Grudzień 2007 - archiwum

Podsumowanie 2007

W roli ostatniego tegorocznego wpisu przedwczorajsze „Lustro” (TOK FM). Z Julią Zabojszcz dyskutuję tym razem o końcu roku i wiążących się z tym podsumowaniach oraz o postanowieniach noworocznych i sposobach na to, by ich dotrzymać:

Na koniec życzenia dla Czytelników i Czytelniczek: obyście w Nowym Roku nie musieli korzystać z żadnych rad. Zwłaszcza z nagrań takich, jak powyższe.

Adopcja, in vitro i geny

Ostatni tekst, poświęcony kuriozom, które nasi biskupi opowiadają na kazaniach o zapłodnieniu in vitro, wywołał spore kontrowersje. W dyskusjach, tak na WordPressie, jak i na Salonie, powtarzało się zwłaszcza najważniejsze chyba w tym kontekście pytanie: po co w ogóle w ramach drogiej i moralnie wątpliwej procedury tworzyć nowe istoty ludzkie, skoro na świecie już żyją zastępy sierot, czekających na nowy dom i nowych rodziców, którzy pokochają je, jak własne dzieci. Odpowiedź, paradoksalnie, wcale nie jest trudna.

Na początek należy stwierdzić rzecz podstawową: niezależnie od tego, co chcielibyśmy o sobie myśleć, jesteśmy przede wszystkim stworzeniami biologicznymi. Nie możemy wyjść poza ograniczenia, które narzuca nam nasza fizjologia i skomplikowane algorytmy sterujące naszymi popędami. Odczuwamy potrzebę jedzenia (zwłaszcza pokarmów słodkich, tłustych i słonych) – i jemy, nawet jeśli mamy nadwagę i zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy schudnąć. Zasypiamy, gdy jesteśmy zmęczeni, nawet gdy robimy wszystko, by nie zasnąć. Angażujemy się w zachowania seksualne z przygodnymi partnerami, nawet jeśli kochamy swego współmałżonka, chcielibyśmy spędzić z nim resztę życia i wiemy, że krótkiego wyskoku będziemy później długo żałować. No i wreszcie chcemy (zwłaszcza gdy jesteśmy kobietami) mieć dzieci. Najlepiej (zwłaszcza gdy jesteśmy mężczyznami) własne.

Z zapanowaniem nad wyżej wymienionymi instynktami mamy (na ogół) olbrzymie problemy – tak jakby (jeśli posłużyć się metaforą komputera) za ich uruchamianie i wygaszanie odpowiadały oddzielne „programy”, poza kontrolą tego, co uznajemy za świadomy „system operacyjny”. Możemy na pewnym poziomie doskonale wiedzieć, że powinniśmy kogoś (dziecko, partnera) kochać, miłość jest jednak emocją, a emocje jako takie nie poddają się kontroli rozsądku. To już raczej rozsądek daje się czasami ponosić emocjom…

Tym, co nami steruje, nie jest bowiem jakaś abstrakcyjna, nie wiadomo skąd się biorąca wolna wola, tylko (nierzadko ze sobą sprzeczne) instrukcje płynące z naszych genów, sprawiające, że na ogół nie tylko wyglądamy, jak nasi rodzice, ale i dzielimy z nimi gusty, poziom aspiracji, czy nawet skłonność do popadania w konflikt z prawem. Instrukcje te zakodowane są w każdej komórce naszego ciała w długiej, skręconej cząsteczce DNA. Cząsteczka taka składa się z czterech typów zasad, które układają się w samodzielne kawałki zwane właśnie genami. Każdy gen zawiera przepis na to, jak ma zostać w przyszłości zbudowane określone, kodowane przez niego białko. Cały materiał genetyczny, zlokalizowany w jądrze komórkowym i mitochondriach, mieści w sobie informację na temat wszystkich białek budujących organizm, którego częścią jest dana komórka. Białka te z kolei determinują niemal wszystkie fizyczne i psychiczne cechy organizmu, od budowy wątroby zaczynając, na skłonności do schizofrenii kończąc.

Już na początku lat sześćdziesiątych młody biolog z Oksfordu William D. Hamilton, odkrył, że jeśli za jednostki kluczowe dla procesu reprodukcji uznać geny, a nie całe organizmy, wówczas zachowania altruistyczne (nad którymi wcześniej długo się głowili badacze chcący wytłumaczyć w kategoriach biologicznych takie zjawiska, jak pomoc sąsiedzka i opieka rodzicielska) zaczynają mieć głęboki sens ewolucyjny. Zwłaszcza jeśli chodzi o altruizm w stosunku do osób z nami spokrewnionych, z którymi z definicji dzielimy przecież znaczną część genów. Przy okazji udowodnił Hamilton, że to nie całe organizmy (czy nawet gatunki) walczą o swe przetrwanie i rozprzestrzenienie się w populacji, ale indywidualne geny. Na przykładzie bezpłodnych, za to dużo pracujących i często poświęcających życie dla reszty wspólnoty robotnic pszczół i mrówek, pokazał, że dobór naturalny faworyzuje cechy, dzięki którym geny organizmu są przekazywane następnym pokoleniom niezależnie od tego, czy dany organizm bezpośrednio płodzi potomstwo. Choć bowiem robotnice umierają bezpotomnie, ich praca przyczynia się do tego, że mają coraz więcej sióstr, z którymi są spokrewnione bliżej, niż z własną matką.

Dobór naturalny, któremu podlegają geny (jedne niosą bowiem bardziej użyteczne informacje, niż inne, przez co zwiększają szanse przetrwania swoich posiadaczy) tak „zaprogramował” (biorę w cudzysłów, bo nie było tu mowy o intencjonalnym działaniu, tylko o trwającej miliony lat selekcji, w trakcie której wygrywają najlepsze zestawy genów) wszystkie żywe istoty na Ziemi, by dbały przede wszystkim o przetrwanie i reprodukcję własnego materiału genetycznego. Wehikułami tego materiału są ludzie, zwierzęta, rośliny, bakterie, wirusy – co nie zmienia jednak faktu, że istota informacji genetycznej sprowadza się do czterech zasad obecnych w DNA.

Według Davida Bussa ogłoszenie teorii Hamiltona zrewolucjonizowało biologię ewolucyjną i zapoczątkowało nowy sposób myślenia o doborze naturalnym – już nie z punktu widzenia gatunku lub jednostki, lecz z punktu widzenia genu. W swej „Psychologii ewolucyjnej” streszcza Buss ten sposób rozumowania następująco:

Gdybyś byt genem, co sprzyjałoby twojemu przetrwaniu i reprodukcji? Po pierwsze, dbałbyś o to, aby ciało, w którym rezydujesz, miało się jak najlepiej (przetrwanie). Po drugie, starałbyś się samodzielnie wytworzyć jak najwięcej swoich kopii (reprodukcja). Po trzecie, dbałbyś o przetrwanie i reprodukcję organizmów noszących w sobie twoje kopie (dostosowanie włączne). Geny, oczywiście, nie myślą, nie mają świadomości ani nie planują. Są jednak podstawową jednostką dziedziczenia, która w procesie reprodukcji nie podlega żadnym zmianom. Zmiany adaptacyjne nawarstwiają się dzięki procesowi dostosowania włącznego. Geny, które zwiększają szansę swojego sukcesu reprodukcyjnego, zastąpią inne geny, wywołując zachodzące w czasie zjawisko ewolucji.

