Lipiec 2008 - archiwum

Polityk mówi… inaczej

„Język się zmienia” – takie stwierdzenie to banał. „Język polityków się zmienia” – to już zdanie, którego nie traktujemy jako oczywistości, choćby dlatego, że większość naszych mężów stanu wydaje nam się nie dość, że obiektywnie niereformowalna, to jeszcze mocno osadzona w przypisanych sobie kliszach językowych. Tymczasem zarówno dłuższe obserwacje, jak i to, co słyszymy w sytuacjach wyjątkowych (jedną z nich była kilka dni temu śmierć Bronisława Geremka) pokazują coś zgoła innego. Język polityków ewoluuje na naszych oczach: szybko, choć z drugiej strony w sposób przewidywalny – i o tej właśnie ewolucji rozmawiam w dzisiejszym “Dzienniku Polskim” z Włodzimierzem Knapem:

Dziennik Polski: Prof. Bronisław Geremek za życia był przez sporą grupę polityków mocno krytykowany. Część z nich nie przebierała w słowach, mówiąc o nim. Po śmierci wszyscy, niezależnie od opcji, wypowiadają się o nim ciepło, przyjaźnie. Skąd taka zmiana języka?
Tomasz Łysakowski: W polskiej kulturze i tradycji od dawna obowiązuje zasada, że o zmarłych mówi się albo dobrze, albo w ogóle. Krytykowanie, łącznie z „obrzucaniem błotem” ma sens wobec polityka żyjącego, bo takim działaniem można mu zaszkodzić. Wobec zmarłego to nie działa. Więcej, polityk ganiący zmarłego to raczej sobie zaszkodzi, niż pogrąży nieboszczyka. Przekonał się o tym Roman Giertych, gdy powiedział o Jacku Kuroniu, że jego miejsce w podręcznikach historii jest wśród zdrajców narodu. Ta wypowiedź skompromitowała Giertycha nawet w oczach tych, którzy nie darzyli Kuronia za życia sympatią.
DP: Czy można powiedzieć, że język polityków w widoczny sposób się zmienia?
TŁ: W ciągu niecałego roku diametralnie się zmienił. Wyraźnie więcej jest wypowiedzi ogólnikowych, banalnych, a mniej pada zdań konfliktogennych. W dużym stopniu taka sytuacja jest konsekwencją tego, że w parlamencie i rządzie nie ma dzisiaj wielu polityków, którzy w poprzedniej kadencji wzbudzali największe emocje, choćby używając języka nienawiści wobec pewnych grup, np. homoseksualistów. Mam na myśli głównie liderów LPR z Giertychem, Wojciechem Wierzejskim i Mirosławem Orzechowskim na czele. Nie ma też w Sejmie posłów Samoobrony, których język był może i prostacki, ale za to bardzo malowniczy. Dość wspomnieć, że dzięki nim mamy dziś w polszczyźnie takie związki frazeologiczne, jak „lubić seks jak koń owies”.
DP: Ale nie jest też dobrze, gdy z ust polityków padają przeważnie banalne sformułowania?
TŁ: Polacy lubią narzekać. Przed rokiem narzekali, że w języku polityków jest zbyt wiele chamstwa i agresji. Dziś narzekają, że pod rządami Platformy Obywatelskiej język dyskursu publicznego staje się sztuczny, wypłukany i pełen banałów. Pamiętajmy jednak, że nadal nie brakuje polityków posługujących się barwnym i ostrym słowem. Wiedzą bowiem, że albo jest się nudnym, albo kontrowersyjnym i wówczas można liczyć na popularność.
DP: Politycy celowo podkręcają wypowiedzi, by zaistnieć w mediach?
TŁ: To nie ulega wątpliwości. Uwagę ludzi przykuwa to, co niecodzienne, atrakcyjne, szokujące. Polityk szybko się tego uczy.
DP: Sam Pan jednak przekonuje, że w okresie władzy PO język polityków stał się bardziej nudny, powszechny, a tymczasem ta partia nadal cieszy się dużym poparciem społecznym.
TŁ: Jest tak dlatego, że większość z nas lubi, kiedy coś się dzieje, gdy jest barwnie, ale – w myśl powiedzenia: „co za dużo, to niezdrowo” – nadmiar agresji i kontrowersji po prostu nas męczy. Tymczasem rząd Jarosława Kaczyńskiego bombardował nas językiem konfrontacji. Większość Polaków miała tego dość. Obecna ekipa Donalda Tuska działa biegunowo różnie. Gdyby w obozie władzy nie było Janusza Palikota czy Stefana Niesiołowskiego, niemal wszystko, co robi koalicja, byłoby zbyt mało widowiskowe, by przykuć uwagę przeciętnego Polaka.
DP: Posłowie PiS twierdzą, że rząd Tuska działa w sposób mniej demokratyczny niż reżim Łukaszenki. Kiedy natomiast przy władzy było stronnictwo braci Kaczyńskich, to ówczesna opozycja obwiniała go o co najmniej równie straszne rzeczy. Przecież politycy z jednego i drugiego obozu w ten sposób opowiadają głupstwa. Jak takie wypowiedzi odbierają wyborcy?
TŁ: Pozostają na nie obojętni. Mam tutaj na myśli tych, którzy nie są zdecydowanymi zwolennikami obu formacji, a takie osoby wyraźnie przeważają. Zdają sobie oni sprawę z grubej, a czasami astronomicznej przesady. Warto jednak przyjrzeć się interesującemu nas zagadnieniu z innej strony – z punktu widzenia mediów. One muszą sprzedawać widzom interesujące materiały. Monotonnie i w dodatku nieciekawie mówiący polityk nie jest atrakcyjnym „towarem” dla nich. Politycy mają świadomość, że porównując np. Tuska do Łukaszenki, a Kaczyńskiego do Putina, sprawią, iż ich słowa będą cytowane, tym samym trafią „pod strzechy”. Ci z nich, którzy chcą brylować na łamach gazet czy w telewizji, celowo wyolbrzymiają czy wręcz wykrzywiają wypowiedzi. Istnieje rzecz jasna granica, poza którą wyjść nie powinni, bo obraca się to na ich niekorzyść.
DP: Gdyby wziąć polityków jako całość, to czy posługują się oni lepiej językiem polskim niż większość z nas?
TŁ: Z pewnością politycy sprawniej posługują się językiem niż tzw. przeciętny Polak. Muszę przyznać, że osoby, które przychodzą do polityki ze słabą znajomością języka polskiego, bardzo często poprawiają się, nabierają ogłady. Niekiedy widać, że za nią stoi pomoc fachowców od marketingu politycznego, a czasami polityk sam, mniej lub bardziej mozolnie, szlifuje wypowiedzi. Przykładem pierwszego typu jest Andrzej Lepper, który był szybko i trzeba przyznać dość skutecznie szkolony. Drugiego – Waldemar Pawlak. Jego ewolucja trwa już blisko 20 lat. Na początku lat 90. dukał na wzór cyborga. Dzisiaj mówi znacznie składniej i swobodniej.
DP: Którzy liczący się dzisiaj politycy – zdaniem Pana – wyróżniają się pod względem językowym, mówiąc barwnie i kontrowersyjnie?
TŁ: W PiS jest to bez wątpienia Jarosław Kaczyński. On w gruncie rzeczy jest w stanie powiedzieć niemal wszystko. Reszta działaczy tego ugrupowania podąża jego śladem, dostraja się do niego, i dlatego większość z nich często nie „owija w bawełnę”, co wielokrotnie każdy mógł usłyszeć. W PO i SLD jest inaczej. Liderzy obu tych partii są raczej powściągliwi w słowach. Gdy chcą jakąś sprawę nagłośnić, wtedy na plan pierwszy wysuwają „harcowników”. W PO jest to przede wszystkim Janusz Palikot i Stefan Niesiołowski, w SLD – Jolanta Senyszyn.

ABC wpływu społecznego

Świeżutki (bo ledwie sprzed czterech godzin) „Wieczór radia TOK FM”, tradycyjnie poświęcony perswazji i manipulacji. Z Kamilem Dąbrową przypatrujemy się tym razem sztuczkom, za pomocą których sprzedawcy, specjaliści od marketingu i politycy próbują na co dzień kształtować nasze myśli i zachowania. Punktem wyjścia dyskusji jest najgorętszy temat ostatniej doby: przyłapanie przez „Dziennik” posłów Platformy Obywatelskiej na korzystaniu z materiałów podsyłanych przez marketingowców z Kancelarii Premiera.

 

Blogi rządzą (w Dwójce)

Coś mnie tknęło po publikacji wczorajszego postu, przewertowałem więc archiwalne „Pytania na śniadanie”. I solidnie się zdziwiłem, gdyż okazało się, że detronizację profesjonalnych dziennikarzy przez blogerów… nieopatrznie wyprorokowałem już pół roku temu:

Bo bloger jest lepszy

Press doniósł kilka dni temu, że MillwardBrown SMG/KRC przeprowadził na zlecenie D-Link Polska badanie, z którego wyszło, że rozmiłowani w nowych mediach Polacy nie tylko sami aktywnie tworzą treści w sieci, wymieniając się informacjami i opiniami, ale i wolą takie treści od materiałów generowanych przez redakcje i profesjonalnych dziennikarzy:

Internauci chętnie zamieszczają w sieci tworzone przez siebie treści. Najpopularniejszą formą aktywności są komentarze pod artykułami (17%), dyskusje na forach (16%) oraz komentowanie postów zamieszczanych na blogach prowadzonych przez innych użytkowników (12%). Co dwudziesty internauta (5%) przyznaje się, że tworzy swój własny blog. W sumie niemal 1/3 internautów deklaruje tworzenie treści w sieci.
Polscy internauci uznają też, że najciekawsze informacje dostępne w sieci pochodzą bezpośrednio od innych internautów – twierdzi tak 46% badanych, a jedynie co piąty (19%) jako najciekawsze wskazuje teksty profesjonalnych dziennikarzy. Jeszcze gorzej w tej konkurencji wypadają działy marketingu firm obecnych w sieci – zaledwie 4% internautów wysoko ocenia treści zamieszczane przez firmy komercyjne.

Choć patrząc na wyniki nie sposób zapomnieć, kto zlecił badanie (D-Link to producent sprzętu sieciowego, czyli – jak by nie patrzeć – firma komercyjna zainteresowana tym, by ludzie kochali internet; ciężko mi sobie jednak wyobrazić podobne wyniki w badaniach zleconych np. przez Izbę Wydawców Prasy), statystyki wyglądają na prawdopodobne. Nic dziwnego, że tak dziennikarze, jak i zwykli użytkownicy netu rzucili się na temat i zabrali za wyjaśnianie sytuacji.

Przykładem redaktor o2.pl, pardon.pl i salon24.pl (więc – jak widzimy – profesjonalny dziennikarz do sześcianu) Gniewomir Świechowski, który w błyskotliwej analizie (ze z góry – bo w tytule – założoną tezą) wskazał kilka przyczyn wyższości blogerów (forumowicze tymczasowo zostali pominięci) i tzw. dziennikarzy obywatelskich nad zwykłymi wyrobnikami z redakcji:

Powodów (…) można szukać w:
* braku interakcji między dziennikarzami, a czytelnikami (Salon24 jest tu wyjątkiem);
* żywszym języku blogerów, którzy nie muszą trzymać się poprawnych i uładzonych sformułowań;
* podobnym zasobem wiedzy, gdyż dziennikarze tak jak blogerzy większą część informacji czerpią z depesz agencyjnych i mediów;
* możliwości głębszego wniknięcia w temat przez blogera, nie mającego określonego terminu oddania tekstu;
* rosnącej liczby blogów tematyczny prowadzonych przez specjalistów filtrujących i komentujących informacje z konkretnej dziedziny. (…)
Siłą niezależnych internetowych mediów, za jakie uznaję dziennikarzy obywatelskich i blogerów jest, że choć wciąż są uzależnione od pracy profesjonalistów, oferują wiele alternatywnych punktów widzenia, a dzięki mniejszej „bieżączce” dają autorom – zwłaszcza specjalizującym się w określonej dziedzinie, szansę dokonania syntezy, którą prasa codzienna utraciła wraz z wzrostem szybkości przepływu informacji.

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że – jak się wydaje – analiza Świechowskiego nie dotknęła najważniejszego z problemów. W Polsce wśród zwykłych obywateli dominuje spiskowe myślenie o elitach. Politycy, biznesmeni i dziennikarze to w powszechnym odczuciu kumple, którzy wspólne interesy załatwiają przy drzwiach zamkniętych, nie dopuszczając do rzeczywistego obiegu informacji nikogo spoza zamkniętego grona wtajemniczonych.

Zresztą, jak dowiadujemy się z rozmaitych taśm z nazwiskami, polską rzeczywistość polityczno-społeczną widzą tak nie tylko maluczcy. Wedle mojej oceny, która oczywiście nie opiera się na mediach, ja się na tym za słabo znam, ale według oceny innych, że tak powiem, to tam rozmaici ludzie kręcą. Każdy inny. Od pewnego momentu ty masz szum informacyjny. Jak mówił Stefan Kisielewski, masz buldogi pod dywanem. Coś się rusza, rozumiesz, ale kto, kogo gryzie, nie wiesz – mówił Adam Michnik do Lwa Rywina. Mieliście w dupie tę Polskę, ci też mają na zmianę, jeszcze nie wiedząwyrzucał Gudzowaty Oleksemu, a były premier przytakiwał: Moja sitwa i owszem, miała w dupie. Gdy szef Bartimpexu spotkał się z naczelnym Wyborczej, zarzuty szły jeszcze dalej:

Gudzowaty: Wiadomo wszystkim, publiczną tajemnicą warszawską jest, że Kublik – że tak powiem – nie pisze wyłącznie z woli dziennikarskiej. (…)
Michnik: Jak było z Kublikiem. Dramat tego, że nikt z nas się na tym nie zna. Nikt. (…) To jest – po prostu – trudno, ja to pozwoliłem wydrukować…o Boże, panie prezesie, no. Co ja panu mogę… Miałem zerowy wpływ na to… Ani ja, ani nikt z kierownictwa. Kurwa, my się nie znamy na tym gazie!…Dobrze, umówię się jeszcze dzisiaj z Gadomskim i go opierdolę… (…)
Gudzowaty: Nie wiem, bo nie czytam waszej gazety. (…) Nie czyta się gazety, która…manipulowanej.
Michnik: Takie najciekawsze są, takie najciekawsze są.

Czy można się w takim układzie dziwić, że Nowak z Ciechocinka znacznie łatwiej uwierzy Kowalskiemu z Psiej Wólki, niż Panu Redaktorowi z Warszawy, który właśnie wrócił z wystawnej kolacji z politykiem lub biznesmenem i teraz będzie pisał o ich interesach?

Szklany sufit

Na pierwszej stronie papierowego wydania „Rzeczpospolitej” można dziś znaleźć opis raportu, który stawia na głowie to, co od lat o dyskryminacji płacowej przedstawicielek płci pięknej powtarzają nam feministki:

Płace kobiet kierujących dużymi polskimi firmami są średnio o 30 proc. wyższe niż mężczyzn – wynika z raportu, do którego dotarła „Rz”. (…)

Prawie 1,3 mln złotych zarobiła w ubiegłym roku dyrektor zarządzająca dużego banku. Dyrektor generalna jednej z firm produkcyjnych zainkasowała prawie 900 tys. zł, całkowite zaś wynagrodzenie dyrektor handlowej w innej czołowej spółce sięgnęło 1,5 mln zł. To dwukrotnie więcej niż wynosząca 770 tys. zł średnia płaca członka zarządu dużego przedsiębiorstwa. (…) Potwierdzają to opracowane przez Hay Group porównania wynagrodzeń szefów 102 czołowych polskich firm – ich pensji podstawowych wraz z premią. Ubiegłoroczne zarobki kobiet zasiadających w fotelu prezesa były przeciętnie o 30 proc. wyższe niż mężczyzn [na tym samym stanowisku - T Ł]. Podobnie (choć przy mniejszej różnicy w płacy) było wśród członków zarządów.

Biorąc pod uwagę, że aktualnie w Polsce proporcje płci wśród osób kształcących się są silnie zaburzone na niekorzyść mężczyzn, dysproporcja ta w najbliższych latach zapewne jeszcze wzrośnie. Może nawet doczekamy czasów, gdy managerowie, którzy mieli nieszczęście urodzić się z niepoprawnym politycznie narządem rodnym, będą sobie w drodze do pracy podśpiewywać na starą melodię „Być kobietą, być kobietą, marzę będąc dyrektorem”…

Mózgowe centrum ciekawości

Od początku istnienia gatunku ludzkiego jednym z motorów działań jego przedstawicieli była (obok głodu, pragnienia, popędu seksualnego i chciwości) skłonność do poszukiwania przygód i odkrywania tego, co nieznane. Dość wspomnieć, że bez niej nie mielibyśmy prawdopodobnie ani kolejnych wynalazków, ani bezprecedensowej ekspansji, która sprawiła, że Homo sapiens zamieszkuje dziś niemal wszystkie zakątki Ziemi i coraz śmielej eksploruje Kosmos (choć na razie, z powodów technicznych, przede wszystkim w swych najbliższych okolicach). Dzięki grupie naukowców z University College London dowiedzieliśmy się właśnie, który ośrodek za nią odpowiada i w jaki sposób wykorzystać jego aktywność w marketingu i promocji.

