśli przyjrzymy się dokładniej sytuacji w Polsce, okaże się, że z różnych przyczyn prawie połowa polskich małżeństw dzieci aktualnie ani nie płodzi ani nie wychowuje, gdyż albo już spłodziła i odchowała jedno lub parkę i dała sobie spokój, albo w ogóle rozmnażać się nie może lub (jak to ma miejsce w przypadku wielu młodych małżeństw na dorobku) na razie nie chce. W myśl logiki tych, którzy twierdzą, że małżeństwo służy prokreacji, wszystkie takie stadła w ogóle nie mają racji bytu.

Z drugiej strony we Francji czy krajach skandynawskich ponad połowa dzieci rodzi się dziś poza małżeństwami. Ich rodzice nie widzą sensu wiązania się na stałe, nie myślą o małżeństwie, wolą dzielić życie z partnerem bez formalnych wobec niego zobowiązań lub po prostu robią sobie dziecko pozostając singlem. Małżeństwo, także w Polsce, powoli przeradza się w kontrakt ekonomiczny, zawierany przez długo chodzące ze sobą pary, gdy np. trzeba zaciągnąć pożyczkę na kupno mieszkania. W cywilizowanych krajach coraz częściej dzieci robią sobie na własną rękę korzystające z banków spermy samotne kobiety po trzydziestce lub korzystające z pomocy odpowiednich ośrodków panie po sześćdziesiątce, które nie chcą stracić biologicznej szansy na potomstwo lub po prostu chcą „to” przeżyć jeszcze raz. Wszystko to pokazuje, że drogi małżeństwa i prokreacji już się rozeszły, przynajmniej w naszej części świata. Udawanie, że się tego nie dostrzega, nic tu nie zmieni.

Poza tym dochodzą dochodzi jeszcze pewien ważny fakt, o którym przeciwnicy małżeństw jednopłciowych wolą nie wspominać: homoseksualiści mogą mieć dzieci. Większość z nich, wbrew temu, w co wierzą konserwatyści, nie jest bezpłodna. Ze zrozumiałych względów łatwiej zostać rodzicem lesbijce niż gejowi (kobiecie w ostateczności wystarczy do tego facet i słoiczek), jeśli jednak ktoś ma parę znajomych lesbijek, które akurat poszukują dawcy nasienia, lub kasę na „matkę zastepczą”, płeć też przestaje być problemem.

Osób, które wspólnie z partnerem tej samej płci wychowują dzieci, też z roku na rok jest na świecie coraz więcej. Nie są to dzieci wspólne, ale nietrudno znaleźć na Zachodzie parę lesbijek z dwójką dzieci, po jednym na każdą z mamuś. Nierzadko taka para wychowuje takie dzieci na zmianę z ojcem lub parą ojców, przeważnie gejów. Niektóre państwa zauważają, że czasy się zmieniają (od niedawna możliwość posiadania przez dziecko trzech równoprawnych rodziców dopuszcza Kanada – w styczniu 2007 sąd apelacyjny prowincji Ontario uznał, że dziecko, które już ma dwóch legalnych „z automatu” rodziców: biologiczną matkę i jej żonę, ma prawo do posiadania trzeciego rodzica: biologicznego ojca), inne chowają głowę w piasek i udają, że problem nie istnieje. Co ciekawe, sam fakt istnienia dzieci z więcej niż dwojgiem rodziców wytrąca z rąk argumenty tym, którzy utrzymują, iż dziecko wychowywane w rodzinie jednopłciowej jest z definicji pokrzywdzone, gdyż nie styka się z wzorcami reagowania właściwego dla płci rodzica, którego nie ma. Według przeciwników wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe, ludzie dorastający w takich rodzinach, oprócz tego, że bez wątpienia byliby homoseksualistami, mogliby też być w przyszłości równie upośledzeni społecznie, jak ci wychowywani przez samotne matki lub samotnych ojców. Argument ten nie ma jednak żadnego naukowego potwierdzenia: z licznych badań wynika, że ani dziewczynki wychowywane przez jedną lub dwie mamusie nie wyrastają na lesbijki, ani chłopcy z jednym lub dwoma ojcami – na gejów; ich kompetencje społeczne też średnio nie odbiegają od kompetencji społecznych ich wychowywanych w heteroseksualnych rodzinach rówieśników.

Przeciwnicy homorodzicielstwa powinni już teraz zacząć się zastanawiać, co robić z dziećmi z dwoma biologicznymi rodzicami tej samej płci, których już niedługo może być na świecie całkiem sporo. Rozwój genetyki jest nieubłagany. W 2003 chińscy naukowcy stworzyli pierwszy płód, który miał trzech rodziców: 2 matki i ojca. Od tego czasu doświadczenie powtórzono kilkakrotnie w laboratoriach brytyjskich, choć – z uwagi na potencjalne protesty religijnych ekstremistów – bez szczególnego rozgłosu. Zwłaszcza że wiele rządów pod wpływem antynaukowej ofensywy fundamentalistycznych organizacji (by wspomnieć choćby Kościół katolicki, walczący z badaniami nad zarodkami i zapłodnieniem nie mniej zajadle, niż 5 wieków temu walczył z badaniami gwiazd i planet – czasy się zmieniają, jednak nienawiść do wiedzy w największej zarabiającej na głupocie instytucji świata trwa w najlepsze). Niewykluczone zatem, że za kilka lat będą się rodziły dzieci genetycznie posiadające także dwóch tatusiów – i pojawi się pytanie, dlaczego państwo zakazuje takim tatusiom, którzy przecież wychowują swoje biologiczne potomstwo, zawarcia małżeństwa, które właśnie ochronie potomstwa ma służyć. Nie mogę się doczekać, by usłyszeć, jakie argumenty wtedy pojawią się w ustach dyżurnych wrogów szczęścia własnych bliźnich.

Najśmieszniejsze, że cała ta rewolucja nastąpi bez wzbudzającego największe kontrowersje przyznawania gejom i lesbijkom prawa do adopcji, którego zresztą sami zainteresowani, jeśli wyłączyć pojedyncze wyjątki, wcale się nie domagają. Homoadopcja służy dziś właściwie tylko i wyłącznie podsycaniu niechęci do gejów w społeczeństwie (chcą dzieci, więc pedofile), gdy tymczasem znakomita większość ludzi (a homoseksualiści nie są tu wcale wyjątkami) ani myśli adoptować cudze dzieci (i inwestować tym samym własne środki w sukces reprodukcyjny innych osobników), jeśli tylko może sobie pozwolić na własne. Ewolucja od początku życia na Ziemi karze takie zachowania bezlitośnie: geny frajera, który zajmuje się nie swoim potomstwem, szybko zostają wyparte przez geny spryciarzy, którzy są w stanie podrzucać społeczeństwu swe „kukułcze jaja”.

To, o co chodzi gejom i lesbijkom na całym świecie, to rozwiązania prawne, które umożliwiłyby zauważenie przez prawodawcę istnienia jednopłciowych rodzin z dziećmi – i ułatwienia im życia, choćby przez dopuszczenie prawnej możliwości posiadania przez dziecko dwóch rodziców tej samej płci (co, jak pokazuje przykład kanadyjski, wcale nie musiałoby wykluczać posiadania trzeciego rodzica płci odmiennej). Wbrew pozorom rodzin, które by na tym skorzystały, wcale nie jest ich w Polsce mało, rzadko jednak ujawniają się przed urzędami z obawy przed problemami, które mogłyby mieć w państwie, którego politycy zastanawiają się aktualnie, w jaki sposób zakazać homoseksualistom chodzenia na basen. Zwłaszcza z dziećmi.

Parada nierówności

Jutro Parada Równości – doroczny marsz, który osoby homo-, bi- i transseksualne urządzają w ramach walki o prawa równe tym, którymi cieszą się rządzący w Polsce heteroseksualiści. Z tej okazji dziś (dla laików i nie tylko) post o bodaj najważniejszym z praw, o które walczą mniejszości seksualne: prawie do zalegalizowanie związku z ukochaną osobą. Czyli do zawarcia małżeństwa (choć niekoniecznie pod tradycyjną nazwą).

Małżeństwo na pierwszy rzut oka wydaje się ludziom bardziej kwestią psychologiczną lub symboliczną, niż prawno-ekonomiczną. Pozory nie do końca odpowiadają faktom: wystarczy, że tylko jedna osoba w związku pracuje, by para hetero, wiążąc się świętym węzłem małżeńskim, była sobie w stanie zredukować o połowę ilość płaconych podatków – zabieg, o którym nie może w Polsce marzyć żadna para homo. A przywileje małżeństw nie kończą się na podatkach… Są jeszcze tak „mało istotne” rzeczy, jak ustawowe dziedziczenie wypracowanych razem dóbr, wspólność majątkowa, prawo do opieki nad chorym towarzyszem życia lub wspólnie wychowywanym dzieckiem jednego z partnerów, renta po tragicznie zmarłym partnerze i inne „drobiazgi”, bez których załatwienia życie partnerów, zwłaszcza gorzej usytuowanych, może zmienić się w gehennę. Oczywiście, część tych rzeczy naprawdę kochająca się para tej samej płci może sobie załatwić podpisując pewną liczbę umów cywilnoprawnych i latając z nimi po urzędach pocztowych, bankach i notariuszach (jeśli tylko ma na to pieniądze). Tyle że wszystko to wymaga poświęcenia czasu i środków – tymczasem heteroseksualiści wszelkie przewidziane w kodeksach prawa dotyczące partnerów dostają hurtowo i jednorazowo, mówiąc sobie tak przed księdzem lub urzędnikiem. Co znamienne, ułatwienie życia 4 procentom populacji w żaden, najmniejszy nawet sposób, nie wpłynie – bo wpłynąć nie może – na sytuację zwykłej, heteroseksualnej rodziny. Kobiety i mężczyźni w parach heteroseksualnych wzajemną atrakcyjność, chęć legalizacji związku czy pragnienie posiadania dzieci odczuwają niezależnie od tego, czy urzędy państw, w których mieszkają, pozwalają parom homo brać śluby, czy nie. Ludzie tak samo zakochują się w sobie w Chinach, Indonezji, Estonii, Kamerunie, jak w Holandii czy Hiszpanii – są wszak ludźmi. Za instynkty i zachowania takie jak miłość odpowiadają neuroprzekaźniki występujące w mózgu każdego człowieka niezależnie od kultury.

