Lipiec 2009 - archiwum

Zapłacimy za Rospudę

PAP doniósł właśnie:

Sąd Okręgowy w Białymstoku wydał Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad nakaz zapłaty blisko 43,9 mln zł (plus odsetki) spółce Budimex Dromex. To kara umowna z tytułu odstąpienia przez drogowców od kontraktu na budowę obwodnicy Augustowa (podlaskie).

Dla niezorientowanych: oznacza to, że prywatnej firmie za niewybudowanie obwodnicy zapłacą polscy podatnicy. GDDKiA jako taka jest organem państwowym, więc każdy niepotrzebnie wydany milion oznacza, że gdzieś nie powstanie jakaś droga. Lub powstanie, ale dopiero po tym, jak rząd podniesie kolejny podatek (PO, jak wiadomo, planuje ostatnio opodatkować specjalnie nawet napoje gazowane, co jednak wywołuje pewne kontrowersje, więc każdy pretekst typu Rospuda jest tu dla rządu na wagę złota).

Nie, wcale nie jestem za tym, żeby zleceniobiorca, który przecież też poniósł koszty, został bez odszkodowania. Dlaczego jednak ma je płacić państwo? Generalna Dyrekcja drogę wybudować chciała, podobnie jak mieszkańcy Augustowa i większość mieszkańców Podlasia. Za jej budową była też prawdopodobnie większość tych, którzy w naszym kraju płacą podatki. Kto był przeciw? O ile mnie pamięć nie myli, najgłośniej protestowali ekolodzy (tudzież inni lewicowi amatorzy uszczęśliwiania ptaszków i unieszczęśliwiania ludzi za zabierane im pieniądze) oraz „Gazeta Wyborcza”. Przeciwnicy, jak wiemy, po dużej akcji propagandowej osiągnęli swój cel i zablokowali budowę. Niech mi teraz ktoś wyjaśni, dlaczego nie powinni w takim układzie ponosić wyłącznych kosztów realizacji swego wspaniałego marzenia?

Czar współczesnej sztuki

Nie przepadam za tzw. sztuką nowoczesną. Bynajmniej nie dlatego, że prawie wszyscy współcześni artyści (przez który to termin rozumiem poważnych i uznanych kapłanów sztuki wysokiej, nie rozwrzeszczanych dostawców komercyjnej papki), z którymi zdarzyło mi się w życiu rozmawiać, okazywali się nieukami lub półgłówkami, choć z drugiej strony byli na ogół dość sprytni, jeśli chodziło o wyciąganie kasy z instytucji publicznych. Nie mam też z dzisiejszą sztuką problemów estetycznych: nie odstręcza mnie patrzenie na szarlatanerię bądź rzygi – jedno i drugie, jeśli dobrze zaaranżowane, może być interesujące. Nie, główny problem z artystami i sztuką współczesną mam jako podatnik: mało który producent sztuki współczesnej utrzymuje się dziś z tego, ile ze swych odchodów sprzeda. Za pokazywanie w galeriach jego „dzieł” płaci mu państwo, samorządy, unia – czyli politycy bądź urzędnicy. Płacą oczywiście nie z pieniędzy swoich, lecz z tego, co zabiorą durniom, którym chce się w Polsce normalnie pracować i płacić podatki.

Takim jak choćby handlowcy z Kupieckich Domów Towarowych, których sklepy Hanna Gronkiewicz-Waltz eksmitowała pod budowę Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ohydny klocek stanie w miejscu wymarzonym na normalną, komercyjną, dochodową inwestycję, zapłaci zaś za niego każdy warszawiak, tak jak zapłacił i wciąż płaci (po kilkadziesiąt tysięcy rocznie) za kuriozalną palmę Rajkowskiej (tej samej, której miasto Poznań dało teraz pół miliona na promujący islam i islamizm minaret). Jeszcze fajniej robi się, gdy sobie uświadomimy, co będzie w środku muzeum. Bo sztuka najnowsza to pojęcie pojemne i może obejmować zarówno zwłoki chińskich więźniów politycznych obdarte ze skóry i pokazywane dla rozrywki znudzonym Europejczykom, jak i Katarzynę Kozyrę biegającą po męskich łaźniach z przyprawionym penisem.

Ale kto wie, może władze stolicy rzeczywiście pójdą na całość i wystawią np. jakieś dzieła Tinkebell? Modna ostatnio holenderska performerka robi rzeczy niezwykłe nawet jak na artystkę: publicznie przerabia zabite przez siebie zwierzęta domowe (psy, koty, świnki morskie i chomiki) na zabawki i przedmioty codziennego użytku. I wystawia je w galeriach. Równolegle kręci filmy edukacyjne, pokazujące początkującym psychopatom artystom, jak zrobić ambitne dzieło sztuki współczesnej choćby z niepozornej świnki morskiej:

Kariera Tinkebell w mediach zaczęła się od skandalu, który wybuchł po tym, jak złamała kark swojemu kotu (miał, jak twierdziła, depresję), obdarła go ze skóry i zrobiła sobie z niej torebkę. Happening wywołał w internecie spory odzew (zwłaszcza ze strony bojowników o prawa zwierząt), co zapewniło artystce darmowe publicity i duuuuże fundusze na nowe zwierzątka. Wkrótce Tinkebell całkowicie przekwalifikowała się na kuśnierstwo i wypychanie, czego dowodem kolejne arcydzieło: nowatorskie połączenie psa i kota, którego funkcji nie potrafię nawet sobie wyobrazić:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=a5cTlWu2fsY]

Wybór niszy okazał się niezwykle trafny: Tinkebell stała się sławna, zwłaszcza w środowiskach rakarzy. Na szczęście za dostawy świeżego mięska dla młodej naśladowczyni Jame’a Gumba płaci na razie podatnik holenderski, a nie polski. Choć z drugiej strony nie wiadomo, czy to się aby nie zmieni, gdy ktoś w warszawskim ratuszu usłyszy o topowej zachodniej artystce…

Filozof i błazen

kolakowskiNie lubię pisać nekrologów: życie z definicji jest krótkie, ludzie umierają (na ogół śmiercią tak banalną, jak ta konstatacja) i rwanie sobie z tego powodu włosów z głowy niczego nie zmieni. Jeśli zmarły był mi w jakikolwiek sposób bliski, samo pisanie o tym, że go nie ma, boli. Jeśli nie był – szkoda czasu i baterii w laptopie, zwłaszcza że każda minuta życia spędzona w Sieci przynosi tysiące tematów na notkę blogową ciekawszych i przyjemniejszych od śmierci. No, chyba że sama śmierć była ciekawa lub przyjemna…

Niemniej dla profesora Kołakowskiego czuję się w obowiązku zrobić wyjątek. Nie, nie ze względu na jego dokonania naukowe (czy raczej paranaukowe: z czasów, gdy dane miałem zaszczyt studiować filozofię, pozostało mi przeświadczenie, że – jeśli nie liczyć Poppera i garstki pogrobowców pozytywizmu – z nauką ostatni przedstawiciele tej dziedziny rozeszli się najpóźniej w początkach poprzedniego wieku), lecz literackie. Jako filozof pisał Kołakowski rzeczy i trafne, i niedorzeczne; i ciekawe, i nudne; i mądre, i głupie (wszystko to zresztą raczej dobrze o nim świadczy, zważywszy, że gros produkcji „naukowej” większości współczesnych filozofów sprowadza się do bredzenia, nudzenia bądź bredzenia i nudzenia jednocześnie) – za to jako literat tworzył dzieła perfekcyjne w każdym calu. Dość wspomnieć „Klucz niebieski”, „Trzy bajki o identyczności” i „Rozmowy z diabłem”.

Był Leszek Kołakowski bodaj najbardziej niedocenionym (obok Themersona) polskim satyrykiem i humorystą. Mało kto zdaje sobie zresztą sprawę z rzeczywistej skali oddziaływania jego humoresek, tymczasem czy np. bez „Bajki perskiej o sprzedawcy osła” powstałby najsłynniejszy w dorobku Monty Pythona (z którego szóstki członków pięciu skończyło Oksford) skecz o martwej papudze?

