Czerwiec 2008 - archiwum

Lis na zwyżce

W ostatnim poście Kataryny o antyblogerskich zapędach europarlamentarzystów (od komentarzy kipi dziś polska blogosfera; sam zabrałem głos w temacie kilka dni temu) znalazłem cytat z artykułu o Tomaszu Lisie, opublikowanego kilka dni temu w „Dzienniku”. Cytat dotyczy pewnej mało dotąd eksponowanej w mediach (tak, tak, jest takowa) dziedziny aktywności byłego szefa polsatowskich „Wydarzeń” oraz związanego z ową aktywnością dylematu jego ówczesnych podwładnych:

Jak tu szanować szefa, człowieka niby poważnego, o wyjątkowo wysokiej pozycji, któremu zdarzało się zaczynać poranne kolegia od przejrzenia internetu, by odszukać wszystkie wpisy na swój temat i temat swej przyjaciółki, i który czasem na tzw. zwyżce, czyli specjalnym podium w newsroomie, potrafił bez zażenowania pod rozmaitymi nickami na gazetowych forach komentować w sieci nie tylko bieżące wydarzenia polityczne. A kiedy plątały mu się już nicki, Hanka pomagała mu założyć nowe konta.

Tyle Kataryna, artykuł w „Dzienniku” zawiera jednak fragmenty stawiające brylującego jeszcze rok temu na łamach „Gazety Wyborczej” (i rżącego na antenie TOK FM) apostoła antykaczyzmu i poprawności politycznej w jeszcze ciekawszym świetle:

Gdy dziennikarz zbyt miękkim głosem czytał materiał, Lis pytał: – Co ty, pedałem jesteś? Może byś przerż… jakąś kobietę i zaczął czytać jak mężczyzna?

„Wszyscy jesteśmy gejami” – pisał w 2005 roku Jacek Żakowski. Ciekawe, czy powtórzy to teraz koledze…

Parlament Europejski kontra blogi

Temat dnia to dziś totalna lustracja blogerów. Nowa inicjatywa Europarlamentu, jeśli chodzi o odzew, jaki wywołała na blogach z prawa, lewa i środka (nie wspominając już o sensowności), przyćmiła chyba wszystkie pomysły Romana Giertycha z czasów ministrowania, i to nawet razem wzięte. Rzecz cytuję za dzisiejszą „Gazetą Wyborczą”; uwagi moje – boldem w nawiasach.

Musi być jasne, kto stoi za blogerami. Najlepiej, by deklarowali to sami blogerzy – (…) taka rekomendacja znalazła się w raporcie Parlamentu Europejskiego, który przyjęła na początku czerwca komisja kultury.

„Zachęcamy do dobrowolnego znakowania blogów, by jasne były zawodowe i finansowe interesy oraz odpowiedzialność ich autorów i wydawców” – napisali w raporcie „O koncentracji i pluralizmie mediów w UE”.

- Popieram pluralizm mediów, szczególnie nowych mediów [To szczególnie ciekawie tu wygląda, jakby pluralizm dało się stopniować...], których część stanowią blogi. Chciałabym jednak, by było jasne, kto za nimi stoi [i kogo w razie czego zamknąć] - wyjaśnia „Gazecie” autorka raportu, estońska socjalistyczna eurodeputowana Marianne Mikko, była dziennikarka. – Celem blogów jest pokazywanie prawdy, lecz niektórzy pod fałszywym nazwiskiem mogą kogoś oskarżać czy poniżać – tłumaczy. [Pod prawdziwym nazwiskiem ani oskarżanie ani poniżanie z definicji nikomu się nie zdarza...]

– Blogerów nie można automatycznie uznać za zagrożenie. Proszę sobie jednak wyobrazić sytuację, gdy grupy interesu czy ktokolwiek inny wykorzystuje blogi, by promować swoje przesłanie. Blogi to skuteczne narzędzie, są zaawansowaną formą lobbingu [a ten, jak wiadomo, jest w strukturach europejskich - zwłaszcza w Europarlamencie - nielegalny i niespotykany, nieprawdaż?]- zgadza się z nią niemiecki liberalny [??????! - rozumiem że socjalistka może być za odebraniem ludziom wolności słowa, socjalizm wszak zawsze sprowadza się do odbierania komuś czegoś, ale gdy liberał podpisuje się pod podobnymi niedorzecznościami, zaczynam mieć gęsią skórkę] eurodeputowany Jorgo Chatzimarkakis.

Eurodeputowani nie określili, w jaki sposób blogi miałyby być znakowane i czy prawdziwość deklaracji nadzorowałaby jakaś instytucja.

Ha, zakład sto do jednego, że jak już się zdecydują, kolejną fuchę zgarnie niezawodna Komisja Europejska. Zaprawiony w decydowaniu, co jest bananem, a co nie, i co w Unii E. ma prawo być nazywane oscypkiem, ten wspaniały superorgan najlepiej oceni, kto może, a kto nie może (i o czym nie może) pisać w Internecie. Szybki wzrost notowań tak mało ostatnio popularnych (bez wątpienia za sprawą knowań złych blogerów) eurobiurokratów wydaje się w takim układzie tylko kwestią czasu.

Myto w centrum Warszawy

Jak donosi „Życie Warszawy”, urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz wpadli na pomysł, który najprawdopodobniej ostatecznie rozwiąże problem trapiących stolicę korków. I to bynajmniej nie dzięki wybudowaniu obwodnicy czy rozbudowie metra – ryzykownych imprezom, które opróżniłyby miejską kasę. Nie: cała genialność urzędniczego pomysłu tkwi w tym, że na uwolnieniu stolicy od korków ratusz jeszcze zarobi. Jak? Najprościej w świecie: wprowadzając wysokie opłaty za wjazd samochodem do centrum miasta:

Nawet 10 złotych za możliwość wjechania do Śródmieścia – to jeden z pomysłów ratusza na walkę z korkami. Opłaty dla kierowców mogą wejść w życie na próbę jeszcze przed Euro 2012.
Wprowadzenie opłat za wjazd do centrum znalazło się w strategii rozwoju systemu transportowego Warszawy do roku 2015. Ratusz właśnie opublikował dokument na swojej stronie internetowej.
Jeden z punktów strategii zakłada zamknięcie dla samochodów rejonu pokrywającego się z granicami Śródmieścia. Opłata obowiązywałaby za wjechanie do kwartału z granicami ustanowionymi na ulicach: Słomińskiego, Towarowej i Okopowej, Trasie Łazienkowskiej i Wisłostradzie.– Chodzi o ograniczenie liczby aut w Śródmieściu i zachęcenie mieszkańców do korzystania z miejskiej komunikacji, która jest na przyzwoitym poziomie [lubię poczucie humoru naszych decydentów - TŁ] – wyjaśnia prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej, jeden ze współautorów strategii. (…)
System na próbę może zostać wprowadzony jeszcze przed Euro 2012.

Jak podejrzewam, wiadomość ta niezwykle ucieszy warszawskich wyborców Platformy (jak wskazują statystyki: młodszych, bogatszych i lepiej wykształconych od wyborców PiS-u, więc i z większą szansą na własny samochód i pracę w centrum); może nawet bardziej niż wycofanie się ich ukochanej partii z wyborczych obietnic obniżki podatków i akcyzy oraz likwidacji KRUS-u.

O wzroście notowań Hani wśród rowerzystów nie wspomnę (do tej pory mieli dla siebie niewielką liczbę ścieżek rowerowych, teraz dostaną prawie całe jezdnie), no, chyba że zmyślni urzędnicy obłożą opłatami także pojazdy dwukołowe. Profilaktycznie, coby wybić warszawiakom z głowy masowe przesiadanie się na siodełka – w końcu dwóch milionów rowerów ciasne uliczki największej środkowoeuropejskiej metropolii też przecież nie zmieszczą.

Język i manipulacja w TOK FM

Czy język wpływa na nasze myślenie i postrzeganie świata? Jak dobierając odpowiednie słowa i używając określonych struktur gramatycznych manipulować tymi, którzy nas słuchają? Jakie językowe środki perswazyjne sprawdzają się najlepiej w tak różniących się od siebie komunikatach, jak kuszący nas niską ceną lub innymi zaletami produktu spot reklamowy czy wystąpienie polityka, który chce nas przekonać, że po wyniesieniu na urzędy spełni nasze najskrytsze marzenia? Kiedyś, gdy jeszcze miałem czas i cierpliwość, napisałem o tym książkę. Teraz o gramatycznych środkach wpływania na bliźnich opowiadam w programie „SłowoTok” (TOK FM) Cezaremu Łasiczce:

W piątek trzynastego

Dlaczego wierzymy w przesądy? Co sprawia, że w dni takie, jak dzisiejszy, jesteśmy bardziej skłonni zapamiętywać niezwykłe zdarzenia (ze szczególnym uwzględnieniem tych pechowych)? Nagranie nie pierwszej świeżości, jednak – zważywszy, ile ciekawych rzeczy mi się przytrafiło w ciągu ostatnich 24 godzin – absolutnie uzasadnione:
 

 

Skąd się biorą single

Sobotnie, specjalne „Lustro”: specjalne, bo w studiu – oprócz mnie i Julii Zabojszcz – znany seksuolog, dr n. med. Wiesław Czernikiewicz. No i niecodzienna rozmowa o różnicach między płciami (tudzież o tym, czy we współczesnym świecie lepiej być męskim mężczyzną, kobiecą kobietą, czy może czymś pomiędzy), o której klimacie niech zaświadczy poniższy fragment:

Dr Wiesław Czernikiewicz: Dlaczego w tej chwili jest takie mnóstwo singli, proszę pani?
Julia Zabojszcz: Bo nie potrafią sobie znaleźć partnerów na ich poziomie… szczególnie kobiety.
DWC: O, szczególnie kobiety… (…)
JZ: Kobiety zrobiły bardzo duży skok edukacyjny, natomiast mężczyźni gdzieś tam zostali na starym pułapie.
DWC: Cały problem – ja mówię, wie pani, sprowadzając to do takiego wymiaru troszkę prześmiewczego – więc cały problem w tym, że kobiety nauczyły się czytać. No i mamy kłopot.

A tu cała politycznie niepoprawna dyskusja:

Następny program ze mną w Toku (tym razem o języku) dziś o 22:00. Zapraszam do słuchania.