Maj 2008 - archiwum

Przyszłość reklamy w TV

W kioskach jest już najnowszy Brief, a w środku m.in. zdjęcia z pierwszego Międzynarodowego Festiwalu Reklamy w Dubaju, frapujący artykuł o sukcesie komercyjnym brzydkich zabawek oraz rozmowa o przyszłości reklamy w telewizji, którą ze mną i Radkiem Jaworskim, PR managerem Panasonica, przeprowadziła Iza Zbonikowska. Poniżej fragmenty:

Brief: Telewizja musi walczyć o widza i o reklamodawcę zarazem. Z Panów punktu widzenia odpowiada na ich potrzeby?
Tomasz Łysakowski: Nie ma czegoś takiego, jak jeden profil telewidza. Najprościej można podzielić ich na dwie grupy. Pierwsza to osoby generalnie starsze, gorzej wykształcone, zwykle z mniejszych miejscowości – choć to oczywiście nie reguła. (…) Mają tendencję do oglądania programów jak leci i nie będą nastawione na selekcję treści. Dzięki nim czasem nawet zegar emitowany w Jedynce miewa większą oglądalność, niż część kanałów tematycznych. Druga kategoria to odbiorcy statystycznie młodsi, lepiej wykształceni, mieszkańcy większych ośrodków. To często widzowie poszukujący, w dodatku z dostępem do internetu. Wiedzą, co chcą oglądać, wybierają. Gdy coś im umknie w telewizji, znajdą to w internecie. Nie są przywiązani do kanału. Jeśli nie dostają tego, czego chcą, przełączają. I tu widzę przepaść. Nie da się skonstruować przekazu, który zaspokoiłby obie grupy widzów. (…)
Radosław Jaworski: To jest trochę bardziej złożone. Grupy docelowe są dziś bardzo wyrafinowane. Oprócz zwykłej segmentacji demograficznej potrzeba też tej pod kątem psychologicznym. Dzięki badaniom w miarę dokładnie wiemy, co nasza grupa docelowa ogląda bądź co chce oglądać. (…)
: Te dwa typy to oczywiście typy idealne. Reklamodawcy mają tu poważny problem. Ci, którzy oglądają wszystko jak leci, będą oglądać również reklamy. Z punktu widzenia marketingu nie zawsze jest to jednak dobra grupa docelowa. Dążeniem reklamodawców jest czasami dotrzeć raczej do aktywnych widzów. Z drugiej natomiast strony mnóstwo jest produktów których używa każdy. (…)

B: Jak przenikanie się internatu i telewizji wpłynie na pozycję reklamodawcy?
R J: Od nadawców zależy, gdzie znajdą się reklamodawcy. Czekamy, kto zaoferuje nam najlepsze warunki. Ponieważ internet oferuje spersonalizowaną treść, jego wartość będzie wzrastać. Jeśli pewnego dnia okaże się, że większość ludzi „jest” w internecie, wszyscy podążą za konsumentem. Póki co, badania pokazują, że na przykład usługi typu VoD to wciąż nowość i stosunkowo mały zasięg.
: Ale trzeba pamiętać o jednej jeszcze rzeczy. Pod koniec lat 80. w BBC oglądalność popularnego serialu ksztaltowała się na poziomie – powiedzmy – 20 mln. Dziś, kiedy dochodzi do 10 mln, jest już dobrze. W tym czasie powstały kanały tematyczne, ale ich oglądalność nie sumuje się do wcześniejszych 20 mln. Z badań wiadomo, że niższy wynik to efekt rozwoju internetu. Ludzie już nie czekają na kolejny odcinek. W chwili jego emisji na amerykańskim kanale, ściągają go z internetu. W USA mieszkańcy wschodniego wybrzeża są w stanie ściągnąć odcinek wyemitowany w Kalifornii, by nie czekać tych kilku godzin. Ludzie, nawet jeśli przywiązują się do danego serialu, nie przywiązują się już do stacji. (…)