Osioł był wychudzony, chory, nieszczęśliwy i ledwo na nogach się trzymał. Handlarz jednak zaprowadził go na targ i krzyczał głośno: — Sprzedaję osła, sprzedaję osła! Krzyczał długo, aż w końcu pewien urzędnik imieniem Firu kupił od niego osła za maleńką sumę, która wystarczała ledwo na zakup miseczki ryżu. W chwili jednak, gdy urzędnik wręczał zapłatę, osioł doszedł do wniosku, że życie mu zbrzydło i zdechł. Handlarz w tejże chwili wyrwał owe grosze z ręki urzędnika i szybko odszedł, dając do zrozumienia, że sprawa jest załatwiona. Urzędnik jednakowoż nie dał za wygraną, dogonił go z wrzaskiem i zażądał zwrotu pieniędzy, a gdy handlarz odmawiał, udał się do sędziego, aby wymusić zwrot gotówki.
— Sprzedałeś zdechłego osła — powiedział sędzia surowo do handlarza — a zdechły osioł nie jest osłem. A więc krzycząc „sprzedaję osła” popełniłeś oszustwo!
— Jakże to zdechły osioł nie jest osłem? – zapytał handlarz.
— Nie jest i już — stwierdził sędzia – każdy to poświadczy.
— Sędzia wybaczy, ale to sensu nie ma, co sędzia mówi — powiedział handlarz bezczelnie, chociaż spokojnie. — Jeśli sędzia mówi „zdechły osioł”, to sędzia zakłada, że przymiotnik „zdechły w pewien sposób kwalifikuje rzeczownik „osioł”, czyli że zdechły osioł jest pewnym rodzajem osła, podobnie jak „młody osioł”, „mądry osioł”, „zdrowy osioł”.
— Sam jesteś pewnym rodzajem osła! — wrzasnął sędzia i kazał zuchwalca oćwiczyć. W czasie chłosty handlarz, rzecz jasna, zmienił pogląd i uznał, że zdechły osioł nie jest rodzajem osła.

Skoro zaś już jesteśmy w klimatach pythoonowskich, nie sposób nie wspomnieć o najdowcipniejszej i najbardziej absurdalnej bajce w dorobku Profesora, odezwie „Czym jest socjalizm”:

Socjalizm nie jest (…)
państwem, którego żołnierze pierwsi wstępują na ziemię innego kraju;
państwem, gdzie ilość urzędników rośnie szybciej niż liczba robotników;
państwem, gdzie tchórzom żyje się lepiej niż odważnym; (…)
państwem, które źle odróżnia ujarzmianie od wyzwalania; (…)
państwem, które jest przekonane, że nikt nigdy na świecie nie może wymyślić nic lepszego;
państwem, gdzie wielu ignorantów uchodzi za uczonych; (…)
Socjalizm jest to ustrój, który… eh!, co tu dużo mówić! Socjalizm jest to naprawdę dobra rzecz.

Życie dopisało zresztą filozofowi do powyższej wyliczanki utrzymany w równie absurdalnym tonie epilog: manifest skonfiskowała w 1956 r. socjalistyczna cenzura. Jeszcze większym figlem historii pozostaje jednak fakt, że pół wieku później wciąż istnieją (także w Polsce) ludzie wierzący w socjalizm tak mocno, jak Kołakowski trzy lata po śmierci Stalina…

Dzień bez komórek mózgowych

15 lipca to tradycyjnie Dzień Bez Telefonu Komórkowego – dziwaczne święto, przy okazji którego wmawia się ludziom, że kolejne po samochodzie (22 września), komputerze (3 maja) i staniku (30 maja) błogosławieństwo rozwoju cywilizacji jest źródłem grzechu, uzależnienia, licznych chorób (od zwyrodnienia kciuka poczynając, na raku mózgu kończąc) i ogólnej degeneracji rodzaju ludzkiego. Większość na szczęście w te bzdury nie wierzy i telefonu nie wyłączy… Gdyby jednak kogoś naszła ochota, polecam w ramach odtrutki dyskusję na temat antykomórkowej propagandy, którą kilka dni temu miałem przyjemność odbyć w Radiu Euro: