Czerwiec 2007 - archiwum

Burza w szklance wody

Czasami człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że ma jakieś przemyślenia, dopóki nie zapyta go o nie dziennikarz. Zapytany zaś dostaje słowotoku i… skutki można sobie oglądać w artykule Moniki Margraf na portalu gazeta.pl. Na wypadek, gdyby artykuł się przemieścił, przytaczam najciekawsze fragmenty:

Dążymy do poziomu dyskusji, jaki panuje obecnie m.in. w Stanach Zjednoczonych, choć nie oznacza to, że naśladujemy Amerykanów. Jak ocenia Tomasz Łysakowski, medioznawca z SWPS, niezależnie od tego, jak brutalny jest obecnie język debaty publicznej w USA, idziemy w tym samym kierunku, bo proces ubożenia języka naszej polityki trwa w najlepsze i jest nie do powstrzymania. […]

Medioznawca: Karanie radia się nie opłaca
Według medioznawcy Tomasza Łysakowskiego, wyciszając sprawę karania Zetki Giertych zachował się niemal modelowo i w sposób przemyślany. Politycy dobrze wiedzą, że w takim przypadku domaganie się kar i odszkodowań nie ma sensu: – Nie opłaca się, bo, po pierwsze, uporczywe żądanie ukarania stacji mogłoby wywołać zarzuty o cenzurowanie. Ostatnio Europa i tak krytykuje Polskę w kwestii ingerencji polityków w działanie mediów. Po drugie, żadni politycy, w tym politycy LPR, nie chcą robić sobie z dziennikarzy wrogów.
Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby Radio Zet było rozgłośnią nieustannie atakującą polityków, ale poniedziałkowa wypowiedź dziennikarzy była wyjątkiem.
Dlaczego zatem Krzysztof Bosak i Daniel Pawłowiec zażądali w poniedziałek zadośćuczynienia? – To dosyć przemyślana strategia: dobrze jest zrobić trochę szumu, oburzyć się, a potem darować. LPR pokazała, że zareagowała, po czym wysłała komunikat, że wybacza – wyjaśnia medioznawcza

Wpadka Zetki to żaden przełom
Przypadek Zetki ani nie pogłębi, ani nie spowolni tendencji do brutalizacji naszego języka politycznego. W opinii Łysakowskiego, zajmującego się językiem polityki, dziennikarze przekroczyli w tym momencie granice, która została już dawno przekroczona przez polityków. – To politycy wyznaczają standardy dyskusji publicznej, to oni ją brutalizują – mówi.
Najpierw ich szokujące wypowiedzi padały przypadkowo, potem już świadomie: sejmowa wpadka marszałka Zycha, który zapomniał, że ma włączony mikrofon, nazwanie Ziobry zerem przez Millera, dialog Wałęsa-Wyszkowski, wypowiedzi posła Kurskiego m.in. o „kobietonach” i „ciemnym ludzie”. [Dorn ze swoimi "burymi sukami" wypadł, niestety, z ostatecznej wersji artykułu - TŁ]
- Obecnie doszliśmy do kolejnego etapu, gdy politycy bez skrępowania odpowiadają obelgą na obelgę. Język dyskusji publicznej ciągle ubożeje – wyjaśnia Łysakowski. – Dlatego niedługo wszyscy zapomną o sprawie Radia Zet, bo pojawi się nowa sensacja, ktoś powie coś bardziej brutalnego.
Przyznaje, że podobne słowa nigdy dotąd nie padały ze strony dziennikarzy mediów ogólnopolskich, ale prezenterzy Zetki nie zrobili nic, na co politycy wcześniej by się nie ośmieli. – Najlepszy przykład to słowa obecnego prezydenta skierowane do natrętnego przechodnia – przypomina medioznawca.

Znak firmowy
A właśnie te słowa zrobiły błyskotliwą karierę medialną. Prezydent Kaczyński uczynił tym samym i sobie, i PiS-owi niedźwiedzią przysługę. Internauci zmienili jego największą wpadkę w niezależną, dobrze sprzedającą się markę: bogata strona internetowa, gadżety, filmiki na You Tubie. „Spieprzaj Dziadu” to dziś znak firmowy, którą obecny prezydent podał jak na tacy swoim krytykom, ikonka, na jaką można się w każdej chwili powołać i powiedzieć: taka jest właśnie wasza mentalność. W porównaniu z nią „Roman, przestań pieprzyć” może okazać się raczej przebojem jednego sezonu, choć blog i pierwszy film na You Tubie już są.
Innego zdania jest Łysakowski: Nieważne, kto to powiedział. Autor się nie liczy, grunt, by znalazła się grupa ludzi, która będzie chciała to wypromować.

