Styczeń 2009 - archiwum

Antypirackie piractwo

Internauci w Chile mają sporą uciechę. Szef ichniejszego ZAIKS-u (Sociedad Chilena del Derecho de Autor) nazwiskiem Fernardo Ubiergo (w cywilu znany na lokalnym rynku piosenkarz) zaliczył tydzień temu wpadkę, po której wrogowie emulów i torrentów długo będą dochodzić do siebie… W trakcie wykładu na temat nowej, forsowanej przez SCD ustawy o ochronie praw autorskich (zakładającej m.in. kary więzienia za wymianę plików w sieci), który wygłaszał w północnochilijskim mieście Antofagasta, przy próbie otwarcia Power Pointa z prezentacją na oczach sali wyskoczył biedakowi komunikat: “Esta Copia de Microsoft Office no es Original“. Tłumaczyć chyba nie trzeba.

Zdenerwowany bojownik o przestrzeganie praw autorskich (ale tylko na cudzych komputerach) wykazał się co prawda refleksem i czym prędzej zamknął program, zaś większość obecnych dyplomatycznie udała, że nic nie widziała, na sali byli jednak także dziennikarze. Samo feralne okienko zdołał uwiecznić na zdjęciu reporter lokalnego dziennika El Nortero. Jak można się było spodziewać, news szybko zawojował hiszpańskojęzyczną sieć (dla niezorientowanych: dziesięć razy większą od polskiej i chyba ze dwadzieścia razy bardziej nasyconą piractwem). Nic dziwnego, że już dwa dni po wypadku Ubiergo z hukiem podał się do dymisji, której zresztą jego stowarzyszenie nie przyjęło, argumentując, że komputer był używany nie tylko przez prezesa i nielegalne oprogramowanie zainstalować mogła na nim osoba trzecia. Najpewniej po kryjomu i w celach sabotażu. Jak to pirat.

Gorąca subwencja

Rozniosło się już na dobre po Ameryce, że miłościwie janosikujący rząd federalny rozdaje bogatym pieniądze. Nic więc dziwnego, że w kolejce po zastrzyk finansowy z budżetu centralnego (czytaj: z kieszeni coraz biedniejszego podatnika) ustawiają się coraz bardziej egzotyczne branże. Najświeżsi kandydaci do jałmużny to, jak donosi Reuters, bidujący magnaci pornograficzni Larry Flynt (legendarny wydawca „Hustlera”) i Joe Francis (dyrektor generalny konkurencyjnego „Girls Gone Wild”). W opublikowanym wczoraj liście do Kongresu Larry i Joe zwracają uwagę, że wpływy branży erotycznej spadły w ciągu ostatniego roku o 22 procent i domagają się z tego tytułu od Obamy i jego kamratów… 5 miliardów dolarów.

Sukcesu inicjatywie nie wróżę (mimo tegorocznej wygranej Demokratów wciąż sporo na Kapitolu konserwatystów), ciekaw jestem wszakże, jak Kongres uzasadni odmowę, biorąc pod uwagę, że oczekiwania finansowe pornopotentatów są – w porównaniu z tym, ile dostały na jesieni dziadujące wielkie banki (700 mld) – nader skromne, zaś dyskryminacja seksualna (bądź cokolwiek mająca z seksem wspólnego) to w USA przestępstwo federalne. Nie wspomnę już o tym, że obaj panowie na pewno potrafiliby się kongresmanom odwdzięczyć. Choćby w naturze.

Dopalacz ofiarny

Gdzie kryzys (gospodarczy, gazowy, czy chociażby sroga zima), tam kozioł ofiarny szybko się znajdzie. Rząd zainaugurował dziś masowe zamykanie sklepów oferujących legalne podróbki narkotyków, trochę na wyrost zwane dopalaczami (nie mylić z rzeczywistymi psychostymulantami, o których pisałem niedawno). Zarzut rządu wobec sklepów jest ciężki: sprzedawane środki na niektórych działają niczym prawdziwe dragi. Tylko znacznie słabiej. Same substancje na razie są w Polsce, jak się już rzekło, legalne, ale w Sejmie trwają jakieś prace nad ich delegalizacją, zatem roztropna władza postanowiła zawczasu odciąć obywatelom dostęp do tych okropności, by sobie czasami zapasów nie porobili. Bo choć od czasów rzymskich obowiązuje na świecie zasada, że prawo nie działa wstecz, najwyraźniej nie dotyczy to naszego pięknego kraju.

Ech, pozostaje mieć nadzieję, że kuriozalna (i to nie tylko ze względów chronologicznych) nowelizacja ustawy o zwalczaniu narkotyków poprzez walkę z ich podróbkami (na sporą część konsumentów działającymi głównie dzięki sugestii) rozciągnie wsteczny zakaz posiadania i używania substancji psychotropowych (również tych prawdziwych) aż do początków państwowości polskiej. Już widzę brygady antynarkotykowe otaczające Kancelarię Prezesa Rady Ministrów i wyprowadzające z niej pewnego znanego polityka, namiętnie popalającego w młodości nie jakieś podejrzane podróbki, tylko czystą marihuanę.