Nie ma też jak dotąd dowodów na twierdzenie, że pozwolenie gejom i lesbijkom na rejestrowanie związków, a nawet na zawieranie małżeństw, wywiera jakikolwiek wpływ na małżeństwa żyjących wokół heteroseksualistów, ich trwałość czy pożycie. W żadnym z państw, w których zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe, ani nie skoczyła w konsekwencji tego posunięcia krzywa rozwodów, ani nie zmalał przyrost naturalny.. Ba, jeśli przyjrzeć się bliżej, wychodzi, że w bardziej konserwatywnych Stanach Zjednoczonych (na 50 stanów same sex marriages legalne są tylko w jednym; większość stanów nie dopuszcza nawet związków partnerskich) rozwodzi się znacznie wyższy procent wstępujących w związki małżeńskie, niż w liberalnej, uznającej małżeństwa jednopłciowe Kanadzie. Zachodnioeuropejskie kraje akceptujące związki partnerskie, np. Wielka Brytania czy Francja, notują znacznie wyższy przyrost naturalny niż walczące z takimi rozwiązaniami Rosja czy Łotwa. Hiszpania i Polska jeszcze niedawno miały porównywalną liczbę mieszkańców – dziś w zlaicyzowanym, odchodzącym od katolicyzmu Królestwie Juana Carlosa mieszka ok. 8 milionów ludzi więcej, niż w forsującej wartości chrześcijańskie Rzeczypospolitej Giertycha i Kaczyńskich.

Najważniejszym argumentem tych, którzy odmawiają parom męsko-męskim i damsko-damskim prawa do zawarcia związku, jest powtarzane w kółko zaklęcie: Małżeństwo jest i zawsze było związkiem mężczyzny (w domyśle jednego) i (również jednej) kobiety. Zaklęcie to, choć robi furorę wśród homofobów po obu stronach Atlantyku, podejrzane wyda się każdemu, kto choć trochę orientuje się w historii i antropologii, tudzież w tym, co aktualnie dzieje się na świecie. Zdarzało się bowiem i wciąż zdarza (np. na Bliskim Wschodzie czy wśród mormonów), że małżeństwo łączy więcej niż dwie osoby: czymże bowiem są związki poligamiczne, jeśli nie stadłami jednego mężczyzny z większą liczbą kobiet, które to kobiety dzieląc ze sobą łoże i mężczyznę, znajdują się de facto także ze sobą w czymś w rodzaju związku małżeńskiego… W czystej formie małżeństwa dwóch osób tej samej płci istniały poza tym w różnym czasie w niejednej kulturze. W starożytnym Rzymie cesarze i dostojnicy poślubiali czasami eunuchów (zrobili to m.in. Neron i Dioklecjan). Cesarz Heliogabal miał kilkunastu mężów, których wybierał sobie spośród najprzystojniejszych i najbardziej męskich atletów, co nie przeszkadzało mu jednocześnie mieć też kilku żon. Nawet Juliusz Cezar oskarżany był o to, że dla pieniędzy poślubił w młodości bogatego patrycjusza (tak czy owak nie był mu chyba zbyt wierny, skoro mówiono wtedy w Rzymie o późniejszym zdobywcy Galii „żona wszystkich mężów i mąż wszystkich żon”). Przejściowe małżeństwa między starszymi mężczyznami a wchodzącymi w życie młodzieńcami istniały w kongijskim plemieniu Azande i w chińskiej prowincji Fucien, zawierali je też czasami północnoamerykańscy szamani. Współcześnie małżeństwa jednopłciowe są dopuszczalne i uznawane przez państwo za równorzędne małżeństwom osób odmiennej płci w Holandii, Belgii, Hiszpanii, Kanadzie i Republice Południowej Afryki. Można je również zawierać w amerykańskim stanie Massachusetts, uznaje je również na swoim terytorium państwo Izrael. Co więcej, kolejne państwa rozważają ich legalizację: w tym momencie są to Argentyna, Szwecja, Norwegia, Islandia oraz stany Kalifornia, Connecticut i Rhode Island. Zrównane lub prawie zrównane prawnie z małżeństwami związki partnerskie istnieją m.in. we wszystkich krajach skandynawskich, w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii, Szwajcarii, Luksemburgu, Czechach, Słowacji, Andorze, Meksyku oraz w wielu stanach amerykańskich i brazylijskich. Wreszcie uznane przez państwo konkubinaty osób tej samej płci, nawet bez wymogu ich rejestracji, cieszą się ograniczonymi prawami w krajach takich jak Węgry, Chorwacja, Portugalia, Kolumbia, Włochy i Australia (we wszystkich tych państwach myśli się aktualnie także nad wprowadzeniem związków partnerskich). Jeśli dodamy do siebie liczbę obywateli wymienionych krajów, okaże się, że w tym momencie co szósty mieszkaniec globu mieszka w państwie, które na całości lub części swego terytorium uznaje małżeństwa, związki lub choćby konkubinaty dwóch osób tej samej płci. Co więcej, małżeństw jednopłciowych, nawet tam, gdzie nie są legalne, udzielają niektóre Kościoły protestanckie, czego przykładem United Church of Christ i prawie wszystkie odłamy judaizmu reformowanego. Jak zatem jasno widać, współcześnie nie istnieje nic takiego jak jeden obowiązujący absolutnie i powszechnie heteroseksualny model małżeństwa i rodziny.

Gdybyśmy nawet założyli, że tradycyjnie małżeństwa były zawierane wyłącznie między kobietami i mężczyznami (co, jak już powiedziano, nie jest do końca prawdą), i tak z tego, że coś do tej pory jakoś wyglądało, nie wynika, że zawsze tak wyglądać musi. Tradycyjnie przez wiele tysięcy lat istniało na świecie społecznie aprobowane niewolnictwo – nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie powie dziś, że posiadanie i wykorzystywanie innych ludzi jest w porządku. Kobiety w tradycyjnych społecznościach wschodnich i zachodnich traktowane były jak zwierzęta lub przedmioty – współcześnie jednak większość cywilizowanego świata zgadza się, że jest to niedopuszczalne i piętnuje na swoim podwórku dyskryminację ze względu na płeć. Jeszcze na początku XX wieku w większości Stanów Amerykańskich czarny mężczyzna nie mógł poślubić białej kobiety – jednak regulacja ta wylądowała w śmietniku historii, gdy w powszechnej świadomości utrwaliła się świadomość faktu, że ludzie powinni być równi w obliczu prawa bez względu na kolor skóry.

Małżeństwo nie istnieje obiektywnie, jak np. welon czy obrączka – nie możemy go dotknąć, zmierzyć, zważyć. Jest prawnie usankcjonowaną umową między ludźmi – czyli istnieje tylko w takim zakresie, w jakim ludzie zgadzają się, że istnieje. Z tego, że jacyś ludzie 2 albo 3 tysiące lat temu umówili się, że będą nazywać małżeństwem tylko związek kobiety i mężczyzny, nijak nie wynika, że współcześnie musimy tych ustaleń przestrzegać. Nie kamienujemy już młodych żon tylko dlatego, że ich mężowie twierdzą, iż w chwili ślubu nie były dziewicami, jak to zwykli (za radą swego boga, zapisaną w Księdze Powtórzonego Prawa: 22,22-24) czynić Hebrajczycy; nie pozwalamy (przynajmniej rdzennym Polakom – prawodawcy nie wiedzą jednak wciąż, czy prawo to należy stosować w odniesieniu do Romów) na małżeństwa z małymi dziewczynkami, które były normą na ziemiach polskich 600 lat temu (dość wspomnieć casus Jadwigi i Jagiełły); nie palimy też kobiet na stosie tylko za to, że potrafią pływać. Trudno więc znaleźć powód, dla którego nie mielibyśmy zmienić swego stosunku do wymogu różnej płci osób zawierających małżeństwo. Wiele otaczających nas pojęć, których definicje biorą się z umowy między ludźmi, było w historii renegocjowanych. Przykładem pojęcia narodu (w naszym dzisiejszym rozumieniu wymysł XVI-wieczny; co ciekawe oznacza zbiór wysoce nieostry – vide sytuacja Kopernika i Chopina – i niestabilny: wspólnoty narodowe nierzadko pojawiają się i znikają wraz z państwami, jak to miało miejsce np. z Jugosłowianami, mogą też być tworzone sztucznie na mocy dekretów politycznych: Stalin podzielił swego czasu turkojęzycznych mieszkańców stepów Turkiestanu na Kazachów, Uzbeków, Turkmenów i Kirgizów, i tak już zostało), człowieka (bywało, że wielcy filozofowie na poważnie zastanawiali się, czy ludźmi są Czarni, Czerwoni, kobiety) czy obywatela (w I Rzeczypospolitej na przykład obywatelami byli tylko szlachetnie urodzeni – czyli 8 procent mieszkańców państwa, w III prawami obywatelskimi cieszą się niemal wszyscy), dlaczego by zatem nie renegocjować i zakresu znaczeniowego małżeństwa? Nikt z tego powodu nie umrze, nikomu nie spadnie stopa życiowa, za to kilka milionów Polaków przestanie czuć się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii.