B: Gdyby widzowie sami mieli powiedzieć, co chcieliby oglądać, jak wyglądałaby nasza ramówka dzisiaj?
: Widzowie są nagminnie pytani o to, co chcieliby widzieć w telewizji. Tyle tylko, że na ogół ulegają dziwnej politycznej poprawności. Twierdzą, że szukają przede wszystkim informacji, że chcieliby więcej ambitnych programów, dokumentów, wysoko plasują się programy religijne. Wyniki oglądalności natomiast pokazują co innego. Co innego sfera deklaratywna, a co innego to, co naprawdę oglądamy. Tutaj trzeba jeszcze wziąć pod uwagę nasz aparat poznawczy, który czerpie przyjemność z szukania nowości, stymulacji, adrenaliny. Jeśli ludzie mają do wyboru koncert i strzelaninę, zazwyczaj przełączają na strzelaninę. Większość zdecyduje się na bodźce drastyczne, kontrowersyjne. Telewizję włączamy zwykle po to, by przeżyć jakąś emocję.
B: Balansowanie telewizji między potrzebami reklamodawcy i widza pozwoli znaleźć złoty środek?
: Wiele naszych interakcji społecznych działa według znanej biologom reguły Czerwonej Królowej. Ofiara przystosowuje się do środowiska tak, by drapieżca miał coraz większy problem z jej schwytaniem. Z kolei drapieżca ewoluuje tak, by coraz umiejętniej polować na zdobycz. Podobnie można opisać interakcje reklamodawcy i widza. (…) Reklamodawca ma produkt i chce, by jego przekaz był skuteczny. Tymczasem konsumenci co jakiś czas uodparniają się na dane środki marketingowe. Także stacje TV szukają, ale tak naprawdę nigdy nie będą w stanie znaleźć optimum. (…) Mamy tu do czynienia z działaniem mody. Kilka lat temu pojawiły się reality shows i wszyscy oglądali „Big Brothera”. Dziś, choć jest on emitowany, to już nie to samo, co kilka lat temu. Dziś panuje moda na interaktywność, ale wkrótce to może się zmienić. Ponadto obserwujemy ciągły wyścig również na poziomie zawartości reklam. Nie da się powiedzieć, że ktoś wygra bądź przegra. To się zmienia i będzie zmieniać.

Dodam teraz: na szczęście, gdyż dzięki temu długo jeszcze nikt przed ekranem nie umrze z nudów.

Pył elfów i palec, który odrósł

Fani fantastyki naukowej i brytyjskiego serialu Doktor Who znają zapewne doskonale dyptyk Stevena Moffata „The Empty Child”/„The Doctor Dances”. Kluczową rolę w historii odgrywają nanogeny – mikroskopijne roboty z kosmicznego ambulansu, roztrzaskanego przez kapitana Jacka w bombardowanym przez Niemców Londynie. Nanoroboty, ukryte w formie świecącego pyłu, miały niesamowitą właściwość: przy kontakcie z raną pobudzały ludzkie komórki do regeneracji. I to na taką skalę, że były w stanie wskrzesić tytułowe dziecko, zaś jednej z trzecioplanowych bohaterek, wystawionej przez pewien czas na ich działanie, po prostu odrosła noga.

Filmowe nanogeny nie były żadnym darem niebios, cudem czy jakimkolwiek nadprzyrodzonym zjawiskiem, tylko przykładem technologii znanej cywilizacjom innym niż ziemska, za to nie znanej ludziom – przynajmniej w roku 2005, gdy kręcono oba wspomniane odcinki „Doktora”. Do czasu: światowe media doniosły niedawno, że substancja działająca tak jak Moffatowe nanogeny to już nie żadne science fiction, tylko zwykłe science. Według relacji, które mogliśmy zobaczyć także w odpowiedzialnej za kultowy serial o podróżnikach w czasie BBC, amerykańscy (jak zwykle) uczeni zidentyfikowali środek stymulujący ludzkie tkanki do wzrostu, dzięki któremu regeneracja amputowanych kończyn i narządów może już wkrótce stać się tak prosta, jak ich wycinanie.

By nie pozostać gołosłownym, oto fragment dość konkretnej relacji, która ukazała się na portalu biotechnolog.pl dwa dni temu i w międzyczasie zawojowała Wykop:

Trzy lata temu Lee Spievac (68) stracił koniuszek palca, który przez przypadek dostał się w śmigło hobbystycznego samolotu. To nie była zwykła rana, ale po prostu odcięty kawałek palca. Jakiś czas później Alan, naukowiec i brat Lee, przyniósł do domu tajemniczy proszek nazwany “Pixie dust” (”pył elfów”) i kazał Lee regularnie go aplikować. Po miesiącu opuszek palca odrósł… i to łącznie z paznokciem i naczyniami krwionośnymi, przybierając pierwotny kształt. Nawet odcisk palca Lee Spievac ma ten sam.
“Pył elfów” to najnowsze cudo medycyny regeneracyjnej rodem z laboratorium dra Stevena Badylaka z Instytutu Medycyny Regeracyjnej na Uniwersytecie w Pittsburgh (USA). Jest to po prostu sproszkowana forma macierzy zewnątrzkomórkowej (czyli substancji międzykomórkowej tkanki łącznej) pochodzącej ze świńskich pęcherzy. Proszek ten zawiera szereg białek tkanki łącznej, a używają go często lekarze do regeneracji zerwanych ścięgien, szczególnie u sportowców. Do tej pory jednak nikt nie spróbował stosować go na uciętym palcu.
Celem sproszkowanych komórek i białek jest danie sygnału własnym mechanizmom regeracyjnym do odbudowy ubytków. Badylak jest jednym z wielu naukowców, którzy wierzą, że można doprowadzić do odbudowy nawet całych kończyn. Trzeba tylko wiedzieć jak i “pył elfów” jest właśnie taką wskazówką dla komórek, w których drzemie regeneracyjny potencjał.

Rewolucyjny news od razu przywiódł mi na myśl czytany niedawno artykuł Regeneracja ludzkich kończyn z majowego Świata Nauki. Napisała go trójka badaczy, których spokojnie możemy zaliczyć do grona największych ekspertów w dziedzinie ssaczej regeneracji: Ken Muneoka, Manjong Han i David Gardiner. Dość wspomnieć, że autorzy – profesorowie z Tulane University i University of California w Irvine – otrzymali niedawno od rządu Stanów Zjednoczonych (reprezentowanego przez Defense Advanced Research Projects Agency) wielomilionowy grant na badania w zakresie zdolności regeneracyjnych ludzkich kończyn.

Artykuł koncentruje się przede wszystkim na procesach regeneracyjnych w organizmach płazów i myszy. Mozemy sie z niego dowiedzieć, że odbudowa utraconych części ciała u zwierząt wyższych (nikogo jakoś nie dziwi odrastająca połowa dżdżownicy) nie jest w przyrodzie wcale tak absurdalną ideą, jakby się na pierwszy rzut oka zdawało. Jeśli chodzi o kręgowce, z odrastaniem po amputacji nie mają problemów kończyny znanych właśnie z tej niesamowitej właściwości płazów: salamandry i traszki. Dorosła salamandra jest w stanie, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, regenerować swe nogi wielokrotnie. Także inne płazy, choć już na mniejszą skalę, potrafią korzystać z dobrodziejstw regeneracji. Zraniona żabia kijanka odtwarza w razie potrzeby odciętą nóżkę, kumaki są w stanie regenerować palce. Nawet ssaki we wczesnych etapach rozwoju płodowego potrafią odbudowywać utracone zawiązki kończyn, zdolność ta zanika jednak na długo przed urodzeniem.

Zanika – ale nie całkowicie. Jak zapewniają bowiem Muneoka, Han i Gardiner, można u ssaków, w tym ludzi, znaleźć cześć ciała, która – odcięta – bez problemów odrasta nawet u dorosłych osobników. A częścią tą jest – tra ta ta ta – koniec palca!

Oddajmy głos ekspertom:

Człowiek może regenerować koniuszki palców. Zjawisko to zauważono po raz pierwszy ponad 30 lat temu u dzieci, ale od tego czasu obserwowano również u nastolatków i dorosłych. By się pojawiło, wcale nie trzeba wiele: należy oczyścić ranę i założyć jak najprostszy opatrunek. Jeśli pozwolimy na naturalne gojenie, koniuszek palca odzyskuje kształt, linie papilarne i czucie, może się też mniej lub bardziej wydłużyć. Sukces tego minimalistycznego postępowania po urazowej amputacji części palca był wielokrotnie dokumentowany w czasopismach medycznych. Tymczasem typowym leczeniem jest w takich przypadkach pokrycie rany amputacyjnej płatem skóry – jak teraz wiemy, hamuje to regenerację nawet u salamandry, ponieważ uniemożliwia naskórkowanie rany.

Nos mi podpowiada, że wspólne dzieło profesorów Badylaka i Spiewacka brata (czy te polsko brzmiące nazwiska to aby na pewno zbieg okoliczności?) to humbug grubymi nićmi szyty. Dziwi tylko, że w redakcji naukowej BBC (medium, które według Bad Science i Guardiana rozkręciło całą awanturę z palcem) już na samym początku nikt nic nie poczuł…

Dziewictwo, kaganiec i knebel

Jak daleko można posunąć się w reklamie? Czy są granice, których nadawcy komunikatów (nie tylko reklamowych) nie powinni przekraczać? W programie Piotra Zworskiego „Twarzą w twarz” spieram się na ten temat z Juliuszem Braunem, byłym przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i aktualnym szefem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy. Punktem wyjścia dyskusji jest nieco już przebrzmiała kampania House’a „Strzeż mnie ojcze”.

List w obronie GMO

Ludzie listy piszą, ostatnio przede wszystkim do premiera. Doktorzy habilitowani w obronie habilitacji. Fizycy w obronie szeroko pojętej nauki. Pracownicy naukowi i studenci nauk przyrodniczych, medycznych i rolniczych w obronie organizmów modyfikowanych genetycznie.

Zwłaszcza ostatni z wymienionych listów jest interesujący, gdyż dotyczy kwestii, która już niedługo może się odbić na zawartości talerza przeciętnego Kowalskiego. Nasz bez wątpienia biegły w naukach biologicznych premier (z wykształcenia historyk), wsparty przez równie wyedukowany na tym polu rząd (4 prawników, 3 ekonomistów, 2 filozofów, 2 rolników, 2 historyków, 2 politologów, 2 lekarzy, nauczycielka matematyki, inżynier maszyn, geodeta, ekolog, kulturoznawca i filolożka perska; niektórzy ministrowie skończyli zresztą więcej niż jeden kierunek – cóż z tego, skoro najczęściej humanistyczny) postanowił bowiem wypełnić najbardziej absurdalną ze swych obietnic wyborczych i uchronić Polaków przed tańszą i zdrowszą żywnością produkowaną przemysłowo, pod dość osobliwym pretekstem, iż jest ona modyfikowana genetycznie (jakby ludzie od zarania dziejów nie modyfikowali genetycznie żywych organizmów i jakby gdziekolwiek na świecie rolnicy uprawiali lub hodowali cokolwiek, co wyewoluowało w przyrodzie bez udziału człowieka).

Co naukowcy, którzy się biologią, genetyką i rolnictwem, sądzą o pomyśle Donalda Tuska i jego współpracowników, wyczytać można w samym liście. Streszczać go nie ma sensu, przytaczam więc w całości, wraz ze wstępem autorstwa byłego rektora Uniwersytetu Warszawskiego i aktualnego szefa Instytutu Genetyki i Biotechnologii UW, Jana Wegleńskiego (z wykształcenia genetyk):

Szanowni Państwo,

Od kilku lat trwa w Polsce dyskusja na temat GMO, zdominowana przez przeciwników stosowania nowych technik genetycznych. Przedstawiane są całkowicie bezzasadne twierdzenia o szkodliwości żywności wytwarzanej z roślin modyfikowanych genetycznie lub też ze zwierząt karmionych takimi roślinami. Wyrażane są również poglądy wyolbrzymiające zagrożenia dla środowiska, które rzekomo wynikają z uprawiania GMO. Poglądy te znajdują posłuch wśród rolników i konsumentów, gdyż, co jest winą naszego środowiska, nie zadbaliśmy o to, by szkoły, uczelnie i środki masowego przekazu dostarczały szerokiej publiczności wyczerpującej i rzetelnej informacji na temat GMO. Niestety fałszywe poglądy na temat GMO są rozpowszechnione nie tylko wśród niespecjalistów. Hołdują im niektórzy politycy i wysocy urzędnicy państwowi, a ich niechęć do GMO przekłada się na poważne straty naszej gospodarki, wynikające z obniżenia konkurencyjności naszego rolnictwa i wysokich kar finansowych, będących konsekwencją naruszania przepisów przyjętych przez Unię Europejską.

