Grudzień 2008 - archiwum

Krematoria w służbie ekologii

Oszczędny jak Szkot? Chyba raczej Szwed. W ramach walki z globalnym ociepleniem i rosnącymi kosztami ogrzewania (czy to wszystko aby na pewno się ze sobą nie kłóci?), rada położonego na południowym zachodzie Szwecji miasta Halmstad planuje zacząć wykorzystywać w celach grzewczych ciepło produkowane przez miejscowe krematorium.

Kierownik lokalnego cmentarza Lennart Andersson zapoznał właśnie czytelników dziennika Aftonbladet z ideologicznymi i etycznymi założeniami projektu:

“After all this talk about the environment we realized we should take advantage of the heat created during cremation,” he said.

Andersson hopes the cemetery’s plans don’t offend anyone, insisting the effort is being undertaking strictly on the basis of its environmental benefits. “There won’t be anything different about the ashes,” he said.

Najlepsze, że na zdrowy rozum trudno się przyczepić do argumentacji kierownika. Jakbyśmy się nie wzdragali (zwłaszcza w Polsce, gdzie taki pomysł z daleka pachnie mydłem profesora Spannera), spalanemu nieboszczykowi już nie robi różnicy to, na co żyjący przeznaczą uzyskaną z niego energię. Skoro godzimy się na transplantacje organów po śmierci dawcy i wykorzystanie ciał do celów edukacyjnych, nie bardzo mamy jak uzasadnić, dlaczego nie można pójść akurat o TEN krok dalej.

Zwłaszcza gdy się ma takie problemy z odnawialnymi źródłami energii, jak Polska…

Bo dała dziecku klapsa

Dura wychowanie, sed bezstresowe. Jak donosi El Mundo, na 45 dni więzienia skazano w prowincji Jaen (południowa Hiszpania) głuchoniemą kobietę, która dwa lata temu uderzyła dziesięcioletniego wówczas syna. Matka dostała też roczny zakaz zbliżania się do dziecka, co oznacza, że będzie musiała prawdopodobnie wyprowadzić się z domu (dwójka dzieci pozostanie w nim z ojcem). Dawno pogodzony z rodzicielką nastolatek z niedowierzaniem skomentował decyzję sędziego: „Ktoś by pomyślał, że mnie zabiła…”

Wszystko zaczęło się 6 października 2006, gdy María Saliente próbowała przekonać najstarszą pociechę do odrabiania lekcji. Chłopak jak zwykle stawiał opór, matka jednak nie przestawała migać, co, jak wiadomo, nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Nic dziwnego, że w końcu w stronę matki poleciał but (rekonkwista rekonkwistą, ale, jak widać, pewne panarabskie zwyczaje do dziś pozostają w Andaluzji równie żywe, co w Bagdadzie), po czym maluch uciekł i zamknął się w łazience. Matka zdołała jednak jakoś otworzyć drzwi, a gdy już wpadła do pomieszczenia, w furii wymierzyła chłopakowi klapsa. Trafiła w tył szyi, na skutek czego dzieciak stracił równowagę i upadając skaleczył sobie nos. Następnego dnia w gimnazjum nosem zainteresowali się nauczyciele, którzy – wysłuchawszy relacji – poinformowali o zdarzeniu odpowiednie służby. Dwa lata później (nie tylko polska Temida nie jest zbyt rychliwa) sprawa znalazła swój finał przed obliczem sędziego. A ten właściwie nie miał wyboru: zastosował istniejące prawo…

Tak, tak, podobne do tego, które w kwietniu b.r. przyrzekał dziennikarzom premier Donald Tusk. Na szczęście dla rodziców (i chyba także dzieci), jakoś mu jednak w międzyczasie przeszło.

Gdzie są Stany Zjednoczone?

Amerykańska sondażownia Gallup/Harris przeprowadziła pouczające badanie. Ankieterzy pokazywali w nim mieszkańcom Stanów Zjednoczonych Ameryki mapę Stanów Zjednoczonych (kolor niebieski), podpisaną „Ameryka” i opatrzoną legendą (jednoznacznie wyjaśniającą, że kolor niebieski to Ameryka), a następnie prosili o wskazanie na mapie… Stanów Zjednoczonych Ameryki. Mimo tych sporych, wydawałoby się, ułatwień, aż 37 procent respondentów nie było w stanie zlokalizować swojego kraju na mapie, dającej najwyraźniej zbyt wiele możliwości. Gwiazdki pokazują, gdzie mózgowcy z tych 37 procent najchętniej zaznaczali położenie USA:

2008-12-15-mapsmall

Co piąty Amerykanin upierał się, że Stany Zjednoczone leżą w Pacyfiku; co dziesiąty – że gdzieś na terenie Meksyku. „Tylko” 6 procent jako lokalizację USA wskazało wyraz „Ameryka”. Kolejne 2 procent (prawdopodobnie niepiśmiennych) badanych obstawiało, że ich kraj mieści się w legendzie mapy.

Na pytanie, co to w takim razie to wielkie niebieskie, respondenci odpowiadali jeszcze ciekawiej. „Wygląda znajomo i coś mi mówi, że jest tam wielu Amerykanów, więc obstawiam, że to Irak” – stwierdził jeden z respondentów. Badani wymieniali też nazwy takie jak Shire, Hollywood i Palestyna.

Artykuł z opiniotwórczego, liberalnego portalu Huffington Post, oparty na wynikach opisanych badań, cztery godziny temu awansował na stronę główną digg.com, dzięki czemu długo teraz będzie robił furorę na amerykańskich blogach, ba, może nawet stanie się wiarygodnym źródłem w przepisywanych z netu pracach „naukowych”. A tymczasem całe badanie wymyślił sobie (obstawiam, że przedwczoraj przy śniadaniu) autor tekstu, kanadyjski komik Steven Sherori. Tym samym, być może niechcący, udowodnił zresztą, że nie ma takiej bzdury o Amerykanach, w którą by nie uwierzyli mieniący się intelektualistami (i przekonani o swojej wyższości wobec reszty społeczeństwa) amerykańscy internauci. Co zresztą, na dobrą sprawę, stawia ich w świetle znacznie gorszym od tego, w którym wyniki wymyślonego badania stawiały ich rodaków.

W obronie stymulantów

Numer „Nature” z tego tygodnia przejdzie do historii, głównie ze względu na szeroko komentowany artykuł, w którym grupa mniej lub bardziej znanych neurobiologów i neuroetyków przełamuje zmowę milczenia wokół „cięższych” dopalaczy. Dla niezorientowanych: chodzi o leki takie jak Adderall i Ritalin, legalnie dostępne w Stanach na receptę jako lekarstwa dla chorych na ADHD. Od dawna wiadomo jednak, że ich użycie poprawia pracę umysłu i zdolności poznawcze także osób zdrowych, co ponoć odkryli jako pierwsi lekarze pracujący w szpitalach na więcej niż jedną zmianę. Mimo faktu, że obrót tymi środkami w celach innych niż medyczne pozostaje w Stanach Zjednoczonych przestępstwem federalnym, masowo używają ich dziś i gwiazdy estrady, i menedżerowie, i – last but not least – studenci. Dość wspomnieć, że sięganie po leki psychostymulujące deklaruje w ankietach 7 procent amerykańskich żaków. Co więcej, badacze przypuszczają, że rzeczywiste liczby mogą być kilkakrotnie wyższe: na niektórych uniwersytetach do używania wspomnianych środków przyznaje się nawet co czwarty student, z roku na rok rośnie też liczba osób nieukrywających tego, że stymulują w ten sposób swój aparat poznawczy. Na marginesie przypomnijmy, że równolegle od dawna funkcjonują na rynku „lżejsze” dopalacze: kawa i napoje energetyzujące, których – mimo niewątpliwego działania psychostymulującego – można bez nadzoru policji wlewać w siebie litry dziennie.

Do tej pory doniesienia na wspomniany temat (także w Polsce, gdzie np. krucjatę przeciwko sklepom z psychostymulantami prowadziła niedawno w swoich gazetach i czasopismach Agora S.A.) pełne były bicia na alarm i apokaliptycznych wizji. Tym razem badacze podeszli do sprawy znacznie spokojniej i jasno stwierdzili, że – wbrew temu, co usiłują nam wmówić goniący za sensacją dziennikarze – nie ma jak do tej pory badań, które jasno stwierdzałyby szkodliwość umiarkowanego podwyższania sobie (enhancement) wydajności pracy mózgu. Oczywiście pomijając sytuacje przedawkowania, na które jednak jesteśmy w tym samym stopniu narażeni w przypadku legalnych substancji, takich jak nikotyna czy kofeina.

Autorzy artykułu zgadzają się, że wspomagacze umysłu to nowa jakość – nienaturalny środek, dzięki któremu współcześnie nasz mózg może działać w sposób, o jakim nie śniłoby się naszym przodkom. Według nich takich nowinek technicznych mamy wokół siebie mnóstwo, i jakoś na ogół nie potępiamy ich w czambuł, nie mówiąc już o racjonowaniu do nich dostępu. Przykładem choćby Internet, który umożliwia nam gromadzenie, przetwarzanie i dostęp do informacji na niespotykaną wcześniej skalę. Przed wynalezieniem komputera osobistego człowiek musiał pamiętać praktycznie każdą informację, z którą w życiu się zetknął, ewentualnie znać do niej drogę, np. miejsce książki w bibliotece i stronę, na której informacja była dostępna. Dziś wystarcza nam wyszukiwarka i umiejętność selekcji danych, które wyszukiwarka wypluje. Nic dziwnego, że czas odnalezienia potrzebnej informacji dla współczesnego człowieka jest znacznie krótszy niż dla kogoś, kto żył choćby 100 lat temu – a wszystko to dzięki rewolucji technologicznej.

Według badaczy, leki psychostymulujące powinniśmy zacząć traktować w podobny sposób – jako środki pozwalające nam na skróty osiągnąć efekt, który naszym przodkom zabierał znacznie więcej czasu, stresu, wysiłku i innego rodzaju inwestycji, które w dobie dopalaczy stają się po prostu zbędne.

We are all aware of the abilities to enhance our brains with adequate exercise, nutrition and sleep. The drugs just reviewed, along with newer technologies such as brain stimulation and prosthetic brain chips, should be viewed in the same general category as education, good health habits, and information technology — ways that our uniquely innovative species tries to improve itself.

Of course, no two enhancements are equivalent in every way, and some of the differences have moral relevance. For example, the benefits of education require some effort at self-improvement whereas the benefits of sleep do not. (…) The opportunity to benefit from Internet access is less equitably distributed than the opportunity to benefit from exercise. Cognitive-enhancing drugs require relatively little effort, are invasive and for the time being are not equitably distributed, but none of these provides reasonable grounds for prohibition. Drugs may seem distinctive among enhancements in that they bring about their effects by altering brain function, but in reality so does any intervention that enhances cognition. (…) In short, cognitive-enhancing drugs seem morally equivalent to other, more familiar, enhancements.

Badacze wnioskują logicznie, abstrahując w pierwszym momencie od znanego psychologom moralności faktu, iż ludzie w kwestiach dotyczących etyki kompetencji są dość niekonsekwentni. Jeśli poprawa zdolności poznawczych jest skutkiem wysiłków lub czasu, poświęconego na ćwiczenia optymalnych technik zapamiętywania, na medytacje, czy nawet na sen, ogół zwykle ocenia ją pozytywnie. Co innego, gdy pójdziemy na skróty i zamiast się męczyć, łykniemy substancję wspomagającą. W takim wypadku natychmiast ściągamy na siebie potępienie, które zresztą nie uszło uwadze autorów:

Many people have doubts about the moral status of enhancement drugs for reasons ranging from the pragmatic to the philosophical, including concerns about short-circuiting personal agency and undermining the value of human effort.

Nie każde zastrzeżenie wobec dopalaczy jest irracjonalną reakcją. Niektóre bioetycy uznają za na tyle ważne i rozsądne, że postanawiają z nimi dyskutować:

Three arguments against the use of cognitive enhancement by the healthy quickly bubble to the surface in most discussions: that it is cheating, that it is unnatural and that it amounts to drug abuse.

In the context of sports, pharmacological performance enhancement is indeed cheating. But, of course, it is cheating because it is against the rules. Any good set of rules would need to distinguish today’s allowed cognitive enhancements, from private tutors to double espressos, from the newer methods, if they are to be banned.