W ujęciu Hamiltona dobór naturalny działa i może działać tylko na poziomie jednostki i jej genów. Nie wyklucza to działań altruistycznych, zwłaszcza w odniesieniu do jednostek posiadających te same geny, takich jak potomstwo, rodzeństwo lub krewni, tudzież również w stosunku do jednostek, co do których można oczekiwać, że się odwdzięczą – na tym jednak lista się zamyka. Jednostki, których DNA kodował niepohamowany altruizm wobec obcych, w toku ewolucji były bowiem bezlitośnie eksploatowane przez swych bardziej egoistycznych współplemieńców, przez co miały znacznie mniejsze szanse na przekazanie dalej swych genów. Dlatego dziś troszczymy się przede wszystkim o własnych krewnych i rodzinę. No i o znajomych, przyjaciół etc. – czyli tych, którzy w dziejach naszego gatunku mieli największe szanse nam się zrewanżować.

Największą rolę w przekazywaniu informacji genetycznej odgrywało jednak według Hamiltona potomstwo. Opiekę rodzicielską, którą wszystkie organizmy – poza przybranymi i adopcyjnymi rodzicami u ludzi – otaczają tylko swoje dzieci (lub dzieci, co do których sądzą, iż są ich – casus ofiar kukułek), angielski badacz uznawał za szczególny przypadek opieki nad organizmami, które z większą dozą prawdopodobieństwa niż inne posiadają te same geny. Według Hamiltona jednostka może zwiększyć reprodukcję swoich genów zarówno jeśli sama płodzi potomstwo, jak i wtedy, gdy pomaga przetrwać i spłodzić potomstwo swoim siostrom, braciom, kuzynom czy dalszym krewnym. Każde z moich dzieci ma ze mną dokładnie 50 procent wspólnych genów, podobnie jak każde z moich rodziców. Jednak mój rodzony brat czy rodzona siostra dzielą ze mną statystycznie także po 50 procent genów, stąd siostrzeniec lub bratanica będzie ze mną równie spokrewniony, co wnuk lub wnuczka (25 proc. wspólnych genów). Prawdopodobieństwo, że wszyscy ci krewni noszą w sobie kopie genów mego organizmu, jest znacznie większe, niż prawdopodobieństwo, że nosi je w sobie spotkany na ulicy Kowalski. Nic więc dziwnego, że o wiele większa jest szansa, że zajmę się płaczącym w nocy własnym dzieckiem, wnukiem lub choćby kuzynem niż że będę trwonił siły i czas inwestując w cudze geny.

Jak zauważa Buss, spojrzenie na ewolucję z perspektywy genu otworzyło przed biologami ogromne możliwości. Możliwe stało się przeformułowanie naszego myślenia o psychologii rodziny, altruizmie, pomaganiu innym, tworzeniu się grup, a nawet o agresji – i wyjaśnienie, dlaczego rzeczy w tych dziedzinach mają się tak, jak się mają. Wcześniej naukowcy po prostu uznawali, że ludzie i inne stworzenia po prostu muszą opiekować się własnym (ale już niekoniecznie cudzym) potomstwem, sprzyjać tym, których uznają za swoich i w najlepszym razie podchodzić nieufnie do tych, których uznają za obcych. Dzięki teorii Hamiltona, rozwiniętej później i usystematyzowanej przez takich badaczy, jak George C. Williams, Robert Trivers czy Richard Dawkins możliwe stało się odpowiedzenie na pytanie, dlaczego tak jest. I dlaczego większość par, które teoretycznie nie mogą mieć potomstwa, walczy za wszelką cenę o to, by mieć jednak dzieci własne, a nie adoptowane. Czy tego chcemy, czy nie, niechęć do bycia eksploatowanym przez nosicieli obcego DNA mamy bowiem po prostu w genach.

 

 

Poczęci inaczej

Najciekawsze fragmenty prelekcji największych w Polsce autorytetów naukowych w kwestii zapłodnienia pozaustrojowego (znanych mediom również jako biskupi katoliccy), wygłoszonych 24-25 grudnia w ramach tzw. homilii bożonarodzeniowych i pasterkowych, z komentarzem ułatwiającym niezorientowanym zrozumienie nauki Kościoła w odniesieniu do dzieci poczętych inaczej:



Biskup płocki ksiądz doktor Piotr Libera:

Nad Betlejem nieustannie unosi się cień Heroda. Czy nie jest to szatańska zagrywka? Dać początek jednej istocie ludzkiej i równocześnie zniszczyć kilka lub kilkanaście innych żywych ludzkich zarodków! Oto dlaczego Kościół mówi zdecydowanie „nie” metodzie poczynania ludzkiego życia w laboratorium.

No właśnie. Lepiej żeby nie było żadnych dzieci, niżby miały być tylko niektóre. A swoją drogą, przyznać trzeba, że taki pęd do zrównania wszystkich w nieistnieniu bije na głowę nawet komunizm w wykonaniu Czerwonych Khmerów. Tamci wszak zabijali jedynie istoty niesłusznie (bo w niesłusznych sferach) urodzone (lub choćby poczęte). Biskup Libera domaga się tymczasem odebrania prawa do życia zygotom, które jeszcze nie powstały. Wystarczy duszpasterzowi, że – gdyby powstały – powstałyby w próbówce, co przecież zbrodnią jest znacznie większą, niż nie-bycie chłopem w rządzonej przez Pol Pota Kambodży.



Edward Materski:

Mamy z miłości ku przychodzącemu do nas Jezusowi przezwyciężyć mroki przeróżnych programów, które pod rozmaitymi pozorami chcą wprowadzić prawa uderzające w prawo do życia, od momentu jego poczęcia aż do naturalnej śmierci, w prawo każdego dziecka by wiedziało, że jest owocem miłości ojca i matki. Wszystkie dziedziny życia i społeczeństwa winny być oświecone wchodzącym słońcem, którym jest Jezus Chrystus. Niech nikt nie mówi: mnie to nie dotyczy, bo Chrystus przychodząc na świat związał się w pewien sposób z każdym człowiekiem.

Oczywiście. Także z niewierzącym. Nic dziwnego, że i ateistów powinny obowiązywać prawa Jezusowe. Takie jak prawo zabraniające robienia dzieci metodą inną niż ta, którą Jezus stosował z Marią Magdaleną. Każda inna droga reprodukowania swych genów nie ma przecież nic wspólnego z miłością. I basta, niedowiarku – toć nie uświadczysz na świecie większego autorytetu w dziedzinie kontrolowanego rozpłodu niż biskup-emeryt.



Arcybiskup lubelski ksiądz profesor Józef Życiński:

Do sprawy in vitro nie można podchodzić w ten sposób, jakby w grę wchodziły tylko marzenia o dziecku albo refundacja z Narodowego Funduszu Zdrowia. Tu chodzi o kulturę życia, której uczył Jan Paweł II. (…) To kwestia także kilku zarodków, które przy podporządkowaniu podobnych procedur zasadom komercji tworzone są w prawie każdej klinice, gdzie przeprowadza się podobne zapłodnienie, i później pozostają zamrożone w ciekłym azocie. My też byliśmy zarodkami. Nas też można było zamrozić.

Przedni pomysł i przyznajmy, że parom liczącym na dofinansowanie zapłodnienia in vitro pozostaje tylko żałować, że w odpowiednim czasie nie wprowadzono go w życie, tak w stosunku do arcybiskupa, jak i jego kolegów… By jednak ustrzec się przed podobnymi wpadkami w przyszłości, proponuję szybko manifestację pod hasłem: Zamroź embriona. To może być mały Życiński.