Zdaniem wielu uczonych zajmujących się genetyką, rolnictwem i medycyną, których opinii zasięgałem, wystąpienie do polskich władz państwowych z apelem o rozsądek w traktowaniu problemu GMO stało się pilną koniecznością. Stąd też proponuję wystosowanie do Premiera listu, w którym zawarta jest oferta naszego środowiska podjęcia szerokiej akcji informacyjnej, która powinna zmienić stosunek społeczeństwa do GMO. Jestem przekonany, że Premier skorzysta z naszej oferty i że z uwagą wysłucha głosu uczonych, udowadniając tym samym, że budowanie społeczeństwa i ekonomii opartych na wiedzy nie jest dla Niego pustym hasłem.

Jednocześnie w imieniu inicjatorów niniejszego listu chciałbym zapewnić kolegów z instytucji naukowych i z organizacji pozarządowych, że ochrona środowiska jest i będzie naszą wielką troską i że będziemy dokładać wszelkich starań, by eliminować nawet najmniejsze zagrożenia dla środowiska, które mogłyby wynikać ze stosowania wszelkich, nie tylko GMO, nowych technologii w rolnictwie i gospodarce.

Licząc na szerokie poparcie dla przedstawionej sprawy, zwracam się do wszystkich Państwa, profesorów i studentów, o podpisanie załączonego listu.

Piotr Węgleński, Uniwersytet Warszawski

List otwarty do Premiera Rzeczypospolitej Polskiej

Warszawa, dnia 12 maja 2008 r.

Szanowny Panie Premierze,

My, niżej podpisani, pracownicy naukowi i studenci, reprezentujący wszystkie dziedziny nauk przyrodniczych, medycznych i rolniczych, zwracamy się do Pana Premiera z prośbą o przyjrzenie się niezwykle ważnemu problemowi, jakim stała się uprawa i wykorzystywanie roślin genetycznie modyfikowanych (GMO).

Człowiek modyfikował rośliny od zarania dziejów, co nie budziło żadnych kontrowersji do czasu, gdy zastosowano nowe technologie, dające szansę na szybkie pozyskiwanie nowych odmian. Z niejasnych przyczyn, a przede wszystkim z powodu niewiedzy, przeciwko tym odmianom, zwanym GMO, wystąpiło kilka organizacji ekologicznych i konsumenckich. Zdołały one wytworzyć atmosferę niechęci społecznej w stosunku do GMO i spowodować, że w niektórych krajach wprowadzono ograniczenia w stosowaniu GMO. Do krajów tych należy Polska, w której restrykcje wobec GMO są wyjątkowo ostre w porównaniu z innymi krajami UE, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych.

W związku z powyższym chcielibyśmy zapewnić Pana Premiera, że zgodnie z naszą wiedzą nie istnieją jakiekolwiek racjonalne podstawy uprzedzeń w stosunku do GMO. W szczególności:

* Spożywanie produktów wytworzonych z GMO lub mięsa zwierząt lub drobiu karmionego paszami wytworzonymi z GMO nie stanowi jakiegokolwiek zagrożenia dla zdrowia człowieka;

* Zagrożenie dla środowiska, jakie wynika z wprowadzania GMO do upraw w danym regionie, jest dokładnie takie same, jakie wiąże się z introdukcją każdego nowego gatunku lub odmiany roślin. Należy dokładnie monitorować efekty wprowadzania do środowiska wszystkich nowych odmian, ale nie ma żadnych powodów, by w stosunku do GMO stosować zasady inne niż w stosunku do odmian otrzymanych metodami tradycyjnymi.

Zakaz uprawiania lub importowania pasz GMO do Polski spowoduje gwałtowny wzrost cen mięsa i znacznie zmniejszy konkurencyjność polskiego rolnictwa wobec rolnictwa tych krajów, w których ograniczenia stosowania GMO są znacznie słabsze lub w ogóle nie istnieją.

Szanowny Panie Premierze!

Sądzimy, że wszystkim nam zależy, by gospodarka w Polsce była oparta na wiedzy. Zasada ta powinna dotyczyć wszystkich gałęzi gospodarki, w tym również gałęzi tak ważnej jak rolnictwo. Zwracamy się do Pana z apelem o wysłuchanie w sprawach GMO głosu polskich instytucji i środowisk naukowych. Ze swojej strony zobowiązujemy się do przeprowadzenia szerokiej kampanii informacyjnej, której celem będzie przekonanie społeczeństwa, że obawy w stosunku do GMO nie mają racjonalnych podstaw. Jednocześnie apelujemy, by Rząd RP zwrócił baczniejszą uwagę na sprawy związane z ochroną środowiska naturalnego kraju. Minister Środowiska nie powinien, naszym zdaniem, zajmować się irracjonalnymi zagrożeniami związanymi z GMO, ale z całą energią zająć się realnymi problemami, takimi jak stan wód w Polsce, emisja gazów cieplarnianych, ochrona obszarów najcenniejszych przyrodniczo i wieloma innymi, które wymagają mądrych i szybkich rozwiązań. Nie można dopuścić do tego, by konflikty w rodzaju tego, jaki towarzyszył budowie obwodnicy Augustowa w Dolinie Rospudy, stale się powtarzały. Polska powinna stać się krajem, traktującym sprawy ochrony środowiska z największą powagą.

Z wyrazami najgłębszego szacunku,

Lista podpisów

List do podpisania (dla tych, którzy podpisać go mogą) na stronie gmo.icm.edu.pl.

Małżeńskie zwycięstwo gejów w Kalifornii

Homoseksualni obywatele Stanów Zjednoczonych mają dziś nie lada powód do radości. Kilka godzin temu Sąd Najwyższy stanu Kalifornia po dwóch miesiącach badania sprawy orzekł, że zarówno artykuł 300 stanowego kodeksu cywilnego, definiujący małżeństwo jako kontrakt między mężczyzną i kobietą, jak i zaaprobowana osiem lat temu przez wyborców ustawa zakazująca uznawania w Kalifornii małżeństw jednopłciowych zawartych poza jej granicami, są niezgodne ze stanową konstytucją i w konsekwencji nieważne. W praktyce oznacza to, że mieszkańcy najludniejszego (36 milionów) i najbogatszego (8. gospodarka świata) stanu Ameryki mogą od dziś zawierać legalne związki małżeńskie z partnerami tej samej płci. Prawo to mieli dotychczas tylko w jednym stanie, Massachusetts, po wyroku tamtejszego Sądu Najwyższego z listopada 2003. I choć związki cywilne (civil unions) i partnerskie (domestic partnerships) osób homoseksualnych zalegalizowało do tej pory kilkanaście innych stanów (jak również północny sąsiad USA, Kanada), aż do dziś żaden z nich nie poszedł równie daleko.

Wyrok, mimo że raczej spodziewany (kalifornijski Sąd Najwyższy nie od dziś uchodzi za jeden z najbardziej postępowych w USA, poza tym siedzibę ma w San Francisco, mieście z największym – między 20 a 33 procent – odsetkiem gejów na świecie) wstrząsnął całym krajem. Serwisy informacyjne natychmiast zapełniły się komentarzami na temat tego, jak wyrok wpłynie na sytuację osób homoseksualnych w całych Stanach. W Massachusetts pozostaje w mocy datujący się jeszcze z czasów niewolnictwa zakaz małżeństw osób mieszkających poza stanem, jeśli ich rodzinne stany nie uznają takich związków za ważne. Kalifornia takiego prawa nie posiada, co oznacza, że już 14 czerwca (data wejścia w życie postanowień wyroku) ślub z partnerem tej samej płci będzie mógł tam zawrzeć właściwie każdy Amerykanin. Trudno zatem wykluczyć scenariusz, w którym zwycięstwo zwolenników praw gejów w San Francisco ułatwia mobilizację rozproszonych dziś sił konserwatywnych i wpływa (niekoniecznie po myśli środowisk postępowych) nawet na wynik jesiennych wyborów prezydenckich.

Nie zmienia to faktu, że wyrok z zadowoleniem powitały organizacje walczące o prawa mniejszości, jak również władze Partii Demokratycznej. Nawet republikański gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger, jeszcze pół roku temu wetujący uchwaloną przez lokalny parlament ustawę dopuszczającą małżeństwa tej samej płci, wyraził radość z decyzji sądu, po czym wezwał wyborców do uszanowania nowego prawa i nieforsowania poprawki konstytucyjnej, której autorzy chcą wpisać dyskryminację do najwyższego kalifornijskiego aktu prawnego. Czy wyborcy posłuchają, przekonamy się prawdopodobnie już na jesieni.

Einstein o Bogu

Do domu aukcyjnego w Londynie trafił kilka dni temu list Alberta Einsteina do filozofa Erica Gutkinga. List, napisany 3 stycznia 1954 (rok przed śmiercią naukowca) w odpowiedzi na przysłany Einsteinowi przez Gutkinga egzemplarz książki „Choose Life: The Biblical Call to Revolt”, mocno wzbogaca naszą wiedzę na temat tego, w co właściwie wierzył największy fizyk wszechczasów. Jak się bowiem okazuje, wynoszony swego czasu pod niebiosa przez apologetów religii autor zdania „Nauka bez religii jest kaleką, religia bez nauki jest ślepa” (Die Naturwissenschaft ohne Religion ist lahm, die Religion ohne Naturwissenschaft ist blind) żywił prywatnie (przynajmniej pod koniec życia) znacznie mniej pojednawcze sądy na temat wiary w Boga i wszelkich systemów religijnych:

Słowo „Bóg” nie jest dla mnie niczym więcej, niż wyrażeniem, wytworem ludzkiej słabości, zaś Biblia – zbiorem poważanych, choć prymitywnych podań, które w dodatku są dosyć dziecinne. Nie zmieni tego żadna interpretacja, bez względu na to, jak subtelna by nie była. (…) Religia żydowska, tak jak inne religie, to dla mnie wcielenie najbardziej dziecinnych przesądów.

Mocne stwierdzenia, których nie powstydziłby się Dawkins w „Bogu urojonym” (już w pierwszym rozdziale cytujący przecież obficie Einsteina), pół wieku temu miały małe szanse na pojawienie się poza prywatną korespondencją – przede wszystkim ze względu na ducha czasów. Biorąc pod uwagę fakt, że w latach 50-tych nieprzystawanie do oczekiwań konserwatywnego, religijnego społeczeństwa nawet dla znanego naukowca mogło się skończyć katastrofą (dość wspomnieć zaszczutego za homoseksualizm ojca współczesnej informatyki, Alana Turinga), trudno się dziwić, że Einstein niezbyt często wyrażał osobiste poglądy na temat religii. Znacznie trudniej zrozumieć, dlaczego dotyczące tego zagadnienia fragmenty jego korespondencji musiały czekać na upublicznienie aż pół wieku…

Flaga na prąciu i inne takie

Koniec słodkiego lenistwa, wracam do pisania i podcastowania. Na początek (tudzież w ramach nagrody dla tych, co czekali) trzy „zostawwiadomości”

Pierwsza o sztuce współczesnej, naszym polskim wstydzie i o tym, do czego twórca jest się w stanie posunąć, by zdobyć poklask i uwagę. W studiu, oprócz mnie i Bartka Panka, wygadana krytyczka Ewa Tatar i nieco mniej wygadany artysta Roman Dziadkiewicz. Dyskusja ostra i mocna (w trakcie kilka razy ocierałem się o śmierć ze śmiechu); polecam zwłaszcza fragmenty o malowaniu sobie publicznie penisa na biało-czerwono w celu zilustrowania… faktu, że się człowiek wstydzi (ech, ci artyści):

 


Druga rozmowa ze studentami na temat poboru, bardziej poważna, więc polecam tylko hardkorowym fanom:

 


Trzecia dyskusja, na temat singli we współczesnym świecie, odbyła się dziś w Radiu BIS:

 

Zapraszam do słuchania.