As for an appeal to the ‘natural’, the lives of almost all living humans are deeply unnatural; our homes, our clothes and our food — to say nothing of the medical care we enjoy — bear little relation to our species’ ‘natural’ state. Given the many cognitive-enhancing tools we accept already, from writing to laptop computers, why draw the line here and say, thus far but no further?

As for enhancers’ status as drugs, drug abuse is a major social ill, and both medicinal and recreational drugs are regulated because of possible harms to the individual and society. But drugs are regulated on a scale that subjectively judges the potential for harm from the very dangerous (heroin) to the relatively harmless (caffeine). Given such regulation, the mere fact that cognitive enhancers are drugs is no reason to outlaw them.

Based on our considerations, we call for a presumption that mentally competent adults should be able to engage in cognitive enhancement using drugs.

W swoich rozważaniach badacze nie pomijają również faktu, że wspomniane środki mogą być, oczywiście, źródłem niebezpieczeństw. Ryzyko dotyczyć może takich zagadnień, jak np. funkcjonowanie zdrowotne używających (zwłaszcza w dłuższym okresie), ryzyko przedawkowania itp. Stawiają również pytanie, czy, jeśli takie środki staną się w pełni legalne i dostępne, do ich stosowania nie będą zmuszane pewne grupy zawodowe, np. żołnierze. Ostatnie z wymienionych zagadnień dotyczy samej natury takich substancji i odpowiedzi na pytanie, czy np. stymulowany mózg rzeczywiście lepiej przyswaja wiedzę, którą wykorzystywać będzie później, czy tylko w danym momencie lepiej zapamiętuje coś, co i tak zostanie zapomniane, gdy zabraknie stymulatora. Można to sprowadzić do pytania, czy dane środki mają długofalowy, czy krótkofalowy zakres działania – i właśnie to mogłoby stać się kryterium naszej moralnej oceny wspomnianych substancji:

Whether the cognitive enhancement is substantially unfair may depend on its availability, and on the nature of its effects. Does it actually improve learning or does it just temporarily boost exam performance? In the latter case it would prevent a valid measure of the competency of the examinee and would therefore be unfair. But if it were to enhance long-term learning, we may be more willing to accept enhancement. After all, unlike athletic competitions, in many cases cognitive enhancements are not zero-sum games. Cognitive enhancement, unlike enhancement for sports competitions, could lead to substantive improvements in the world.

Ostatnia kwestia, która zajmuje autorów, to nierówność między bogatymi i biednymi. Jasne jest dla nich, że w przypadku zalegalizowania takich środków szybko pojawią się droższe i lepsze preparaty, na które nie będzie stać mniej sytuowanego żaka, przez co w konsekwencji może mieć np. problemy na egzaminie. Jako rozwiązanie proponują coś, co w całym artykule wywoła chyba największe kontrowersje: żeby uniknąć sytuacji, w których jedna osoba może pozwolić sobie na daną substancję, a inna nie, powinny być one w czasie sesji rozdawane na uniwersytetach za darmo:

Fairness in cognitive enhancements has a dimension beyond the individual. If cognitive enhancements are costly, they may become the province of the rich, adding to the educational advantages they already enjoy. One could mitigate this inequity by giving every exam-taker free access to cognitive enhancements, as some schools provide computers during exam week to all students. This would help level the playing field.

Panu Bogu świeczka i diabłu ogarek. W ten sposób w lewicowo nastawionym amerykańskim środowisku akademickim psychostymulanty otrzymują uzasadnienie nie tylko racjonalne, ale i ideologiczne:

We call for enforceable policies concerning the use of cognitive-enhancing drugs to support fairness, protect individuals from coercion and minimize enhancement-related socioeconomic disparities.

Tak czy owak, po podliczeniu zysków i strat, decyzja, czy dopuścić środki do użytku akademickiego nie ulega już wątpliwości:

The new methods of cognitive enhancement are ‘disruptive technologies’ that could have a profound effect on human life in the twenty-first century. A laissez-faire approach to these methods will leave us at the mercy of powerful market forces that are bound to be unleashed by the promise of increased productivity and competitive advantage. The concerns about safety, freedom and fairness, just reviewed, may well seem less important than the attractions of enhancement, for sellers and users alike. (…)

Like all new technologies, cognitive enhancement can be used well or poorly. We should welcome new methods of improving our brain function. In a world in which human workspans and lifespans are increasing, cognitive enhancement tools — including the pharmacological — will be increasingly useful for improved quality of life and extended work productivity, as well as to stave off normal and pathological age-related cognitive declines. Safe and effective cognitive enhancers will benefit both the individual and society.

Jak zatem widać, mimo że nie byłoby zbyt mądre zupełnie nie dostrzegać problemów, które może powodować nadużywanie tych środków, człowiek po prostu nie może sobie pozwolić na rezygnację z korzyści, które może mu dać ta technologia.

Zresztą, powiedzmy sobie szczerze: każdy, kto łudzi się, że ludzie zrezygnują z poszerzania swych możliwości (i co za tym idzie, zwiększania zysków, płynących z tego, co się potrafi) i to tylko dlatego, że rząd powie im, że nie powinni tego robić, jest po prostu w błędzie. Dzieje amerykańskiej prohibicji z lat 30-tych oraz wojny z narkotykami, którą od dziesięcioleci bez większych sukcesów toczą politycy i rządy większości „cywilizowanego” świata, uczą nas, że gdy na jakąś substancję jest popyt, zakaz jej obrotu przyczynia się tylko do wzrostu przestępczości i zwiększenia ryzyka związanego z jej zażywaniem (choćby dlatego, że oficjalne instytucje badające jakość oferowanych towarów i broniące praw konsumentów nie działają na czarnym rynku). Ba, czasami wręcz sam z siebie taki popyt stymuluje – w końcu nic nie smakuje tak dobrze, jak zakazany owoc.

Efekt Zimbardo

W psychologii społecznej od lat przyjmuje się za pewnik, że zdarzają się sytuacje, w których statystyczny, nie wykazujący cech psychopatycznych Smith, Schmidt czy Kowalski może się dopuścić względem innych ludzi najbardziej odrażających czynów. Zwykle po spełnieniu kilku warunków, które nie stanowią tajemnicy przynajmniej od czasów procesu Eichmanna, a które jednocześnie do dziś pozostają na tyle atrakcyjne (mieszanka zaskoczenia i przemocy robi swoje) dla czytelnika, że żadna poświęcona im publikacja na rynku nie zginie. Zwłaszcza, gdy nad apokaliptycznym tytułem „Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”, pojawi się na niej nazwisko Philipa Zimbardo.

Jeśli ktoś nie wie, Zimbardo to popularny amerykański showman tudzież psycholog, znany światu z właściwie jednego tylko badania: więziennego eksperymentu stanfordzkiego. Badania równie sławnego, co kontrowersyjnego, i to nie tylko ze wzgledów etycznych: do dziś nie milkną zastrzeżenia co do jego rzeczywistej wartości naukowej. Badanie ograniczało się bowiem do małej próbki (24 osoby), nie zostało przeprowadzone do końca, zaś jego wyniki nigdy nie zostały opublikowane w naukowym czasopiśmie recenzowanym (za to szeroko rozpromowane w napisanym przez Zimbardo raporcie do Kongresu USA i w podręczniku do psychologii). Na dobrą sprawę, nawet gdyby pominąć kwestie etyczne, trudno wyobrazić sobie dziś zaprojektowanie eksperymentu, który mógłby sfalsyfikować twierdzenia Zimbardo. Co zresztą samo w sobie wcale nie świadczy o tym, że twierdzenia te są nieprawdziwe (doniesienia takie jak te z Abu Ghrarib są dla wielu wystarczającą rekojmią prawdziwości tez o szatanie tkwiącym w każdym z nas, który tylko czeka na sytuację, która go wypuści) – tylko o tym, że trudno (w przeciwieństwie np. do równie medialnych, a o niebo rzetelniejszych badań Milgrama nad wpływem autorytetu) uznać je za naukowe.

Ale czas płynął, a Zimbardo wkrótce został autorem skądinąd świetnego podręcznika, na którym wychowały się pokolenia psychologów, co zresztą prędzej czy później musiało się odbić na percepcji jego eksperymentu i gotowości badaczy do niekwestionowania jego wyników. Ostatnio zaś postanowił wrócić do korzeni. „Efekt Lucyfera” to analiza tego, co amerykańscy żołnierze robili w Abu Ghrarib przez pryzmat tego, co Zimbardo i jego więźniowie robili w Stanfordzie. Na ile według mnie trafna, przekonacie się, słuchając rozmowy, jaką odbyłem w piątek w TOK FM z Hanną Zielińską:

Czy ludzkie klony mają ogony?

Dzięki Modnym Bzdurom zapoznałem się właśnie ze świetnym artykułem na temat roli naukowca w polskich mediach, który kilka dni temu opublikowała na gazeta.pl prof. Magdalena Fikus. Parę fragmentów aż prosi się tu o komentarz i rozwinięcie, zwłaszcza że autorka to jeden z najbardziej eksploatowanych przez dziennikarzy polskich genetyków. Więc komentujmy.

Profesor zaczyna od opisu sytuacji znanej bodaj każdemu ekspertowi, który kiedykolwiek nagrywał „setkę” dla radia lub telewizji:

Prosili o szybciutki komentarz – już za chwilę, za momencik jest potrzebny. Powiedziałam, co wiedziałam, trwało to dwie-trzy minuty. My to skrócimy – powiedzieli oni.
W audycji wyglądało to tak:
Oni: – Poprosiliśmy Panią Profesor o komentarz.
Ja: – Genetyka jest ważną nauką.
I to do tego zdania byłam tej ekipie potrzebna.

Po tym wstępie dostajemy krótką acz gruntowną analizę roli naukowca w dzisiejszych mediach i sytuacji, w jakiej stawia się on, gdy nieopatrznie zgodzi się na wypowiedź medialną:

Naukowiec jest wobec telewizji bezradny, może jej tylko odmówić. Nie wiemy, co zostanie z naszej wypowiedzi. Nie ma w telewizji zwyczaju autorskiej weryfikacji, nawet jeżeli audycja nagrywana jest na parę dni przed emisją. Nie wiemy także, w jakiej scenografii i w czyim towarzystwie zostanie wyemitowana nasza wypowiedź. Godząc się na nagranie, tracimy osobowość.
Nauka w telewizji istnieje wtedy, kiedy urodzi się cielę o dwu głowach albo wyleci w kosmos chiński kosmonauta. Podobno normalna nauka widzów nie interesuje. (…)
Naukowcy służą (…) jako utytułowana dekoracja. Sadza się ich na niewygodnych fotelach (kolana pod brodą, wstać nie sposób) i pozwala powiedzieć, że genetyka jest ważną dziedziną wiedzy. Czasem jeszcze mogą powiedzieć dodatkowo jedno zdanie, że genetycy wymyślili, jak klonować zwierzęta albo robić nowe leki.

Swoją drogą, sam brałem w życiu udział w przynajmniej kilkudziesięciu audycjach telewizyjnych i muszę powiedzieć, że najbardziej bzdurne były te, które z założenia miały być poświęcone nauce (ciekawe, że reguła ta praktycznie nie dotyczy stacji radiowych, z drugiej strony tam na ogół człowiek ma wystarczająco czasu, by powiedzieć, o co mu chodzi, a i dziennikarze jakoś na ogół też orientują się w temacie). Robienie telewizyjnego programu naukowego w Polsce często wygląda tak, że np. rozmawia się o trafności wróżb z psychologiem i wróżką, po czym w samym programie zestawia ich pocięte wypowiedzi tak, jakby co najmniej były równoważne (w końcu obydwoje to eksperci w swej dziedzinie). Na tym tle wejścia eksperckie na żywo w programach śniadaniowych czy publicystycznych, z których już nikt nic z jego słów nie wytnie (bo przeważnie są emitowane na żywo), to dla naukowca prawie że rozpusta.

Pamiętam, jak swego czasu zdarzyło mi się wystąpić w „naukowej” audycji w pewnej telewizji, której nazwę tu przemilczę. Jako kulturoznawca i ogólnie ekspert od zachowań ludzkich miałem w tym programie dyskutować na temat zagrożeń płynących z rozwoju genetyki. Ale – i tu uwaga – nie z żadnym genetykiem, tylko z… księdzem. Ksiądz był, między Bogiem a prawdą, doktorem, tyle że „nauki” jeszcze bardziej podejrzanej niż kulturoznawstwo, mianowicie teologii. W studiu nie było żadnego genetyka, biotechnologa czy nawet lekarza, nikogo, kto by się profesjonalnie zajmował omawianą dziedziną lub choćby czymkolwiek w pobliżu. Jedyną pociechę stanowił fakt, że i ja, i kapłan coś o genetyce gdzieś kiedyś przeczytaliśmy, w przeciwieństwie do dziennikarza prowadzącego, który nie miał o całej sprawie zielonego pojęcia, i z którego pytań wynikało, że nie potrafi odróżnić klonowania od modifikacji genetycznych. Dość wspomnieć, że w trakcie nagrania padały pytania typu: Co jeśli ludzki klon będzie miał ogon lub dwie głowy?

Tu aż się prosi, by jeszcze raz zacytować profesor Fikus:

Naprzeciw naukowca sadza się (…) polityka i działacza „ekologicznego”. Obaj mówią, że pomysł genetyka jest szkodliwy, szkodliwy dla zdrowia, dla Człowieka (przez duże C). Oni niczego nie muszą dowodzić, po prostu ten pomysł jest zły. Naukowiec jest bezradny. Aby udowodnić, że polityk się myli, musiałby wygłosić wykład akademicki, pokazać wykresy, tabele i określić prawdopodobieństwo (nie pewność, bo tego nie zrobi), że w swojej wypowiedzi ma rację. Ale przecież telewizja sądzi, że dużo ciekawiej jest słuchać o tych strachach.

Na pewnym poziomie pani profesor narzeka zupełnie na próżno: konsumenci przekazów medialnych na ogół szukają w nich kontrowersji i sensacji. Dziennikarze i ich szefowie doskonale o tym wiedzą, dlatego też trudno obwiniać ich o to, że zabiegając o oglądalność (i, co za tym idzie, pieniądze) wolą donosić o zagrożeniach, niż o ich braku. Inną sprawą jest jednak dobór i zestawianie gości oraz prezentacja ich twierdzeń jako równoważnych, bez względu na to, czy mają wystarczającą wiedzę, by wypowiadać się w temacie.

Dlaczego ekolog, polityk, ksiądz czy nawet przedstawiciel „nauk” humanistycznych i społecznych (nie mam złudzeń, że, jeśli nie liczyć wąskiej działki badań empirycznych – a i to nie wszystkich – 95 proc. tego, co produkuje się w bliskich mi dyscyplinach, to w najlepszym razie beletrystyka, a w najgorszym bełkot) mają być kompetentni w sprawach dotyczących DNA, rozwoju zarodka ludzkiego, komórek macierzystych czy ogólnie pojętej biotechnologii? Wyobraźmy sobie wielkanocny program, w którym fizyk i biolog, pod nieobecność księdza (lub nawet, uchowaj Boże, w jego obecności), dyskutują o nikłym podstawach empirycznych twierdzenia, że Jezus Chrystus zmartwychwstał. Oskarżenia o obrazę uczuć religijnych prawdopodobnie przekreśliłyby ich szanse na jakiekolwiek rządowe granty w przyszłości, nie mówiąc już o prezydenckiej nominacji profesorskiej.

Krytykowanie w mediach tego, czego nie dowiedziono naukowo, ale w co ktośtam wierzy (czy to anioły lub święci, czy solidaryzm społeczny i efekt cieplarniany) kończy się na ogół nagonką ze strony fanatyków, Ci zaś na poziomie reakcji pozostają fanatykami, bez względu na to, czy wyznają dogmaty katolickie, socjalistyczne czy ekologicznie. Mieszanie z błotem naukowców i wygadywanie piramidalnych bzdur o wynikach ich pracy to tymczasem modna norma, i to zarówno po prawej, jak i lewej stronie debaty politycznej.

A przecież nie trzeba dysponować jakąś niesamowitą wiedzą, by zdawać sobie sprawę, że długość i poziom życia od lat rosną na świecie nie dzięki fanatykom, lecz na ogół wbrew ich wysiłkom. Ekolodzy nie rozwiązują problemów żywnościowych w Afryce, tylko przekonują tamtejsze rządy, że lepiej by ludzie umierali z głodu niż jedli żywność modyfikowaną genetycznie. Stolica Apostolska nie prowadzi badań nad wirusem HIV, tylko namawia zdrowych do niestosowania prezerwatyw. Prawie cały postęp cywilizacyjny i technologiczny, jaki obserwujemy w ostatnich latach, zawdzięczamy laboratoriom i zaszytym w nich naukowcom. Tym samym, z których tak ochoczo naśmiewamy się w kreskówkach, i których od czasu do czasu zapraszamy do telewizji, to po to, by powiedzieli, że ich dziedzina jest ważna lub popolemizowali z jakimś kompletnym nieukiem.

Media i niepełnosprawność

Przypadający dziś Światowy Dzień Niepełnosprawnych skłania do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób osoby na wózkach, o kulach, laskach etc. przedstawiane są na co dzień w środkach masowego przekazu. Całkiem niedawno przeprowadziłem na potrzeby konferencji „Prawie sprawni niepełnosprawni” małe badania kontentu mediów pod tym kątem, i teraz jest okazja napisać trochę o ich wynikach.

Rozważania warto zacząć od kluczowych w tej dziedzinie wiadomości o systemie poznawczym człowieka. Upraszczając, powiedzieć można, że to, co inne, odróżniające się od otoczenia i zaskakujące na ogół przykuwa naszą uwagę w większym stopniu, niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni lub to, czego się spodziewamy. Czy nam się to podoba, nasi przodkowie funkcjonowali na ogół w zmiennym, pełnym niebezpieczeństw środowisku. Nic zatem dziwnego, że wyewoluowali system poznawczy, który nagradzał zainteresowanie tym, co niezwykłe, dziwaczne lub odstające od średniej statystycznej – a więc i potencjalnie niebezpieczne. Kiedy widzimy, że wszystko jest takie, jak byśmy oczekiwali, że będzie, nie ma w istocie sensu angażować procesów poznawczych do analizy czy skupiania uwagi – bardziej ekonomiczne jest zaangażować je w inną aktywność. Inaczej sytuacja wygląda, gdy w okolicy pojawi się przedmiot lub osoba, które w jakikolwiek sposób odstają od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni – wówczas nasza uwaga w naturalny sposób wędruje w ich kierunku. Ten właśnie fakt odpowiada prawdopodobnie za zainteresowanie, jakim od czasów historycznych społeczeństwa obdarzały osoby z różnorakimi, zwłaszcza wrodzonymi zniekształceniami ciała, czego skutkiem były m.in. występujące w Europie jeszcze sto lat temu objazdowe cyrki. Przed epoką kina i telewizji dawały one wielu jedyną i niepowtarzalną okazję obejrzeć sobie „potwora” lub „dziwadło”. We współczesnym świecie, czy nam się to podoba, czy nie, ich rolę przejęły media. I spełniają tę rolę, w pierwszym rzędzie skupiając się na tym, co niezwykłe.