Zaśnij ze mną

Tradycyjny komunikat o mediach innych niż Internet. W tym tygodniu wraca do łask TOK FM, gdzie jutro, czyli we wtorek 15-tego, będziecie mnie mieli okazję do woli, bo aż przez bite dwie godziny (między 22:00 a 24:00) sobie słuchać. I nie tylko słuchać: jeśli prowadzący pozwoli (a przeważnie pozwala, w końcu program nazywa się Let’s TOK), będzie można również zadzwonić, by uciąć sobie ze mną pogawędkę na antenie. Temat ten, co zwykle, ale jak zwykle nieco inaczej potraktowany.

Aneks – nagranie programu:

 

Dyrektor departamentu

Dyrektor departamentu współpracy międzynarodowej Ministerstwa Edukacji Narodowej Sławomir Adamiec napisał list do największej organizacji nauczycieli na świecie Education International. W liście tłumaczy, dlaczego, podobnie jak przełożeni (Giertych i Orzechowski), jest homofobem. Otóż po pierwsze dlatego, że homoseksualizm jest antypolski:

Promocja homoseksualizmu godzi w podstawy moralności chrześcijańskiej. Godząc w moralność narodu, godzi w fundament państwa polskiego.

Po drugie jednak, i to znacznie jest ciekawsze, dlatego, że w Polsce nie sposób wyjść na ulicę, by nie natknąć się na spółkujących publicznie gejów i liżące się lesbijki. I to zarówno takie żywe, jak i straszące z ekranów, pierwszych stron gazet, billboardów i plakatów, które pan Sławomir najwyraźniej zauważa niemal wszędzie:

Niektóre ulice polskich miast, witryny sklepowe i media aż ociekają od promocji homoseksualizmu i pornografii.

Biorąc pod uwagę prawdopodobny stan zdrowia psychicznego osoby, która gdzie się nie ruszy, widzi tryskającą z fiutów spermę, przepowiadam panu Adamcowi rychły awans w MEN, może nawet na stanowisko wiceministra. Do czego to bowiem podobne, by jednostka tak niestandardowo odbierająca rzeczywistość marnowała się w resorcie Giertycha jako zwykły dyrektor departamentu?

Krótka historia homofobii w Polsce

Nie było mnie w pobliżu netu w zeszły czwartek, nie mogłem przeto na gorąco zabrać głosu w kwestii werdyktu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie zakazu Parady Równości A.D. 2005. Dziś to już trochę musztarda po obiedzie: sił i czasu nie mam czytać, co się na blogach i forach przez ostatnie parę dni w temacie pojawiło. Więc i notkę strach puszczać: a nuż będzie w niej coś, co ktoś kiedyś napisał przede mną? Ale cóż, raz kozie śmierć.

Zacznijmy od tego, że nie zawsze była Polska europejskim rezerwatem dla talibów pokroju Adamca (tego, co gdzie nie spojrzy, tam widzi seks homo) czy Zawiszy (tego, który wypowiedział wojnę kobiecym dekoltom). Karalność stosunków męsko-męskich zniósł na terenie Księstwa Warszawskiego (czyli równiez późniejszej Kongresówki) już 200 lat temu kodeks napoleoński (żeńsko-żeńskie stosunki w ogóle wcześniej nie były ścigane). Jego liberalne nawet na tle ówczesnej Europy przepisy (pod koniec XIX wieku skazywano jeszcze za homoseksualizm na więzienie np. w Anglii – ofiarą takich prześladowań padł m.in. Oscar Wilde) w 1932 kodeks karny Makarewicza rozciągnął na resztę ziem Rzeczypospolitej. Na dobrą sprawę w XX wieku antyhomoseksualną ideologię zaczęli wcielać w Polsce w życie dopiero dwaj przywódcy reżimów okupacyjnych, którzy rządzili krajem w latach 1939-1953: Adolf Hitler i Józef Stalin. Pierwszy – mordując w obozach koncentracyjnych ok. 15 tysięcy osób z powodu ich orientacji seksualnej. Drugi – wysyłając homoseksualistów jako element wrogi klasowo do gułagów. Stalinowski kodeks karny z 1933 za czyny homoseksualne przewidywał 5 lat ciężkich łagrów; po śmierci generalissimusa kary jednak złagodzono i przeważnie poprzestawano na zamykaniu homoseksualistów na resztę życia w szpitalach psychiatrycznych.