Świąteczne docenienie

Działalność misjonarska przynosi pierwsze owoce: Łysakowskim zajęła się w końcu sama Niedziela (a za nią, na swych stronach internetowych, także Radio Maryja). I to od razu piórem Jerzego Roberta Nowaka:

W wydanej półtora miesiąca temu książce „Walka z Kościołem w mediach. Biała księga” pisałem o wyraźnie nasilającej się od śmierci wielkiego Papieża Polaka agresji ateistycznej w polskich mediach. Agresji polegającej na eksponowaniu tematów antykościelnych i antyreligijnych we wszystkich większych tygodnikach lewicowych, postkomunistycznych i liberalnych (…) i w takich gazetach, jak „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik”, „Życie Warszawy”. (…)
W „Życiu Warszawy” z 1-2 grudnia czytamy wywiad Marcina Szymaniaka z Tomaszem Łysakowskim: „Protestujcie, wierni! Książki ateistów tylko na tym skorzystają”. Autor wyszydza protesty wierzących katolików przeciwko antyreligijnym profanacjom. Określa m.in. jako „absurd” to, że wystąpiono ze sprawą sądową przeciwko mężczyźnie, który zamieścił w internecie obrazek Jezusa z wklejoną twarzą Stalina.
Mężczyzna ostatecznie nie trafił za kratki, ale Łysakowski peroruje: „Złodzieje i bandyci chodzą wolno, bo odracza się im procesy, a normalnego obywatela ściga się za to, że wrzucił do sieci jakiś fotomontaż”. Łysakowski uważa więc za normalne drastyczne szydzenie ze świętych rzeczy w kraju, gdzie istnieją jakże uzasadnione nakazy w sprawie prawnego ścigania wszystkiego, co godzi w uczucia religijne.
W kontekście tych uwag jakże aktualna wydaje się potrzeba szerszego spopularyzowania w Polsce najnowszej encykliki Papieża Benedykta XVI „Spe salvi”, mówiącej tak wymownie o groźbie ateizacji.

Biorąc pod uwagę, że JRN zestawił mnie w jednym tekście z takimi antypolakami i ateizatorami, jak Krzysztof Szymborski, Władysław Bartoszewski czy Donald Tusk, trudno nie poczuć się docenionym. Więc niniejszym się czuję i podobnego uczucia gorąco życzę z okazji Świąt mym Czytelnikom.

Kidprotect i dzieci

Kidprotect to fundacja zajmująca się ochroną dzieci przed pedofilami w internecie. By nagłośnić swe cele statutowe, często sięga po takie formy komunikacji, jak spoty reklamowe, nie stroniąc przy tym, łagodnie mówiąc, od kontrowersji:

Czy cele realizuje – oceńcie sami. Tak czy owak, ja po obejrzeniu tego nie pozwoliłbym się zbliżać do swoich dzieci (gdybym je miał) nie tylko aktywistom z kidprotect.pl, ale nawet copywriterom z J. Walter Thompson Polska.

Egzorcyzmy pod Szczecinem

Lubisz kolor czarny? Oblałeś maturę z religii? Zamiast z własnym proboszczem wołałbyś spółkować z posłanką Senyszyn? Nie martw się. Już wkrótce Twe problemy przejdą do historii: w Puszczy Goleniowskiej powstaje (pod przepiękną nazwą „Oaza Maryi Królowej Światłości”) pierwszy w Polsce ośrodek leczenia opętanych. Za pomocą egzorcyzmów i innych metod nowoczesnej medycyny chrześcijańskiej będzie się w nim wyganiać Diabła z dusz ateistów, bezbożników, satanistów i wszystkich, którym nie podoba się to, co robi w Polsce Kościół katolicki. Czyli także takich jak Ty.

Nie wierzysz, że możesz być opętany? Toż właśnie czytasz bloga, którego autor, wedle pomysłodawcy utworzenia lecznicy (a swoją drogą, czy za pobyt tam będzie płacił NFZ?), księdza Andrzeja Trojanowskiego, spełnia najważniejsze kryteria opętania:

W swojej czteroletniej praktyce ks. Trojanowski wielokrotnie spotkał się z przypadkami demonicznego dręczenia, a także rzeczywistego opętania. Przez osoby nimi dotknięte działała szczególna nienawiść wobec wszystkiego, co święte. Niejednokrotnie objawiają one niezwykłe zdolności, jak (…) mówienie w nieznanych językach.

Jeśli ciągle jeszcze czytasz, nie oszukujmy się. Szatan zawładnął także Twoją duszą. Pakuj się zatem, druhu, i pod Szczecin. Ksiądz Andrzej czeka.

E-voting w praktyce

Wybory przy użyciu nowych technologii to ostatnio gorący temat w naszym kraju (coraz liczniejsi domagają się np. umożliwienia głosowania na stronach www). Zaawansowani technicznie Amerykanie tymczasem od lat oddają głosy drogą elektroniczną (choć, na co zwrócił uwagę w komentarzu tj_blues, wciąż nie przez internet), dzięki czemu każde dziecko wie tam już, jak zhakować maszynkę do głosowania:

Na deser z kolei małe political fiction (choć wielu w USA jest przekonanych, że wcale nie fiction) o wyborach prezydenckich z 2004:

Dlaczego sprzątamy

Mała (auto)reklama w przedświątecznym klimacie. We wczorajszo-dzisiejszym „Polska The Times” nowy dodatek Magazyn rodzinny, a w środku m.in. rozmowa ze mną i psychoterapeutką Aldoną Bindą o tym, dlaczego sprzątamy (my, znaczy: ludzie, a nie ja i Binda), zwłaszcza przed świętami. Wywiad można na razie przeczytać tylko w wydaniu papierowym, ośmielę się zatem przytoczyć (w charakterze teasera) kilka soczystych kawałków, jednocześnie gorąco polecając lekturę całości:

