Listopad 2007 - archiwum

Eurozdziwienia

Konferuje sobie od kilku dni w Brukseli i wciąż ze zdziwienia wyjść nie mogę. Nie, nie tylko dlatego, że wyniki badan, o których w ramach swego europrojektu przyleciałem tu dyskutować, dostępne są bez wyjątku w Internecie, podobnie jak wyposażeni w komunikatory i maile badacze. I nie dlatego, że same badania nie są na ogól przesadnie odkrywcze – można się z nich dowiedzieć na przykład, że nastoletni chłopcy częściej niż nastoletnie dziewczynki wchodzą na strony porno lub że rodzice w Izraelu bardziej sie boja czyhających na ich dzieci w Sieci arabskich terrorystów niż rodzimych pedofilów. Rytualne konferencje naukowe (jak również paranaukowe) to jednak na świecie tradycja, a z tradycja, jak wiadomo, sie nie dyskutuje…

Znacznie bardziej dziwi fakt, iż, bym mógł o tym wszystkim posłuchać, Wspólnoty Europejskie fundują mi 5 dni w hotelu, w którym doba kosztuje więcej niż miesięczne pobory moich wcale nieźlee zarabiających rodziców (Zamieszkałe przez pracowników PE i KE okolice Quartier Européen są ponoć, mimo względnej brzydoty, najdroższe w całej eurostolicy. Jest to na swój perwersyjny sposób dość sensowne, gdyż eurobiurokraci oczywiście nie płacą za nie z własnych kieszeni. Mają od tego europodatnikow.), tudzież wystawne posiłki i masę innych rozrywek. Pozostaje mi chwalić niebiosa, że w bilansie z Unią wychodzę na plus, w przeciwnym razie jako europodatnika już by mnie na widok tego wszystkiego szlag trafił albo żywcem krew zalała.

Poza tym jest super.

Dysonans, czyli palce lizać!

Na naszych oczach padł właśnie kolejny bastion człowieczeństwa: amerykańscy naukowcy udowodnili, że nasi małpi krewniacy są zdolni do odczuwania dysonansu poznawczego.

Na początku warto wyjaśnić, co to takiego dysonans poznawczy. Otóż psychologowie nazwali tak uczucie nieprzyjemnego napięcia psychicznego, które pojawia się, gdy zdajemy sobie sprawę, że coś, co właśnie zrobiliśmy, nie jest zgodne z naszym światopoglądem, lub też gdy ktoś przedstawia nam jako absolutną prawdę coś, co zaprzecza temu, w co do tej pory wierzyliśmy. Skomplikowane? No to opowiedzmy o tym prościej.

Wyobraź sobie, że na prośbę znajomego (względnie znajomej) właśnie zjadłeś muchę (damy niech mi wybaczą użyty tu rodzaj męski, ale badania wskazują, że są statystycznie znacznie mniej skłonne do robienia podobnych głupot), taką, jak na zdjęciu. Zgodnie z oczekiwaniem było to obrzydliwe, ale przecież chciałeś pokazać, że nie jesteś mięczakiem, popisać się, lub po prostu nie potrafisz innym odmawiać – i z zamkniętymi oczami jakoś ją przełknąłeś. Zwizualizowane? To teraz spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie: w którym wypadku mucha bardziej by ci smakowała (czy też raczej mniej nie smakowała): gdybyś lubił tego znajomego (względnie znajoma była ładna), czy też gdyby znajomy był twoim wrogiem (a znajoma pasztetem)?

Już wiesz? No to zobaczmy, czy trafiłeś. Psycholodzy są zgodni, że im bardziej antypatyczni znajomi, tym przyjemniejsza konsumpcja muchy. Mamy bowiem uniwersalną i ogólnoludzką tendencję do uzasadniania czynności, które wykonujemy, przed samymi sobą, ot, byle by (choćby we własnych oczach) nie wyjść na idiotów. Jeśli uzasadnienie zewnętrzne jest wystarczająco silne, sama czynność może być nawet bardzo nieprzyjemna. Dobrze jednak wiemy, po co ją wykonujemy, nie zmieniamy więc generalnie o niej sądu.

