Ostatni tekst, poświęcony kuriozom, które nasi biskupi opowiadają na kazaniach o zapłodnieniu in vitro, wywołał spore kontrowersje. W dyskusjach, tak na WordPressie, jak i na Salonie, powtarzało się zwłaszcza najważniejsze chyba w tym kontekście pytanie: po co w ogóle w ramach drogiej i moralnie wątpliwej procedury tworzyć nowe istoty ludzkie, skoro na świecie już żyją zastępy sierot, czekających na nowy dom i nowych rodziców, którzy pokochają je, jak własne dzieci. Odpowiedź, paradoksalnie, wcale nie jest trudna.
Na początek należy stwierdzić rzecz podstawową: niezależnie od tego, co chcielibyśmy o sobie myśleć, jesteśmy przede wszystkim stworzeniami biologicznymi. Nie możemy wyjść poza ograniczenia, które narzuca nam nasza fizjologia i skomplikowane algorytmy sterujące naszymi popędami. Odczuwamy potrzebę jedzenia (zwłaszcza pokarmów słodkich, tłustych i słonych) – i jemy, nawet jeśli mamy nadwagę i zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy schudnąć. Zasypiamy, gdy jesteśmy zmęczeni, nawet gdy robimy wszystko, by nie zasnąć. Angażujemy się w zachowania seksualne z przygodnymi partnerami, nawet jeśli kochamy swego współmałżonka, chcielibyśmy spędzić z nim resztę życia i wiemy, że krótkiego wyskoku będziemy później długo żałować. No i wreszcie chcemy (zwłaszcza gdy jesteśmy kobietami) mieć dzieci. Najlepiej (zwłaszcza gdy jesteśmy mężczyznami) własne.
Z zapanowaniem nad wyżej wymienionymi instynktami mamy (na ogół) olbrzymie problemy – tak jakby (jeśli posłużyć się metaforą komputera) za ich uruchamianie i wygaszanie odpowiadały oddzielne „programy”, poza kontrolą tego, co uznajemy za świadomy „system operacyjny”. Możemy na pewnym poziomie doskonale wiedzieć, że powinniśmy kogoś (dziecko, partnera) kochać, miłość jest jednak emocją, a emocje jako takie nie poddają się kontroli rozsądku. To już raczej rozsądek daje się czasami ponosić emocjom…
Tym, co nami steruje, nie jest bowiem jakaś abstrakcyjna, nie wiadomo skąd się biorąca wolna wola, tylko (nierzadko ze sobą sprzeczne) instrukcje płynące z naszych genów, sprawiające, że na ogół nie tylko wyglądamy, jak nasi rodzice, ale i dzielimy z nimi gusty, poziom aspiracji, czy nawet skłonność do popadania w konflikt z prawem. Instrukcje te zakodowane są w każdej komórce naszego ciała w długiej, skręconej cząsteczce DNA. Cząsteczka taka składa się z czterech typów zasad, które układają się w samodzielne kawałki zwane właśnie genami. Każdy gen zawiera przepis na to, jak ma zostać w przyszłości zbudowane określone, kodowane przez niego białko. Cały materiał genetyczny, zlokalizowany w jądrze komórkowym i mitochondriach, mieści w sobie informację na temat wszystkich białek budujących organizm, którego częścią jest dana komórka. Białka te z kolei determinują niemal wszystkie fizyczne i psychiczne cechy organizmu, od budowy wątroby zaczynając, na skłonności do schizofrenii kończąc.
Już na początku lat sześćdziesiątych młody biolog z Oksfordu William D. Hamilton, odkrył, że jeśli za jednostki kluczowe dla procesu reprodukcji uznać geny, a nie całe organizmy, wówczas zachowania altruistyczne (nad którymi wcześniej długo się głowili badacze chcący wytłumaczyć w kategoriach biologicznych takie zjawiska, jak pomoc sąsiedzka i opieka rodzicielska) zaczynają mieć głęboki sens ewolucyjny. Zwłaszcza jeśli chodzi o altruizm w stosunku do osób z nami spokrewnionych, z którymi z definicji dzielimy przecież znaczną część genów. Przy okazji udowodnił Hamilton, że to nie całe organizmy (czy nawet gatunki) walczą o swe przetrwanie i rozprzestrzenienie się w populacji, ale indywidualne geny. Na przykładzie bezpłodnych, za to dużo pracujących i często poświęcających życie dla reszty wspólnoty robotnic pszczół i mrówek, pokazał, że dobór naturalny faworyzuje cechy, dzięki którym geny organizmu są przekazywane następnym pokoleniom niezależnie od tego, czy dany organizm bezpośrednio płodzi potomstwo. Choć bowiem robotnice umierają bezpotomnie, ich praca przyczynia się do tego, że mają coraz więcej sióstr, z którymi są spokrewnione bliżej, niż z własną matką.
Dobór naturalny, któremu podlegają geny (jedne niosą bowiem bardziej użyteczne informacje, niż inne, przez co zwiększają szanse przetrwania swoich posiadaczy) tak „zaprogramował” (biorę w cudzysłów, bo nie było tu mowy o intencjonalnym działaniu, tylko o trwającej miliony lat selekcji, w trakcie której wygrywają najlepsze zestawy genów) wszystkie żywe istoty na Ziemi, by dbały przede wszystkim o przetrwanie i reprodukcję własnego materiału genetycznego. Wehikułami tego materiału są ludzie, zwierzęta, rośliny, bakterie, wirusy – co nie zmienia jednak faktu, że istota informacji genetycznej sprowadza się do czterech zasad obecnych w DNA.
Według Davida Bussa ogłoszenie teorii Hamiltona zrewolucjonizowało biologię ewolucyjną i zapoczątkowało nowy sposób myślenia o doborze naturalnym – już nie z punktu widzenia gatunku lub jednostki, lecz z punktu widzenia genu. W swej „Psychologii ewolucyjnej” streszcza Buss ten sposób rozumowania następująco:
Gdybyś byt genem, co sprzyjałoby twojemu przetrwaniu i reprodukcji? Po pierwsze, dbałbyś o to, aby ciało, w którym rezydujesz, miało się jak najlepiej (przetrwanie). Po drugie, starałbyś się samodzielnie wytworzyć jak najwięcej swoich kopii (reprodukcja). Po trzecie, dbałbyś o przetrwanie i reprodukcję organizmów noszących w sobie twoje kopie (dostosowanie włączne). Geny, oczywiście, nie myślą, nie mają świadomości ani nie planują. Są jednak podstawową jednostką dziedziczenia, która w procesie reprodukcji nie podlega żadnym zmianom. Zmiany adaptacyjne nawarstwiają się dzięki procesowi dostosowania włącznego. Geny, które zwiększają szansę swojego sukcesu reprodukcyjnego, zastąpią inne geny, wywołując zachodzące w czasie zjawisko ewolucji.
W ujęciu Hamiltona dobór naturalny działa i może działać tylko na poziomie jednostki i jej genów. Nie wyklucza to działań altruistycznych, zwłaszcza w odniesieniu do jednostek posiadających te same geny, takich jak potomstwo, rodzeństwo lub krewni, tudzież również w stosunku do jednostek, co do których można oczekiwać, że się odwdzięczą – na tym jednak lista się zamyka. Jednostki, których DNA kodował niepohamowany altruizm wobec obcych, w toku ewolucji były bowiem bezlitośnie eksploatowane przez swych bardziej egoistycznych współplemieńców, przez co miały znacznie mniejsze szanse na przekazanie dalej swych genów. Dlatego dziś troszczymy się przede wszystkim o własnych krewnych i rodzinę. No i o znajomych, przyjaciół etc. – czyli tych, którzy w dziejach naszego gatunku mieli największe szanse nam się zrewanżować.
Największą rolę w przekazywaniu informacji genetycznej odgrywało jednak według Hamiltona potomstwo. Opiekę rodzicielską, którą wszystkie organizmy – poza przybranymi i adopcyjnymi rodzicami u ludzi – otaczają tylko swoje dzieci (lub dzieci, co do których sądzą, iż są ich – casus ofiar kukułek), angielski badacz uznawał za szczególny przypadek opieki nad organizmami, które z większą dozą prawdopodobieństwa niż inne posiadają te same geny. Według Hamiltona jednostka może zwiększyć reprodukcję swoich genów zarówno jeśli sama płodzi potomstwo, jak i wtedy, gdy pomaga przetrwać i spłodzić potomstwo swoim siostrom, braciom, kuzynom czy dalszym krewnym. Każde z moich dzieci ma ze mną dokładnie 50 procent wspólnych genów, podobnie jak każde z moich rodziców. Jednak mój rodzony brat czy rodzona siostra dzielą ze mną statystycznie także po 50 procent genów, stąd siostrzeniec lub bratanica będzie ze mną równie spokrewniony, co wnuk lub wnuczka (25 proc. wspólnych genów). Prawdopodobieństwo, że wszyscy ci krewni noszą w sobie kopie genów mego organizmu, jest znacznie większe, niż prawdopodobieństwo, że nosi je w sobie spotkany na ulicy Kowalski. Nic więc dziwnego, że o wiele większa jest szansa, że zajmę się płaczącym w nocy własnym dzieckiem, wnukiem lub choćby kuzynem niż że będę trwonił siły i czas inwestując w cudze geny.
Jak zauważa Buss, spojrzenie na ewolucję z perspektywy genu otworzyło przed biologami ogromne możliwości. Możliwe stało się przeformułowanie naszego myślenia o psychologii rodziny, altruizmie, pomaganiu innym, tworzeniu się grup, a nawet o agresji – i wyjaśnienie, dlaczego rzeczy w tych dziedzinach mają się tak, jak się mają. Wcześniej naukowcy po prostu uznawali, że ludzie i inne stworzenia po prostu muszą opiekować się własnym (ale już niekoniecznie cudzym) potomstwem, sprzyjać tym, których uznają za swoich i w najlepszym razie podchodzić nieufnie do tych, których uznają za obcych. Dzięki teorii Hamiltona, rozwiniętej później i usystematyzowanej przez takich badaczy, jak George C. Williams, Robert Trivers czy Richard Dawkins możliwe stało się odpowiedzenie na pytanie, dlaczego tak jest. I dlaczego większość par, które teoretycznie nie mogą mieć potomstwa, walczy za wszelką cenę o to, by mieć jednak dzieci własne, a nie adoptowane. Czy tego chcemy, czy nie, niechęć do bycia eksploatowanym przez nosicieli obcego DNA mamy bowiem po prostu w genach.