Sonia Ross: Lubię święta, ale co roku, kiedy dzieci ubierają choinkę, myślę: dlaczego nie potrafimy odsapnąć, póki wszystko nie jest doskonale czyste? (…)
Tomasz Łysakowski: Porządki z samej swojej natury powinny nas uspokajać i jest wielu ludzie, których n relaksuje np. układanie książek na półkach. W miarę powiększania się bałaganu, rośnie w nas wewnętrzny niepokój. Nie możemy znaleźć dokumentów, czujemy się osaczeni przez gazety, książki i rzeczy osobiste. Ponieważ mózg musi rejestrować wszystko wokół, z zabałaganionego pokoju płynie do niego zbyt wiele bodźców. Włącza więc system alarmowy, który odczuwamy jako niepokój. Zakazujemy wówczas rękawy i zabieramy się do roboty. (…)
S.R.: Dotyczy to kobiet i mężczyzn? Badania przeprowadzone przez stronę internetową Discovery Home and Heath TV pokazują, że nowoczesna kobieta traktuje porządki jako terapię. Ale co z panami?
T.Ł.: Większość mężczyzn (…) na kurz i bałagan reaguje zniechęceniem, ale nie aż tak dużym, by od razu chciało im się zakasać rękawy i brać się do odkurzania i układania. Nie cieszy ich sprzątanie, ale jego efekt. Są jednak i tacy, którzy porządki traktują jak relaks. Częściej jednak będzie nim dla nich mycie samochodu niż odkurzanie pokoju. (…)
S.R.: Mężczyźni kochają swoje sprane T-shirty i stare gazety. (…) Trudno rozstać się nawet z nie budzącymi żadnych uczuć bibelotami. Bierzemy je do ręki odkurzamy i odstawiamy na miejsce.
T.Ł.: Bo niechętnie rozstajemy się z tym, co kupiliśmy, szczególnie gdy zapłaciliśmy więcej niż kilka złotych. Gazetę za złotówkę wyrzucimy zaraz po przeczytaniu, ale już kolorowy magazyn poleży sobie jakiś czas w naszym mieszkaniu. Zjawisko zwane dysonansem poznawczym nie pozwala nam lekką ręką wyrzucać nawet rzeczy absolutnie nieprzydatnych, o ile za nie zapłaciliśmy. Bo skoro wydaliśmy na coś pieniądze, sami siebie staramy się przekonać, że było warto.
S.R.: Ale są też tacy, którzy aż za bardzo kochają sprzątać. Połowa Amerykanek uważa siebie za porządkoholiczki.
T.Ł.: Kryterium jest jedno: jeśli nieustannie zaprząta nasz umysł kurz zalegający na telewizorze i półkach – jesteśmy uzależnieni. Jeżeli sprzątamy codziennie dlatego, bo w czystym wnętrzu czujemy się lepiej, ale potrafimy odpuścić, na rzecz ciekawej książki czy filmu – to odpowiedź nasuwa się sama. Pierwsza osoba powinna odwiedzić terapeutę, druga jest zdrowa. (…)
S.R.: Przeciętna kobieta spędza 9 lat, dwa miesiące i 25 dni na sprzątaniu. Nie szkoda życia? Może lepiej zatrudnić kogoś, kto wymiecie kąty za nas?
T.Ł.: Jeżeli godzina naszej pracy jest więcej warta niż godzina sprzątania, zakasywanie rękawów po prostu się nie opłaca. Nasz czas jest zbyt cenny, by przeznaczać go na szorowanie podłóg. Świąteczny rytuał? Lepiej go wypełnić w przyjemniejszy sposób, np. robiąc razem z dziećmi ozdoby na choinkę. To bardziej posłuży budowaniu świątecznej atmosfery niż kłótnia o to, kto wytrzepie dywan.
S.R.: Problemem nie są tylko pieniądze. Aż 6 na 10 pracujących zawodowo kobiet, chce nadal robić to sama, być panią domu. A w takiej sytuacji kto powinien sprzątać przed światami, cała rodzina?
T.Ł.: Nie sądzę, by wspólne porządki wzmocniły bliskość. Owszem, każdy w rodzinie powinien mieć swoje obowiązki. Ale takie specjalne świąteczne sprzątanie, które teoretycznie powinno być wstępem do miłego spędzenia świąt – może zrodzić wiele konfliktów. Kobiety i mężczyźni mają zupełnie różne spojrzenia na tę sprawę. Wśród mężczyzn jest wielu „wybiórczych pedantów”. Mają porządek w określonych miejscach, np. w zbiorze płyt. (…) Natomiast zupełnie im nie przeszkadza gruba warstwa kurzu gdzie indziej. Kobiety zazwyczaj porządkują mieszkanie na bieżąco i czują złość, jeśli w tym czasie ich mężowie siedzą z gazetą: „Ja tu sobie żyły wypruwam, żeby nasz dom nie przypominał śmietnika, a on siedzi z założonymi rękami”. Oni za to mają w głowach: „Znowu się miota ze ścierką, przecież to absurd, jest zupełnie czysto. I jeszcze chce, żebym jej pomagał!”. Obydwoje muszą zdać sobie sprawę z tego, że każde jest inne.

Płeć, mózg i biologia

Niedawny tekst o autyzmie nieoczekiwanie wywołał gorącą dyskusję, skoncentrowała się ona jednak nie tyle na samym schorzeniu, ile na biologicznych i kulturowych uwarunkowaniach płci. Obiecałem wówczas, że następny post poświęcony będzie w całości różnicom między mężczyznami a kobietami. Wbrew pozorom i „postępowej” indoktrynacji, prowadzonej na niektórych wydziałach humanistycznych, różnice te istnieją: badania i metaanalizy psychologów ewolucyjnych, neurologów i genetyków wskazują, że biologicznie warunkowana płeć wpływa na to, w jaki sposób myślimy, uczymy się, widzimy, słyszymy, odbieramy bodźce dotykowe, smaki i zapachy, porozumiewamy się, walczymy, kochamy, odnosimy sukcesy i ponosimy porażki.

Najciekawsze (i jednocześnie najbardziej kontrowersyjne, choć z drugiej strony już nieco zdezaktualizowane) kompendium na temat różnic międzypłciowych w budowie i funkcjonowaniu mózgu wyszło po polsku w 1993. Chodzi oczywiście o kultową „Płeć mózgu”. Autorzy książki, Anne Moir i David Jessel, opisują setki badań świadczących o tym, że mężczyźni i kobiety różnią się dość drastycznie… właściwie od chwili narodzin. Już kilka godzin po przyjściu na świat dziewczynki są bardziej wrażliwe na dotyk niż chłopcy. Od pierwszych dni są bardziej skłonne do komunikowania się z innymi żywymi istotami. Jedno z badań, przeprowadzone na kilkudniowych niemowlętach, wykazało, że dziewczynki spędzają prawie dwa razy więcej czasu niż chłopcy na utrzymywaniu kontaktu wzrokowego z milczącym dorosłym. Co więcej, przyglądają się także dłużej, kiedy dorosły mówi. Chłopcy przyglądali się tyle samo, niezależnie od tego, czy dorosły mówił, czy też nie; w ogóle zwracali większą uwagę na bodźce wizualne, niż dźwiękowe. Podobne, wspierające tezy Moir i Jessela wyniki dla dzieci dwunastomiesięcznych uzyskali całkiem niedawno Svetlana Lutchmaya, Simon Baron-Cohen i Peter Raggatt.

Jeszcze większe różnice wyżej wspomniana trójka uczonych odkryła w testach kompetencji werbalnej. Co więcej, według Moir i Jessela jednotygodniowa dziewczynka, w przeciwieństwie do chłopca, potrafi odróżnić płacz innego dziecka od hałasu o podobnej sile. Małe panie od kołyski gaworzą przede wszystkim do ludzi lub innych istot żywych. Większość chłopców na pierwszy rzut oka wydaje się równie gadatliwa, jednak aktywność tę przejawiają w równym stopniu do zabawek lub innych martwych przedmiotów. Dziewczynkom zdarza się to również, ale – jak twierdzą autorzy „Płci mózgu” – znacznie rzadziej.

W wieku czterech miesięcy dziewczynki są w stanie odróżnić fotografie znanych im osób od fotografii nieznajomych – umiejętność, którą chłopcy nabędą znacznie później. Lutchmaya, Baron-Cohen i Raggatt ustalili w ramach jednego ze wspomnianych już badań, że jednoroczne dziewczynki spędzają więcej czasu na obserwowaniu matki niż jednoroczni chłopcy. A gdy tak małym dzieciom pozwoli się wybierać film do oglądania, dziewczynki dłużej patrzą na obrazy twarzy ludzkich, podczas gdy chłopcy skłaniają się ku filmom o samochodach.

Wymienione różnice nie zanikają po okresie niemowlęcym – wręcz przeciwnie. Im dziecko większe, tym bardziej zaznacza się jego płeć, bez względu na to, jak bardzo jego rodzice starają się temu przeciwdziałać:

Chłopcy są nieustannie zafascynowani rozbieraniem rzeczy na części, montowaniem, rozwalaniem, pragną zawłaszczać i posiadać różne przedmioty. Dziewczynki fascynują się ludźmi, a zabawki traktują jak przedmioty zastępujące ich. Dlatego istnieją inne zabawki dla każdej płci. Chłopcom kupujemy modele traktorów, a dziewczynkom lalki (…).
Wszyscy rodzice są tego świadomi. Z przerażeniem patrzą, jak ich syn przekształca każdy kij w miecz albo w pistolet, podczas gdy ich córka pieści każdy martwy obiekt niczym lalkę. W liście pewnej kobiety, opublikowanym przez „Independent” 2 listopada 1992 roku, czytamy: „Chciałabym, aby ktoś bardziej wykształcony wytłumaczył mi, dlaczego, gdy położę moje bliźniaki na dywanie i poustawiam wokół pełno zabawek, chłopiec oczywiście wybiera samochód albo pociąg, a dziewczynka lalkę albo misia” (Matt Ridley, „Czerwona królowa. Płeć a ewolucja natury ludzkiej”).