Jeśli jednak uzasadnienie zewnętrzne jest słabe, pojawia się dysonans. Jego początkiem jest uświadomienie sobie, że oto wykonuję rzecz głupią lub nieprzyjemną, mimo że nic z tego nie będę miał. Jest to bardzo nieprzyjemna myśl (nikt nie lubi czuć, że jest głupcem czy frajerem), dlatego zaraz potem uruchamiają się mechanizmy psychiczne, dzięki którym rekonstruujemy sobie to i owo w pamięci i już wkrótce jesteśmy przekonani, że albo mucha wcale nie była taka niesmaczna, albo też znajomy jest nawet dość sympatyczny (a znajoma nawet nie tak nieatrakcyjna). Profesjonalnie nazywa się to redukcją dysonansu poznawczego.

Od czasów Festingera, który zjawisko odkrył i opisał, ludzie byli przekonani, że są jedynym gatunkiem w przyrodzie zdolnym do przeżywania tak wyrafinowanego uczucia. Najnowsze doświadczenia psychologów z Yale na kapucynkach (chodzi oczywiście o gatunek małp szerokonosych, nie zaś o siostry klaryski), których wyniki opublikowano Psychological Science, pokazują, że byliśmy w błędzie. Nie mamy wyłączności na to, by w imię zachowania dobrego mniemania o sobie i spójności sądów o świecie, myśleć i robić rzeczy absurdalne. Pytanie teraz, czy się w tym wypadku z naszej nie-wyjątkowości cieszyć, czy nad nią rozpaczać…

Gore nam!

Na portalu gazeta.pl znalazłem przedruk opublikowanego pierwotnie w Die Zeit artykułu Josefa Joffego Klimatyzm – nowa świecka religia. I mocno się zdziwiłem, jako że dawno nie widziałem równie celnego podsumowania tego, co aktualnie zachodzi w przeżartych konsumpcją umysłach mieszkańców Europy i Ameryki Północnej, a co można streścić krótko jako… pędzącą lawinę nawróceń na nowe, coraz modniejsze wyznanie:

2000 lat po narodzeniu Chrystusa, a 1400 lat po Mahomecie nowa wiara ogarnia serca i umysły mieszkańców zachodniego świata. Owa religia to klimatyzm. (…) Tu każdy jest znawcą świętych pism, i każdy jest oświecony.

Oczywiście, oświecony tylko pod jednym warunkiem: że nie posiada wykształcenia kierunkowego w dziedzinie klimatologii. Dowodem wyznanie dwójki tegorocznych polskich pokojowych noblistów (tak, tak, Al Gore nie zgarnął całej kasy), czyli specjalistów z IPCC (Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu) Zbigniewa Kundzewicza i Piotra Tryjanowskiego. Dość nieoczekiwanie padło ono w wywiadzie, który dla Dużego Formatu przeprowadził z ekspertami Adam Kompowski:

Kundzewicz: Muszę powiedzieć, że klimat wciąga. Nie zawsze się nim zajmowałem, bo nie jestem z wykształcenia klimatologiem ani meteorologiem. Ale klimat, pogoda wpływa na nasze życie. (…)
Kompowski: A pan Piotr jest ornitologiem.
Tryjanowski: (…) To, że nie jesteśmy klimatologami, jest naszym atutem. Mamy inne spojrzenie, szersze.

Czytając to, nie nadążałem z przecieraniem oczu. Od biedy byłbym jeszcze w stanie znieść sytuację, w której ktoś się przyznaje, iż w dziedzinie, którą się zajmuje, nie jest specjalistą (doceniam, mimo wszystko, szczerość). Gdy jednak zaraz potem zaczyna ze swej ignorancji czynić cnotę, po prostu ręce opadają. Najgorsze jednak, gdy sobie człowiek uświadomi, że taki badacz właśnie za swój dorobek dostał Nobla. Jedyna pociecha, że nie w dziedzinie naukowej.

Fakt, że Nobel był nienaukowy, wydaje się tu zresztą symptomatyczny. Sam Joffe uważa klimatyzm za konkurencję nie dla normalnej nauki, lecz dla chrześcijaństwa – i przytacza na poparcie swej tezy szereg dowodów. Ot, choćby w Kalifornii ostatnio nawet Biblię na stolikach w pokojach hotelowych zastępuje się „Niewygodną prawdą” wspomnianego już noblisty Ala Gore’a. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że z innej książki owego mistrza fantastyki, przy którym schować mogą się nawet autorzy Pięcioksięgu, możemy się dowiedzieć m.in. ciekawych rzeczy o życiu, bodaj na Śląsku:

In some areas of Poland, children are regularly taken underground into deep mines to gain some respite from the buildup of gases and pollution of all sorts in the air. One can almost imagine their teachers emerging tentatively from the mine, carrying canaries to warn the children when it’s no longer safe for them to stay above the ground.
[W niektórych rejonach Polski dzieci są regularnie zabierane pod ziemię do głębokich kopalń, aby choć na chwilę odetchnąć od nagromadzonych w powietrzu gazów i zanieczyszczeń wszelkiego rodzaju. Możemy sobie wyobrazić ich nauczycieli, jak wychodzą niepewnie z kopalni, trzymając kanarki, aby ostrzec dzieci, że pozostawanie na powierzchni nie jest już dla nich bezpieczne.]

Mocne, nieprawdaż? Zwłaszcza te kanarki… Tak czy owak, czyta się to jednym tchem i aż dziw bierze, że niedoszły prezydent USA (w trakcie wyborów w 2000 przedstawiany jako inteligentniejszy od niewiedzącego, gdzie leży Słowenia, George’a W. Busha) nie dostał za swój dorobek Nobla także z literatury.

Kolejnym przytoczonym przez Joffego dowodem na religijny raczej niż naukowy charakter klimatyzmu jest fakt, że „naukowe” dzieła klimatystów mają na ogół formę nie raportów empirycznych, lecz proroctw. A to przecież od zarania dziejów znamionuje religijne formy wypowiedzi:

Wiara (…) potrzebuje swoich proroków, którzy (…) piętnować będą grzech, a głosić pokutę i nawrócenie. „Biada grzesznemu ludowi, narodowi pełnemu winy” – wołał prorok Izajasz. Jego słowa porównać można ze stwierdzeniem Ala Gore’a: „My, Amerykanie, zgrzeszyliśmy… Musimy odpokutować za grzechy, ofiarując w zamian wygody naszego życia.”

Gore prorokiem? Nie jest to ujęcie ani nowe, ani zaskakujące. Zaraz po rozdaniu pokojowych Nobli w tekście na Pardonie Rafał Madajczak (autor m.in. znanego bloga Piątej Władzy) nazwał ekswiceprezydenta „apostołem”:

Al Gore stał się kimś w rodzaju apostoła świeckiej cywilizacji Zachodu. Cywilizacji, w której wszystko – od niewierności po zmiany klimatu – jest chorobą, która czeka tylko na wynalezienie swojego lekarstwa. W tej wizji nie ma miejsca na pogląd, że klimat na ziemi po prostu cyklicznie się zmienia.

Każdy prorok czy apostoł, przekonujący daną społeczność do przyjęcia forsowanego przez siebie systemu wierzeń, posługuje się ściśle określoną retoryką. Nie jest ona na ogół zbyt skomplikowana (ma przecież trafić także do maluczkich) i bazuje przeważnie na starej metodzie kija i marchewki. W roli kija występuje zwykle straszenie, nawiązujące do najgorszych średniowiecznych tradycji, dla niepoznaki polanych jakimś nowoczesnym, pseudonaukowym sosem. Jak pokazuje Joffe, chodzi przede wszystkim o

wykreowanie apokaliptycznej wizji przyszłości – za przykład podać można chrześcijańską Apokalipsę św. Jana ze „spadającym z nieba ogniem”. (…) Religia oddziaływuje na człowieka, dotykając jego odwiecznych obaw, odwołując się do pierwotnych uczuć. Wiara już za czasów Mojżesza zyskiwała nowych wyznawców poprzez wywoływanie w nich śmiertelnego strachu, zsyłając na ziemię potop, suszę (za czasów pobytu Józefa w Egipcie) czy pożar (płonący miecz Michała Archanioła, zniszczenie Sodomy i Gomory). Składniki nowoczesnej apokalipsy w klimatyźmie wcale nie różnią się od biblijnych: podnosi się poziom wód morskich, tereny, które nie zostaną dotknięte przez katastrofalne powodzie niszczy susza, a resztę ziemi pustoszą huragany. (…)
Każda religia ma swoje znaki na niebie. O ziemskim katakliźmie pisał już św. Jan: „Słońce stało się czarne, księżyc przybrał barwę krwi.” Dziś znaki z nieba to codzienna prognoza pogody, w której tkwi tyle samo poetyckiej wolności, ile było jej w słowach proroka Izajasza czy autora ewangelii św. Jana.
Katastrofa klimatyczna to z jednej strony zbyt dużo, a z drugiej zbyt mało śniegu, za dużo deszczu, za dużo słońca, zbyt częste powodzie, a zarazem za mało wody. Wszystko to składa się na pojęcie klimatu, wszystko jest upomnieniem i znakiem ostrzegawczym.
Prorok słusznie się gniewa, ale w jego złości dostrzec też można odrobinę kuglarstwa, bo co będzie, jeżeli niedźwiedzie polarne w rzeczywistości nie wyginą, a Golfsztrom nie przestanie płynąć? Chodzi o ludzki strach i o głęboką wiarę. Te pierwotne instynkty stanowią punkt odniesienia i dzielą świat na wiernych i heretyków, członków społeczności i wygnańców. Sumienie triumfuje nad wiedzą, uczucie nad nauką.

Gdy już potencjalnych konsumentów naszych idei dostatecznie nastraszymy, przychodzi kolej na marchewkę: pokazanie, że zło wcale nie jest nieuchronne i że można go uniknąć wykonując pewne rytuały. I na tym polu, jak zauważa Josef Joffe, klimatyzm niespecjalnie różni się od znanych nam mono- i politeizmów:

Trzecim koniecznym filarem religii jest nadzieja i zbawienie. Biblijny deszcz siarki i ognia, który spadł z nieba, zmiótł z ziemi siły szatana. „Jezioro ognia” pochłonęło tylko tych, „którzy nie znaleźli się w Księdze Życia”. (…) Posłuszeństwo Bogu w judaizmie to podporządkowanie się boskiemu prawu, w katolicyzmie natomiast uniknąć piekła może ten, kto wyzna swoje grzechy, odprawi pokutę i przyrzeknie nawrócenie. A jak to wygląda w klimatyźmie?
Tu zbawiony może być każdy, kto nauczy się rezygnować z dóbr doczesnych, co w rzeczywistości jest również religijnym toposem. Prorok Izajasz grzmi: „Zniszczyliście winnicę, w waszych domach ukrytych jest mnóstwo przedmiotów, które zrabowaliście biednym.” Nowoczesny odpowiednik to wyzysk krajów trzeciego świata. Prorok ostrzega: nauczcie się pokory, „każdy człowiek musi pochylić głowę”, w przeciwnym wypadku „Pan zabierze wam wszelkie klejnoty”.
Dla wyznawców klimatyzmu grzechem jest bezgraniczna konsumpcja, która przez globalne ocieplenie prowadzi ludzkość do zagłady. Zrezygnujcie z nowomodnych zabawek: samochodów, podróży w dalekie zakątki świata, klimatyzacji, nie jedzcie mięsa. Zaniechajcie nadawania boskich cech wzrostowi gospodarczemu, pochylcie się ze skruchą przed matką naturą. Kupujcie odpusty z certyfikatem CO2!

Powie ktoś, że to, na co jacyś idioci wydają pieniądze, to wyłącznie ich sprawa. Sęk w tym, że w dzisiejszym świecie nadgorliwi wyznawcy w coraz większym stopniu zdobywają wpływ na życie publiczne i zaczynają do kupowania odpustów zmuszać również niewierzących. W Polsce nie odczuwamy jeszcze tego przymusu zbyt mocno, no, chyba że jesteśmy mieszkańcami Augustowa. Jak przymus wygląda w bardziej „cywilizowanych” częściach świata, można sobie jednak poczytać choćby u Starego Wiarusa. Znów zacytuję obficie, ale blog nie dość, że salonowy, to jeszcze niszowy, więc założę się, że mało który z moich czytelników na link do niego (na Hardkorze zamieszczony) klika… A jeśli nawet kiedyś kliknie, niezbyt prawdopodobne, że w lekturze wpisów dotrze aż do marca. W marcu tymczasem autor bloga, naturalizowany w Australii polski emigrant, wypuścił jeden z najlepszych felietonów: o paranoi klimatycznego fanatyzmu, która właśnie ogarnęła antypody:

Zieloni zeloci religii globalnego ocieplenia zajmują się ostatnio ze szczególną energią obmyślaniem rytualnych umartwień, do jakich należy mnie przymusić dla przebłagania planety. Jeśli planeta nie zostanie przebłagana, to moje pra-prawnuki, już za dwieście lat, mają przerąbane.
Obmyślanie nowych umartwień nie jest rzeczą prostą. Umartwienia powinny biczować i umartwiać wyłącznie mnie i innych wrednych kapitalistów, natomiast w żadnym wypadku nie mogą zawadzać budowie nowych elektrowni węglowych w Chinach, ani w jakikolwiek sposób zniechęcać ubogiego hinduskiego wieśniaka do posiadania czternaściorga dzieci. Chiny, Indie i cała Afryka mają dyspensę od Rady Ludowych Komisarzy Klimatycznych na dymienie, smrodzenie, grzanie i puszczanie bąków. Dyspensę dostały, bo są biedne, a co najważniejsze, nie są imperialistyczne, więc planeta im wybaczy. (…)
Tymczasem w Pierwszym Świecie trwają heroiczne deliberacje, jak by tu mnie zobowiązać ustawowo, pod karą grzywny i chłosty, abym nie brał prysznica dwa razy dziennie po dziesięć minut, jak do tej pory, ale raz na trzy dni przez półtorej minuty, pod specjalnym sitkiem za sto dolarów, stwarzającym wymyślne złudzenie, że leci z niego woda, podczas gdy faktycznie nie sposób się pod nim porządnie opłukać z mydła. (…) Mam się wyrzec burżujskiego zwyczaju podróżowania zabójczymi dla planety samolotami pasażerskimi. Tym samym mam się rytualnie uwięzić na kontynencie australijskim, połączonym z resztą świata, jeśli idzie o transport pasażerów, wyłącznie drogą lotniczą. (…)

Itepe, itede. Dokładny rejestr umartwień (a jest ich znacznie, znacznie więcej), którym powinien się poddawać statystyczny Australijczyk, na blogu Wiarusa. O ich czysto rytualnym, nie zaś praktycznym charakterze, najlepiej tymczasem świadczą wyliczenia pokazujące, jaki jest rzeczywisty wpływ 20 milionów Ozzich na efekt cieplarniany:

Jeśli cała Australia i Nowa Zelandia razem z całą ludnością i gospodarką znikną jutro rano z powierzchni ziemi, to emisja gazów powodujących efekt cieplarniany spadnie o całe 1.4%, i planeta będzie zbawiona.
Ale tylko przez dwa lata, do czasu uzupełnienia brakującego CO2 przez dynamicznie rozwijające się Chiny.

Najlepsze jednak, że po uzupełnieniu przez Chińczyków poziomu dwutlenku węgla i tak nic się nie stanie. A przynajmniej nic, do czego nie doszłoby i bez tego. Ziemia, która 100 lat temu (czyli w kategoriach planetarnych: dopiero co) wyszła z małej epoki lodowcowej, będzie się najprawdopodobniej rozgrzewać przez następne tysiąc lat. I nie zanosi się, by szamanizm w postaci niemycia się lub nielatania cokolwiek w tej kwestii zmienił.

Po co mordujemy?

Lepiej późno niż wcale: zapowiadany dawno temu „Klub Trójki”, poświęcony książce Bussa „Morderca za ścianą”. Dla niezorientowanych: David Buss to jeden z najważniejszych amerykańskich psychologów ewolucyjnych, pomysłodawca i koordynator bodaj największych w historii badań na temat kobiecych i męskich preferencji wyboru partnera. Badania przeprowadziła w latach 1984-1989 na 37 kulturach (w tym również w Polsce) pięćdziesięcioosobowa armia psychologów (w tym Janusz Czapiński, Stanisław Mika i Ryszard Pieńkowski), a ich wyniki wstrząsnęły światem nauk społecznych. Pokazały bowiem ponad wszelką wątpliwość, że wbrew postulatom rozmaitej maści genderowców i innych deterministów społecznych, kobiety i mężczyźni wykazują stałe psychiczne cechy i preferencje bez względu na kulturę, w której przyszło im żyć. I w każdej kulturze obie płcie dość drastycznie się od siebie pod tym względem różnią.

W Polsce Buss znany jest przede wszystkim z podręcznika akademickiego Psychologia ewolucyjna oraz popularnonaukowych książek Ewolucja pożądania i Zazdrość – niebezpieczna namiętność. Wszystkie koncentrują się na różnicach między płciami w podejściu do seksu i wyboru partnera tudzież w strategiach funkcjonowania w związku. Morderca za ścianą, jak wskazuje sam tytuł, dość drastycznie zatem wyróżnia się tematyką – o czym więcej w rozmowie. Przy mikrofonach Jerzy Sosnowski, prof. Bogdan Wojciszke, prof. Wojciech Pisula i moja (skromna) osoba:


Psychologia blogowania

Pierwsza bodaj audycja radiowa, której bohaterem był ten blog – jak również ten drugi blog oraz (co jednak nie stanowi już takiego novum) inne blogi i blogowanie w ogóle (zwłaszcza z psychologicznego punktu widzenia). Deliberują, oprócz mnie, Mateusz Gruca i prowadzący „Lustro” Wawrzyniec Putkiewicz.

Nowa, wspaniała mysz

Coraz więcej mainstreamowych mediów donosi o wyhodowaniu przez badaczy z Case Western Reserve University Cleveland (Ohio) supermyszy – przedwczoraj zrobiły to BBC i (za The Independent) onet, dziś informacja pojawiła się również na gazeta.pl. Trudno się temu dziwić, bo i wiadomość sensacyjna: transgeniczny gryzoń posiada możliwości, które na tle innych myszy czynią z niego übermenscha, tfu: übermausa. Jest w stanie biec bez zatrzymywania się przez 6 godzin ze średnią szybkością 20 metrów na minutę (z czego przez 4 pierwsze godziny bez jedzenia i picia), żyje trzy razy dłużej niż wynosi średnia dla przedstawicieli jego gatunku, jest od nich 10 razy bardziej aktywny (także seksualnie) i może się rozmnażać nawet w wieku 3 lat (badacze porównują taki wyczyn u myszy do urodzenia dziecka przez 80-letnią kobietę). Wreszcie choć je przeciętnie o 60 procent więcej niż inne myszy, w ogóle nie tyje.

Supermysz nie jest unikatem – Amerykanie, zanim z hukiem opublikowali wyniki swych badań w The Journal of Biological Chemistry, dorobili się koloni liczącej 500 transgenicznych osobników. Teraz prowadzą na nich kolejne badania, których wyniki są coraz bardziej zdumiewające.

Najbardziej zdumiewający pozostaje jednak fakt, że do przeobrażenia gryzonia wystarczyła zmiana tylko jednego genu. Mysią wersję jednego z regulujących metabolizm genów podmieniono w tym wypadku na jego wersję spotykaną… u ludzi (dokładnie chodzi tu o gen kodujący enzym karboksykinazę fosfoenolopirogronianu, czyli wspomniane na załączonej obok okładce JBC PEPCK-C).

Jak się okazuje, ta drobna na pierwszy rzut oka modyfikacja (genom myszy liczy, podobnie jak genom człowieka, ok. 25 tysięcy genów) sprawia, że jej nosiciele mogą pochwalić się m.in. większą ilością odpowiedzialnych za produkcję energii mitochondriów w komórkach, jak również lepszym „zarządzaniem” źródłami energii. Zmodyfikowane myszy gros energii czerpią bowiem ze spalania kwasów tłuszczowych, nie zaś węglowodanów, i produkują przy tym znacznie mniej odpowiadającego za zmęczenie mięśni kwasu mlekowego.

Pozostaje teraz pytanie, czy i w jakim stopniu wyniki mysiego eksperymentu dadzą się w przyszłości zastosować do naszego gatunku, i czy – być może już za parę lat – nie będzie dzięki nim możliwe produkowanie silniejszych, bardziej wytrzymałych i dłużej żyjących ludzi. Bo choć analogicznego fragmentu DNA nie podmienimy sobie na mysi, trudno łudzić się, że gdy naukowcy zrozumieją już jego działanie i, co za tym idzie, będą potrafili analogicznie modyfikować go u homo sapiens, oprzemy się pokusie „ulepszania” swoich dzieci (a może nawet także samych siebie). To w końcu będzie tylko jeden gen…

Koniec

Początek listopada to czas, w którym przypominamy sobie, że także w naszym życiu istnieje zjawisko zwane śmiercią. Z reguły chodzi o śmierć bliskich: krewnych i znajomych, którzy kiedyś z nami byli, a teraz już nie są; wielu jednak zaczyna przy okazji zastanawiać się nad sensem i końcem ich własnego życia. To do nich przede wszystkim adresowane było dzisiejsze „Lustro”, w którym z gospodynią, Julią Zabojszcz, dyskutowałem o odchodzeniu z tego świata: