Październik 2007 - archiwum

Polacy o pracy

Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” zleciła na początku tego roku badanie naszych postaw wobec pracy i pracodawców. Oparty na badaniu raport Pracujący Polacy 2007 ukazał się jeszcze we wrześniu i od razu trafił na pierwsze strony gazet. Płynące z niego wnioski są bowiem co najmniej zaskakujące, jeśli nie sensacyjne.

Z raportu wyłania się obraz Polaka generalnie zadowolonego z warunków pracy, dobrze oceniającego swe szanse na rynku zatrudnienia, a przede wszystkim znacznie mniej skłonnego do wyjazdów zarobkowych niż próbują nam wmówić politycy i dziennikarze. Wyniki te, dość spójne z tym, co niedawno zaprezentował prof. Janusz Czapiński w Diagnozie Społecznej 2007, powinny dać nam wszystkim do myślenia. Jako społeczeństwo powoli przestajemy być malkontentami (zarówno w kwestii pracy, jak i pozostałych dziedzin życia) i w coraz większym stopniu upodabniamy się do reszty optymistycznie nastawionych i obnoszących się na co dzień ze szczęściem Europejczyków.

Tyle wprowadzenia, a teraz do rzeczy. O tym, co jeszcze wyszło we wspomnianych badaniach i jak dokładnie zmienia się nasz stosunek do pracy, rozmawiałem ostatniej nocy w programie „Zostaw wiadomość” z prof. Urszulą Sztanderską z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. Audycję poprowadził Bartek Panek. Kto żałuje, że nie słuchał, poniżej znajdzie okazję do nadrobienia zaległości:

 

Szarlatan w sutannie

Na onecie przedruk artykułu z „The Independent” o ojcu Pio z Pietrelciny. Znany (także w Polsce) stygmatyk okazuje się w nim niezwykle barwną postacią – a wszystko dzięki badaniom włoskiego historyka Sergio Luzzatto, który w watykańskich archiwach znalazł dość kłopotliwe dla Kościoła materiały na temat kultowego zakonnika.

Jak się okazuje, już w latach 20-tych i 30-tych Stolica Apostolska miała poważne wątpliwości co do rzeczywistej natury wizji, objawień i stygmatów charyzmatycznego mnicha. Wzbudzały je na przykład rzeczy, które sam zainteresowany opowiadał o sobie: twierdził m.in. że ma zdolności telepatyczne i widzi przyszłość. Niemniej chyba najciekawsza była bilokacja. Ojciec Pio utrzymywał, że zdarza mu się przebywać w kilku miejscach jednocześnie, co zresztą skrzętnie potwierdzali wierni, donoszący o zauważeniu nieruszającego się z San Giovanni Rotondo zakonnika w Genui, Rzymie, Urugwaju czy Milwaukee. Tymczasem Święte Oficjum w Watykanie już w pierwszej połowie XX wieku podchodziło do tych rewelacji dość sceptycznie.

Oliwy do ognia dolewały rozchodzące się po Włoszech pogłoski o defraudacjach finansowych w coraz bogatszym za sprawą licznych datków klasztorze oraz o spółkowaniu dość młodego jeszcze wówczas zakonnika z fankami w konfesjonałach. To ostatnie zaowocowało nawet wydaniem przez papieża ojcowi Pio zakazu spowiadania i odprawiania mszy publicznie. W 1923 zakazano mu także zbliżania się do chłopców w przyklasztornej szkole (zgadnijmy, dlaczego).

Największe kontrowersje budziły jednak (i do dziś budzą) oskarżenia o sztuczne podtrzymywanie stygmatów. Ojciec Pio nie ukrywał, że wciąż jątrzące się rany (w których jednak, o dziwo, nigdy nie dochodziło do zakażeń) regularnie przemywa kwasem fenolowym. Związek ten, od dawna znany ze swych bakteriobójczych i grzybobójczych właściwości, przy wyższych stężeniach jest wysoce toksyczny w kontakcie ze skórą: powoduje m.in. oparzenia i martwicę. Zakonnik przyznał się do jego stosowania jeszcze w 1919, gdy przyłapano go na tym, że zlecił pielgrzymującej doń kuzynce aptekarza z Foggi zdobycie 100 mg sproszkowanego fenolu (później wielokrotnie zamawiał u niej większe ilości tej żrącej substancji).