Wsparcie a tarcia

Ufff, dziś znów – zamiast notki z prawdziwego zdarzenia – dwugodzinny program, tym razem na antenie VOX FM. Rozmowa o tym, czy potrafimy na co dzień się wspierać i skąd w ogóle biorą się konflikty. Początek audycji o 20:00, jak zwykle: w dobrym tonie.

O skromności i pokorze

Tak, tak, właśnie o tym będę rozmawiał z Bartoszem Pankiem w programie „Zostaw wiadomość” na falach Biski. Skromność i pokora – czy rzeczywiście nam się opłacają, czy tylko czasami sobie to wmawiamy? Jak odróżnić je od braku własnego zdania, konformizmu i uległości? Dlaczego w pewnych sytuacjach bardziej lubimy ludzi skromnych, a w innych już niekoniecznie?

Startujemy w poniedziałek o 23:00, kończymy we wtorek o 1:00. Zapraszam do słuchania.

Do wariatkowa, proszę

Ostatnie dni przyniosły dwa newsy, które każą się zastanowić nad tym, ile mamy jeszcze wolności słowa w Polsce. Pierwszy, szeroko dyskutowany: „Dziennik” opublikował treść pozwu Michnika przeciw Krasowskiemu. Drugi, mniej głośny, choć nie mniej złowrogi: 33-letni anglista został skazany na pół roku w zawieszeniu za umieszczenie w Internecie fotomontażu Jezusa z twarzą Stalina. A wszystko to w europejskim kraju, który chełpi się przestrzeganiem demokratycznych standardów, do których, jak wiemy, należą również gwarancje wolności słowa.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak osobliwie nasza sytuacja w tej dziedzinie może wyglądać dla osoby z zewnątrz. Otóż bezkarnie krytykować i wyśmiewać można sobie w Polsce właściwie tylko polityków, a i to nie wszystkich. Giertych i Wierzejski drwiny i szyderstwa przyjmują tak, jakby sprawiały im one przyjemność. Po Kaczyńskim najgorsze obelgi spływają jak po kaczce. Ale już taka Sobecka za „babsztyla” wytacza procesy, podobnie jak Hojarska za włosy na klacie. Znacznie bardziej od polityków wrażliwi na krytykę wydają się sami dziennikarze. Każdy może napisać sobie, co chce o Adamie Michniku lub Elizie Michalik, jeżeli jednak to, co napisze, nie spodoba się bohaterowi lub bohaterce artykułu, musi liczyć się z tym, że za kilka dni do drzwi może zapukać mu listonosz z wezwaniem z sądu. Najgorzej jest jednak z wolnością wypowiedzi na temat rzeczy, w które wierzą współobywatele. Absurdalność wierzenia nie gra roli (choć pewną rolę odgrywa publikacja, w której dany absurd pochodzi: za kpiny z prawd objawionych w Biblii łatwiej w Polsce zostać skazanym niż za kpiny z prawd objawionych w Koranie), chodzi tylko o to, by było to wierzenie w coś, co z naukowego punktu widzenia nie trzyma się kupy (jak widać, nasz prawodawca uznał, że nauka obroni się sama). Na przykład że świat został stworzony w sześć dni lub że pewien pan dwa tysiące lat temu trzy dni po śmierci wyszedł z grobu, po czym regularnie odwiedzał swoich znajomych, przenikając przez zamknięte drzwi ich domów.

