Styczeń 2008 - archiwum

Wyścig szczurów

Rywalizacja – dlaczego tak bardzo ją cenimy we współczesnym świecie? Czy ma więcej wad czy zalet? Czy można bez niej żyć, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Na te i inne pytania odpowiadałem prawie dwa tygodnie temu w „Lustrze” Julii Zabojszcz. Jak zwykle wrzucam rzecz z opóźnieniem, standardowo życząc mocnych wrażeń w trakcie słuchania:

Komu zaś tych wrażeń ciągle mało, niech zasiądzie dziś przed telewizorem o 10:50 i włączy Dwójkę. Tym razem w Pytaniu na śniadanie rozmawiamy o blogach i powodach ich pisania.

Pułapki viral marketingu

Podniecamy się tu często reklamami wirusowymi, zapominając, że mają one także słabości. Jedną z nich jest fakt, że jeśli twórca niedostatecznie powiąże opowiadaną historyjkę z reklamowaną marką, to nawet gdy efekt końcowy podbije internet, i tak pies z kulawą nogą może nie dowiedzieć się, co miało być promowane. Przestrogą dla kreatywnych niech będzie choćby zabawny kawałek o lwie i antylopie, który pod różnymi tytułami (ja odkryłem go jako It happenz only in India) od miesięcy robi furorę na głównych serwisach wideo:

Jeden rzut oka wystarcza, by stwierdzić, że to fragment jakiejś reklamy. Wyszukiwarka pozwala szybko ustalić, czyjej dokładnie – trzeba tylko w wynikach znaleźć dostatecznie długą wersję spotu.

Niestety dla Canal+, mało kto po obejrzeniu popularnego fragmentu szuka informacji o całym filmie lub jego producencie. Krótsze wersje, tak na Youtubie, jak i na Dailymotion przeważają liczebnie i, co więcej, cieszą się średnio 10 razy większą widownią. Oczywiście nie ze względu na długość – 15 sekund nie robi tu wielkiej różnicy – ale z powodu konstrukcji przekazu. Niewielu internautom chce się linkować lub wklejać na blogi film, którego twórca już w połowie daje pointę, po czym przez resztę czasu zachwala swój produkt w jakimś egzotycznym języku. Jeżeli w dodatku wklejenie tylko pierwszej połówki lub tylko pointy jest równie proste, co wklejenie całości, marketingowa klęska tak skonstruowanego virala wydaje się pewniakiem. W ramach podsumowania można dodać, że kończy on wtedy, jak dzisiejsza bohaterka (antylopy są rodzaju żeńskiego) po starciu z drzewem, które przecież nietrudno było ominąć…

Agresja jako przyjemność

Dlaczego oglądanie scen przemocy i podejmowanie zachowań agresywnych jest dla sporej liczby ludzi (zwłaszcza mężczyzn) takie przyjemne? Badacze powoli odnajdują kolejne kawałki układanki, z której wynika, że nasz mózg traktuje agresję jako nagrodę, i reaguje na nią podobnie jak na jedzenie, seks i używki. Co więcej, natura nagradza ludzi agresywnych nie tylko (dostrzegalnym zwłaszcza w czasach historycznych i opisywanym już tu szeroko) większym sukcesem reprodukcyjnym, ale i (jak wskazują najnowsze badania) dłuższym życiem. Nic, tylko się kłócić – i oglądać jatki.

Najnowsze wiadomości z frontu badań ostatecznie pogrążają nasz wizerunek ludzi jako istot stworzonych do życia w zgodzie i harmonii. Choćby dlatego, że – jak się okazuje – ludzie ugodowi żyją statystycznie krócej. Naukowcy z University of Michigan upublicznili ostatnio wstrząsające wyniki trwających 17 lat badań na małżeństwach. Pokazują one, że w stadłach, w którym małżonkowie zamiast kłócić się, tłumią swoje emocje, ryzyko przedwczesnego zgonu jest aż dwukrotnie wyższe, niż w związkach, w którym partnerzy nie boją się głośno upominać się o swoje. Efekt był istotny nawet po uwzględnieniu takich czynników, jak wiek, waga, ciśnienie krwi czy nałogi.

Skąd aż taka różnica? Toż to raczej stres kojarzył nam się dotąd z krótszym życiem (ciśnienie, zawały, skłonność do sięgania po używki w celu rozładowania napięcia). Naukowcy badający problem często nie brali jednak do tej pory pod uwagę faktu, że nasze umysły ewoluowały w środowisku, w którym zachowania agresywne były korzystne, zwiększały bowiem szanse przetrwania organizmu, jak również szanse, że zostawi on liczne potomstwo. Nie było więc powodu, by w naszym mózgu nie wytworzyły się mechanizmy nagradzające za takie zachowania, mechanizmy, z których na ogół doskonale zdajemy sobie sprawę (któż nie czuje przyjemności, gdy dokopie wrogowi?). Dotyczy to oczywiście nie tylko ludzi – od dawna wiadomo, że odczucia te nie są obce np. myszkom. Dzięki pomysłowemu badaniu zespołu uczonych z Vanderbilt University (również USA), którego wyniki ogłoszono w tym tygodniu, wiemy zresztą wreszcie, dlaczego tak się dzieje.

Badanie były dość skomplikowane. Badacze zaczynali od tego, że w jednej klatce trzymali mysią parkę (samca i samicę), w drugiej – parę innych osobników. Gdy już myszki zżyły się ze sobą, naukowcy zabierali samicę z pierwszej klatki samicę i umieszczali tam mysz z drugiej klatki. Natychmiast dochodziło do krwawego konfliktu o terytorium, poza wypadkami w których… myszom podano leki tłumiące wrażliwość receptorów dopaminy. Natychmiast traciły wówczas zainteresowanie intruzem i walką o swoje.

Fakt, że taki efekt przyniosło zablokowanie właśnie dopaminy, nie jest tu bez znaczenia. Ten neuroprzekaźnik popularnie nazywany jest przecież „hormonem szczęścia”: jego obecność w synapsach w części mózgu zwanej jądrem półleżącym przegrody odpowiada u ssaków (czyli także ludzi) za odczuwanie przyjemności i euforii. Praktycznie wszystkie substancje i czynności, od których się uzależniamy, działają właśnie (pośrednio lub – jak kokaina – bezpośrednio) na stężenie dopaminy na tych „ścieżkach przyjemności”. Odstawienie używki lub przerwanie aktywności wywołuje z kolei obniżenie stężenie dopaminy w jądrze półleżącym, co na zewnątrz objawia się kompulsywną chęcią dostarczenia do mózgu kolejnej dawki dopaminy. Czy ta chęć objawia się głodem narkotycznym, czy tęsknotą za nieobecną ukochaną osobą (miłość to dla mózgu kolejny naturalny narkotyk), to już sprawa drugorzędna. Jedno jest pewne: jeśli przy jakiejś aktywności w mózgu angażuje się dopamina, mamy do czynienia z dużą przyjemnością, ale i sytuacją, w której od czegoś trudno się powstrzymać. Do opisu reakcji agresywnych pasuje to, jak ulał, nieprawdaż? Tak to też widzi jeden z autorów badania, prof. Craig Kennedy (cyt. za onetem):

Agresja występuje u wszystkim niemal kręgowców. Konieczna jest do uzyskania i zachowania niezbędnych do przeżycia dóbr, takich jak pożywienie, terytorium czy partner. (…) Dowiedzieliśmy się z tych doświadczeń, że osobnik może celowo dążyć do agresywnych zachowań w relacjach z innymi, wyłącznie dlatego, iż jego mózg odbiera to jako nagrodę.

Wniosek z tego wszystkiego dla wielu będzie dość smutny: nie jesteśmy aniołami i – bez względu na to, ile by nam rodzice, księża czy nauczyciele nie wmawiali, że należy być miłym dla wszystkich, wybaczać krzywdy, a w skrajnych wypadkach nawet nadstawiać drugi policzek – raczej nimi nie zostaniemy. Przynajmniej dopóki ktoś nam przy użyciu farmakologii lub neurochirurgii nie wyłączy możliwości odczuwania przyjemności.

Socjobiologia studniówki

Na internetowych stronach dziennika Polska dostępny jest już wywiad o studniówkach z piątkowego Magazynu, który przeprowadził (zgadnijcie z kim) Konrad Dulkowski. Wywiad dość obszerny, więc tradycyjnie przytaczam ciekawsze kawałki:

K.D.: Ludzie narzekają, że muszą się zapożyczać tylko po to, aby ich dorastające dziecko mogło pójść na bal studniówkowy. To jakiś chory przymus, (…) wyścig snobów: kto będzie miał droższą sukienkę albo kto w bardziej luksusowej restauracji zorganizuje zabawę.
T.Ł.: Natura wyposażyła nas w mechanizm nieustannej walki o jak najlepszą pozycję w grupie. To pozostałość po czasach, gdy reputacja przekładała się na wymierne nagrody ewolucyjne. Ten, kto miał wyższą pozycję w stadzie, miał lepszy dostęp do pożywienia. Dłużej żył, miał więcej dzieci, a więc większą szansę przekazania dalej swych genów. Ponieważ dzisiaj zmieniły się warunki, w jakich egzystujemy, miejsce korzyści ewolucyjnych zajęły nagrody psychologiczne.
K.D.: Takie jak satysfakcja, że udało nam się zostać królową czy królem studniówkowego balu.
T.Ł.: A tym samym zdobyliśmy w grupie wyższy status. Przy czym każda płeć zdobywa go na swój sposób. Zacznijmy od tego, że pozycja społeczna zależy w dużej mierze od atrakcyjności seksualnej. Jednak inaczej oceniają ją kobiety, a inaczej mężczyźni. Udowodniono, że dla mężczyzny nie ma znaczenia, w co kobieta jest ubrana. Tak samo będzie mu się podobała (lub nie) naga, jak w stroju podkreślającym kształty. Natomiast w ocenie kobiet mężczyzna w garniturze jest znacznie wyżej oceniany niż ten sam, ale nagi czy w kombinezonie roboczym. Bo ubranie wskazuje na jego zamożność, a im więcej ma pieniędzy, tym lepiej będzie mógł zabezpieczyć potencjalne potomstwo.
K.D.: Tylko co ma do tego studniówka?
T.Ł.: Bale zawsze pełniły funkcję tańca godowego, choć dziś nie przekłada się to wprost na rozrodczość, a raczej na budowanie prestiżu. Dlatego kobiety idąc na bal, będą inwestować w kosmetyczkę i solarium, bo świeża, rumiana skóra jest oznaką zdrowia. Wyeksponują też cechy świadczące o innych zdolnościach reprodukcyjnych, jak np. stosunek obwodu talii do bioder. Mądrze uczynią, inwestując w sukienkę podkreślającą tę cechę, lecz już jej marka czy cena będzie zapewne dla partnera obojętna. Natomiast mężczyzna lepiej zrobi, gdy włoży markowy garnitur lub wynajmie limuzynę, by zawieźć swą partnerkę na bal.
K.D.: Nie rozumiem jednego: po co nam budowanie prestiżu w środowisku, z którego już wychodzimy. Co innego, gdyby taki bal odbywał się na początku szkoły.
T.Ł.: Doświadczenie wskazuje, że często po skończeniu liceum nadal funkcjonujemy w tej samej grupie rówieśniczej. Nawiązane kontakty i zdobyty status społeczny mogą więc zaowocować lepszym startem w dorosłe życie.
K.D.: Horrendalne wydatki na studniówkę mają być inwestycją w przyszłość?
T.Ł.: I to opłacalną. Gdyby tak nie było, ludzie już dawno zaprzestaliby płacić za bale studniówkowe. Zresztą, o co tyle krzyku z tymi studniówkami? Przecież nikt nie krytykuje wystawnych wesel, a dopiero one nie służą niczemu więcej poza podkreśleniem prestiżu rodzin państwa młodych. Przypomina to funkcjonującą u niektórych plemion Indian Ameryki Północnej instytucję potlaczy. Wydający przyjęcia są w stanie zadłużyć się na imprezę i prezenty dla gości, a potem jeszcze zniszczyć publicznie to, czego się nie zje, byleby pokazać wszystkim, jak bardzo są zasobni. (…)
K.D.: Nie każdego jednak stać, by uczestniczyć w takich zawodach. Biedniejsi mają prawo czuć się pokrzywdzeni, bo studniówka miała być zabawą, a stała się targowiskiem próżności.
T.Ł.: Właśnie ta możliwość „pokazania się” sprawia, że studniówka jest tak bardzo atrakcyjna! (…)
K.D.: Widzę tu pewną niekonsekwencję: przez całą szkołę tłumaczy się dzieciom, że najważniejsze są wartości duchowe, a na koniec organizuje się paradę snobizmu.
T.Ł.: Jak się ludzi pyta, co jest dla nich ważne przy wyborze partnera, to – oczywiście – mówią, że cechy charakteru, inteligencja. Ale w rzeczywistości okazuje się, że mężczyźni pożądają kobiet atrakcyjnych fizycznie bez względu na poziom ich inteligencji. Inteligencja partnerki staje się ważna dopiero, gdy planujemy związek długotrwały. Ale i taka partnerka powinna być jednak przede wszystkim atrakcyjna fizycznie. Podobnie dzieciom robi się w szkołach wodę z mózgu, wmawiając, że ludzie nie różnią się między sobą, mają takie same szanse etc. Z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej to nie do końca prawda. Ludzie znacznie się różnią pod względem zdolności, są mądrzejsi i głupsi, a co więcej, liczy się nie tylko to, jaki jesteś wartościowy wewnętrznie, ale też to, jaki jesteś zamożny i w co ubrany. Od wyboru partnera po rozmowę kwalifikacyjną każdy z nas jest oceniany. I sam ocenia – właśnie na podstawie pierwszego wrażenia. Przymioty wewnętrzne zaczynają się liczyć dopiero wtedy, gdy z kimś się na dłużej wiążemy.
K.D.: To wszystko nie znaczy jednak, że te biologiczne mechanizmy kierujące zachowaniem mają się nam podobać. Od tego jest szkoła, by wpajać normy bardziej pożądanych społecznie zachowań. (…)
T.Ł.: Jeżeli wprowadzi przepis, by nie przechodzić na czerwonym świetle, to większość ludzi będzie skłonna się podporządkować, bo nie gwałci to ich natury. Ale co stało się z próbą wprowadzenia prohibicji w Stanach Zjednoczonych? Otóż okazało się, że skłonność do używek jest tak głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze, że narzucona norma okazała się w praktyce martwa. Podobnie ma się sprawa zakazów seksualnych. W niektórych krajach islamskich zdrada jest karana śmiercią, a jednak nadal ludzie wplątują się w romanse pozamałżeńskie. Choć to pozornie zupełnie nieracjonalne – ryzykować życiem za chwilę przyjemności.
K.D.: I podobnie pokaz bogactwa na studniówkach jest zgodny z ludzką naturą, więc oznacza, że należy przyjąć to za coś zwyczajnego?
T.Ł.: Ubolewanie nad naturalną potrzebą „pokazywania się” jest podszyte hipokryzją. Zwłaszcza że wzrost gospodarczy zależy właśnie od takich zachowań. Gdyby ludzie nie kupowali sobie nowych ubrań, nie byłoby iluś tam miejsc pracy i wszyscy w związku z tym mielibyśmy mniej pieniędzy. Nie ma zatem co narzekać na konsumpcjonizm. Tym bardziej że konsumpcja to nie tylko te ubrania i świecidełka. Konsumujemy również dobra niematerialne, np. gdy idziemy do teatru albo kupujemy książkę. Społeczeństwa niekonsumpcjonistyczne to po prostu społeczeństwa biedne.(…)
K.D.: Do czasu, gdy to one staną przed problemem, że nie mają tyle pieniędzy, by dać swojemu dziecku na studniówkę, a tym samym zapewnić mu odpowiedni status społeczny.
T.Ł.: Problem wykluczenia społecznego będzie istniał zawsze (…). Tak już po prostu jest w naturze. W czasie toków pawi samiec z czterema piórami na krzyż zapewne czuje się niekomfortowo, jeśli w okolicy jest samiec z okazalszym ogonem. Tylko że jeśli wyrwiemy temu drugiemu te piękne pióra lub zabronimy wszystkim pawiom nosić ogony – wtedy niekomfortowo będą czuć się wszystkie.

Biurowe przekleństwo

W „Życiu Warszawy” artykuł o pracodawcach, którzy coraz częściej odcinają pracownikom dostęp do YouTuba, Naszej Klasy lub innych serwisów, które nie wpływają zbyt korzystnie na wzrost wydajności przeciętnego Kowalskiego. Trudno odmówić sensu takiemu podejściu, zwłaszcza że sam wiem z doświadczenia, iż najlepiej pracuje się w trybie offline. W świecie, w którym zwykłe zerknięcie do googla może się skończyć napisaniem nowej notki i piętnastu komentarzy, trzeba być dla siebie bezlitosnym – lub przynajmniej liczyć na to, że ktoś dla nas taki będzie. Dlatego gdy wczoraj zadzwoniła do mnie Anna Wittenberg z prośbą o komentarz, nie miałem nawet cienia wątpliwości:

AW: Surfowanie w internecie zabiera nam coraz więcej czasu. Także w pracy. Czy blokowanie przez pracodawcę stron www jest szansą na odzyskanie pracownika?
TŁ: Pracownicy, którym zablokuje się jedną stronę internetową, bardzo szybko przerzucą się na inne witryny. Sieć pełna jest blogów, serwisów społecznościowych i innych interesujących miejsc. Jeśli pracodawca naprawdę chciałby ograniczyć podwładnym czas korzystania z internetu, powinien odblokować tylko te strony, z których pracownik może korzystać.
AW: Ale w wielu branżach nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie witryny będą nam potrzebne…
TŁ: No właśnie. Dlatego znacznie bardziej skutecznym rozwiązaniem jest na przykład prowadzenie ewidencji stron internetowych, na które wchodził pracownik. Monitorowanie aktywności wprowadza psychologiczne samoograniczenie.
AW: Załóżmy, że uda nam się oderwać od internetu. Czy przeglądania stron nie zastąpi wychodzenie na kawę ze współpracownikami?
TŁ: Osoby, z którymi spotykamy się na co dzień, zazwyczaj nie są dla nas tak atrakcyjne jak nowe witryny. Kawa z panią Kasią czy panią Marysią staje się po prostu nudna.

Nudna, gdyż nasze zmysły wyewoluowały tak, że uwielbiają nowe bodźce. W środowisku pierwotnym wzmagało to zachowania eksploracyjne i ułatwiało przetrwanie. W dobie globalnej Sieci z miliardem stron staje się to naszym przekleństwem.

Kiss kiss, bang bang

Zgodnie z tym, co zapowiadałem ponad tydzień temu, w środę 16 stycznia BBC nadała pierwszy odcinek drugiego sezonu „Torchwooda”. Dla niezorientowanych: „Torchwood” to spin-off „Doktora Who”, tasiemcowej (blisko 750 odcinków) produkcji science-fiction, od 45 lat bijącej rekordy popularności wśród brytyjskich nastolatków. Serial opowiada o działającej w Cardiff grupie rządowych agentów specjalnych, którzy w ramach obowiązków zawodowych dzielnie zmagają się z pozaziemskimi stworami, od których – o czym wie każdy Anglik – aż roi się w stolicy Walii.

Zaplanowany jako „Doktor Who dla dorosłych”: mroczny, poważny, niejednoznaczny, a przede wszystkim wyzwolony obyczajowo (wszyscy główni bohaterowie są biseksualni), „Torchwood” zadebiutował w BBC Three w październiku 2006, już na starcie osiągając rekordową oglądalność. Za sukcesem komercyjnym nie poszedł jednak sukces artystyczny: krytycy wytykali twórcom serialu płycizny scenariusza, niekonsekwencje w prowadzeniu bohaterów, a zwłaszcza fakt, że przesadzili z łączeniem gatunków: w „Torchwoodzie” mieszały się ze sobą elementy filmu akcji, sci-fi, kryminału, horroru, fantasy, melodramatu, thillera erotycznego, komedii romantycznej i dramatu psychologicznego – co więcej, w każdym odcinku w różnych konfiguracjach i proporcjach. I chociaż widzów pierwszej serii ten groch z kapustą nie odstraszył, wszystko wskazuje na to, że Davies i spółka dokładnie przeczytali i wzięli sobie do serca wszystkie te uwagi. W efekcie rok po zakończeniu emisji nie do końca udanego pierwszego sezonu wypuścili dzieło, którego nie powstydziłby się Tarantino.

Zmian jest dużo, i to na najróżniejszych poziomach. Po pierwsze, reorganizacji ulega sposób pracy bohaterów. Co prawda nadal będą ścigać kosmitów, ratować Ziemię przed kataklizmami (także tymi, które sami sprowadzili) i bzykać się w przerwach, niemniej wszystkie wymienione czynności mają się teraz odbywać w sposób zaplanowany i zorganizowany, nie zaś w atmosferze nerwowej improwizacji. Korektom poddano również charaktery postaci. Kapitan Jack Harkness (John Barrowman), przywódca zespołu wzorowany na postaci Kenny’ego z „South Parku” (pada zabity średnio raz na odcinek – jeśli zaś w odcinku występuje Master lub cyborg płci żeńskiej, ginie w ciągu godziny nawet i do kilkunastu razy), nie jest już, jak w poprzedniej serii, na zmianę refleksyjny i posępny (nastroje dość zrozumiałe przy takim trybie pracy), lecz jowialny, bezpośredni i tryskający humorem równie obficie, co na początku swej kariery u boku Doktora. Neurotyczni indywidualiści, robiący dotąd Jackowi przede wszystkim za mało zborny harem, ni stąd ni zowąd przeistoczyli się z kolei w karne komando (czyżby zafundowana przez Mastera wyprawa w Himalaje aż tak ich zmieniła?), w którym każdy dokładnie wie, co ma robić, i co więcej, słucha się szefa. W efekcie gdzieś w środku seansu widz łapie się na tym, że zaczyna darzyć ich sympatią – ostatnim uczuciem, o wywoływanie którego mogli być posądzani w pierwszym sezonie.

Podobne zmiany zaszły w charakterystyce bohaterów negatywnych. Zarówno w „Torchwoodzie”, jak i w „Doktorze Who”, rysunek postaci był do tej pory przeważnie (mimo wyjątków w typie Lady Cassandry) jeśli nie czarno-biały, to przynajmniej czarno-szary. Bohater pozytywny wcale nie musiał być kryształowy, jego główny oponent przeważnie był jednak złem wcielonym – czy to w Daleków, czy Mastera, czy inne kosmiczne monstra. Tymczasem w „Kiss kiss, bang bang” czarny charakter (jak zwykle nietuzinkowy James Marsters), mimo że kompulsywnie kłamie i nałogowo morduje, już na wejściu zyskuje sympatię widzów. Bo czyż można nie polubić łajdaka, który bez mrugnięcia okiem jest w stanie przekonująco opowiadać o tym, jak dobrą był żoną?

Jak widać po dialogach, serial doczekał się w końcu także porządnie napisanego scenariusza (brawa dla Chrisa Chibnalla). To spory postęp, bo wcześniejsze historie często robiły wrażenie naprędce posklejanych z tego, co zebrano z podłogi po kolegium autorskim „Doctora Who”. Ogółem jeśli pierwszą serię można określić jako coś w połowie drogi między „Z Archiwum X” a „Beverly Hills 90210″, to teraz dostajemy skrzyżowanie „Queer As Folk” z „Kill Bill” – czyli to, na co widz (zwłaszcza brytyjski) liczył od początku.

Równolegle serial żegna się z problematyką egzystencjalną i ostro skręca w stronę inteligentnie napisanej komedii. W przerwach między gonitwami i strzelaninami zamiast przyciężkich dywagacji o sensie życia i śmierci dostajemy błyskotliwe, skrzące się humorem dialogi. Przykładem choćby wyborna scena biurowa, w której szef Torchwooda wyciąga na randkę jednego ze swych podwładnych (Gareth David-Lloyd). Swoją drogą, nie zdziwiłbym się, gdyby fraza „Photocoping your butt – or, maybe not your butt” przeszła do historii telewizji…

Biorąc pod uwagę opisaną i nieopisaną tu zawartość, należy się spodziewać, że w polskiej telewizji serial zagości gdzieś tak u progu XXII stulecia. Komu nie chce się czekać, polecam BBC Two w kablówce. Albo szybkie łącze.

Przyszłość polskich mediów

Kilka fragmentów porannej rozmowy w TV Biznes, na którą zdecydowałem się pójść mimo infekcji toczącej migdałki (nieoczekiwany skutek przedsylwestrowego clubbingu). Zawieszam w nadziei, że ktoś się nie zgodzi.