W okresie wczesnego dzieciństwa sposób zabawy jest u obu płci odmienny. (…) Chłopcy znikają na placu zabaw, gdy tylko powiedzą matce „do widzenia” w drzwiach przedszkola (co zajmuje dziewczynkom przeciętnie 92,5 sekundy, a chłopcom 36 sekund). Tam bawią się energiczniej i zajmują znacznie większą przestrzeń do zabawy niż dziewczynki. W sali przedszkolnej chłopcy znacznie chętniej budują konstrukcje z klocków, bawią się wszelkimi rodzajami pojazdów – w gruncie rzeczy wszystkim, co działa, obojętne, czy jest to klamka do drzwi, czy kontakt elektryczny. Dziewczynki chętniej wybierają zabawy na siedząco. (…)
Dziewczynki powitają nowo przybyłe do grupy dziecko – niezależnie od jego płci – najprawdopodobniej przyjaźnie i z ciekawością; chłopcy z obojętnością. Jeżeli „nowy” przyłączy się do zabaw grupy chłopców, wywoła to ich irytację; w grupie dziewcząt będzie on zapewne mile widziany.
W wieku lat czterech chłopcy i dziewczynki na ogół bawią się już oddzielnie, ustanowiwszy własną formę dziecięcej segregacji płciowej. Chłopcy zazwyczaj nie przejmują się tym, czy lubią każdego z osobna członka bandy – przyjmuje się go, jeśli jest z niego w zabawie pożytek. Dziewczynki wykluczają swoje koleżanki, bo „one są niemiłe”. Dziewczynki przyjmują do swojej grupy młodsze dzieci; chłopcy próbują przyłączyć się do grup dzieci starszych. Dziewczynki znają i pamiętają imiona towarzyszy zabawy, chłopcy często ich nie znają lub nie pamiętają.
Chłopcy wymyślają opowiadania pełne walki, napięcia i czarnych charakterów. Opowieści dziewczynek koncentrują się na domu, przyjaźni, emocjach. Chłopiec opowie historię o rabusiu, dziewczynki natomiast opowiedzą tę samą historię z punktu widzenia ofiary.
Zabawy chłopców są brutalne i gwałtowne, cechują je: kontakt cielesny, nieprzerwana aktywność, konflikty, potrzeba większej przestrzeni, dłuższy czas zaangażowania, przy czym miarą sukcesu zabawy jest aktywny kontakt z pozostałymi uczestnikami, rezultat jest jasno określony i wyraźnie wiadomo, kto wygrał, a kto przegrał. Typowe zabawy dziewczynek opierają się na kolejności uczestnictwa, ściśle zdefiniowanych etapach gry i współzawodnictwie pośrednim. Gra w klasy to idealna zabawa dla dziewczynek, chłopcom natomiast odpowiada berek
(Moir, Jessel, „Płeć mózgu. O prawdziwej różnicy między mężczyzną a kobietą”).

Opisywane przez badaczy wyodrębnialne i mierzalne rozbieżności w reakcjach i preferencjach ilustrują podstawową różnicę między mózgami nowo narodzonych dzieci: przewagę chłopców pod względem orientacji przestrzennej i większą sprawność dziewcząt w sferze werbalnej (mówienie, pisanie, nauka języka ojczystego i języków obcych). Znana badaczka mózgu Doreen Kimura w książce „Płeć i poznanie” za przyczynę tego uważa biologicznie uwarunkowane różnice w budowie mózgu dziewcząt i chłopców. Jak pokazują badania, dziewczynki (a później również kobiety) mają m.in. większe zagęszczenie neuronów w części płata skroniowego decydującej o umiejętnościach posługiwania się mową. Znacznie większe w stosunku do całkowitej objętości mózgowia i bardziej rozwinięte jest również u kobiet spoidło wielkie (ciało modzelowate – duża wiązka aksonów łącząca obie półkule kory mózgowej). Średnio u płci pięknej zawiera ono aż 23 proc. więcej neuronów, co prawdopodobnie służy lepszej komunikacji pomiędzy półkulami. Już u małych dziewczynek obie półkule mózgowe znacznie lepiej się komunikują. Zdaniem Kimury to tu kryje się tajemnica kobiecej intuicji oraz większej empatii, wrażliwości i zdolności do nowych warunków środowiskowych.

Co więcej, same półkule mózgowe okazują się odmiennie zorganizowane u przedstawicieli obu płci. Kimura i Harshman dowiedli już w latach 80-tych, że funkcje mózgu odnoszące się do mechanizmów językowych, takich jak gramatyka, ortografia czy fonetyka, są odmiennie zlokalizowane, w zależności od płci: u mężczyzn funkcje z przodu i z tyłu lewej półkuli mózgowej, u kobiet – z przodu lewej półkuli.

Przedstawiciele obu płci różnią się nawet samą zasadą podziału pracy mózgu. U chłopców (a potem i mężczyzn) półkule mózgowe posiadają ściśle określone, sztywne funkcje: w półkuli lewej znajdują się ośrodki mowy, myśli twórczej i analizy, podczas gdy półkule prawa zawiera ośrodki aktywności niewerbalnej czy postrzegania geometrycznego i przestrzennego. U dziewczynek podział nie jest tak ostry, zwłaszcza że – z powodu większych rozmiarów ciała modzelowatego – obie półkule znacznie lepiej się ze sobą komunikują. To prawdopodobnie odpowiada za zagadkowe rozbieżności w kompetencjach: więcej mężczyzn niż kobiet jest leworęcznych, więcej kobiet słyszy równie dobrze z obu stron, podczas gdy u mężczyzn lepiej ze słyszeniem radzi sobie prawe ucho, etc. Mężczyźni z uszkodzeniami prawej półkuli źle sobie radzą z testami dotyczącymi orientacji przestrzennej. Identyczne uszkodzenie u kobiet upośledza wykonywanie tych czynności tylko w niewielkim stopniu. Prawdopodobieństwo występowania trudności językowych jest trzykrotnie większe u mężczyzn niż u kobiet, jeśli uszkodzenie wystąpi w ściśle określonym obszarze lewej półkuli w mózgu.

Dysproporcje notuje się również w budowie poszczególnych części mózgu. Jill M. Goldstein ze współpracownikami odkryła, że znaczna część odpowiedzialnych za procesy poznawcze rejonów kory czołowej jest większa u kobiet, podobnie jak część kory limbicznej biorącej udział w reakcjach emocjonalnych. Tymczasem mężczyźni cieszą się większymi płatami ciemieniowymi – obszarem mózgu, który odpowiada za procesy orientacyjne w przestrzeni (przypominają się tutaj stare, politycznie niepoprawne obserwacje, wedle których mężczyźni lepiej czytają mapy i mają mniej problemów z prowadzeniem samochodu). Panowie mogą się również pochwalić proporcjonalnie większym ciałem migdałowatym – częścią układu limbicznego odpowiedzialną za reakcje emocjonalne, także o charakterze agresywnym. Pobudzenie ciała migdałowatego przenosi u zwierząt informacje o ładunku emocjonalnym, zwłaszcza negatywnym. W takim układzie trudno się dziwić, że mężczyźni na ogół częściej wybuchają gniewem (zwłaszcza na innych mężczyzn, ewentualnie na długoletnie partnerki) i mają większe szanse zrobić sobie nawzajem przy tym krzywdę, niż na przykład dwie wściekłe na siebie kobiety.