Mimo tych wszystkich oskarżeń siła oddziaływania obrotnego mnicha nieprzerwanie rosła, a do klasztoru San Giovanni Rotondo z roku na rok pielgrzymowały coraz większe tłumy. Nic dziwnego, że po kilkudziesięciu latach walki z wiatrakami Kościół doszedł do wniosku, że bardziej opłaci się zaakceptować czarną owcę i włączyć ją do mainstreamu. W 1933 papież Pius XI odwołał wszystkie zakazy nałożone na ojca Pio, zaś jego następca, Pius XII zaczął wręcz zachęcać wiernych do pielgrzymek do bogobojnego biznesmena.

Potem już poszło z górki: kult jeszcze za życia przyszłego świętego z dnia na dzień się rozrastał, czego zresztą wcale nie przerwała śmierć zakonnika w 1969. Prawdziwego rozpędu nabrał jednak, gdy na tron Piotrowy wstąpił Jan Paweł II, znany entuzjasta ludowej religijności. W 1982 rozpoczęto proces beatyfikacyjny, w 1999 papież ogłosił ojca Pio błogosławionym, a w 2002 świętym. Dziś, jak wynika z sondaży, do operatywnego, acz martwego zakonnika modli się we Włoszech więcej ludzi niż do Jezusa i Maryi. I choć sam wątpliwy święty już nic z tego nie ma, dla Kościoła katolickiego długo jeszcze pozostanie prawdziwą żyłą złota.

Byle nazwisk nie przekręcali

We wtorek, w ramach Celebrity Deathmatch w radiu VOX FM (który to program przewrotnie ktoś kiedyś nazwał W dobrym tonie) wystąpiłem w audycji z dominikaninem Marcinem Dąbkowiczem. Miało być o plotce, nieoczekiwanie tymczasem skończyło się… sporem o naturę ludzką.

Pojedynek mistrzowsko poprowadziła Iwona Schymalla, a sędziowała błyskotliwie Lidia Stanisławska (przy okazji: autorka tytułowego bonmotu). Mimo obecności dam w studiu, generalne starcie okazało się nie do uniknięcia, choć nastąpiło dopiero w drugiej połowie. Kto wygrał, osądźcie sami:

Dama do towarzystwa

Przewrotny telefon do „Nocnych spotkań” w I Programie Polskiego Radia, w których przypadkiem (choć akurat milcząco) uczestniczyłem:

Ledwiem to przeżył…

Nierówne standardy

W „Tygodniku Powszechnym” wstrząsający artykuł o tym, ile się trzeba w Polsce nachodzić, chcąc dokonać oficjalnej apostazji (okropne słowo, brzmi jak połączenia aborcji z eutanazją) z Kościoła katolickiego. I to nie samemu, ale z dwoma świadkami – jedną osobę ksiądz może po prostu odesłać z kwitkiem. Co więcej, w większości przypadków nie wystarczy proste oświadczenie woli, że nie chce się napędzać kościelnych statystyk – trzeba mozolnie wytłumaczyć duchownemu, kiedy i w jakich okolicznościach straciliśmy wiarę (domyślnie przyjmuje się, że wszyscy Polacy wierzą w Boga) i wysłuchać wiązanki napomnień, której długość zależy od stopnia determinacji duszpasterza.

Przed przeczytaniem tego tekstu nigdy nie myślałem poważnie o występowaniu ze średniowiecznej instytucji, do której zapisano mnie bez mej wiedzy i zgody 28 lat temu. I to mimo faktu, że w myśl wszelkich znanych kryteriów jestem ateistą – choć przyznam, że nie lubię tu etykietek. W powszechnym odczuciu ateiści to przecież ludzie wierzący w nieistnienie Boga – tymczasem ja w nic takiego nie wierzę. Po prostu uważam (za Dawkinsem, ale nie tylko nim), że, jeśli chodzi o dzisiejszy stan wiedzy, z naukowego punktu widzenia znacznie bardziej prawdopodobne jest nieistnienie niż istnienie Istoty Najwyższej, która miałaby być jednocześnie wszechmocna, wszechwieczna, wszechwiedząca, wszechobecna, ale za to niewidzialna. Podobnie jak bardziej prawdopodobne jest nieistnienie niż istnienie krasnoludków czy Latającego Potwora Spaghetti. Gdyby jednak pewnego dnia pojawił się dowód empiryczny na to, że Bóg, krasnoludki lub Latający Potwór Spaghetti istnieją, przyjąłbym go do wiadomości i fakt istnienia uznał. Nie, nie uwierzyłbym – tak jak i dziś nie wierzę w rzeczy naukowo potwierdzone, tylko je po prostu wiem – lecz uznałbym rzecz za udowodnioną lub przynajmniej prawdopodobną.