Co znamienne, komunizm był od początku ruchem skrajnie homofobicznym: jeden z jego współtwórców, Fryderyk Engels, w swym fundamentalnym dziele Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa grzmiał na ohydę pederastii, która według niego była degeneracją, nieuchronnie dotykającą mężczyzn, którzy poniżają kobiety. Jego kompan Karol Marks wypowiadał się niewiele lepiej. Trudno się zatem dziwić, że nigdy i nigdzie żaden komunistyczny raj nie był rajem dla mniejszości seksualnych (tym bardziej szokują komunistyczne sentymenty znakomitej większości zachodnich myślicieli wiadomej orientacji). W pamięci wielu polskich gejów utkwiła zwłaszcza przeprowadzona przez milicję w latach 1985-1987 akcja „Hiacynt” (łapanki na ulicach, pobicia, zatrzymania, gwałty na komendach, wymuszanie donosów na temat innych gejów i opisów zbliżeń z nimi), zorganizowana i nadzorowana osobiście przez Kiszczaka (niewątpliwie zatem za cichym przyzwoleniem Jaruzelskiego). Nikt nie miał przy tym wątpliwości, że unurzanym we krwi ofiar stanu wojennego generałom bynajmniej nie chodziło o walkę z epidemią AIDS (oficjalny powód akcji) czy ochronę moralności publicznej. Złamani przez ZOMO, szantażowani publicznym ujawnieniem inności geje mieli przeistoczyć się w armię donosicieli, dzięki którym SB miało jeszcze skuteczniej infiltrować demokratyczną opozycję.

Biorąc pod uwagę zaszłości historyczne, zdziwić niektórych musiało, gdy antyhomoseksualne hasła zaczęli w wolnej Polsce wznosić (oprócz jednostek pokroju Wierzejskiego czy Orzechowskiego) także ludzie, których na pierwszy rzut oka trudno byłoby posądzać o inspiracje nazizmem i bolszewią. Ot, choćby taki Lech Kaczyński. Jeszcze w pierwszym roku prezydentowania Warszawie parada jakoś mu nie wadziła, potem jednak zaczęły zbliżać się wybory, a że za dużo sukcesów w zarządzaniu Warszawą nie było, trzeba było coś szybko wymyślić. Tym sposobem, nawiązując do tradycji Hitlera, Stalina i Kiszczaka postanowiono w ratuszu powalczyć z homoseksualizmem. Nie bardzo było jednak jak walczyć, gdyż instrumentów prawnych, dzięki którym dało by się jakoś aktywnie poprześladować „zboczeńców”, miasto po prostu nie miało (a nawet jakby miało, to pewnie nikt by nie ryzykował), trzeba się było zatem zadowolić prześladowaniem symbolicznym: zakazem marszu. Ot, niech pedały zobaczą sobie, że ich miejsce w komórkach i piwnicach, a nie na ulicach, które – jak pokazała późniejsza zgoda władz miejskich na Paradę Normalności – powinny być w miastach zarezerwowane przede wszystkim dla kibiców i Wszechpolaków. Plan okazał się niezłym chwytem marketingowym: już wkrótce o odwadze i uporze Kaczyńskiego w zwalczaniu zepsucia wiedziała każda moherowa babcia i każdy neonazista. Nic dziwnego, że po dwóch zakazach z rzędu brat młodszy został jesienią 2006 wybrany na prezydenta RP. Po czym natychmiast w kwestii gejów zmiękł na tyle, że dziś dziwić się można, czego tam w Strasburgu jeszcze chcą od biedaka. Toż przy koalicjantach z LPR-u zarówno Lech, jak i jego bliźniak, to osoby niemalże gay-friendly

Mimo to rzeczy, które aktualny prezydent narobił i nawygadywał w 2005, wracają do nas teraz czkawką. Fakt, iż poprzestawał na postulatach odebrania mniejszościom seksualnym tylko prawa do wychodzenia na ulice, a nic nie wspominał o prawie do życia, wolności czy integralności cielesnej, na które tak chętnie nastawali jego trzej historyczni poprzednicy, jak się okazało, wcale nie złagodził wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Tym samym znów potwierdził się na świecie stereotyp Polski jako zacofanego zaścianka z głową państwa próbującą naśladować Putina (znacznie ostrzej rozprawiającego się z próbami zorganizowania Parady w Moskwie). Jak zwykle nieudolnie, bo nie te środki i możliwości.

