Sierpień 2009 - archiwum

Depresja powakacyjna

31 sierpnia, ostatni dzień tradycyjnie rozumianych wakacji, przypadł w tym roku w poniedziałek. Oznacza to, że choć dzieci do szkół wybiorą się dopiero jutro (a studenci na uniwersytety dopiero za miesiąc), ich rodzice już dziś wracają do hal fabrycznych, kas sklepowych i za biurka. Nie wszyscy w podskokach: wielu na myśl o końcu wakacji i powrocie do miejsca pracy odczuwa obniżenie nastroju (w pełni uzasadnione, jeśli urlop był pełen wrazeń i przyjemności, a praca nudna, monotonna lub zbyt nisko płatna), apatię, załamanie lub agresję (wobec podwładnych, interesantów, czy nawet dzieci, które ciagle mają wolne). O tym, jak sobie z tym poradzić, zapytała mnie dziś rano w Radiu Dla Ciebie Joanna Ołdakowska:

Stalin wzorem dla Wałęsy

Lech Wałęsa opowiada „Rzepie”, jak fajnie byłoby dziś w Polsce, gdyby 20 lat temu nie poświęcił się głupio dla demokracji tak, jak się poświęcił, i zamiast dzielić się władzą z bezrozumnym społeczeństwem, wprowadził w kraju totalitarną dyktaturę:

Zastanawiam się czasami, czy gdybym nie oddał wszystkiego demokracji, tylko był jak Stalin, Lenin czy Castro, to czy efekty nie byłyby dużo większe. Naród nie był przygotowany do rządzenia, nie było kadr ani programów, wielkie możliwości tak naprawdę nie zostały wykorzystane. Uwierzyłem jednak w demokrację. Uważałem, że nawet jeżeli coś nie będzie tak, to demokracja wszystko naprawi, zrobi to lepiej niż ja. (…) Tylko, że ograniczając demokrację, być może można było zyskać więcej.

Lech więc sobie gdyba, a mnie nachodzi pytanie, które trapi ludzkość od czasu, jak Herakles w przypływie dobrego humoru wyrżnął wszystkie swoje dzieci: co naród powinien robić ze swymi bohaterami, jeśli tym zdarzy się sfiksować?

Psychologia totolotka

Włosi oszaleli na punkcie totolotka. I trudno im się dziwić: do wygrania w najbliższy poniedziałek mają 136 milionów euro, czyli ponad 560 milionów naszych złotych. Marcin Szymaniak namówił mnie z tej okazji z tej okazji na mały wywiad, który poszedł w dzisiejszym numerze „Rzeczpospolitej”. Parę mych przemyśleń wyleciało z wersji ostatecznej (czemu trudno się dziwić, rozmowa trwała pół godziny, a zostały z niej cztery akapity), więc dodaję je tutaj w nawiasach:

Rz: Dlaczego w przypadku dużej kumulacji ludzie masowo wykupują losy, mimo że prawdopodobieństwo wygranej jest bliskie zeru?
: [...] Rzecz w tym, iż prawidłowo funkcjonujący człowiek [na ogół] myśli, że spotkają go rzeczy dobre. Ma nadzieję, że wygra [w totolotka], choć jest to absurdalne [a przynajmniej niezwykle mało prawdopodobne. Nie wierzysz, Czytelniku? No to wyobraź sobie, że zakreślasz na kuponie numerki 1, 2, 3, 4, 5, 6. I teraz odpowiedz mi: jak sądzisz, czy prawdopodobieństwo, że je trafisz jest większe, czy mniejsze, niż to, że trafisz zupełnie przypadkową kombinację liczb? Większość z nas odpowie, że taka kombinacja jest mniej prawdopodobna, tymczasem w rzeczywistości jest ona tak samo prawdopodobna jak każda inna. Gdy zdasz już sobie z tego sprawę, zrozumiesz, jak mało prawdopodobne jest wygranie w toto i dlaczego tak niewielu wygrywa. Mimo to jednak pozytywne myślenie przynosi nam sporo pożytków: dzięki niemu człowiek w ogóle podejmuje wyzwania.] Zakłada firmę, licząc na sukces, choć część takich przedsięwzięć kończy się klapą. [...] Gdyby nie ten efekt, firmy by nie powstawały, gospodarka by stanęła, społeczeństwo pogrążyłoby się w stagnacji.
Rz: Gdy stawka jest mniejsza, chętnych do gry nie ma jednak tak wielu.
: Standardowa wygrana nie działa na wyobraźnię, bo ludzie się do niej przyzwyczaili. Kierują się poza tym w pewnym sensie rachunkiem ekonomicznym. Czym innym jest zapłacić 2 zł i wygrać milion, a czym innym za te 2 zł dostać 100 milionów. Co można mieć za milion? W Polsce zwycięzca zmienia mieszkanie czy dom, kupuje nowe auto i dużo już mu z tego nie zostaje. Ze 136 milionami euro, tak jak dziś we Włoszech, zwycięzca jest już natomiast milionerem pełną gębą.
Rz: I żyje sobie w puchu, nie pracując, do końca swoich dni.
: Nie zawsze. Zdarzały się przypadki takich zwycięzców, którzy przepuścili wygraną i kiepsko skończyli.
Rz: Mieszkańcy Ficarry na Sycylii zbiorowo skreślili numery związane z Matką Boską, licząc na pomoc.
: To próba przechytrzenia rachunku prawdopodobieństwa [podobna innym zabiegom magicznym, które ludzie wykonują od zarania dziejów. Każdy taki zabieg ma to do siebie, że od czasu do czasu przynosi skutek. Jeśli tańczymy, by wywołać deszcz, zawsze jest szansa, że ten deszcz spadnie - tyle że dziś dzięki postępom nauki wiadomo już, że związek przyczynowo-skutkowy tu, łagodnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. To jednak nie przeszkadza niektórym wierzyć w taki lub podobny związek i uzasadniać swą wiarę anegdotycznymi przypadkami zaklęć, czarów i modlitw, które odniosły skutek. Na takiej ludzkiej łatwowierności zbudowały swój sukces m.in. sanktuaria, przyjmujące rocznie miliony pielgrzymów i mogące pochwalić się np. setką "cudów", udokumentowanych w ostatnich 50 lat. Ale na lekcjach religii nie uczy się statystyki]. Gdyby [mieszkańcy Ficarry] wygrali, byłoby to dla nich potwierdzeniem skuteczności tego zabiegu. Ale jeśli przegrają, na pewno nie osłabi to ich wiary. Prawdopodobnie uznają, że akurat w tej dziedzinie Matka Boska nie działa i na przyszłość będą chcieli pomóc sobie innym sposobem. Mogą na przykład zapytać o poradę wróżkę. Grający na loterii często tak robią, nie zwracając jakoś uwagi, że gdyby wróżka znała szczęśliwe numery, to sama skreśliłaby zakład i została milionerką.

Awantura o Rorschacha

Od kilku tygodni wrze w środowiskach amerykańskich psychoanalityków, psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów, po tym, jak kanadyjski lekarz James Heilman opublikował na anglojęzycznej Wikipedii plansze i klucze testu plam Rorschacha. Zrobił to w pełni legalnie, gdyż prawa autorskie, chroniące stworzone przed 90 laty narzędzie diagnostyczne, niedawno w Stanach wygasły. Krok Heilmana i późniejsza odmowa usunięcia materiałów ze strony administratorów Wikipedii sprawiły, że na internetową encyklopedię posypały się gromy: ostatnio nawet z łamów wpływowego New York Timesa.

Prym w ataku wiodą psychoanalitycy i psychologowie kliniczni. Skądinąd trudno dziwić się ich zacietrzewieniu: większość na co dzień używa testów Rorschacha w pracy z pacjentami i klientami, mimo kontrowersji, jakie narzędzie to budzi od ponad półwiecza.

Rorschach_blot_05Test Plam Rorschacha to bowiem w istocie nie żaden test (w potocznym tego słowa rozumieniu), tylko zestaw 10 tablic z symetrycznymi plamami z atramentu. Pięć plam jest szaroczarnych (przykładowa po lewej stronie), dwie – szaroczerwone, a trzy – kolorowe. Wszystkie są wieloznaczne i mogą być dowolnie interpretowane w zależności od pory dnia, temperatury otoczenia i stopnia napełnienia żołądka osoby odpowiadającej.

W trakcie samej diagnozy badany siedzi sobie wygodnie, patrzy na pokazywane mu plamy i mówi, co widzi. To, co twierdzi, że zobaczył (motylki, słonie i niedźwiadki są generalnie OK, faceci z siekierami, którzy właśnie posiekali swe córki – już nie bardzo), na czym się skoncentrował (zbyt wysoka szczegółowość odpowiedzi znamionować może nerwice i obsesje), jakie dodatkowe uwagi zgłosił (konstatacja, że rysunki są lustrzanymi odbiciami, to na przykład niezawodny sygnał narcyzmu) oraz jak zachowywał się przy udzielaniu odpowiedzi (czy np. nie był zbyt spokojny lub zbyt zdenerwowany), pozwoli potem badającemu ustalić, jakie choroby psychiczne i fizyczne dręczą pacjenta. „Fizyczne” wpisałem tu nie bez kozery: część entuzjastów plam Rorschacha uważa, że można z ich pomocą zdiagnozować nawet raka.

Trochę gorzej radzi sobie Rorschach z przypadłościami psychicznymi. Gdy w 1999 w ramach jednej z prób udowodnienia wartości diagnostycznej testu przebadano nim 123 przypadkowo dobranych klientów pewnej kalifornijskiej stacji krwiodawstwa, niezależnie interpretowane wyniki pokazały… schizofrenię u co szóstego badanego i patologiczny poziom narcyzmu u co trzeciego! Nie trzeba chyba dodawać, że żaden z przebadanych krwiodawców nie zdawał sobie wcześniej sprawy z posiadania tych tragicznych przypadłości.

Standardem w diagnozowaniu chorób z uwag o plamach jest też nadreprezentacja zaburzeń osobowości, które w warunkach laboratoryjnych test wykrywa u co drugiego badanego. Nawet przeciwnicy narzędzia przyznają jednak, że notuje ono większą skuteczność na polu identyfikowania przestępców seksualnych i ich ofiar niż lanie wosku i czytanie z fusów.

Wszystko to brzmi tak absurdalnie, że aż zabawnie. Przestaje jednak człowiekowi być do śmiechu, gdy sobie uświadomi, że skompromitowany metodologicznie test, którego rzetelność doprowadza do białej gorączki specjalistów od psychometrii, a trafność wywołuje uśmiech politowania u certyfikowanych różczkarzy i doświadczonych tarocistek, jest najczęściej wykorzystywanym na świecie narzędziem „profesjonalnej” diagnozy psychologicznej. Dość wspomnieć, że sondażu przeprowadzonym w 1995 roku do używania testu przyznało się 82% amerykańskich psychologów klinicznych. 43% dodało, że sięga po niego często. Co więcej, w latach 1996-2006 częstotliwość jego stosowania wzrosła podobno aż czterokrotnie…

W tym momencie przestaje dziwić zaciekłość, z jaką światek pseudonaukowców z tytułami (żeby nie było, że uogólniam: przeważająca większość psychologów publikujących w recenzowanych czasopismach gromadzi dane za pomocą zestandaryzowanych, rzetelnych i trafnych testów, które w przeciwieństwie do Rorschacha dają porównywalne i powtarzalne wyniki; problem w tym, że większość tych badaczy robi kariery w laboratoriach uniwersyteckich lub w marketingu, a nie idzie „leczyć” ludzi) stanął w obronie swej tajemnej dotąd wiedzy. No, właściwie nie tak do końca tajemnej: plamy i ich interpretacje znaleźć można było zarówno w amerykańskich podręcznikach, jak i w literaturze „popularnej” od ponad 30 lat. W opublikowanym w 1983 r. bestsellerze „Big Secrets” Williama Poudstone’a znalazł się nawet oddzielny rozdział, poświęcony drobiazgowej analizie każdego z obrazków. Książka zawierała również zalecenia, jak odpowiadać, by badający wziął nas za samo dobro. Jak wszystkie „tajne” testy psychologów, był też Rorschach obecny w internecie. ilustracje i klucze nietrudno było znaleźć m.in. na serwisach wymiany plików typu rapidshare i w sieciach P2P. Wystarczyło poszukać.

Publikacja na Wikipedii sprawiła, że już nie trzeba szukać – po wpisaniu frazy „Rorschach test” w okno google’a hasło z internetowej encyklopedii wyskakuje jako pierwsze. Zawartość hasła tymczasem na razie raczej nie zniknie: Wikipedyści cenzury nie lubią, więc w sporze stanęli murem za Heinmanem.

Zwolennikom tajności testu pozostało złorzeczenie społecznościom internetowym i biadolenie nad tym, jak to ujawnienie ich tajemnicy uderzy w pacjentów. Heinman w odpowiedzi przypomina historię używanej przez okulistów tablicy Snellena. Służącą do oceny ostrości wzroku planszę od lat można sobie ściągnąć z sieci i przed pójściem do okulisty nauczyć się umieszczonych na niej liter na pamięć. Mimo to ani większość pacjentów tego nie robi, ani żaden okulista przy zdrowych zmysłach nie nawołuje do utajnienia narzędzia.

Na przeciwnym biegunie mamy szamanów i czarowników, którzy od zarania dziejów strzegli swych sekretnych zaklęć i rytuałów przed oczami profanów, argumentując, że zaklęcie poznane przez osobę niepowołaną w najlepszym razie straci swą moc, a w najgorszym ściągnie na społeczność gniew bogów. Nie trzeba chyba nadmieniać, że (w przeciwieństwie do dobieranych przez okulistów szkieł) rzeczywista skuteczność sprowadzających deszcz tańców i uzdrawiających rymowanek pozostawiała mimo zapewnień szamanów wiele do życzenia.

Atakujący Wikipedię terapeuci zdecydowali, czy chcą być zaliczani do kategorii naukowców, czy czarowników, w chwili, gdy po raz pierwszy sięgnęli po test Rorschacha (lub pokrewne mu metody projekcyjne) w celach nierozrywkowych. Czyżby nikt im nie powiedział, że bycie szamanem zawsze niesie ze sobą ryzyko w chwili, gdy publiczność zobaczy, że nasza sztuczka to humbug?

Sztuka guglowania (dla dziennikarzy)

Pisałem już trochę w innych miejscach na temat szumu, jaki trwa w Stanach wokół plakatu Obama-Joker. Dziś pora zająć się najbardziej kuriozalnym aspektem reakcji prasy na kontrowersyjną grafikę, ilustrującym zatrważającą nieporadność znacznej części amerykańskich dziennikarzy na polu wyszukiwania i selekcji informacji. Nawet tej, którą sama wyrzuca z siebie wyszukiwarka Google.

Dla niezorientowanych: chodzi o plakat, który pojawił się na ulicach Los Angeles na początku poprzedniego tygodnia i wywołał natychmiastowe poruszenie, któremu trudno się dziwić, jesli wziąć pod uwagę, kogo i w jakiej roli plakat przedstawiał:

socialism

Zacznijmy od tego, że prawie każde doniesienie prasowe o plakacie zawierało akapit na temat jego autorstwa. To autorstwo przeciętnemu amerykańskiemu dziennikarzowi było nieznane – w końcu grafika nie była podpisana. Akapit wyglądał więc mniej więcej tak:

Nobody knows yet who the artist is, but it seems almost certain that the poster, titled „Socialism,” first appeared here in Los Angeles.

LA Daily, 7 sierpnia, autor: Jill Stewart

Po prawdzie, szybko okazało się, że dziennikarzom w informacyjnej nieporadności nie ustepują i blogerzy. Z tym, że ci najczęściej nie poprzestawali na prostej konstatacji faktu, lecz szli dalej i zadali pytanie o powód anonimowości. Po czym sami sobie na nie odpowiadali:

The caricature of Barack Obama (…) is really making the rounds on the internet. The artist is unknown (probably to protect him or herself from the venom of those compassionate, open-minded, caring liberals).

Living Lake Country, 8 sierpnia, autor: A. L. Geiger-Hemmer

Nikt jednak nie poleciał w swych rozważaniach tak daleko, jak redaktor jednego z najbardziej znanych i opiniotwórczych amerykańskich dzienników. Wytłuszczam cały cytat, który sam w sobie stanowi jedną z najbardziej absurdalnych rzeczy, jakie w życiu dane mi było oglądać:

The great virtue of an anonymous poster campaign is that it anticipates unspoken fears or claims, and leads the debate by insinuating and teasing out ideas that would be too explosive or alienating if simply dumped into the public forum by responsible actors. (…) So why the anonymity? Perhaps because the poster is ultimately a racially charged image. By using the „urban” makeup of the Heath Ledger Joker, instead of the urbane makeup of the Jack Nicholson character, the poster connects Obama to something many of his detractors fear but can’t openly discuss. He is black and he is identified with the inner city, a source of political instability in the 1960s and ’70s, and a lingering bogeyman in political consciousness despite falling crime rates.

The Washington Post, 6 sierpnia, autor: Philip Kennikot

Dość już wszak cytowań. Pora na mały eksperyment: wpisujemy w google’a słowa „obama” i „joker” i wciskamy enter. Po wyświetleniu się informacji o 8,490,000 wynikach w lewym głównym rogu klikamy w napis „Images”. Link do oryginału, który na na flickr.com wisi od stycznia, okazuje się być… dziesiąty. google2 Autor syntezy twarzy Jokera i Obamy nazywa Firas Khateeb, ma 21 lat, studiuje w Chicago i lubi bawić się Photoshopem. Nie głosuje na Republikanów i nie ma zbyt wielu powodów, by być ksenofobicznym, białym rasistą: jest Arabem pochodzącym z Bliskiego Wschodu. Jedyną gazetą, której dziennikarze dali radę ustalić jego imię i nazwisko (i to tylko dzięki wydatnej pomocy pewnego czytelnika Bedlam Magazine), okazał się… brytyjski The Guardian.

Przełom w protetyce

Japońska firma Cyberdyne poinformowała o zakończeniu prac nad urządzeniem, który już wkrótce umożliwi osobom niepełnosprawnym, sparalizowanym i pozbawionym kończyn poruszanie się i manipulację przedmiotami.

Urządzenie, które jest zarówno strojem, jak i robotem (o czym można przekonać się, oglądając pokazujący jego funkcjonowanie film), nazywa się HAL (Hybrid Assistive Limb) i waży 23 kg. Składa się z komputera, plecaka z zasilaniem, paska i przylegających nakładek na kończyny. Opis jego działania cytuję za TVN24:

W momencie, gdy człowiek zamierza się ruszyć, jego mózg wysyła sygnały nerwowe do mięśni, które można wykryć na powierzchni skóry. Strój jest w stanie zidentyfikować ślady pozostawione przez te sygnały dzięki czujnikom podłączonym do skóry, co rozpoczyna kolejną reakcję. Sensory wysyłają informacje do jednostki energetycznej mechanicznego kostiumu, który następnie wykonuje identyczne ruchy jak właściciel. Zależnie od wersji noszonego stroju, pomnaża on siłę użytkownika od dwóch do dziesięciu razy. (…)
HAL pomaga także w wykonywaniu codziennych czynności – wstawaniu z krzesła, chodzeniu, wchodzeniu na schody oraz podnoszeniu ciężkich przedmiotów. Strój może pracować bez przerwy przez prawie pięć godzin. Pomimo swojej wagi nie obciąża użytkownika, gdyż jego mechanika sprawia, że sam utrzymuje swój ciężar.

Jak szacuje producent, wypożyczenie aparatu na miesiąc będzie kosztować 220 tysięcy jenów – czyli równowartość 7 tysięcy złotych. Cena do przyjęcia dla Japończyka, nie zdziwię się zatem, jeżeli już wkrótce HAL trafi pod strzechy Kraju Kwitnącej Wiśni. A potem pewnie także i nasze.