Tymczasem istnienia żadnego z powyższych obiektów/zjawisk nigdy nie potwierdzono na drodze powtarzalnej obserwacji. Jak by bowiem nie patrzeć, fundamentalne dla chrześcijan dzieło dowodzące istnienia Boga, Biblia, wydaje się równie wartościowym materiałem empirycznym, co Baśnie braci Grimm. Trudno przecenić wpływ jednego i drugiego zbioru podań na naszą kulturę, trzeba być jednak nieukiem lub wariatem, by którykolwiek traktować jako źródło wiedzy o fizyce, astronomii, genetyce czy historii Wszechświata. Prawa rządzące rzeczywistością są bezlitosne: gadający wąż w Raju i rozstępujące się Morze Czerwone są równie prawdopodobne, co wróżka zamieniająca Kopciuszka w seksbombę czy żywa babcia Czerwonego Kapturka wyciągnięta z rozprutego brzucha Wilka. Fakt, że o babci i wróżce nie powstają dziś summy teologiczne, a o parze Pierwszych Rodziców – i owszem, niczego tu nie rozstrzyga: bredzić sobie każdy może o czym chce. Tylko dlaczego, u licha, wymagać od innych, by po zaświadczenia, że w te brednie nie wierzą, latali do centrów promocji przesądów? Czy przedszkola i żłobki wydają druczki potwierdzające, że się nie wierzy w bajki o Królewnie Śnieżce, a kina – że nie jest się wyznawcą Shreka?

Zielona histeria

Na Modnych Bzdurach znalazłem link do ankiety, którą Greenpeace wysłał do 14 partii politycznych biorących udział w wyborach. Tylko cztery ugrupowania (PO, LiD, Zieloni2004 i Partia Kobiet) odesłały wypełnioną ankietę. Za to lektura tego, co tam zadeklarowały, każdego, kto liznął w szkole trochę biologii, fizyki lub logiki, przyprawić może o załamanie nerwowe.

Przede wszystkim cztery wymienione partie deklarują, że aktywnie przeciwstawią się wprowadzeniu do Polski i Unii Europejskiej organizmów modyfikowanych genetycznie. Nie przejmując się tym, że, jak wskazują przeprowadzone do tej pory badania, GMO nie tylko nie stanowią zagrożenia dla środowiska czy człowieka, lecz nawet – właśnie dzięki temu, że ich genom nie wyewoluował przypadkowo, tylko został zaprojektowany – są znacznie bezpieczniejsze w uprawie i użyciu. Dzięki temu w wielu miejscach na świecie przyczyniają się dziś do poprawy warunków bytowych milionów (przeważnie biednych) ludzi – w tym kontekście można wspomnieć choćby „złoty ryż” wzbogacony w beta-karoten, będącym prekursorem witaminy A, dzięki któremu ludzkość po raz pierwszy ma szansę poradzić sobie z niedoborem tej witaminy w Azji.

Stan wiedzy na temat GMO jest dziś w Polsce opłakany (o czym zresztą pisałem przy innej okazji), głównie za sprawą niewystarczającej edukacji w dziedzinie nauk przyrodniczych na etapie podstawówki i gimnazjum, czemu zresztą winna jest najprawdopodobniej dominującą w naszym kraju filozofia edukacji jako procesu zapoznawania dziecka w pierwszym rzędzie z nieaktualnym i mało dziś przydatnym dorobkiem „cywilizacyjnym” poprzednich pokoleń. Od ogółu dzieci i młodzieży oczekuje się przede wszystkim przyswajania informacji o tym, ile lat żył Mickiewicz, co to był cud nad Wisłą, w którym roku Prus napisał „Lalkę” czy jak zapisać niewystępujące poza dyktandami słowo gżegżółka. Informacje o budowie komórki, fuzji jądrowej czy językach programowania na poziomie wyższym niż hiperpodstawowy z definicji przeznaczone są tylko dla pasjonatów, którzy zechcą zdawać na maturze biologię, fizykę czy informatykę (zamiast np. znacznie prostszej religii). Literaturę tymczasem zdać muszą wszyscy, czy im się to podoba, czy nie.