VOX dla fanów

I znów autoreklama: na tych, którzy lubią moje wywody na falach radiowych, czeka tym razem szansa posłuchania, co sądzę o płci ogólnie, atrakcyjności seksualnej i różnicach między kobietami a mężczyznami w postrzeganiu siebie i partnerów. Stacja VOX FM, dziś, czyli w środę 9 maja, między 21:00 a 22:00. A wszystko, mimo sensacyjnej tematyki, jak zwykle – „w dobrym tonie”.

Wicepremier z Włoszczowy

Z urlopu (jak zwykle, na wsi) do Warszawy wracałem dziś rano pociągiem TLK Kordecki. Pociąg ten, choć startuje w Częstochowie (mieście, w którym się urodziłem – ma człowiek szczęście do topowych w IV RP miejscowości), nie jedzie jednak „zwykłą” trasą pociągów z Częstochowy (przez Radomsko, Piotrków, Koluszki i Skierniewice), lecz kieruje się początkowo na wschód, by we Włoszczowie wjechać na Centralną Magistralę Kolejową. W przeciwieństwie do warszawsko-krakowskiego ekspresu, który z uwagi na godziny kursowania i cenę cieszy się umiarkowanym zainteresowaniem mieszkańców Włoszczowy i okolic, TLK wydaje się oblegany. Przeciętnie w dni powszednie korzysta z niego na tym odcinku kilkanaście osób; w poniedziałki (w kierunku do Warszawy) i w piątki (w kierunku do Włoszczowy) – kilkadziesiąt. Już w listopadzie PKP podały, że średnio dziennie na stacji wsiada lub wysiada (z dwóch pociągów jadących w tę i z powrotem) 31 osób. Licząc po 37 zł od osoby, stacja i tak zwróci się kolejom w ciągu najbliższych lat. Co ciekawe, w przeliczeniu na pociąg liczba pasażerów wydaje mi się porównywalna z tym, co widuję na peronie w pobliskim Radomsku, gdzie jednak nikt zatrzymywania pociągów pośpiesznych nie kwestionuje…

Z drugiej strony jednak stacji w Radomsku nie otwierał Przemysław Gosiewski, polityk, który dla wielu jest symbolem tego, co w PiS-ie najbardziej znienawidzone: skuteczności… Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niezliczone inwestycje warszawskie, swego czasu niemal co drugi dzień „otwierane” przez p.o. prezydenta Marcinkiewicza i innych pisowskich notabli, nie były obśmiewane w mediach ani tak często, ani tak napastliwie, jak malutki peron za milion trzysta? Milion trzysta to tyle, co nic, przy sumach, które kolejne rządy przeznaczają na inwestycje w stolicy. Dla porównania: koszt budowy aktualnie oddawanej do użytku stacji warszawskiego metra (Słodowiec) to ponad 250 milionów. Koszt dokończenia starej nitki metra szacuje się w tej chwili prawie na MILIARD (który, znając życie i warszawskie warunki, jeszcze się przez najbliższych parę latek zmultiplikuje). Koszt drugiej linii metra na odcinku Centrum-Stadion (który nagle wszyscy chcą zbudować do 2012) to będzie przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście miliardów. Nikt jakoś nie pyta o zasadność inwestycji w sytuacji, gdy kilkadziesiąt metrów na południe od planowanej trasy przebiega łącząca już okolice Dworca Centralnego z okolicami stadionu kolej średnicowa, aktualnie zresztą modernizowana, która aż się prosi o przerobienie za kilkakroć mniejsze pieniądze na drugą linię metra.

A teraz policzmy: Włoszczowa z okolicami (w tym również po lewej stronie Pilicy) to 20-30 tysięcy ludzi, Warszawa z okolicami – 2 miliony. 2 mln to 100 razy więcej od 20 tys. – tymczasem stołeczne inwestycje dotowane przez państwo idą nie w setki milionów (jak by można było oczekiwać biorąc pod uwagę parytet ludnościowy), tylko – przynajmniej – w dziesiątki miliardów złotych. Nic dziwnego, że gdy słyszę, jak podróżujący zbudowanym (również) za dotacje budżetowe metrem opowiadają sobie dowcipy o Włoszczowie i Gosiewskim, robi mi się niedobrze.