Jakkolwiek mógłbym jeszcze zrozumieć, gdyby niedorzeczne prawo było przynajmniej konsekwentne i w ramach walki z obrażaniem uczuć religijnych tępiło rzeczy, które faktycznie mogą w religijność godzić (np. podręczniki do fizyki i biologii, uczące dzieci, że świat wcale nie powstał tak, jak utrzymuje Biblia, oraz że ludzie nie przenikają przez zamknięte drzwi), pomysł skupiania się w pierwszym rzędzie na integralności świętych obrazków (nie taki zresztą nowy – pamięta ktoś jeszcze procesy tygodnika „Wprost” za okładkę z Matką Boską Częstochowską w masce gazowej?) trudno uznać za coś innego niż szczyt paranoi. Jak każdy normalny człowiek, szanuję ludzi, którzy wymyślili rzeczy, w które wierzę, lub napisali ważne dla mnie książki. Karol Darwin, Richard Dawkins czy Steven Pinker znaczą dla mnie, jak podejrzewam, nie mniej, niż dla katolika Jezus Chrystus lub Maryja, czy dla muzułmanina Mahomet. Gdybym jednak pewnego dnia zaczął odczuwać potrzebę pójścia do sądu i domagania się ukarania kogoś za to, że zrobił karykaturę Darwina bądź fotomontaż z brzuchem Dawkinsa, prawdopodobnie natychmiast zadzwoniłbym po karetkę.

Po czym kazałbym się wieźć do najbliższego wariatkowa.


Lewicowe ideały

Adam Michnik, największy autorytet moralny III RP, nie od dziś broni wolności słowa. Broni m.in. przed kaczyzmem, IV RP i konkurencyjnym dla GW „Dziennikiem”. W ramach tej obrony pozywa co pewien czas jakichś dziennikarzy lub polityków o to, że piszą o nim źle. Ostatnio przytrafiło się m. in. naczelnemu „Dziennika” Piotrowi Krasowskiemu (organ Springera opublikował właśnie co ciekawsze fragmenty pozwu).

Przestępstwo, jakiego dopuścił się Krasowski, szokuje poziomem zwyrodnienia i w każdym normalnym kraju byłoby ścigane z urzędu: naczelny „Dziennika” ośmielił się napisać, że Michnik bronił ubeków. Co gorsza, wygłosił to zdanie nie w formie komplementu (co by pewnie wywołało gdzieniegdzie pochwały za słuszną postawę), lecz obelgi. Tym samym napisał o Michniku źle. A przecież nie od dziś wiadomo, że prawdziwa wolność słowa polega na tym, że pisać o naczelnym „Wyborczej” można tylko dobrze – albo wcale

Patrząc na zbrodnię Krasowskiego, trudno nie zgodzić się z diagnozą Jarosława Kaczyńskiego, który już ponad rok temu ogłosił, że wolności słowa w Polsce nie ma. I trudno nie docenić determinacji naczelnego „Gazety Wyborczej”, gdy tak zaciekle o nią walczy.

Równie zaciekle, co Michnik, walczą ostatnio alterglobaliści. Niezorientowanym może się co prawda wydawać, że bronią oni, jak Michnik, wolności (choć nie wolności słowa, lecz wolności obywateli Indii i innych słabiej rozwiniętych krajów do umierania z głodu), bliższa analiza nie pozostawia jednak wątpliwości, o co w istocie chodzi młodzieży usiłującej zrównać z ziemią każde europejskie miasto, w którym postawi swą nogę George W. Bush.

Chodzi oczywiści o dobrobyt. Dobrobyt, który – jak wiadomo – sprowadza się do tego, że nam jest dobrze. Postulowane przez przeciwników globalizacji uniemożliwienie zachodnim przedsiębiorcom przenoszenia inwestycji do krajów, gdzie siła robocza jest tańsza, doprowadziłoby (gdyby jakiś szaleniec urzeczywistnił je w skali światowej – jeden rzut oka na Hel czy Rostock dowodzi jednak, że szaleńców na świecie nie brakuje), do podniesienia cen (przedsiębiorcy zarobią tak czy owak), które w pierwszym rzędzie uderzyłoby w najbiedniejszych. To wszak dałoby się jeszcze przeboleć, skutkiem pozytywnym odwrotu od globalizacji byłoby bowiem zatrzymanie miejsc pracy w krajach bogatych. Oczywiście stałoby się to za cenę zahamowania rozwoju gospodarczego krajów biednych, do których w świecie wymarzonym przez alterglobalistę nie mogłyby już mogły napływać kapitalistyczne (a więc z definicji złe) inwestycje. Cenę tę zapłaciliby jednak obywatele krajów odciętych od kasy, a nie krajów, które im kasę i możliwości zarobkowania odcięły.