Oczywiście, trudno nie dostrzec, że taki system nauczania jest niezwykle korzystny dla polityków (im większe barany, tym łatwiej nimi manipulować), dlatego też trudno oczekiwać, że będą oni wprowadzali reformy, na skutek których mógłby się zmniejszyć odsetek ignorantów, którzy zaliczyli maturę inwokacją lub paciorkiem, a nie mają pojęcia, jak działa silnik czy skąd się wziął człowiek. I którym dzięki temu tak łatwo robić wodę z mózgów.

Ale wróćmy do wyników ankiety, bo są tam jeszcze inne kwiatki. Dwa z czterech ugrupowań opowiadają się na przykład przeciwko energetyce jądrowej – najczystszej i najbardziej ekologicznej ze znanych dziś technologii produkcji energii. Na szczęście dwie partie mające realne szanse na rządzenie, Platforma i LiD, zachowały w tym wypadku minimum rozsądku i elektrownie atomowe (z zastrzeżeniem, że chodzi wyłącznie o technologie bezpieczne) są w stanie zaakceptować.

PO żegna się jednak z rozsądkiem, gdy obok siebie pojawiają się hasła Natura2000 i ViaBaltica. Budzi to obawy, że po objęciu władzy przez tę formację możemy zatęsknić za czasami PiS, w których oddawano do użytku nawet po kilkanaście kilometrów autostrad rocznie. Co więcej, a z czego mało kto widać zdaje sobie tam sprawę, dalszy rozwój programów Natura2000 i Zielone Płuca Polski to nie tylko najlepsza droga do tego, byśmy się podusili we własnych spalinach, ale i wspaniały sposób na obcięcie skrzydeł gospodarce, choćby poprzez zarżnięcie inwestycji w infrastrukturę turystyczną. Lewicowym, quasilewicowym i pseudolewicowym partiom w to graj (im biedniejsza populacja, tym teoretycznie większy ich elektorat); jak to liberalna Platforma godzi z prorynkowymi deklaracjami, wolę się jednak nie zastanawiać.

XPR – kant wyborczy?

Komitet Wyborczy LPR zarejestrował się jako komitet wyborczy jednej partii politycznej: Ligi Polskich Rodzin. Nazwa komitetu nawet nie sugeruje, że istnieje jakaś Liga Prawicy Rzeczypospolitej czy jakieś rozwinięcie skrótu XPR/xPR, nie zawiera też żadnych odniesień do UPR czy PR. Tylko stare, dobre Polskie Rodziny.

Jeden rzut oka na foldery i materiały promocyjne komitetu wskazuje jednak, że – wbrew deklaracjom w nazwie – nie jest to komitet jednej partii, lecz de facto koalicyjny komitet wyborczy. Spójrzmy choćby na baner, który dziś wyświetlał się po wstukaniu adresu www.lpr.pl. Dość interesujące są logotypy trzech partii na dole – a zwłaszcza ich kolejność:

Złudzeń co do koalicyjnego charakteru komitetu nie pozostawia również lektura programu, który wydaje się w znacznie większym stopniu oparty na libertariańsko-konserwatywnym programie UPR, niż na socjalistyczno-narodowym (czy – według niektórych – nawet narodowo-socjalistycznym) do tej pory programie LPR.

Co więcej, wspólny projekt Giertycha, Jurka i Korwin-Mikkego w mediach funkcjonuje w najlepsze właśnie jako koalicja Liga Prawicy Rzeczypospolitej i ma nawet w tej postaci własną stronę, na której nie ukrywa się koalicyjnego charakteru porozumienia. Mimo to nikt z władz wyborczego sojuszu jakoś nie pali się do pochwalenia się tym wszystkim komisji wyborczej. LPR w skrócie „KW LPR” to wciąż oficjalnie jedna partia.