Dziś jednak zrobiło mi się bardzo przyjemnie, gdy po dotarciu do Warszawy dowiedziałem się, że sprawa nominacji jest już przesądzona. I choć nie bardzo wiem, po co w ogóle w Radzie Ministrów czwarty wicepremier (w rządzie Marcinkiewicza był początkowo tylko jeden wicepremier: Ludwik Dorn; mimo to ludzie w Polsce jakoś żyli), to i tak cieszę się, że został nim Przemysław Gosiewski.

Zagadki Pinkera

Króciutka dyskusja, która wywiązała się po wpisie o implantach w mózgu, przypomniała mi o ośmiu pytaniach, które znalazłem dawno temu na stronach 160 i 161 biblii kognitywistów „Jak działa umysł”. 10 lat temu, gdy Steven Pinker (w połowie na zdjęciu) stawiał je i zestawiał, w znacznej części były to abstrakcyjne dywagacje. Dziś, w czasach coraz szybszych procesorów i coraz inteligentniejszych wirusów, coraz lepszej znajomości podstaw funkcjonowania mózgu i pierwszych eksperymentów z ładowaniem pod czaszkę układów scalonych, wydaje się, że jesteśmy już naprawdę blisko odpowiedzi…

1. Gdybyśmy kiedyś potrafili skopiować przetwarzanie informacji przebiegające w korze mózgowej tworząc doskonale naśladujący ludzki umysł program komputerowy, czy pracujący w tym programie komputer byłby świadomy?
2. Gdybyśmy, posługując się tym programem, nauczyli dużą liczbę ludzi, powiedzmy populację Chin, zapamiętywania danych i przetwarzania ich według ściśle określonych algorytmów, co by się stało, gdyby ci ludzie zaczęli się komunikować w nauczony właśnie sposób? Czy powstałaby gigantyczna świadomość, krążąca nad Państwem Środka, inna niż świadomość ka
żdej z miliarda jednostek? Jeśli program miałby wyrażać stan umysłu istoty odczuwającej dojmujący ból, to czy istniałby jakiś byt, który rzeczywiście by cierpiał, nawet gdyby w tym czasie każdy biorący udział w przedsięwzięciu obywatel Chin był radosny i pogodny?
3. Załóżmy, że kora wzrokowa z tyłu twojego mózgu została chirurgicznie odcięta od reszty, ale pozostaje żywa w czaszce, wciąż otrzymując i przetwarzając dane napływające z oczu. Według zewnętrznego obserwatora jesteś ślepy: twoja świadomość (czy też: świadomość reszty twego mózgu) nie ma dostępu do żadnych wrażeń wzrokowych. Czy jednak nie istnieje jakaś niema, ale w pełni przytomna świadomość wizualna, zablokowana z tyłu twojej głowy? A co by się stało, gdybyśmy tę część mózgu wyjęli i trzymali żywą w słoiku w laboratorium?
4. Skąd wiesz, że twoja recepcja koloru czerwonego nie jest taka sama jak moja recepcja koloru zielonego? Oczywiście, mógłbyś dawać trawie etykietkę „zielona”, a pomidorom „czerwone”, dokładnie tak jak ja, ale może faktycznie widzisz trawę w kolorze, który ja, będąc na twoim miejscu, określiłbym jako czerwony?
5. Czy może istnieć zombi lub android tak zmontowany, by działał równie inteligentnie i równie emocjonalnie jak ty czy ja, ale który faktycznie niczego nie czuje ani nie widzi? Skąd mam wiedzieć, czy ty nie jesteś takim androidem?
6. Gdyby ktoś mógł zeskanować mój mózg atom po atomie i skopiować go z dokładnością co do atomu w innym miejscu, czy zbiór ten miałby moją świadomość? Czy, gdyby ktoś zniszczył oryginał, a kopia kontynuowała moje życie, miała moje myśli i odczuwała to co ja, czy byłbym zamordowany? Czy kapitan Kirk był dezintegrowany i zastępowany bliźniakiem za każdym razem, kiedy pozwalał się teleportować?
7. Jak to jest być nietoperzem? Czy chrząszcze lubią seks? Czy robak krzyczy bezgłośnie, kiedy rybak wbija go na haczyk?
8. Chirurdzy wymieniają jeden z twoich neuronów na mikroukład krzemowy, który dokładnie naśladuje jego funkcje. Czujesz i zachowujesz się dokładnie tak jak przedtem. Następnie wymieniają drugi, trzeci i tak dalej, aż coraz więcej twojego mózgu jest z krzemu. Ponieważ każdy mikroukład robi dokładnie to samo co dawniej neuron, twoje zachowanie i pamięć nie zmieniają się. Czy w ogóle zauważasz różnicę? Czy masz poczucie, że jest ciebie coraz mniej, lub że umierasz? Czy nie wiadomo kiedy wprowadził się w twoje ciało jakiś inny świadomy byt?

Zostawiam was z nimi na tydzień. Miłego główkowania.