Trudno się zatem dziwić, że głód czy bieda w okolicach równika nie wydaje niemieckiemu czy francuskiemu fanowi Che Guevary wygórowaną ceną za uczynienie swej przyszłości znacznie bardziej przewidywalną. Toż w pierwszym rzędzie liczy się, by, dorósłszy, mógł znaleźć pracę, nawet jeśli zamiast studiować spędził młodość na blokowaniu Helu lub demolowaniu Rostocku, i by nikt go potem nie mógł z tej pracy wyrzucić za nieróbstwo lub niekompetencję tylko dlatego, że w biedniejszym kraju znajdzie lepszych pracowników. Młody Hindus lub Chińczyk, który w tym samym czasie pilnie zdobywa wiedzę i doświadczenie zawodowe, jest po prostu konkurentem, jak Krasowski dla Michnika. A konkurentów się eliminuje, w sposób czysty lub nieczysty.

To pierwsze zwie się konkurencją, to drugie – walką o ideały.

Polska won z Unii

Pedro Zerolo, sekretarz ds. społecznych rządzącej w Hiszpanii partii socjalistycznej (PSOE), wezwał do wyrzucenia Polski z Unii Europejskiej za dyskryminację wobec gejów i lesbijek. Czyżby Hiszpania badała grunt przed jakąś ofensywą dyplomatyczną w tej materii? I czy aby na pewno byłaby to ofensywa wyłącznie hiszpańska?

Unia Europejska nie jest bankiem, do którego chodzi się jedynie po subwencje. Jeśli nie ma poszanowania dla określonych wartości obywatelskich i republikańskich – wynocha z Unii Europejskiej! Tam są drzwi! – nie przebierał w słowach niekryjący swej orientacji seksualnej hiszpański polityk. Przy okazji skrytykował zakaz „propagowania homoseksualizmu w szkołach”, forsowany przez polski resort edukacji, i wezwał rodzimych bojowników o prawa człowieka do wyprawy na manifestację do Warszawy.

Deklaracje Zerola zbiegły się w czasie z wizytą, jaką złożył w Polsce szef Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Pöttering. Wizyta ma dość trudny charakter, polskie władze jako ostatnie w Europie blokują bowiem odejście od skomplikowanego, pierwiastkowego systemu zliczania głosów przy podejmowaniu decyzji w przyszłej Unii. System ów, skrajnie niedemokratyczny i w istocie dla Polski niekorzystny (dyskryminuje bowiem duże kraje kosztem małych, a Polska jest we Wspólnocie krajem raczej dużym), ma w oczach Kaczyńskich jedną, za to trudną do przecenienia zaletę: jeszcze bardziej dyskryminuje Niemcy. To wystarczy, by Bliźniacy gotowi byli, jak sami deklarują, za pierwiastek umrzeć – i, w razie potrzeby, pociągnąć za sobą resztę Polaków.

Współczesna polityka europejska ma jednak, niestety, wymiar głównie pragmatyczny, dlatego trudno oczekiwać, by ktokolwiek w Brukseli planował na braci K. zamach. Wręcz przeciwnie, ich upór może być bardzo na rękę coraz liczniejszym zwolennikom ekstrakcji ze Wspólnoty raka zwanego IV Rzecząpospolitą. Raka, który nie dość, że w kółko wywołuje śmiech i zażenowanie antynaukowymi (kreacjonizm) i homofobicznymi (wezwania do lania gejów pałami, walka z „homopropagandą” w szkołach i z Teletubisiami) wyskokami swych władców (co się jednak od biedy w Unii wybacza), to w dodatku rządzony jest przez ludzi, z którymi nijak nie można się dogadać. Zwłaszcza w kluczowych dla przyszłości UE sprawach.

I choć podstaw prawnych do wykluczenia Polski na razie brakuje, pamiętać trzeba, że gdzie chęć prawdziwa, tam zawsze w końcu znajdą się środki. Nic nie stoi na przeszkodzie, by nowy traktat stanowił, iż podpisujące go 26 państw (bez Polski Kaczyńskich) opuszcza stare Wspólnoty Europejskie (zostawiając w nich samiutką Polskę) i powołuje sobie nowe. A potem zgodnie buduje mniejszą, ale normalniejszą Europę.