Skoro wiemy już, dlaczego w ogóle się niepełnosprawnych pokazuje, spróbujmy się zastanowić, dlaczego zwykle dzieje się to w atmosferze tragedii, żalu, strachu czy współczucia. Ano, tak się niestety składa, że we wszystkich zbadanych kulturach większość ludzi przedkłada przekazy nasycone emocjami nad komunikaty zimne i obojętne. Badania psychologów poznawczych nie od dziś pokazują, że negatywne emocje i zdarzenia znacznie lepiej ogniskują uwagę niż pozytywne: trudniej nam zasnąć oglądając walkę niż scenę, w której partnerzy szepczą sobie czułe słowa. Nic więc dziwnego, że w przekazach medialnych strach, złość, żal, smutek, nienawiść i desperacja “sprzedają się” znacznie lepiej niż radość czy afirmacja. A osoba niepełnosprawna ma to do siebie, że w znacznie większym stopniu niż osoba pełnosprawna może być w takim programie nośnikiem lub wyzwalaczem negatywnych emocji. Choroba lub kalectwo na naszych ekranach zatem albo straszą, albo unieszczęśliwiają (jeśli nie samego nimi dotkniętego, to jego otoczenie), albo stanowią wyzwanie, z którym należny się zmagać, by odzyskać szczęście, dobre mniemanie o sobie czy szacunek otoczenia.

Czy tak musi być zawsze i wszędzie? Nie czarujmy się, podstawowym celem środków masowego przekazu i ich pracowników nie jest promocja czyjegokolwiek pozytywnego wizerunku (no, chyba, że ktoś za tę promocję zapłaci), tylko zarabianie pieniędzy. A to robi się przede wszystkim na reklamach, czyli pośrednio poprzez przyciągniecie widzów takimi a nie innymi treściami. I to temu właśnie celowi podporządkowane wydają się w pierwszej kolejności obrazy niepełnosprawnych, na które natyka się badacz zawartości (kontentu) mediów.

Oczywiscie, nie znaczy to bynajmniej, że obrazy te są jednorodne. Posiłkując się (ale nie za mocno) klasyfikacją Colina Barnesa, podzieliłbym sposób przedstawienia osoby niepełnosprawnej w przekazach medialnych na cztery główne typy:

  • Cierpiący na skutek niepełnosprawności
  • Super kaleka
  • Czarny charakter
  • Osobliwość lub przedmiot drwin

Bez wątpienia najczęściej stykamy się z typem pierwszym (cierpiący na skutek niepełnosprawności), który dla naszych celów możemy tu podzielić na pięć podtypów:

  • Obiekt współczucia
  • Ofiara przemocy lub dyskryminacji
  • Rozgoryczony frustrat
  • Ciężar dla bliskich
  • “Cudownie” wyleczony

Cierpiący na skutek niepełnosprawności przede wszystkim ma cierpieć, i to tak, by jak najmocniej chwycić widza za serce. Dlatego oprócz tego, że jest upośledzony, powinien być piękny lub przynajmniej nieodpychający (a jeśli już odpychający, to prawie niepokazywany). Jak bowiem wiadomo z badań psychologii społecznej, ludzie chętniej współczują osobom atrakcyjnym fizycznie, które zresztą uważają też na ogół za bardziej szlachetne i inteligentne (w psychologii społecznej nazywa się to ładnie efektem aureoli).

Takie przedstawianie osób niepełnosprawnych ma z punktu widzenia mediów określoną rolę. Jego główne zadania to:

  • Przykucie uwagi odbiorcy (zwłaszcza jeśli upośledzenie spektakularne lub wysoce nietypowe)‏
  • Wzruszenie, wyciśnięcie łez (ważne w melodramatach i przekazach kończących się apelem o wsparcie finansowe)
  • Zmiana postawy wobec osoby lub grupy (często spotykane w przekazach promujących ideę pomocy osobom niepełnosprawnym)
  • Postraszenie konsekwencjami ryzykownych zachowań, eksploatowane np. w reklamach z mężczyznami na wózkach, przestrzegających przed ryzykiem związanym z piciem alkoholu lub przekraczaniem prędkości:

Wszystkie wymienione zadania ułatwia kluczowa w takich przekazach koncentracja na chorobie lub niepełnosprawności (ewentualnie próbach ich przezwyciężenia)‏ i ekspresja emocji, zwłaszcza negatywnych), zarówno u samego niepełnosprawnego, jak i jego znajomych, członków rodziny, przyjaciół.

Przejdźmy teraz do szczegółowej klasyfikacji wizerunków niepełnosprawnych cierpiących na skutek choroby lub kalectwa. W przypadku wizerunku „Obiekt współczucia”, na pierwszy plan wysuwa się dramatyczna historia bohatera. Upośledzenie jest w tej historii zawsze na pierwszym planie. Niepełnosprawny pokazywany jest jako osoba szlachetna, lecz pokrzywdzona przez los, potrzebująca pomocy i/lub ogólnie nieszczęśliwa. Popkulturowe przykłady takiego ujęcia to m.in. Quasimodo (“Dzwonnik z Notre Dame”)‏, John Merrick (“Człowiek-słoń”)‏, Bonnie Grape (“Co gryzie Gilberta Grape’a”)‏ oraz liczni bohaterowie programów informacyjnych i interwencyjnych.

