Lipiec 2007 - archiwum

Medialna metodologia

Koń by się uśmiał, czytając konkluzje niektórych badań amerykańskich psychologów, nawet tych publikowanych w najbardziej prestiżowych czasopismach. I to nawet abstrahując od ich zwykle dość poważnej tematyki: badanie, przez które, gdybym był koniem, niechybnie umarłbym dziś ze śmiechu, dotyczyło depresji wśród dziewcząt.

Pewna amerykańska psycholożka z University of Missouri-Columbia nazwiskiem Amanda Rose przez pół roku badała dzieci między 9 a 15 rokiem życia, obu płci. Przebadała wszystkiego 813 osobników i zaobserwowała pewną korelację (dotyczącą jednak tylko dziewcząt) między depresją a ilością czasu spędzaną na rozpamiętywaniu własnych problemów z przyjaciółkami. Korelacja na zdrowy rozum łatwa do wyjaśnienia w kategoriach neuro- i socjobiologicznych: ponieważ (o czym świadczą setki badań, opisanych choćby w kultowej „Płci mózgu”) kobiety generalnie mają większą tendencję do rozmawiania, także z innymi kobietami, o emocjach i związanych z nimi problemach (faceci raczej nie wypłakują się sobie w rękawy), jasne jest, że kobiety (także te młode i bardzo młode), które te problemy mają większe (a depresja lub to, co do niej prowadzi, to jednak nie byle kłopocik), będą na ich temat dyskutować z przyjaciółkami więcej, niż ich rówieśniczki, które tylu stresów w życiu nie doświadczają. Tylko że badanie prowadzące do takich wniosków, trudno byłoby nazwać przełomowym. I jeszcze trudniej byłoby zainteresować nim jakiekolwiek media.

Jaki wniosek wyciągnęła zatem ze swego badania pani Amanda Rose? Ano taki, że rozmawianie z przyjaciółkami o problemach zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia u dziewcząt depresji. Teza karkołomna, ale jakże medialna. Nic to, że wnioskowanie z czystej korelacji wbrew wiedzy zgromadzonej przez pokolenia psychologów i zdrowemu rozsądkowi, każdemu, kto liznął choć trochę metodologii, wydać się powinno minimalnie choćby podejrzane. Amerykańscy ( i nie tylko) dziennikarze nie mają przeważnie pojęcia o metodologii. Trudno się więc dziwić, że opublikowany w ostatnim numerze „Developmental Psychology” artykuł już wywołał za oceanem gorącą dyskusję – a wydaje się, że najlepsze dopiero przed nami.

A teraz wyobraźmy sobie amerykańską nastolatkę, której nie do końca układa się w szkole czy w związku z chłopakiem. I wyobraźmy sobie jej rodziców, którzy, zapoznawszy się z rewelacjami pani Rose, pełni najlepszych intencji i troski o zdrowie psychiczne córeczki… zabraniają jej rozmawiać o tym nie-układaniu-się z najlepszą przyjaciółką. Albo, jeśli jeszcze na to czas, w ogóle zabraniają jej posiadania przyjaciółki… Chcielibyście być w jej skórze, gdy dorośnie?

Nawiasem mówiąc, opublikowane niedawno wyniki innych badań, którym znacznie bardziej ufam, gdyż pochodzą „Biological Psychiatry”, niedwuznacznie łączą przynajmniej jeden z rodzajów kobiecej depresji – PMDD – z występowaniem pewnego wariantu genu kodującego receptor estrogenowy alfa (ESR1). Środowiskowo nastawionych psychologów i psychoterapeutów to oczywiście pewnie nie przekona i dalej będą leczyć PMDD próbami uzdrowienia relacji z którymś z rodziców lub rozwiązania kompleksu Elektry. I dalej produkować parabadania, mające skłonić mniej rozgarniętych do uczęszczania do ich gabinetów i rozstawania się w nich z nadmiarem pieniędzy.

Efekt placebo rozpracowany

Wczorajsza Rzeczpospolita przyniosła wiadomość, którą z braku czasu mogę się zająć dopiero dziś, niemniej zająć się muszę, gdyż zbrodnią byłoby taki news przemilczeć. Naukowcy zidentyfikowali właśnie sposób, w jaki działa część leków, które teoretycznie nie powinny działać, czyli placebo. Chodzi o placebo redukujące odczuwanie bólu przez pacjenta – a trzeba powiedzieć, że znieczulanie to jedno z pól, na których niby-leki radzą sobie najlepiej (drugim jest leczenie depresji). Dzięki grupie badaczy z Uniwersytetu w Michigan wiemy już, skąd ta skuteczność.

Kluczem okazuje się od dawna znane neurologom i neurofarmakologom jądro półleżące (łac. nucleus accumbens) – maleńki obszar w podkorowej części mózgu. Każdy z nas ma takie jądra dwa, po jednym na każdą półkulę mózgową. Odpowiadają one przede wszystkim za powstawanie w naszej świadomości (którą potraktujmy tu jako zbiór odczuć organizmu na temat siebie i otoczenia) wrażenia przyjemności. Nie od dziś wiadomo, że zadowolenie, odczuwane, gdy pałaszujemy kolejne smakołyki, spółkujemy z atrakcyjnymi osobami płci tej samej lub przeciwnej (wedle gustu), bądź oddajemy się ulubionym czynnościom, koreluje z wysokim poziomem dopaminy właśnie w jądrach półleżących. I odwrotnie, efektem zahamowania aktywności neuronów w jądrach okazuje się anhedonia, czyli niemożność odczuwania przyjemności, zaś spadek wrażliwości receptorów dopaminergicznych w tych okolicach naukowcy wiążą m.in. z powstawaniem fobii. Oczywiście rola jąder półleżących nie jest tylko i wyłącznie pozytywna – to na nie oddziałuje praktycznie każdy narkotyk, dzięki czemu tak łatwo nam się uzależnić. Szczególnie dotyczy to narkotyków działających na receptory dopaminergiczne, takich jak kokaina lub amfetamina, aktywność tego obszaru wzrasta jednak także przy przyjmowaniu środków niewiele z dopaminą mających wspólnego – choćby alkoholu lub leków uspokajających. Uzależnione jądro półleżące przestaje „odczuwać” przyjemność, gdy brakuje danej substancji lub informacji o wykonywaniu jakiejś czynności. Receptory dopaminergiczne mają jednak to do siebie, że po jakimś czasie na wszystko są w stanie wykształcić sobie tolerancję – dlatego im dłużej się z czegoś korzysta, tym więcej trzeba w siebie tego władować, by uzyskać ten sam efekt. Wniosek z tego prosty, iż uzależniać się nie opłaca – problem jednak w tym, że partie mózgu odpowiedzialne za myślenie logiczne nie kontrolują reakcji zachodzących w jądrach półleżących.

Lecz wróćmy do placebo. Badanie było dość proste. Naukowcy najpierw informowali badanych, że wezmą udział w testach nowego leku przeciwbólowego. Potem pytali uczestników, jak wielkiego efektu spodziewają się po tym leku. Następnie sprawiali badanym nieznaczny ból, po czym pytali badanych, jak duży to był ból i czy według nich lek rzeczywiście ból zmniejszył. Przez cały czas za pomocą odpowiedniej aparatury monitorowano reakcje zachodzące w mózgach ochotników.

Okazało się, że im więcej badani spodziewali się po leku, tym większa była aktywność neuronów w ich jądrach półleżących. Dzięki temu w mózgu dochodziło do uwalniania endorfin – naturalnych substancji znieczulających, przypominających działaniem morfinę i jej pochodne (jak wykazano swego czasu, to właśnie na udawaniu endorfin zasadza się uzależniający potencjał heroiny i innych opiatów). Endorfiny robiły zaś to, co zwykle: sprawiały, że ból był znacznie słabiej odczuwany.

I tyle. Co ciekawe, powiązanie działania placebo właśnie z aktywnością jądra półleżącego może pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego tego typu kuracje działają pozytywnie na chorych na depresję w znacznie większym stopniu, niż np. na chorych na grypę. Jak wiadomo, depresja charakteryzuje się m.in. problemami z odczuwaniem zadowolenia i satysfakcji, i wiąże się z obniżonym poziomem neuroprzekaźników serotoniny i właśnie dopaminy. Wszystkie elementy pasują więc do układanki.

Cóż rzec: kolejna tajemnica ludzkiej psyche rozwiązana. I znów nie dzięki magom, filozofom czy księżom, od wieków przekonującym, że wiara góry przenosi (w co zresztą wielu wciąż wierzy, mimo że nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie widział lewitującego pagórka), lecz na skutek eksperymentu przeprowadzonego przez przedstawicieli twardej nauki. Niespójne logicznie wyjaśnienie, że placebo działa po prostu dlatego, że ludzie wierzą, że zadziała (dlaczego w takim razie miałoby działać tylko na niektóre przypadłości?), przechodzi tym samym do lamusa.

—-

W co jeszcze ludzie wierzą i dlaczego są tak naiwni – o przesądach w naszym życiu oraz ich neurochemicznych i ewolucyjnych uwarunkowaniach rozmawiamy jutro, czyli w sobotę, w programie „Lustro” (Tok FM, 21:00). Audycja trochę przesunięta – miała się odbyć tydzień temu, świeżutko po piątku 13-tego, jednak końcem końców zwyciężył dłuższy urlop.

Taśmy Łysakowskiego

Kolejne (przede wszystkim dla tych, którzy nie oglądali dziś mego debiutu w „Pytaniu na śniadanie”) dwie rozmowy z Tok FM, w których opowiadam o tym, co w mediach wypada mówić, a co nie, i dlaczego niektórzy wypadają tak, jak wypadają. Pierwsza, świeża – bo wczorajsza – oczywiście o toruńskim Patriarsze; wypytuje mnie osobiście szefowa rozgłośni Ewa Wanat. Mały zgryz co prawda pojawił się na samym początku, gdy ni stąd ni zowąd zostałem udoktoryzowany (nie bardzo było jak to na antenie poprawić), ale rozmowa chyba warta wrzucenia. Sam w każdym razie jestem zadowolony:

Kolejne nagranie (gdzieś sprzed miesiąca, ale nie zna człowiek dnia ani godziny wygrzebania czegoś nowego na swój temat w Sieci) jest historycznym bodaj ewenementem, stanowi bowiem rzeczowy dowód, iż zdarzyło mi się bronić w rozmowie z Anną Laszuk... Romana Giertycha. OK, bronić to może ciut za dużo powiedziane, ale... oceńcie sami:

 

Tych, co nie mają dość, zapraszam do słuchania Tok FM jutro po 20:00. Tym razem rozmowa o zanikaniu więzi międzyludzkich we współczesnym świecie (często spotykane w mediach hasło, którego desygnat według mnie w ogóle nie istnieje). Ciekaw jestem tylko, na którego polityka tym razem zejdzie...

Rydzyk za prawem do godnej śmierci

Wmawiali nam przez lata, że Radio Maryja to matecznik ciemnoty i zacofania, a tu niespodzianka…

Jak już chyba wszyscy dowiedzieliśmy się z najnowszego „Wprost”, Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk w trakcie prowadzonych przez siebie wykładów już w kwietniu b.r. nawoływał do zalegalizowania w Polsce… eutanazji. I to bynajmniej nie wyłącznie dla chorych i cierpiących (niech się schowa tak ponoć liberalne ustawodawstwo holenderskie), lecz dla każdego, kto sam będąc zwolennikiem przerywania życia, zażyczy sobie pomocy w opuszczeniu tego świata.

Co prawda próbnie eutanazja taka miałaby być dostępna przede wszystkim dla prezydentowej Marii Kaczyńskiej (tudzież w domyśle pewnie także dla innych czarownic – w wypowiedzi padły nazwiska Moniki Olejnik i Magdaleny Środy), trudno jednak przecenić znaczenie ojdyrowej deklaracji, jak również jej potencjalne implikacje międzynarodowe. Po raz pierwszy w historii w kraju uznawanym za tradycyjnie katolicki tak wysoki rangą hierarcha (druga osoba w polskim Kościele po zwłokach JP 2.0) opowiedział się za prawem ludzi (a nawet kobiet) do decydowania o własnym życiu i śmierci.

Oczywiście, kolejny śmiały manifest człowieka tak szczerego, że swego czasu nie wahał się nazwać Pałacu Prezydenckiego szambem (na co, zważmy, nigdy nie odważyło się żadne pseudoopozycyjne medium w typie TVN czy „Wyborczej”), nie mógł przejść bez echa: atak ultrakonserwatywnej PO nie kazał na siebie długo czekać. Co więcej, na Ojca Dyrektora natychmiast rzuciły się niechętne Kościołowi otwartemu media, które uznały postulat legalizacji prawa do wolnej śmierci za… obrazę głowy państwa – i nuże grzmieć, że prezydenta obrażać się w Polsce nie godzi, te same judasze, które, gdy obrażał podpity bezdomny, gardłowały za wolnością wypowiedzi. Jak widzimy jednak, w tzw. IV RP wolność wypowiedzi przysługuje tylko specjalnie wyselekcjonowanym jednostkom: bezdomnemu pijakowi tak, ale zwolennikom eutanazji i Ojcu Dyrektorowi – już nie.

Mimo to jesteśmy z Tobą, Wspaniały Kapłanie!

Dwa wieczory

Nie mam chwilowo czasu pisać, a nie chcę wyjść na totalnego odludka, znów zatem wyłgam się zewnętrznymi podcastami. Za to jednym dwugodzinnym i jednym trzygodzinnym: w sumie można mnie będzie więc słuchać przez bite pięć godzin…

Pierwszy to „Wieczór Radia TOK FM” sprzed miesiąca. W studiu Cezary Łasiczka i moja skoromna osoba. Temat: róznice komunikacyjne między mężczyznami a kobietami.

 

Drugi podcast to „Nocne spotkania” radiowej Jedynki. Tym razem rozmawia ze mną Małgorzata Raducha. Temat bliski poprzedniemu: będzie o tym, dlaczego kobiety zdradzają: