Sierpień 2008 - archiwum

Nowy Piłsudski?

Wczoraj niepopularny gbur, dziś mąż stanu na miarę Piłsudskiego – a wszystko dzięki jednemu przemówieniu. Eryk Mistewicz analizuje w „Dzienniku” metamorfozę, jaką na naszych oczach przechodzi właśnie Lech Kaczyński i pokazuje, w jaki sposób polityk, którego działania na arenie międzynarodowej jeszcze niedawno przypominały Polakom taniec słonia w składzie porcelany, nagle wyrósł na symbol polskiej racji stanu i wyraziciela nastrojów społecznych (kto nie wierzy, niech zajrzy choćby do niemoderowanej, więc na oko miarodajnej, dyskusji na Wykopie):

Eryk Mistewicz: Prezydent na pewno wsłuchał się w głosy Polaków, którzy chcieliby widzieć w polityku drugiego Piłsudskiego, którzy czekają na twardego przywódcę, na konkretne działania, a to na pewno może mu pomóc w walce o prezydenturę. Politycy rozchwiani, zachowawczy i pasywni w opinii publicznej, i to nie tylko w Polsce, przegrywają. Ludzie nie uważają ich za facetów z klasą. (…) Jeżeli Tusk nie zauważy, że Polacy wolą spędzać wieczory przy świeczkach bez gazu i benzyny w samochodach, za to z silnym wyrazistym przywódcą, to w naturalny sposób przegra. Żaden naród nie lubi polityków, którzy w sytuacjach trudnych chowają się do szafy.
Marcin Graczyk: Czy jednak wizja przymusowych wieczorów przy świecach nie przerazi Polaków?
E.M.: Mam wrażenie, że nie. Każda wypowiedź polityka PO mówiącego, że Lech Kaczyński, oceniając sytuację w Gruzji, przesadził, zestawiona z obrazem filmowym dochodzącym do nas z Kaukazu wchodzi w totalny dysonans u odbiorcy. Ludzie widzą obrazy wojny, które do nich przemawiają. Widać krew, zgliszcza, umierające dzieci. Reakcja ludzi w takim wypadku zawsze jest emocjonalna. Kto pójdzie za tymi emocjami, ten wygra.

I Kaczyński idzie. A my widzimy jego metamorfozę, choć bez metamorfozy – bo prezydent cały czas pozostaje sobą. Na poziomie czystej semantyki „uparty” to przecież to samo, co „stanowczy”. Tylko że z tym drugim na ogół się zgadzamy, a z tym pierwszym – nie.

Gruzińskie przewidzenia

Od kilku dni z czołówek polskich (i światowych) serwisów informacyjnych nie schodzi wojna rosyjsko-gruzińska. Nie schodzi, i trudno się dziwić: wakacje bez Leppera i Giertycha w rządzie (lub okolicach) mocno dawały się we znaki dziennikarzom i komentatorom politycznym, z braku lepszych tematów skazanym ostatnio na podniecanie się w kółko trzecią w historii (po Berlinie’36 i Moskwie’80) totalitarną olimpiadą. Aż tu ni stąd ni zowąd w dniu otwarcia igrzysk w Pekinie Gruzja „napadła” na własne (acz „przypadkiem” okupowane przez Rosjan) terytorium – po czym sprawy potoczyły się tak, jak można było przewidzieć.

No właśnie, przewidzieć. Rosja jaka jest, każdy widzi: po państwie, w którym opozycyjnych dziennikarzy szlachtuje się na klatkach schodowych, a niepokornych biznesmenów zsyła na Syberię, państwie, którego służby specjalne trują za granicą własnych obywateli, gdy ci zaczynają opowiadać o organizowanych przez te służby zamachach terrorystycznych, no więc po tym państwie trudno spodziewać się, że nie napadnie na małego, nie dosyć uległego sąsiada, gdy dostanie najmniejszy choćby pretekst. Fakt, że tak wytrawny gracz polityczny jak Saakaszwili jakoś się takiego cudu spodziewał i niczym Don Quijote ruszył do ataku, świadczy o przywódcy Gruzji jak najgorzej, ale – przynajmniej w Polsce – wciąż ceni się taką romantyczną postawę, zwłaszcza jeśli wymierzona przeciw Rosji. Nic dziwnego, że Lech Kaczyński co sił w nogach popędził do Tbilisi ściskać się z Saakaszwilim i grzmieć na Moskali. I choć aktywności tej, w przeciwieństwie np. do moskiewskich turnusów Sarkozy’ego, nie odnotował prawie żaden duży serwis informacyjny, nasz prezydent może sobie gratulować. O wyprawie doniosły media gruzińskie i polskie, co absolutnie wystarczy: Polacy cenią bohaterstwo, zaś wymachiwanie antyrosyjską szabelką w mieście, do którego zbliżają się rosyjskie czołgi, w powszechnym odczuciu właśnie pod bohaterstwo podchodzi. W efekcie przewiduję szybki (choć niekoniecznie trwały) wzrost popularności Kaczyńskiego – i to nie tylko za Kaukazem. Przewidywania prezydenta są pewnie podobne.

I tylko dalszego rozwoju sytuacji w Gruzji nie sposób przewidzieć. Co najwyżej można Gruzinom zadedykować dość trafnie opisujący ich aktualną sytuację fragment Przejścia Polaków przez Morze Czerwone Kaczmarskiego:

Dość, że się toniom w pionie stać znudziło,
W chwil kilka mokrą szmatą nas przykryło
I ciężkiej ciszy przytrzasnęły drzwi
Jakby nas wchłonął kubeł pełen krwi!
Chyba na zawsze będzie już schowana
Pod wodą nasza Ziemia Obiecana.
Patrzyli żywi z czerwonej mogiły
Jak do swych dziejów ludy odchodziły.
Mówiono teraz: I widzicie sami
Jakie są skutki żartów z żywiołami.

...i trzymać za nich kciuki.