Drugi wspomniany podtyp to „Ofiara”. Ta jest pokazywana przede wszystkim jako obiekt prześladowania i szykan ze strony bądź otoczenia (John Merrick – “Człowiek-słoń”), rodziny (Tommy – musical “Tommy”, ), paranoicznego prześladowcy (Paul Sheldon – “Misery”; Blanche – “Co się zdarzyło Baby Jane”), systemu (Billy Bobbit i inni pacjenci oddziału psychiatrycznego – “Lot nad kukułczym gniazdem”) czy wreszcie całego społeczeństwa (Belinda – “Johnny Belinda”; Selma – “Tańcząc w ciemnościach”)‏. Kalectwo prześladowanego potęguje tu wrażenie bezsilności i osamotnienia, ułatwia również identyfikację i empatię. Widz przeżywa przez to znacznie mocniej dramat bohatera.

Czasami samo kalectwo jest zreszta w takich przekazach skutkiem przemocy. Doniesień na ten temat, często pełnych wstrząsających obrazów, pełno we współczesnych serwisach informacyjnych, znajdujemy je jednak już w najstarszych przekazach literackich (mityczny Hefajstos, zepchnięty przez ojca z Olimpu), jak równiej w klasyce (Jurand ze Spychowa w “Krzyżakach”, Lawinia w “Tytusie Andronikusie” etc.)‏.

Kolejny gatunek nieszczęśliwego niepełnosprawnego to „Rozgoryczony frustrat”. To m.in. Ron Kovic (“Urodzony 4 lipca”)‏, Dan Taylor z “Forresta Gumpa” i Pingwin z “Powrotu Batmana”. Na ogół negatywnie nastawiony do świata, użala się nad sobą i obwinia innych za swą krzywdę, co czasami doprowadza go do autoagresji (często popada w alkoholizm) tudzież tradycyjnej agresji. Tę drugą na ogół wyładowuje na ludziach, którzy chcą mu pomóc. Okazjonalnie próbuje zaszkodzić tym, którzy są od niego szczęśliwsi.

Następny podtyp, „Ciężar dla bliskich lub społeczeństwa”, występuje na ogół w dwóch odmianach. Niepełnosprawny może być przedstawiony jako osobnik bezradny, zdany na łaskę i troskę kogoś sprawnego, który zresztą przeważnie jest wtedy prawdziwym bohaterem przekazu (Arnie i Bonnie Grape w “Co gryzie Gilberta Grape’a”)‏ bądź jako osoba apelująca o pomoc, otrzymująca pomoc lub ktoś, komu takiej pomocy odmówiono (programy informacyjne i interwencyjne)‏.

W świecie prezentowanym w mediach choroba i kalectwo, mimo że są źródłami cierpienia, nie muszą trwać wiecznie. Publiczność na ogół domaga się happy endu, w przypadku osoby niepełnosprawnej taki happy end może stanowić „cudowne ozdrowienie” i wiążące się z tym wyjście z niepełnosprawności. “Cudownie” wyleczony na ogół sam podjął działania, które pomogły mu pokonać kalectwo. Z drugiej strony nie brakuje też historii, w których walkę z niepełnosprawnością dziecka wygrywają rodzice (filmy o dzieciach autystycznych) i lekarze. Wątki powyższe szczególnie często pojawiają się w telenowelach i operach mydlanych (na wózku jeździli Fallon i Blake w “Dynastii” oraz Michał Chojnicki w “Klanie”)‏ oraz w filmach kultowych („Tommy”). Niekiedy, niestety, zwycięstwo bywa tylko tymczasowe, czego przykładem “Przebudzenie” Olivera Sachsa i jego ekranizacja z Robertem DeNiro, jak również kultowe „Kwiaty dla Alge….. Autystycy i osoby opóźnione umysłowo wychodzą tam ze swojego stanu dzięki lekarstwom, które jednak w pewnym momencie przestają działać, na skutek czego niepełnosprawność wraca.

Nie wszyscy niepełnosprawni w przekazach medialnych cierpią; niektórzy, mimo upośledzenia, są w stanie osiągać niesamowite rzeczy. Tym bardziej stają się wówczas atrakcyjni dla środków masowego przekazu. „Superkalecy”, tacy jak chory na stwardnienie rozsiane fizyk Stephen Hawking, superbiegacz bez nóg Oscar Pistorius czy Erik Weihenmayer – niewidowy, który zdobył 7 najwyższych szczytów Ziemi, gwarantują mediom widza lub czytelnika, głównie za sprawą sensacyjności i niezwykłości samej informacji. Na tej samej zasadzie medialni stają się ludzie pozbawieni rąk, malujący nogami i ustami obrazy, oraz sawanci rozwiązujący skomplikowane zadania matematyczne mimo niskiego IQ.

Oprócz samej sensacyjności, jaką automatycznie wywołują doniesienia o „superkalekach”, przekazy takie odpowiadają na więcej ludzkich potrzeb psychologicznych. Jedną z nich jest potrzeba sprawiedliwego świata, którą może zaspokajać wiara, że np. nawet jeśli ktoś nie widzi, to ma na pewno lepiej rozwinięte inne zmysły lub zdolności. Innym zadaniem jest promowanie pozytywnych wzorców, takich jak heroizm, niepoddawanie się przeciwnościom losu, hart ducha, jak również motywanie innych niepełnosprawnych. Ba, czasami również pełnosprawnych (dominuje wtedy przekaz: skoro niepełnosprawnemu się udało, ty, pełnosprawny, również możesz tego dokonać)‏.

Jeśli chodzi o formę, w przekazach typu „Superkaleka” dominuje koncentracja przekazu na niezwykłych cechach i osiągnięciach osoby niepełnosprawnej. Bohater niejednokrotnie zaskakuje zarówno widzów, jak i otoczenie. Przykłady „Superkalek” to eksponowane w doniesieniach prasowych i programach telewizyjnych wybitne jednostki, których choroba stała znakiem rozpoznawczym: Stephen Hawking, Christopher Reeve, John Forbes Nash Jr, jak również filmowi bohaterowie, którzy mimo upośledzenia lub choroby potrafili pokonać przeciwności i osiągnąć wyznaczone cele (“Moja lewa stopa”, “Dzieci gorszego Boga”) lub też odstawali od otoczenia za sprawą niezwykłych pasji (“Ptasiek”) lub nieprzeciętnych walorów moralnych (“Forrest Gump”)‏. Specjalną kategorię stanowią niezwykle uzdolnieni sawanci: przykładem Raymond Babbit (“Rain Man”), Kazan (“Cube”), bohaterowie artykułów o autystykach i książek, np. O. Sachsa. Popkultura notuje także od niedawna niepełnosprawnych superbohaterów, takich jak niewidomi Zatōichi, Daredevil i znany fanom „Star Treku” Geordi LaForge oraz Professor Xavier – twórca organizacji X-Men, poruszający się na wózku inwalidzkim.