Spyta ktoś: i co z tego? Ano, potencjalnie ukrycie się w komitecie jednopartyjnym przynieść może grupce partii o umiarkowanym poparciu przynajmniej jedną, za to trudną do przecenienia korzyść. Artykuł 133 ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu stanowi bowiem:

1. W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.
2. Okręgowe listy kandydatów na posłów koalicyjnych komitetów wyborczych uwzględnia się w podziale mandatów w okręgach wyborczych, jeżeli ich listy otrzymały co najmniej 8% ważnie oddanych głosów w skali kraju.

Z wymogu tego zwolnione są tylko komitety utworzone przez wyborców zrzeszonych w zarejestrowanych organizacjach mniejszości narodowych (art. 134). KW LPR oczywiście takim statusem pochwalić się nie może, i stąd – jako (oficjalnie) komitet jednej partii, jedyne, co musi osiągnąć, by brać udział w podziale mandatów, to 5 procent.

OK, powie ktoś, że przecież i z list PO startują różne SKL-e, i z Samoobrony – Miller (który przecież założył właśnie nową partię), i z PiS-u – stronnicy Ojca Rydzyka. Problem jednak w tym, że we wszystkich powyższych wypadkach udział procentowy osób spoza partii firmującej komitet jest niewielki. A co więcej, nikt w mediach nie prezentuje tych partii jako koalicji.

Pytanie nasuwa się w takim razie, czy kazusowi KW LPR nie powinna bliżej przyjrzeć się Państwowa Komisja Wyborcza? Moim zdaniem tak, zadbać zaś powinny o to przede wszystkim pozostałe liczące się komitety. Jakby bowiem nie patrzeć, to ich Giertych i Korwin-Mikke, jeśli osiągną wynik w granicach 5-8 proc. (co wcale nie jest nieprawdopodobne), okradną z iluśtam mandatów i miejsc w parlamencie.

Nowe stare gwiazdy

Wiemy już, co naprawdę pragną oglądać karmieni na okrągło pop-papką Polacy. Nie, wcale nie głupawe seriale czy ograne teleturnieje. Najnowsze gwiazdy, których pierwsze starcie z zapartym tchem śledził wczoraj co trzeci zdolny do włączenia TV Polak, to oczywiście Jarosław Kaczyński i Aleksander Kwaśniewski. Spodziewanie czy nie, obaj panowie odnieśli tak duży sukces, że sztaby już zapowiadają kolejne odcinki.

Trudno ukryć, że to właśnie wyniki oglądalności stanowią największy sukces tej debaty, i to sukces obu polityków. Nie sposób uwierzyć, że równie dużo osób zasiadłoby przed telewizorami, by oglądać np. nijakiego Tuska. Stąd również trudno odmówić racji premierowi, który, olawszy władcę Platformy, zgodził się debatować tylko z „jego szefem”. Nawet ryzykując, że na skutek pokazywania całej Polsce trzeźwego Kwaśniewskiego może się LiD dotelepać w sondażach do 20 procent.

Dla Kaczyńskiego co innego wydaje się naprawdę ważne: fakt, że PiS może na marginalizacji PO ugrać znacznie więcej niż LiD. Nawet jeśli nie 50 procent miejsc w parlamencie, to przynajmniej zwycięstwo znaczącą większością. Jeśli nawet zaraz potem sfrustrowani Platformersi sami nie obalą nieudolnego przywódcy (nie wyobrażam sobie, by jakakolwiek partia na Zachodzie tak długo trzymała na tym stanowisku gościa, którego główne hobby to przegrywanie), zawsze da się spośród nich wydłubać wystarczająco wielu naśladowców Rokity (względnie pozamykać wystarczająco wiele następczyń Sawickiej), by spokojnie rządzić przez następne 4 lata.

Oczywiście organizując od czasu do czasu, ku uciesze gawiedzi, kolejne telewizyjne debaty.

Tych, co oprócz Kaczyńskiego i Kwaśniewskiego lubią od czasu do czasu popatrzeć na pewnego pana o nazwisku na Ł., zapraszam jutro do włączenia o 12:30 kanału TVN CNBC Biznes, gdzie opowiadać mam o tym, dlaczego Polacy kradną w pracy. Tym zaś, którzy wolą mnie słuchać, polecam z kolei dzisiejsze W dobrym tonie w VOX FM (20:00-22:00, powtórka 00:00-02:00), poświecone Diagnozie Społecznej 2007. Będzie, jak zwykle, ciekawie.