Sierpień 2007 - archiwum

WHO cares!

„Międzynarodowe rozprzestrzenianie się chorób zagraża zdrowiu” – głosi pierwsze zdanie podsumowania tegorocznego raportu Światowej Organizacji Zdrowia. Żeby nie było, że to tłumacz lub dziennikarz się wyłożył, streszczona wersja oryginalna straszy tylko trochę mniej: International spread of disease threatens public health security.

Budżet WHO to, z tego co się orientuję, jakiś miliard dolarów. Kiedyś sądziłem, że pieniadze te idą na leki i szczepionki dla obywateli biednych krajów. Dziś już wiem, że idą na raporty, z których (wreszcie!) możemy się dowiedzieć, że choroba może zaszkodzić zdrowiu, i że granice we współczesnym świecie (dokładnie tak, jak 200, 500 i 2000 lat temu) nie chronią przed epidemiami.

Hardkorowy wieczór

Kto nie słuchał wczorajszego Wieczoru Radia TOK FM, niech żałuje. Miało być o miłości, socjobiologii i neuroprzekaźnikach, skończyło się na religii (Cezary Łasiczka, jak się okazało, właśnie w trakcie lektury Boga urojonego) i wypytywaniu dzwoniących chrześcijan (a dzwonili, jak to w Polsce, prawie sami katolicy) o ich stosunek do co bardziej drastycznych fragmentów Biblii. Wili się, ku naszej nieukrywanej radości, jak piskorze.

Audycja powinna wkrótce zjawić się na stronie TOK FM (postaram się dodać wówczas link). W międzyczasie polecam aktualizowany ostatnio po kilka razy dziennie HARDKOR (sporo nowych filmów, zdjęć i tekstów, zwłaszcza na tematy religijne) oraz znacznie słabszy (tudzież mniej kontrowersyjny) Wieczór sprzed dwóch tygodni, poświęcony… językowi mediów i poprawności językowej:

 

TOK FM razy dwa

Rzadko kiedy zdarza mi się w jednej stacji (Biski nie liczę) gościć więcej niż raz dziennie, niemniej od czasu do czasu przychodzi taki dzień. Dziś trafiło na TOK FM.

Już teraz można wysłuchać na stronie radia audycji Subiektyw z 10:10. Prowadząca, Ewa Wanat, tym razem „zagubiona” w tym, co w ciągu kilku dni jej nieobecności zaszło w polskiej polityce, dzięki czemu autor tych słów i prof. Krzysztof Konarzewski mają okazję wygłosić wiele mądrych zdań o cyrku, dionizjach i psychologicznych determinantach faktu, iż mamy takich polityków, jakich mamy:

 

Między 22:00 a 24:00, w Wieczorze Radia TOK FM, powinno być ciut spokojniej, choć nie mniej kontrowersyjnie. Temat – miłość z punktu widzenia socjobiologii – dotyczy w jakimś sensie chyba każdego, więc też zapewne, mimo dzikiej pory, niewielu uśpi.

Morderca za ścianą

Na pograniczu Brazylii i Wenezueli żyje sobie od wieków indiańskie plemię Janomamów (Yanomamö). Plemię liczy ok. 20 tys. osób, z których mniej więcej połowa wciąż żyje w dżungli. Janomanowie polują tam na drobną zwierzynę (w jadłospisie plemienia znajdujemy m.in. pieczone myszy i gotowane mózgi małp) i łowią ryby, zatruwając zresztą przy okazji okoliczne rzeki. W ramach rozrywki wciągają nosem halucynogenną epenę, która – jak wierzą – daje im olbrzymią siłę i pomaga upolować dużo małp i myszy.

Język Janomamów różni się od innych narzeczy Amazonii w stopniu wystarczającym, by skłonić badaczy do przypuszczeń, że plemię może pochodzić w prostej linii od pierwszych mieszkańców Ameryki Południowej. Do lat sześćdziesiątych XX wieku Janomanowie praktycznie nie stykali się z białymi ludźmi. Jako pierwszy ich kulturę zbadał właśnie wtedy amerykański antropolog Napoleon Chagnon, który w 1968 opublikował dzieło „Yanomamö: Dzicy Ludzie” (‘Yanomamö: The Fierce People’).

Książka Chagnona do dziś osiągnęła łączny nakład ok. miliona egzemplarzy (sporo jak na wysoce specjalistyczne dzieło o nikomu wcześniej nieznanym plemieniu), stając się jedną z podstawowych lektur na amerykańskich kursach antropologii i psychologii ewolucyjnej. Wzbudziła olbrzymie kontrowersje i wściekłe ataki, zwłaszcza ze strony rządzących na amerykańskich kampusach fanatycznych wyznawców determinizmu kulturowego. Jej autor przez konkurencyjne oskarżony został m.in. o propagowanie przemocy, seksizm, rasizm, faszyzm, nazizm, alkoholizm, ba, nawet o eksterminację samych Janomanów za pomocą odry.