Kolejna kategoria medialnego niepełnosprawnego to „Czarny charakter”. Za jego (nie)atrakcyjność odpowiada wspomniany już efekt aureoli – ludzka tendencja do automatycznego przypisywania cech osobowościowych na podstawie pozytywnego lub negatywnego wrażenia, jakie wywołuje na nas dana osoba. „Czarny charakter” z definicji jest brzydki i nieatrakcyjny, a jego niepełnosprawność często stanowi źródło frustracji, która pcha go do zemsty na świecie, który go odrzucił, nie docenił, bądź po prostu w jakikolwiek sposób źle traktował.

Podtypy:

  • Zniekształcona fizycznie ofiara prześladowań, szukająca odwetu na świecie z powodu własnego nieszczęścia: Pingwin (“Powrót Batmana”), Two Face (“Mroczny Rycerz”)‏.
  • Szalony naukowiec na wózku, który chce się wyleczyć lub zmienić świat na swoją modłę: Davros i John Lumic (“Doctor Who”)‏.
  • Zły z niewiedzy. Upośledzenie (przeważnie umysłowe) uniemożliwia mu rzeczywistą ocenę moralną tego, co robi: rodzina Peacocków (“Z Archiwum X”, odcinek ‘Home’) – i do pewnego stopnia wszystkie filmy o szaleńcach.
  • Obłąkany fanatyk, którego niepełnosprawność nie ma wyraźnego związku z postępkami: Jorge z Burgos (“Imię róży”)‏.
  • Pełnosprawny, który tylko udaje niepełnosprawnego: Roger „Verbal” Kint (“Podejrzani”), Earl Hacker (“Naga broń 2 i 1/2”)‏.

Bodaj najbardziej stereotypowy przykład takiego ujęcia to właśnie Peacockowie – opóźnieni umysłowo i zniekształceni fizycznie członkowie rodziny od pokoleń praktykującej kazirodztwo, których aktywność znakomicie podsumowuje krótki kawałek wspomnianego odcinka:

Kolejny typ, „Osobliwość”, ma jeden, główny cel: przykuć uwagę odbiorcy. Przykuwa ją tym bardziej, im dziwniejsze jest upośledzenie (zespół Touretta w “Ally McBeal”)‏, czasami równolegle zmacniając atmosferę grozy i tajemniczości. Przykładem filmy Davida Lyncha, w których pojawiają się karły, olbrzymi i ludzie z deformacjami ciała. Analogiczny zabieg od początku istnienia kina popularny był w filmach grozy (“Frankenstein”, “Gabinet doktora Caligari”)‏.

„Niepełnosprawny-osobliwość” bywa czasami nośnikiem pewnych treści ideologicznych, jak to miało miejsce np. w filmach Von Triera(„Przełamując fale”, „Idioci”, Tańcząc w ciemnościach”, „Królestwo”). Jego pokazanie może mieć również wartośc informacyjną, jak to się ma w przypadku opisów rzadkich upośledzeń umysłowych, choćby w powieściach wspomnianego już Sacksa.

Blisko „Osobliwości” plasuje się „Niepełnosprawny-Przedmiot drwin”. Obraz ten, w przeciwieństwie do „Osobliwości”, dotyczy praktycznie wyłącznie osób z upośledzeniem umysłowym i obecny jest w kinie, radiu i telewizji od samego początku istnienia tych mediów. Współcześnie widzimy takich niepełnosprawnych przede wszystkim w komediach (“Czacha dymi”, “Głupi i głupszy”, “Straszny film”, “Naga broń”), sitcomach (“Monty Python”, “Czarna Żmija”, “Trzynasty posterunek”, “Świat według kiepskich”)‏ oraz przekazach reklamowych. W Polsce na wielu płaszczyznach zaznacza się to zwłaszcza w reklamach Media Marktu, począwszy od dyskryminującego sloganu „Nie dla idiotów”, a skończywszy na spotach i plakatach reklamowych z Gracjanem Roztockim.

Rzadziej efekt komiczny miewa również udawanie kalectwa, zwłaszcza gdy zostaje zdemaskowane. Tu z kolei najczęstszym rekwizytem bywa wózek inwalidzki (“Jeszcze dalej niż północ”, “8 kobiet”). Sporadycznie pojawia się również udawanie upośledzenia umysłowego (“Idioci”).

Najrzadziej spotykanym (bo i najmniej medialnym) obrazem niepełnosprawnego jest przedstawienie go jako „normalnego człowieka”. Niczym, poza niepełnosprawnością, nie różniącego się od reszty ludzkości. Przykłady to m.in. niepełnosprawni w tle filmów kinowych (“Cztery wesela i pogrzeb”, “Notting Hill”, “Czas patriotów”, “Sezon rezerwowych”)‏, w rolach pierwszoplanowych w serialach TV (“Dzień za dniem”, “Klan”) i w reklamach (Special Olympics, Levi Strauss, McDonald’s, Kodak, magazyn „People”; w Polsce kampania “Pełnosprawni w pracy”). Ujęcie takie, przede wszystkim na małą sensacyjność, długo jeszcze zapewne pozostanie w cieniu swych bardziej kontrowersyjnych odpowiedników. No, może poza wypadkami, w których – jak w reklamie Special Olympics – gra z poprzednio zarysowanymi stereotypami:

Powiedzmy sobie jednak szczerze: niepełnosprawni nie pozostają na tym polu odosobnieni. Inne mniej lub bardziej widoczne mniejszości – by wspomnieć choćby gejów i lesbijki – również borykają się z problemem ignorowania przez środki masowego przekazu tych jej członków, którzy w zbyt małym stopniu odstają od statystycznej średniej w społeczeństwie. Powód prosty: nie wzbudzają w odbiorcach zdziwienia, rozbawienia, strachu czy wstrętu, więc też (o ile tylko nie są skądinąd sławni) raczej nie przełożą się na zyski z reklam.