Komu tego mało, niech zajrzy do polecanych tu książek i linkowanych artykułów. Gwarantuję, że w trakcie lektury nie raz się zdziwi, jak wiele z tego, co tak łatwo tłumaczymy wpływami kultury, okazuje się mieć korzenie w naszej biologii.

Babcia bez karetki

Bareja by tego nie wymyślił: lekarz w gorzowskiej izbie przyjęć (gdzie zresztą podobne zachowania stanowią już nową świecką tradycję) zamiast przyjąć pacjentkę z podejrzeniem zawału, każe wzywać do niej ambulans. Powód: babcię przywiózł do szpitala wnuk, a nie karetka.

Na stronach „Gazety Lubuskiej” zapis pertraktacji wnuka z dyspozytorkami pogotowia (była więcej niż jedna rozmowa) i relacja samej babci. Słuchowisko przeznaczone dla jednostek o nadzwyczaj mocnych nerwach: nasza państwowa służba zdrowia to w końcu nie przelewki.

Nie dziwi tylko, że przy łóżku staruszki, przyjętej w końcu do szpitala (ambulans dojechał), cały czas czuwają teraz członkowie rodziny. Wolą, jak widać, nie ryzykować tego, co mogłoby się stać, gdyby babcia na oddziale zasłabła, a w pobliżu nie było nikogo, kto zadzwoniłby po pogotowie…

Dwa końce autyzmu

W sobotę 1 grudnia rozpoczął się Europejski Tydzień Autyzmu – ciąg organizowanych w różnych miastach imprez mających promować wiedzę o tej niezwykłej chorobie. A właściwie nie o chorobie, lecz o kategorii chorób, bo autyzm to zbiorcza nazwa kilku związanych ze sobą (ale tylko do pewnego stopnia) i wykazujących pokrewne objawy osiowe schorzeń. Najbardziej znanym z nich jest autyzm dziecięcy – zaburzenie rozwojowe, powodowane przez wrodzone (i najprawdopodobniej w dużej części genetycznie uwarunkowane, choć badacze nie wykluczają wpływu innych czynników – choćby niektórych leków przyjmowanych przez kobietę w okresie ciąży) nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu. Objawia się daleko idącymi problemami w porozumiewaniu się z otoczeniem i kontaktach społecznych i zaczyna dawać się człowiekowi we znaki na wczesnych etapach rozwoju. To właśnie tę jednostkę chorobową mamy na myśli najczęściej, gdy mówimy o autyzmie.

Etiologia schorzenia wywoływała i wywołuje kontrowersje. Początkowo uważano, że autyzm wszczepia dziecku odrzucająca (nawet podświadomie!), nadmiernie zdystansowana lub chłodna emocjonalnie matka. Dziecko, jak postulowali zorientowani środowiskowo badacze, tracić miało zdolność do nawiązywania kontaktu z otoczeniem na skutek dorastania w próżni emocjonalnej. Strach myśleć, ile kobiet, którym zdarzyło się urodzić autystyka, odchodziło potem latami od zmysłów obwiniając się o to, co „zrobiły” swemu dziecku. Pytanie zresztą, jaką miały alternatywę, skoro w tym samym czasie ci sami psychologowie rozwojowi z kamienną twarzą głosili, że matka emocjonalnie nazbyt zaangażowana niechybnie wpędzi dziecko w homoseksualizm i wszelkie możliwe nerwice. Największym desperatkom pozostawał jeszcze złoty środek, czyli łagodne lub ostre traktowanie dziecka w zależności od tego, jak się zachowuje: psychoterapeuci obiecywali wtedy schizofrenię.

Dziś wiadomo, że przyczyny autyzmu mają przede wszystkim charakter organiczny. W grę wchodzą tu zresztą zarówno geny (z chorobą wiąże się pewne warianty genów występujących na chromosomach 3, 4, 7 i 11), jak i uszkodzenia mechaniczne płodu (skrócenie pnia mózgu w trakcie rozwoju płodowego, niedotlenienie mózgu w czasie porodu itp.), a nawet infekcje (kandydoza). Jakiś czas temu gwałtowny wzrost zachorowań na autyzm wśród małych dzieci w Stanach Zjednoczonych skojarzono z rozpowszechnieniem szczepionek przeciw odrze, śwince i różyczce. Do autyzmu u szczepionych dzieci miał się przyczyniać w tym wypadku thiomersal – stabilizator używany do przedłużenia trwałości szczepionek, zawierający m.in. szkodliwą dla człowieka rtęć. Sprawą zajmował się nawet Kongres USA – trzeba jednak jasno powiedzieć, że badania kliniczne nigdy związku między thimerosalem i autyzmem ostatecznie nie potwierdziły. Ale też trudno wyobrazić sobie takie badania, głównie ze względów etycznych – wymagałyby bowiem powtórnego przetestowania substancji na dzieciach…

Coraz większą popularnością cieszy się jednak wśród badaczy (zwłaszcza ewolucyjnie nastawionych) teza, iż istnienie autyzmu może być wynikiem z dawna w biologii dowiedzionych (choć wciąż nieprzyjętych do wiadomości przez wielu uwielbiających zaprzeczać faktom humanistów) różnic między płciami. Zwłaszcza różnic w budowie mózgu, przekładających się na róznie rozwijające się u obu płci zdolności językowe i matematyczno-przestrzenne oraz kompetencje społeczne i emocjonalne.

Zacznijmy jednak od początku – czy może raczej wróćmy do sprawy thiomersalu. Wcale nierzadko zdarza się, że leki lub szczepionki na pewne choroby powodują skutki uboczne, tak jak we wskazanym przykładzie z dziećmi (jeśli przyjęlibyśmy, że jest prawdziwy). Jeśli skutki te są gorsze od samej choroby, rozwiązanie jest oczywiste: lek należy wycofać. Najczęściej jednak reakcje są nieprzyjemne, ale nie szkodzą zdrowiu: wtedy do pacjenta należy decyzja. Tak jest np. z litem, który standardowo dostają chorzy na chorobę afektywną dwubiegunową (według dawnej nomenklatury: psychozę maniakalno-depresyjną), a którego przyjmowanie jest wyjątkowo uciążliwe. Lit powoduje stałe pragnienie, drżenie rąk, częste oddawanie moczu, wzrost masy ciała, zmniejszenie koordynacji mięśniowej, letarg, zaburzenia myślenia i upośledzenie pamięci krótkotrwałej (niezła litania, co?). Ponadto przyjmować trzeba go w ściśle określonych dawkach o dokładnej porze, w zbyt małym stężeniu jest bowiem nieskuteczny, w zbyt dużym – silnie toksyczny. Przed pojawieniem się fluoksetyny (Prozacu) i jej podobnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny leki antydepresyjne wywoływały suchość w ustach, permanentne zmęczenie, zawroty głowy, nieostre widzenie, zaparcia, a u mężczyzn zaburzenia erekcji. Dla wielu staruszków zażycie Viagry może skończyć się śmiercią. Mimo to na świecie nie brakowało i nie brakuje amatorów czy to niebieskich pastylek, czy to wcześniej wymienionych psychotropów.

Takiego coś za coś nie musimy zresztą wcale szukać w świecie medycyny, sami nosimy bowiem w swoim DNA miliony podobnych kompromisów. Wrodzoną chorobę płuc i jelit, mukowiscydozę (której ślady odkryli badacze m.in. w szczątkach Chopina, dzięki czemu wiemy dziś, że to wcale nie z powodu gruźlicy największy polski kompozytor pluł krwią przez większość życia) łączy na przykład osobliwy związek z durem brzusznym. Ta gwałtownie przebiegająca, przypominająca zatrucie z gorączką i wysypką choroba wywoływana jest przez zakażenie pałeczką salmonella typhi. Choroba była kiedyś szeroko rozpowszechniona, mimo że zakażenie człowieka wcale nie jest dla bakterii prostą sprawą. Ludzkie DNA w swym chromosomie 7 (który, jak wszystkie inne chromosomy, mamy dwa egzemplarze: po jednym od mamy i od taty) zawiera gen CFTR, który występuje w dwóch głównych wersjach: zwykłej i zmutowanej. Pałeczka duru brzusznego potrzebuje dwóch zwykłych wersji genu CFTR, żeby dostać się do komórki, które zakazi; zmieniona wersja, w której brakuje trzech „liter” DNA, nie nadaje się do tego. Wystarczy mieć jeden zmutowany we właściwym miejscu fragment chromosomu, by być odpornym na zakażenie pałeczką. Ergo: przed wynalezieniem antybiotyków posiadanie odpowiednio zmienionego genu decydowało więc o życiu i śmierci. Nic dziwnego, że zmutowany gen rozprzestrzeniał się w populacji.

Rozprzestrzeniał się – ale tylko do pewnego stopnia. Każda osoba posiadająca dwa zestawy zmienionych genów może mieć bowiem stuprocentową pewność, że… zachoruje na mukowiscydozę. W czasach historycznych ludzie, którzy odziedziczyli dwie zmienione wersje, mieli szczęście, jeśli w ogóle dożyli dorosłości, zmieniony gen nigdy nie więc mógł się przesadnie rozpowszechnić. Dla ludzi, którzy posiadali go w dwóch egzemplarzach był wszak znacznie bardziej niebezpieczny niż pałeczki salmonella typhi.

Nie mniej skomplikowany jest zestaw czynników, który doprowadził do wykształcenia się u człowieka aż czterech grup krwi. Pod koniec lat osiemdziesiątych odkryto, że ludzie z grupą krwi 0 są znacznie bardziej podatni na cholerę. Z kolei ludzie z grupami krwi A, B i AB różnią się pod względem odporności na ataki przecinkowca cholery. Najodporniejsi są ci, którzy mają grupę AB, po nich idą ludzie z grupą A i za nimi ci z grupą B. Niektórzy badacze utrzymują wręcz, że ludzie z grupą krwi AB mogliby bezpiecznie pić wodę nawet ze ścieków Kalkuty, gdyby nie to, że oprócz bakterii Vibrio pełno w niej innych żyjątek. Żeby świat nie był jednak za prosty, posiadacze grupy krwi 0 są bardziej odporni na malarię i pewne rodzaje raka – dlatego też proporcja grup krwi w populacji zmienia się w zależności od tego, jakie choroby aktualnie członków owej populacji dziesiątkują.

Być może podobny rachunek ewolucyjny stoi za autyzmem. Od początku wiadomo, że schorzenie to dotyka przede wszystkim chłopców (stanowią oni ok. 80 procent autystyków). Wiele anegdot krąży również o tzw. sawantach – osobach o bardzo niskim ilorazie inteligencji, dysponujących jednocześnie niezwykłymi zdolnościami umysłowymi, takimi jak fotograficzna pamięć, zdolności artystyczne lub muzyczne czy umiejętność dokonywania w głowie skomplikowanych, niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi obliczeń (zapytany sawant jest nam w stanie w mgnieniu oka podać dzień tygodnia sprzed 300 lat lub wyrecytować dowolnie długi ciąg liczb pierwszych, nawet jeśli nigdy wcześniej o nich nie słyszał). Wśród sawantów również dominują (w proporcji 3:1) mężczyźni. Zdolności charakterystyczne dla sawantów obserwuje się (w różnym nasileniu) u co dziesiątej osoby dotkniętej autyzmem.

Analizując upośledzenia autystyków (przede wszystkim w dziedzinie emocjonalnej, Społecznej i językowej), jak i charakter zdolności sawantów, niektórzy badacze doszli do niezbyt poprawnego politycznie wniosku, że mózg autystyka to po prostu… mózg „hipermęski” (przynajmniej w sferze poznawczej), w którym zabrakło pewnych „hamulców”. Ich ścieżkę rozumowania trudno zdyskredytować z powodów innych niż ideologiczne. Nie od dziś wiadomo, że mózgi mężczyzn są statystycznie bardziej ścisłe i analizujące od mózgów kobiet: wystarczy sprawdzić, jak rozkładają się proporcje płci studentów na kierunkach humanistycznych i na kierunkach inżynierskich, by nie mieć wątpliwości, że w kulturze takiej jak nasza, na równi zachęcającej chłopców i dziewczynki do poszerzania wiedzy w obu dziedzinach, różnice te muszą być uwarunkowane genetycznie. Na związek schorzenia z różnicami międzypłciowymi w tych dziedzinach wskazują m.in. badania nad frekwencyjnością „dorosłej” formy autyzmu – zespołu Aspergera. Jak pokazuje Matt Ridley w Nature via Nurture, jest dwa razy bardziej prawdopodobne, że ojciec lub dziadek osoby z zespołem Aspergera był inżynierem niż że wykonywał jakikolwiek inny zawód. Ridley dodaje, że w testach na zachowania autystyczne naukowcy (w oryginale scientists – chodzi zatem przede wszystkim o przedstawicieli nauk ścisłych) osiągają znacznie wyższe wyniki niż nie-naukowcy, zaś spośród naukowców szczególnie wysokie wyniki osiągają (oprócz lekarzy) właśnie inżynierowie, matematycy i fizycy. Fakt, że w niektórych tych specjalnościach nadreprezentowani są mężczyźni, sam w sobie nie jest w stanie wytłumaczyć tej różnicy – w innych zdominowanych przez panów zawodach (wspomnijmy choćby mechaników samochodowych) nie obserwuje się analogicznych zależności. Jasne więc, że chodzi tu o pewne bardzo ścisłe funkcje mózgu. Aby jednak powiedzieć w tej kwestii coś naprawdę pewnego, należy poczekać na dalsze badania.

Biedroń, Dawkins i uczucia religijne

Obszerny wywiad na temat cenzury w Polsce, który można dziś przeczytać w „Życiu Warszawy”, zainspirowany tym, co ostatnio pisałem o protestach przeciw reklamie Red Bulla i o absurdalności wymogu odnoszenia się z szacunkiem do tego, w co wierzą inni ludzie, jak idiotyczne by to nie było…

Z Tomaszem Łysakowskim, medioznawcą, kulturoznawcą i blogerem, rozmawia Marcin Szymaniak

W filmiku reklamowym RedBulla do Maryi i małego Jezusa przychodzi nie trzech, lecz czterech króli, a ten czwarty przynosi pudełko z puszkami napoju. Reklamą zajęła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która otrzymała protesty „oburzonych wiernych”. Czy gdyby był Pan szefem telewizji, to puszczałby Pan ten filmik?

Wiele reklam powstaje tylko po to, by je zdjęto z możliwie jak największym hukiem. Gdybym jako widz zobaczył tę reklamę w TV, to w ogóle bym jej nie zarejestrował i nie pomyślał, że ona może obrażać jakieś uczucia religijne. Natomiast gdybym był szefem prywatnej telewizji, wziąłbym pod uwagę, że KRRiTV może mnie ukarać wysoką grzywną i mógłbym zrezygnować z jej emisji. Wiedziałbym zresztą, że firma, która tę reklamę wypuściła, i tak nieźle na niej zarobi. Zakazana, czyli kontrowersyjna reklama nabiera atrakcyjności, dzięki czemu w internecie obejrzy ją potem znacznie więcej osób. Firmy często wtedy same umieszczają reklamy np. na YouTube, aby pojawiły się one w jak największej ilości blogów i serwisów internetowych.

Może firma inspirowała też protest „oburzonych wiernych”?

Nie mówię, że zrobili to sami pracownicy RedBulla. Bo właściwie po co mieliby to robić? Gdy rozpowszechnia się w miarę kontrowersyjną reklamę, to można liczyć, że i tak znajdą się jacyś oburzeni, którzy napiszą skargę. Gdyby nie to, nikt by nie zwrócił na nią uwagi. A tak mamy efekt. W psychologii nazywa się to teorią reaktancji: jeżeli ktokolwiek
zakazuje nam czegokolwiek, to od razu chcemy tego spróbować.

W przypadku książki Roberta Biedronia o homoseksualizmie, której EMPiK odmówił w tym tygodniu promocji, też zadziała reaktancja?

Firma prywatna może sobie promować takie książki, jakie chce, a na miejscu Biedronia zacierałbym już ręce. To, co zrobił EMPiK, może być najlepszą promocją jego książki. Gdyby EMPiK zgodził się na jego spotkanie z czytelnikami, to informacja o książce ukazałaby się najwyżej na 20. stronie w lokalnym dodatku jakiegoś dziennika… Tymczasem dzięki EMPiK-owi Biedroń ma promocję na skalę krajową. Nie wiem nawet, czy nie było to celowo zaplanowane. Chociaż oczywiście mogę się mylić, bo ja wszędzie węszę spiski (śmiech). Sprowokowanie protestów i zakazów to w każdym razie świetna metoda marketingowa.

Wychodzi tu na jaw spora obłuda, bo przecież EMPiK jednocześnie mocno promuje antyreligijną książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony” – manifest współczesnego walczącego ateizmu.

Dawkins jest mniej znany, ale i tak lepiej się sprzeda niż Biedroń. Mamy już w Polsce sporą grupę ludzi, którzy go czytają i kupią każdą jego książkę, bo mają gwarancję, że zawsze dowiedzą się czegoś nowego. Biedronia zna oczywiście więcej osób, lecz jego książka nie będzie miała aż takiego wzięcia, ponieważ łatwo się domyślić, co w niej znajdziemy. Gdy ktoś jest tak przewidywalny, to zainteresowanie musi być mniejsze.

W każdym razie, czy to będzie Dawkins, Biedroń, czy RedBull zakazy mogą im tylko dodać atrakcyjności. Jedynie państwo w pełni totalitarne jest bowiem w stanie zupełnie zdusić pewne opinie, ale za cenę np. odcięcia obywateli od internetu. Tymczasem w państwie demokratycznym każda informacja, że chce się ludziom ograniczyć do czegoś dostęp, sprawia, iż staje się to bardziej ponętne.

Czasami jednak sprzeciw skutkuje w sposób pożądany przez protestujących. Rossmann wycofał właśnie ze swoich sklepów, po protestach polskich wiernych, papier toaletowy z napisami „Merry Christmas”.

To już naprawdę absurd! Niedługo niektórym nawet gwiazdka na papierze będzie się kojarzyć z Gwiazdą Betlejemską i sprzedawcy wycofają ze sklepów wszystkie papiery z gwiazdkami.

Inni z kolei w obawie przed sprzeciwem wycofują się ze śmielszych pomysłów. Na przykład partner znanego krytyka Tomasza Raczka początkowo planował wydać swą książkę z okładką przedstawiającą Chrystusa wystylizowanego na geja. Ostatecznie jednak rozmyślił się i powieść z tą okładką można kupić tylko przez internet.

O okładce w tej wersji w ogóle nie słyszałem. A to świadczy, że fundamentaliści katoliccy też o niej nie słyszeli – gdyby zaprotestowali, pewnie bym usłyszał. Stąd wniosek, że niedostatecznie to chyba nagłośniono. Gdyby ją nagłośnić, mogłoby być tak jak z filmem o Larrym Flincie. Mało kto obejrzałby ten film, gdyby nie awantura wokół plakatu promocyjnego z rozebranym Woodym Harrelsonem „ukrzyżowanym” na kobiecym łonie. Co prawda aktor mógł mieć po prostu w ten sposób ułożone ręce, ale wystarczył fakt, że niektórym skojarzyło się to z ukrzyżowaniem. Babcie przyszły pod kina z protestami, a tłumy ludzi kupowały bilety, mówiąc sobie: „Oho, ten film musi być naprawdę niezły, skoro nie chcą, byśmy go oglądali”.

Czy uważa Pan, że uczucia religijne powinny być w ogóle chronione przez prawo?

Nie. Ludzie wierzą w różne rzeczy, a one mają różny stopień prawdopodobieństwa. Jeżeli ktoś powie, że Ziemia jest płaska, to obrazi mój zdrowy rozsądek, ale nie uczucia religijne. Niektórzy wierzą jednak w zupełnie absurdalne rzeczy, np. że Ziemia jest płaska, jak powszechnie uważano w średniowieczu, albo że Bóg stworzył Ziemię sześć tysięcy lat temu razem ze wszystkimi kośćmi dinozaurów. I kiedy ktoś nazwie to absurdem, taki „wierzący” może przecież zarzucić mu obrazę uczuć religijnych! Te uczucia dotyczą takich rzeczy, które są albo niesprawdzalne, albo zostały sprawdzone i okazały się fałszywe. Niektórzy wierzący mówią, że obrażanie uczuć religijnych to tak, jakby ktoś komuś napluł na matkę. Jest jednak zasadnicza różnica: matka czy ojciec to osoby, które żyją bądź żyły, podczas gdy przedmiotem uczuć religijnych są pewne figurki czy symbole. I nie ma żadnych dowodów, że rzeczy, które mają symbolizować, naprawdę istnieją.

Czyli – jak mówi humorysta Patrick Condell – „absurdem jest oczekiwanie wierzących, iż niewierzący będą ich wierzenia traktować z większym szacunkiem, niż normalnie traktuje się gusta bliźnich w kwestii kroju spodni czy koloru czapki”?

Dokładnie tak. Niech pan zauważy, że nasze prawo nie traktuje równo wierzących i niewierzących. Ci ostatni nie mogą zażartować publicznie z religii, bo muszą się liczyć z oskarżeniem o obrazę uczuć. Wierzący mogą natomiast swobodnie powtarzać, że np. niewierzący pójdą do piekła. A to jest przecież sytuacja analogiczna do tej, kiedy ateista mówi, że katolik wierzy w głupoty.

Nasze państwo chroni jednak bardziej wierzących, bo utarło się, że mamy 90 proc. katolików. Nie bierze się pod uwagę, że do kościoła chodzi 40-50 procent ludzi, kilka procent to niewierzący i obojętni, a reszta to światopoglądowa szara strefa. Parę miesięcy temu media doniosły, że pewien mężczyzna został skazany w Polsce na pół roku więzienia w zawieszeniu za zamieszczenie w internecie obrazka Jezusa z wklejoną twarzą Stalina. W końcu nie trafił za kratki, ale sam wyrok dobrze ilustruje polskie absurdy w tej kwestii. Złodzieje i bandyci chodzą wolno, bo odracza się im procesy, a normalnego obywatela ściga się za to, że wrzucił do sieci jakiś fotomontaż.