Bianca Wittmann, Nathaniel Daw, Ben Seymour i Raymond Dolan doszli do tego odkrycia (szczegółowo opisanego kilka dni temu na łamach czasopisma „Neuron”) dzięki badaniu, które na pierwszy rzut oka wydaje się niezwykle skomplikowane. Jego uczestnikom najpierw pokazywano łatwe do zapamiętania obrazki, po czym rozkładano przed nimi karty z tymi właśnie ilustracjami. Z każdą kartą łączyła się jakaś większa lub mniejsza, nagroda. Badani mieli wskazywać karty łączące się z największymi nagrodami, ponieważ zaś wybór był wielokrotnie powtarzany, mogli powoli uczyć się, który obrazek łączy się z największą korzyścią.

W następnej fazie eksperymentu naukowcy wprowadzili trzecią zmienną: karty z obrazkami, których badani do tej pory nie widzieli. I tu zaczęło się robić ciekawie, bowiem okazało się, że większość z badanych wybierała nowe karty. I to nie tylko wtedy, gdy alternatywę stanowiła karta o małych notowaniach, ale także wtedy, gdy druga karta dawała całkiem spore korzyści. Najwyraźniej uczestnicy nawet wtedy żywili nadzieję, że nowa karta da im jeszcze większą nagrodę – i ryzykowali.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy do akcji wkroczyły skanery rezonansu magnetycznego (fMRI). Za ich pomocą badacze mierzyli przepływ krwi w mózgach osób, którym podsuwano karty ze znanymi lub nieznanymi obrazkami. Okazało się, że w momencie zetknięcia z wczesniej niewidzianym obrazkiem największą aktywność notowano w zlokalizowanym w kresomózgowiu prążkowiu brzusznym – prymitywnym obszarze podkorowym, którego działanie powiązane jest z pobliskimi jądrami podstawy. A jądra podstawy to ośrodki, których aktywność powiązana jest na co dzień z mózgowym układem nagrody.

Skany pokazały, że prążkowie staje się aktywne, gdy ludzie decydują się na rozwiązania, których jeszcze nie znają – co w jakiś sposób musi sprawiać im przyjemność. Według Wittmann, jeśli wybór okazuje się korzystny, w układzie nagrody dochodzi do uwolnienia dopaminy, która podnosi nam nastrój. Dzięki temu w przyszłości będziemy prawdopodobnie dalej szukać przygód i nowości, nawet jeśli nie każdy wybór nieznanego okaże się równie intratny (ciekawe, czy czytają mnie teraz jacyś hazardziści?)…

Badacze uważają, że podejmowanie ryzyka było działaniem, które musiało przynosić naszym przodkom korzyści ewolucyjne, dlatego geny kodujące odczuwanie przyjemności w takiej sytuacji rozprzestrzeniły się dość wcześnie w populacji – wystarczyło, by ci, którzy takie działania podejmują, zostawiali więcej potomstwa. W ten sposób ludzie o stworzenia o określonej budowie i funkcjach prążkowia brzusznego miały większe szanse na ewolucyjny sukces. Jak wyjaśnia Wittmann w informacji na temat badania, która ukazała się na angielskojęzycznych portalach naukowych:

Seeking new and unfamiliar experiences is a fundamental behavioural tendency in humans and animals. It makes sense to try new options as they may prove advantageous in the long run. For example, a monkey who chooses to deviate from its diet of bananas, even if this involves moving to an unfamiliar part of the forest and eating a new type of food, may find its diet enriched and more nutritious.

Zdaniem badaczki można w ten sposób wyjaśnić np. sytuację, w której ludzie ochoczo rzucają się na oferowane w sklepach nowe towary czy gadżety, a także na produkty nie tyle nowe, ile… reklamowane jako coś, czego dotąd jeszcze nie było:

I might have my own favourite choice of chocolate bar, but if I see a different bar repackaged, advertising its ‘new, improved flavour’, my search for novel experiences may encourage me to move away from my usual choice. This introduces the danger of being sold ‘old wine in a new skin’ and is something that marketing departments take advantage of.

Dlatego nie dziwmy się, że producenci i marketingowcy większości naszych ulubionych marek przynajmniej od czasu do czasu zmieniają logo, wizerunek, czy sposób reklamy swego produktu. Nawet jeśli nie słyszeli o prążkowiu brzusznym (tudzież o badaniach zespołu Wittmann) i robią to, co robią, absolutnie instynktownie, trudno, biorąc pod uwagę opisane reakcje ludzkiego mózgu, odmówić ich działaniom zasadności.