Co aż tak nieprawomyślnego napisał Chagnon? Ano że Janomanowie… uwielbiają przemoc. Z przeprowadzonych przez niego wywiadów i obserwacji wynikało, że ich wsie od pokoleń toczą ze sobą nieprzerwane wojny. Relacje dorosłych członków plemienia wskazywały, że 70 proc. spośród nich straciło przynajmniej jednego członka rodziny w walce mieszkańcami innej wsi lub podczas najazdu. Co trzeci mężczyzna ginął z ręki przez innych mężczyzn, niemal co drugi mężczyzna przyznawał, że już w życiu kogoś zabił.

Trudno się dziwić frustracji i agresji, jaką te rewelacje musiały wywołać w establishmencie nauk społecznych. Przypomnijmy już w latach 60-tych i 70-tych establishment nauk społecznych składał się głównie z lewicowych guru, głoszących, podobnie jak i dziś, że ludzie pierwotni byli miłymi, żyjącymi w zgodzie z naturą niewiniątkami, a na drogę zwyrodnienia pchnęła ludzkość dopiero patriarchalna zachodnia cywilizacja.

Chagnon poszedł jednak jeszcze dalej i przedstawił w swej książce nie tylko agresywne zachowania Janomamów, ale również korzyści, jakie najbardziej mordercze jednostki czerpały ze swej agresji. Udokumentował, że mężczyźni, którzy zabili wroga, mieli trzykrotnie więcej żon i trzykrotnie więcej dzieci niż ci, którzy tego nie zrobili. Większość młodych mężczyzn, którzy kogoś zabili, była żonata; większość młodych mężczyzn, którzy nikogo nie zabili, nie była. Żadna inna rzecz nie korelowała u Janomamów tak silnie z liczbą potomstwa, jak właśnie liczba ofiar na sumieniu.

Co ciekawe, Janomamowie-mordercy mieli więcej dzieci nie tylko dlatego, że wydawali się bardziej atrakcyjni kobietom z własnej wsi, przez co cieszyli się większą liczbą żon (lub w ogóle jakąkolwiek liczbą – najmniej agresywni mężczyźni w plemieniu często kończyli jako bezdzietni kawalerowie), ale też dlatego, że w trakcie najazdów na konkurencyjną wieś, gdy już udało się wymordować jej mieszkańców płci męskiej, zaczynały się grabieże… i gwałty. Część kobiet kończyła również jako branki ludzi, którzy zabili ich ojców i braci.

Teoria ewolucji jest bezlitosna: gdyby w takim układzie agresja lub jej składowe były cechami determinowanymi genetycznie, bardzo szybko geny warunkujące te cechy (przynajmniej w stosunku do obcych) musiałyby zacząć dominować w populacji. A przecież amazońskie plemię nie jest w swych zwyczajach odosobnione. Badania wielu innych pierwotnych plemion ukazują analogiczne dane na temat śmiertelności wśród walczących ze sobą młodych mężczyzn (Lawrence Keely odkrył na przykład w 1996, że Nowogwinejczycy, australijscy aborygeni, mieszkańcy wysp Pacyfiku i Indianie z Ameryki Północnej wyniszczali się wzajemnie wojnami na długo przed przybyciem w rejony przez nich zamieszkałe ponoć tak krwiożerczych Europejczyków) i sukcesu reprodukcyjnego, osiąganego w wielu społecznościach przez mężczyzn bardziej agresywnych niż inni. Jak podsumowuje Steven Pinker w „Jak działa umysł”:

W prymitywnej wojnie mobilizacja była pełniejsza, bitwy częstsze, ofiary śmiertelne liczniejsze, mniej jeńców wojennych i broń bardziej okaleczająca. Wojna, żeby powiedzieć łagodnie, jest główną presją selekcyjną, a ponieważ wydaje się powtarzalnym zdarzeniem w naszej historii ewolucyjnej, musiała w pewnym stopniu ukształtować ludzką psychikę.

Czytając te słowa trudno się dziwić, że zwykli, na oko niczym nie wyróżniający się obywatele Bośni mogli kilkanaście lat temu z dnia na dzień przeobrazić się w zwyrodniałych morderców, masowo mordujących swych sąsiadów (i w tym przypadku ich geny dały o sobie znać w jeszcze inny sposób: w trakcie masakr, np. w Srebrenicy, mordowano przede wszystkim mężczyzn i chłopców; kobiety i dziewczynki padały z kolei ofiarami gwałtów). Ciekawym, w jaki dokładnie sposób do tego dochodzi, polecam lekturę najnowszego dzieła Davida Bussa (popularnego w autora tak głośnych pozycji, jak „Psychologia ewolucyjna”, „Zazdrość – niebezpieczna namiętność” czy „Ewolucja pożądania. Jak ludzie dobierają się w pary”), „Morderca za ścianą”, oraz słuchanie dziś (czyli w czwartek 9 sierpnia) o 21:00 poświęconego tej książce Klubu Trójki. Z gospodarzem, Jerzym Sosnowskim, dzielę na SWPS-ie pokój, nie będzie to więc nasza pierwsza rozmowa o Bussie i socjobiologii. Biorąc pod uwagę, że pozostali goście to prof. Wojciech Pisula i prof. Bogdan Wojciszke, z czystym sumieniem mogę zachęcić do słuchania nawet osoby niegustujące w pieczonych myszach i gotowanych małpich mózgach.