Wrzesień 2009 - archiwum

Socjobiologia seksu z nastolatką

Nic tak nie kręci ostatnio mediów w Polsce, USA i Francji, jak seks dorosłego mężczyzny z trzynastoletnią dziewczynką. Wszystko za sprawą bardzo znanego reżysera, któremu na starość przychodzi odpowiedzieć za pewien grzech młodości (jeśli można tak nazwać okolice czterdziestki). Z tej okazji opowiemy dziś sobie o tym, co dokładnie ciągnie niektórych statecznych, ustawionych panów w sile wieku do podlotków – i dlaczego.

Nim przejdę do właściwych rozważań, pragnę jednak wyraźnie zaznaczyć, że żadna część tego wpisu nie ma na celu obrony tych, którzy dopuszczają się z nieletnimi czynów zagrożonych sankcją prawną. Wbrew temu, co na filmach amerykańscy adwokaci próbują wmówić sędziom przysięgłym, zrozumieć to wcale nie znaczy usprawiedliwić. Mogę doskonale rozumieć motywy X-a, który napadł na bank (chciał być bogatszy), za plecami żony związał się z kochanką (rozpowszechniona wśród wielu gatunków skłonność samców do kumulacji samic) czy jako polityk załatwił swojej córce intratną posadę w państwowym przedsiębiorstwie (biologiczny imperatyw dbania o własne geny), ale to wcale nie znaczy, że mam ich traktować bardziej pobłażliwie. Większość ludzi chciałaby mieć dużo pieniędzy, co jednak wcale nie przekłada się u nich na okradanie banków; gros mężczyzn lubi seks – ale to nie znaczy, że kopulują z każdą chętną kobietą i gwałcą każdą, która stawia opór. Jeśli ktoś powyższych hamulców nie ma, powinien ponosić tego konsekwencje (choć zupełnie innym problemem jest tu adekwatność kary: już Rzymianie wiedzieli, że chcącemu nie dzieje się krzywda, zatem ściganie Polańskiego przez pół życia za czyn, co do którego ciężko nawet stwierdzić, czy ofierze – dla której nie był to pierwszy stosunek i którą reżyserowi na seks podesłała własna matka – w jakikolwiek sposób zaszkodził, może się niektórym wydawać absurdem; tylko że – tu uwaga do artystów i ludzi kultury – jak nam się jakiś przepis prawny nie podoba, warto go zwalczać w ogóle, a nie wyłącznie wtedy, gdy za jego naruszenie przymkną nam kolegę).

Dla psychologa ewolucyjnego ludzie są przede wszystkim zwierzętami. Jak wszystkie inne zwierzęta mają więc genetycznie zakodowane instynkty, sprawiające, że odczuwają głód, kiedy organizmowi zaczyna brakować energii (lub przynajmniej gdy do mózgu dochodzą – nie zawsze prawdziwe – informacje, że zgromadzonym w postaci tłuszczu zasobom energii grozi wyczerpanie), pragnienie (gdy mózg uznaje, że w organizmie jest za mało płynów), czy zmęczenie i senność (gdy mózg lub reszta organizmu potrzebują regeneracji). Jednym z takich instynktów jest popęd do rozmnażania się – niezmiernie ważny, gdyż tylko dzięki niemu człowiek jest w stanie przekazać dalej swój materiał genetyczny.

Teraz parę słów o wymaganiach i preferencjach, jakie mężczyźni historycznie (nasze potrzeby seksualne nie ukształtowały się wczoraj – odpowiadają za nie miliony lat doboru naturalnego na afrykańskich stepach) wykazywali w stosunku do potencjalnych partnerek, tak w związkach stałych, jak i przelotnych. Zgodnie zarówno z dzisiejszą wiedzą psychologów ewolucyjnych, jaki i z sądami potocznymi, nie są one zbyt skomplikowane, ba, na rynku nie brakuje też przystępnie napisanych podręczników akademickich („Psychologia ewolucyjna” Davida M. Bussa, „Kobiety i mężczyźni: Odmienne spojrzenia na różnice” Bogdana Wojciszkego), jak i publikacji popularnonaukowych („Ewolucja pożądania” Bussa, „Mózg i płeć” Debory Blum, „Geny a charakter” Deana Hamera, „Czerwona królowa” Matta Ridleya), których twierdzenia w interesującej nas materii pozwolę sobie tu pokrótce streścić.

Zatem od początku: to, co najbardziej wpływa na postrzeganą atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny, to według socjobiologów przede wszystkim szeroko rozumiane wyznaczniki zdrowia i płodności przyszłej partnerki – cechy, które miały mężczyznę upewnić, że kandydatka na żonę lub partnerkę urodzi mu dużo dzieci. Jak pokazują badania międzykulturowe zespołu Bussa, mężczyźni w wielu zróżnicowanych społecznościach zwracają uwagę przede wszystkim na takie cechy potencjalnej partnerki, jak budowa ciała, piersi, bioder, czy (uwaga!) sygnały świadczące o wieku kobiety.

Psychologowie ewolucyjni nie mają problemu z określeniem przyczyn tego zjawiska. W naszej ewolucyjnej przeszłości, aby mężczyzna mógł odnieść sukces reprodukcyjny (czyli jak najwydajniej przekazać dalej swe geny), potrzebował kobiety zdolnej do urodzenia maksymalnej liczby dzieci. Śmiało można powiedzieć, że w społeczeństwach pierwotnych czy nawet znanych nam pierwszych cywilizacjach, im więcej potomstwa kobieta mogła wydać na świat, tym większa była jej wartość na rynku matrymonialnym – czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, wartość rozrodcza. Trudno zaś nie zauważyć, że np. trzynastolatka ma wyższą wartość rozrodczą niż trzydziestolatka – ta pierwsza ma przecież przed sobą czas na urodzenie statystycznie większej liczby dzieci. Dlatego nie dziwi nikogo, że zanim ludzkość wpadła na pomysł, że dobro dziecka należy chronić także w sferze seksualnej, związki takie jak małżeństwo dorosłego Jagiełły z dwunastoletnią Jadwigą, uznawano za absolutną normę.

Dokładne wytyczne, jakie w mózgach większości mężczyzn zakodowały geny w materii wyboru partnerki, skrupulatnie wyliczył Steven Pinker w „Jak działa umysł”:

Czego powinni szukać mężczyźni u kandydatki na żonę? Pomijając wierność, która jest gwarancją ich ojcostwa, kobieta powinna być zdolna do urodzenia tylu dzieci, ile to możliwe (tak zostały skonstruowane nasze skłonności: nie znaczy to jednak, że mężczyźni dosłownie chcą mnóstwa niemowlaków). Powinna być płodna, co znaczy, że powinna być zdrowa i dojrzała, ale przed okresem przekwitania. (…) W małżeństwie liczy się, ile potomków mąż może oczekiwać od żony na dłuższą metę. Ponieważ kobieta może urodzić i wykarmić piersią jedno dziecko co kilka lat, a liczba jej płodnych lat jest ograniczona, im młodsza panna młoda, tym większa przyszła rodzina. Dotyczy to nawet najmłodszych żon, mimo że nastolatki są nieco mniej płodne niż kobiety po ukończeniu dwudziestego roku życia.

Co znamienne, zaraz potem zauważa Pinker, że ta potępiana i wyśmiewana skłonność mężczyzn do młodszych partnerek przewrotnie wynika… z faktu, że ludzkie samce partycypują w opiece nad potomstwem:

Jakby na przekór teorii, że „mężczyźni są szujami”, zamiłowanie do powabnych młodych dziewcząt mogło ewoluować w służbie małżeństwa i ojcostwa, a nie przygodnych romansów. Wśród szympansów. gdzie rola ojca kończy się wraz z kopulacją, niektóre z najbardziej pomarszczonych i obwisłych samic są najbardziej seksowne.

Jednostkowe przypadki nie musiały, oczywiście, potwierdzać statystyki ogólnej. Wystarczyło jednak, by mężczyźni wiążący się z młodszymi kobietami zostawiali choćby trochę więcej dzieci niż ci wolący panie dojrzałe, by w perspektywie dziesiątków i setek tysięcy lat to ich geny wygrały i zdominowały populację.

Tym, którzy chcieliby wyliczance Pinkera zarzucić, że to wyjaśnianie ex post, psycholog ewolucyjny David Buss podaje w „Psychologii ewolucyjnej” dalsze dowody pośrednie:

Po pierwsze, mężczyźni odpowiadający na ogłoszenia matrymonialne częściej są zainteresowani tymi kobietami, które deklarują, że są młode i atrakcyjne fizycznie. Po drugie, mężczyźni na całym świecie poślubiają kobiety średnio o 3 lata od nich młodsze; mężczyźni, którzy rozwodzą się i żenią powtórnie, wybierają jeszcze młodsze kobiety. Średnia różnica wieku przy powtórnym małżeństwie wynosi 5, a przy trzecim – 8 lat. Po trzecie, kobiety poświęcają dużo energii na poprawienie swojego wyglądu, co świadczy o tym, że męskie preferencje wpływają na ich zachowanie. Po czwarte, kobiety w walce z rywalkami posługują się często takimi metodami, jak kwestionowanie ich urody (…). Metody te są skuteczne, ponieważ godzą w czuły punkt męskich oczekiwań względem stałej partnerki.

Oczywiście, jak zauważa ten sam autor w „Ewolucji pożądania”, dana nastolatka może okazać się bezpłodna i nie urodzić żadnego dziecka, a trzydziestopięciolatka mimo swego wieku może jeszcze wydać na świat przynajmniej pół tuzina potomków. Statystycznie jednak wśród naszych przodkiń liczba potencjalnych dzieci odwrotnie korelowała z wiekiem i nasi praojcowie musieli to brać pod uwagę. W każdym razie ci, którzy nie brali, nie są naszymi praojcami.

Rzeczywista wartość rozrodcza kobiety ma jednak to do siebie, że nie jest wprost zauważalna. Kobieta wyglądająca na młodą i zdrową może być w istocie bezpłodna lub rodzić dzieci z obciążeniami genetycznymi. O wszystkim tym mężczyzna nie może się dowiedzieć z jej wyglądu – czasami nie wie o tym sama kobieta. Niemniej, jak dodaje Buss, nasi przodkowie musieli polegać na jakichś pośrednich i łatwo dostrzegalnych wskazówkach co do rzeczywistej zdolności reprodukcyjnej kobiety. Najlepszymi kandydatami na takie wskaźniki były zaś młodość i zdrowie. Nawet dziś kobieta stara czy chora ma znacznie mniejsze szanse na wydanie na świat potomka niż młoda i zdrowa. W czasach naszej ewolucyjnej historii szanse kobiet starszych (co wtedy oznaczało przekroczenie 30-tki) czy chorych, zarówno na potomstwo, jak i na samo przeżycie, były tymczasem drastycznie mniejsze mniejsze niż współcześnie. Trudno się w takim razie dziwić, że nasi praojcowie na partnerki seksualne brali je w ostatniej kolejności.

Jak się to wszystko jednak ma do sprawy Polańskiego – zapytasz zapewne czytelniku – skoro wiemy, że reżyser nie spółkował z nastolatką po to, żeby mieć potomstwo, ba, podjął nawet pewne środki zaradcze (seks analny), by tego uniknąć. Tu znów wkracza Pinker, który – tym razem w kultowej książce „Tabula rasa: Spory o naturę ludzką” – bardzo przystępnie wyjaśnia to, przechodząc od genów do błyskotliwej teorii bliższych i dalszych celów adaptacyjnych:

Wszystko to nie oznacza, że ludzie w sensie dosłownym dążą do kopiowania swoich genów. Gdyby nasz umysł działał w taki właśnie sposób, to mężczyźni ustawialiby się w kolejkach do banków spermy, a kobiety płaciłyby za możliwość oddawania własnych komórek jajowych bezpłodnym parom. Można jednak wnioskować, że dziedziczne systemy służące do uczenia się, myślenia i odczuwania mają taką konstrukcję, jaka na ogół sprzyjała przetrwaniu i bardziej skutecznej reprodukcji w środowiskach, w których ewoluowali nasi przodkowie. Ludzie lubią jeść, a w świecie pozbawionym barów szybkiej obsługi motywowało ich to do odżywiania się, nawet jeśli nigdy nie myśleli o jedzeniu w kategoriach jego wartości odżywczej. Ludzie uwielbiają seks i kochają dzieci, a w świecie, w którym nie znano antykoncepcji, te upodobania wystarczyły, aby geny mogły same zatroszczyć się o siebie.
Różnica między mechanizmami, które w danej chwili (w czasie rzeczywistym) popychają organizmy do działania, a tymi, które kształtowały organizmy w toku ewolucji, jest tak istotna, że doczekała się naukowego nazewnictwa. Przyczyna bliższa (proximate cause) to mechanizm uruchamiający konkretne zachowania w czasie rzeczywistym, na przykład głód czy pożądanie, które popychają ludzi do jedzenia i uprawiania seksu. Przyczyna dalsza (ultimate cause) to motyw adaptacyjny, leżący u źródeł danej przyczyny bliższej, na przykład potrzeby odżywienia organizmu i rozmnażania się, pod których wpływem ewoluowały w nas popędy głodu i pożądania seksualnego. Rozróżnienie między przyczynami bliższymi a dalszymi jest niezbędne do tego, abyśmy mogli zrozumieć samych siebie, wyznacza ono bowiem odpowiedź na wszelkie pytania typu: „Dlaczego ten człowiek postąpił w taki, a nie inny sposób?” Rozważmy prosty przykład. Na poziomie przyczyn dalszych ludzie uprawiają seks, żeby się rozmnażać (bo przyczyną dalszą współżycia seksualnego jest reprodukcja), ale na poziomie przyczyn bliższych mogą robić wszystko, co w ich mocy, żeby nie doszło do zapłodnienia (bo przyczyną bliższą uprawiania seksu jest przyjemność).

I tyle o jawnych i ukrytych motywach Polańskiego, gdy zrywał trzynastoletni owoc. O intencjach i motywach samego owocu napiszę już wkrótce.

Piraci, fiskus i Pawka Morozow

W walce z wymianą plików przez użytkowników internetu, coraz bardziej przypominającej walkę z wiatrakami, każdy orze jak może. Tacy Francuzi, kiedyś naród Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, łapkami deputowanych z partii Sarkozy’ego pozwolili tydzień temu za ściąganie filmów z rapidszerów i torrentów zamykać się w więzieniach. W Polsce, jak zwykle, gorzej, bo tu zlecenie na „piratów” dostała instytucja, przy której policja i więziennictwo to pryszcze: fiskus. I teraz Urząd Kontroli Skarbowej straszy, że każdemu, kto ściągnie z Sieci coś nielegalnie (lub nawet legalnie, lecz nie płacąc), każe zapłacić nie tylko VAT uzależniony od rynkowej wartości produktu, ale i 75-procentowy PIT od zatajonego zarobku. Kto bowiem wszedł za darmo w posiadanie czegoś, za co inni bulą ciężką kasę, siłą rzeczy wzbogacił się – czyli popełnił czyn, za który polskie urzędy skarbowe karzą równie dotkliwie, jak za wymianę usług sąsiedzkich, pomoc potrzebującym i wszelkie inne zachowania prospołeczne.
Swoją drogą, miłosierny Samarytanin i uratowany przez niego w Nowym Testamencie wędrowiec mieli jednak szczęście, że nie żyli w naszym chrześcijańskim kraju, podobnie jak potrzebujący, dla których Jezus rozmnażał chleb i ryby, czy chorzy, których uzdrawiał. Już widzę, jak polskie Urzędy Skarbowe pierwszym naliczają podatek od rynkowej wartości tego, co zjedli, drugim – od nominalnej ceny leków na choroby, z których cudem wyzdrowieli, a samego Jezusa wysyłają na krzyż za wielokrotny współudział w przestępstwach skarbowych…

Wróćmy jednak do piractwa w sieci. I francuskich, i polskich instytucjonalnych wrogów wolności wymieniania się plikami przebili Meksykanie, którzy w nierównej walce z plagą XXI wieku postanowili sięgnąć po metody opracowane osobiście przez największego w historii teoretyka praworządności, Józefa Stalina… I uderzyć w dzieci. Zaczęło się od tego, że w styczniu pojawiły się w tamtejszej TV w najlepszym czasie antenowym sponsorowane przez lokalny ZAiKS, CANACINE, reklamy społeczne, których zadaniem było uświadomić najmłodszym, jakim wstydem i obciachem jest w jednym z biedniejszych krajów świata posiadanie rodziców, którzy gromadzą w domu nielegalne kopie przebojów filmowych:

Drugie uderzenie nastąpiło w zeszłym tygodniu, gdy organizacja Instituto Mexicano de la Propiedad Industrial (IMPI) rozpoczęła trzecią edycję konkursu „Dzieci przeciw piractwu”. Według regulaminu, przystąpić do niej może każdy mały Meksykanin, który namaluje obrazek, przedstawiający, w jaki sposób łamie się prawa autorskie w jego najbliższym otoczeniu (w domu, rodzinie, wśród znajomych i najbliższych), i wyśle ten obrazek do IMPI, najlepiej z dokładnym opisem przestępstwa i adresem zwrotnym. Na małych kapusiów czeka potem chwała i rozgłos na miarę Pawki Morozowa (dziecięcy bohater z radzieckich bajek, który z miłości do Stalina donieść miał komunistom, że jego ojciec pomaga uciekającym z łagrów; gdy ojca zabito, chłopiec zginąć miał z rąk swych zaślepionych żądzą zemsty krewniaków, stając się dzięki temu pierwszym sowieckim dzieckiem-męczennikiem), IMPI tymczasem zatroszczy się o ich rodziny.

Pierwsze łagry i masowe rozstrzelania zidentyfikowanych w ten sposób internetowych kułaków zapewne już wkrótce.

Dzień bez… sensu

Krótki wywiad z „Życia Warszawy” gwoli uczczenia obchodzonej w tych dniach serii świąt propagandowo-ekologicznych. Tradycyjnie uzupełniony o to, co z wypowiedzi nie zmieściło się w gazecie:

Piotr Szymaniak: W najbliższy weekend przypada kolejna edycja akcji „Sprzątanie świata“. We wtorek następny Dzień bez Samochodu. Czy takie akcje mają sens?

Tomasz Łysakowski: To zależy. Tego typu inicjatywy można podzielić na dwie grupy: potrzebne i pożyteczne oraz te modne, ale [zbędne, a czasami] wręcz szkodliwe. Choćby akcja „Godzina dla ziemi“, w której wyłączamy urządzenia elektryczne. Przecież gdyby wszyscy się do tego szalonego pomysłu zastosowali, to straty [energii, wywołane] przez ogromne skoki napięcia, byłyby o wiele większe [od tego, co udało by się zaoszczędzić, wyłączając nawet miliony urządzeń]. Albo Dzień bez Internetu, Samochodu czy Telefonu Komórkowego. Wszystko to ma znaczenie symboliczne, bo mieszkając we współczesnym dużym mieście, trudno się jednak bez tych przedmiotów obejść [dłużej niż przez kilka godzin. Większość tych, którzy dadzą się przekonać do obchodzenia tych świąt - które, nawiasem mówiąc, nie są niczym innym niż ekologiczną wersją znanych innym religią postów i ramadanów - po odbębnieniu "Dnia bez..." i tak wróci do używania komórki, internetu czy elektryczności. Choćby dlatego, że współczesnym ludziom wynalazki te są potrzebne do życia i pracy; na dobrą sprawę równie mocno, co jedzenie czy powietrze]. Natomiast akcje takie jak „Sprzątanie świata“ czy Dzień bez Papierosa mogą być pożyteczne.

PSz: Jednak z chwilą, gdy sprzątanie świata się skończy, śmieci znowu zaczną wędrować do lasu.

: Zgadza się. Ale przez czas trwania tej akcji trochę tego lasu posprzątamy. To już plus. Poza tym zawsze znajdzie się jakaś osoba, która sobie uświadomi, że zamiast się tak męczyć, zbierając te góry odpadów, można by po prostu nie śmiecić. Tak samo jest z palaczami. Osobiście znam kilka osób, które przestały palić po Dniu bez Papierosa. Nie znaczy to wcale, że akcja ma tak olbrzymią moc sprawczą, by skruszyć serce nałogowca (osoby te z takim zamiarem nosiły się już wcześniej), ale dała brakujący bodziec.

Konsumentem być… w UE

Wczoraj obiegła Polskę informacja, że niemal nazajutrz po rozprawieniu się z najbardziej ekonomicznym modelem żarówki (ekonomicznym dla konsumenta – producentowi bardziej od jednej stuwatówki opłaci się sprzedać kilka 40-to lub 60-ciowatówek lub kilkanaście halogenków), Komisja Europejska szykuje się do zakazania sprzedaży telewizorów kineskopowych oraz tańszych modeli pralek, lodówek, zamrażarek, zmywarek i czajników elektrycznych. Wypada to jakoś uczcić, do czego mało co nadaje się lepiej niż sponsorowana przez Parlament Europejski debata w Polskim Radiu Euro na temat tego, w jaki sposób Unia Europejska chroni prawa konsumentów. Znaczy te prawa, których jeszcze im nie odebrała.

Nauka czytania

„Rzeczpospolita” o tym, jak to Unia Europejska obłożyła nas rekordową karą za to, że do rządzenia krajem i dzielenia unijnej kasy wybraliśmy sobie nieudolnych młotków i funkcjonalnych analfabetów:

Budżet będzie musiał oddać 400 mln zł z dopłat bezpośrednich. Bruksela chce wysokiej kary za brak odpowiednich map działek rolnych. Przygotowuje też kolejne zarzuty. (…)
Unijni urzędnicy żądają od polskich władz zwrotu ok. 400 mln zł z budżetu rolnego lat 2006 – 2007. Decyzja już zapadła, nie została jeszcze publicznie ogłoszona. (…)
Komisja Europejska domaga się zwrotu pomocy z powodu uchybień w ewidencji gruntów rolnych. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wypłacająca unijne dotacje nie stosowała w latach 2005 2006 mapy lotniczej gospodarstw rolnych, tzw. ortofotomapy, w całym kraju. Zgodnie z unijnymi wymogami mapa ta powinna działać w technologii GIS (geograficznych systemów informacyjnych), ale agencja nie zdążyła jej wdrożyć na czas.

Na karę oczywiście zrzucimy się wszyscy (już widzę, jak rząd wykorzystuje to zdarzenie jako pretekst, by podnieść jakiś VAT lub akcyzę), bo zawsze gdzie zawinią urzędnicy, tam zapłacą podatnicy. Chociaż… przyszła mi właśnie do głowy prostsza metoda na uporanie się z problemem bez kosztów dla przeciętnego Polaka.

Powiedzmy, że w urzędach i agencjach, które „wypracowały” (daje cudzysłów, bo połączenie urzędy i pracowały w jednym zdaniu ostro mi zgrzyta) karę, kisi się co dzień jakieś 20 tysięcy urzędników (nie wiem, ilu dokładnie, lecz podejrzewam, że coś w tych okolicach). Gdybyśmy podzielili między nich te 400 milionów po równo, dałoby to okrągłe 20 tysięcy złotych na urzędniczą głowę. Nie jest to zastraszająca suma, zwłaszcza dla kogoś, kto – jak pokazuje kara – przez całe lata brał kasę za nic.

Płacić mogliby w ratach, ewentualnie potrącałoby im się z pensji. Potrącenie można by nazwać „Za naukę czytania rozporządzeń unijnych”.

Przyszłość dziennikarstwa

Czy w Polsce można mówić o dziennikarstwie obywatelskim? Czym w ogóle jest to zjawisko i kto za nim stoi? Dlaczego coraz więcej ludzi poświęca swój czas i zasoby, by tworzyć teksty i przekazy, których i tak nadmiar w internecie i których większości prawie nikt nie czyta? Jak zostać dziennikarzem obywatelskim, gdzie najlepiej publikować i w jaki sposób najskuteczniej się promować? Na te i inne pytania odpowiadaliśmy wczoraj w Radiu Dla Ciebie: ja, szef Wiadomości24 Tomasz Kowalski i specjalistka od komunikacji w internecie Barbara Czyżowicz-Lorek. Dyskusję poprowadził Robert Łuchniak.

Dopłata do dopłat

„Rzeczpospolita” o tym, jak to Unia Europejska obłożyła nas rekordową karą za to, że do rządzenia krajem i dzielenia unijnych pieniędzy wybraliśmy sobie tych, których sobie wybralismy (mocniejsze określenia na mniej cenzuralnym blogu):

Budżet będzie musiał oddać 400 mln zł z dopłat bezpośrednich. Bruksela chce wysokiej kary za brak odpowiednich map działek rolnych. Przygotowuje też kolejne zarzuty. (…)
Unijni urzędnicy żądają od polskich władz zwrotu ok. 400 mln zł z budżetu rolnego lat 2006 – 2007. Decyzja już zapadła, nie została jeszcze publicznie ogłoszona. (…)
Komisja Europejska domaga się zwrotu pomocy z powodu uchybień w ewidencji gruntów rolnych. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wypłacająca unijne dotacje nie stosowała w latach 2005 2006 mapy lotniczej gospodarstw rolnych, tzw. ortofotomapy, w całym kraju. Zgodnie z unijnymi wymogami mapa ta powinna działać w technologii GIS (geograficznych systemów informacyjnych), ale agencja nie zdążyła jej wdrożyć na czas.

Na karę oczywiście zrzucimy się wszyscy (już widzę, jak rząd wykorzystuje to zdarzenie jako pretekst, by podnieść jakiś VAT lub akcyzę), bo zawsze gdzie zawinią urzędnicy, tam zapłacą podatnicy. Chociaż… przyszła mi właśnie do głowy prostsza metoda na uporanie się z problemem bez kosztów dla przeciętnego Polaka.

Powiedzmy, że w urzędach i agencjach, które „wypracowały” (daje cudzysłów, bo połączenie wyrazów urzędy i pracowały w jednym zdaniu okropnie mi zgrzyta) karę, pędzi żywot jakieś 20 tysięcy urzędników. Gdybyśmy podzielili między nich te 400 milionów po równo, dałoby to okrągłe 20 tysięcy złotych na urzędniczą głowę. Nie jest to zastraszająca suma, zwłaszcza dla kogoś, kto – jak pokazuje unijne orzeczenie – przez lata brał kasę za nic.

Płacić mogliby w ratach, ewentualnie potrącałoby im się pieniądze z pensji. Z adnotacją: „Za naukę czytania rozporządzeń unijnych i kurs punktualności”.

Lepiej by dziecko zmarło, niż miało dwóch ojców

aaaeltonvvMedia świata doniosły, że Jurij Pawłenko, ukraiński minister ds. rodziny, młodzieży i sportu, odmówił prawa adopcji Eltonowi Johnowi. Oficjalnie z powodu wieku (piosenkarz skończył w tym roku 62 lata, a ukraińskie prawo generalnie wymaga, by różnica wieku między adoptujacym i adoptowanym nie przekraczała 45 lat, choć w szczególnych przypadkach dopuszcza wyjątki) i stanu cywilnego gwiazdora; nieoficjalnie poszło o orientację seksualną. Elton poślubił w 2005 Davida Furnisha, jednak ukraińskie prawo dopuszcza adopcję tylko przez osoby żyjące w małżeństwach heteroseksualnych. Homomałżeństw ani żadnych innych związków jednopłciowych władze za Bugiem w ogóle nie uznają.

I na tym temat by się skończył (w końcu prawo to prawo i trudno tu dyskutować z ministrem, nawet w kraju, który łapówkami stoi), gdyby nie ciekawy absurd. Wszelkie obostrzenia dla par homo w kwestii adopcji dzieci w państwach takich jak Ukraina czy Polska wprowadza się ponoć dla dobra samych dzieci czekających na adopcję. Dzieci, takich jak 14-miesięczny Lew, zakażony wirusem HIV maluch, którego brytyjski piosenkarz znalazł w sierocińcu w Makiejewce.

Na Ukrainie, która ze swoim PKB w wysokości 3,5 tys. dolarów rocznie na głowę jest ponad 10 razy biedniejsza od Wielkiej Brytanii (44 000 $ per capita), za to ma 10 razy więcej zakażonych HIV (wedle optymistycznych szacunków problem HIV/AIDS dotyka tu 2 procent populacji), dzieci z HIV, urodzonych o porzucanych przez prostytutki i narkomanki, adoptować nikt nie chce (ba, nie chcą ich nawet „normalne” domy dziecka). Brakuje też pieniędzy nie tylko na ich leczenie (jeśli wyłączyć okazjonalne dostawy leków z zachodniej Europy), lecz nawet na wyżywienie, z reguły więc szybko dożywają swych dni w przepełnionych sierocińcach-umieralniach. Mały Lew zapewne także wkrótce zemrze sobie bez rodziców, co jednak według rządzących w Kijowie jest dla niego lepszą opcją niż dostatnie, znacznie dłuższe (w Wielkiej Brytanii ciężko dziś umrzeć na AIDS, zwłaszcza gdy się jest dzieckiem milionerów) życie z dwoma ojcami.

Cóż, pogratulować moralności.

Naoczni świadkowie

O 21:30 na kanale Discovery szykuje się dziś polska premiera amerykańskiego serialu dokumentalnego „Naoczny świadek”. Jako że współpracuję przy kampanii PR tego programu, czuję się z tej okazji w obowiązku napisać parę słów, i to nie tylko o samym serialu, ale i o szerszym zjawisku, które „Naoczny świadek” reprezentuje. Chodzi o wykorzystanie przez tzw. media tradycyjne publikowanych w internecie przekazów tworzonych przez dziennikarzy-amatorów. Czyli – szerzej – o dziennikarstwo obywatelskie.

Dziennikarstwo obywatelskie to – jak zapewne wszyscy odwiedzający tego bloga dobrze wiedzą – zbiorcza nazwa przekazów o charakterze dziennikarskim, tworzonych przez ludzi nie zajmujących się zawodowo działalnością medialną. Pod pojęciem tym rozumie się współcześnie szeroką gamę przekazów, od tekstów quasi-dziennikarskich na blogach i forach, po relacje o charakterze wizualnym (zdjęcia, filmy), publikowane w serwisach wideo i na portalach społecznościowych.

Samo zjawisko dziennikarstwa obywatelskiego nie jest nowe. Prawdopodobnie istniało od zarania dziejów (jego źródeł można upatrywać w znanej zapewne już naszym pierwszym mówiącym przodkom plotce), przed epoką internetu miało jednak bardzo ograniczony zasięg. Dotarcie do odbiorców wiązało się bowiem z kosztami, których wymagała dystrybucja przekazu (poczatkowo po prostu jego wykrzyczenie, potem druk, później transmisja audiowizualna. Do niedawna zatem co prawda każdy mógł sobie tworzyć treści dziennikarskie lub pokrewne, ale tylko niewielu mogło sobie pozwolić na ich dystrybucję poza najbliższym sąsiedztwem.

Internet oraz towarzyszący mu postęp techniczny ostatnich lat dokonały tu rewolucji. Praktycznie każdy z nas dysponuje dziś telefonem komórkowym z aparatem fotograficznym, kamerą oraz dostępem do internetu, dzięki któremu to, co sfotografuje lub nagra może w ciągu kilku minut zobaczyć osoba po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ułatwiają to serwisy wideo, takie jak YouTube czy polska Wrzuta, na których każdy może (niekiedy po założeniu konta, niekiedy anonimowo) umieścić za darmo samodzielnie zrobiony film. Potem wystarczy, że link do filmu pojawi się np. na serwisie social news (to strony, których sami użytkownicy sami decydują, czy dana informacja jest atrakcyjna i „wykopują” interesujące artykuły: najsłynniejsze to Digg, Reddit i Twitter, a na polskim podwórku – Wykop), by zapewnić przekazowi, który internauci uznają go za interesujący i warty „wykopania”, nawet do kilku milionów odbiorców na dobę.

W efekcie zwykły przechodzień, który staje się świadkiem spektakularnego wypadku lub niezwykłego zdarzenia, szybko jest w stanie stworzyć przekaz, z którym nie mogą konkurować normalni dziennikarze. I bynajmniej nie chodzi tu o jakość: większość tego, co tworzą amatorzy, ciągle nie dorównuje jakością techniczną owocom pracy dziennikarzy. Nie tylko dlatego, że przeciętna kamera w telefonie ma znacznie gorsze parametry techniczne, niż profesjonalna kamera z operatorem, którą wyśle na miejsce stacja telewizyjna. To jednak przechodzień jest na miejscu pierwszy, więc to jego przekaz zdominuje relacje w serwisach informacyjnych, nawet jeśli jakość przekazu będzie pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym tego przykładem utrwalone przez amatorów momenty uderzeń samolotów w wieże World Trade Center, które – mimo braków technicznych – zobaczyła w 2001 większość widzów na Ziemi.

Oczywiście nagrania takie jak WTC to mniej niż promil tego, co publikuje się na YouTubie czy LiveLeak (ba, większość tego, co dostaje użytkownik szukający tych nagrań na wspomnianych serwisach, to fejki). Wiekszość filmów umieszczanych w Sieci przez nieprofesjonalistów to amatorskie filmiki, które nie interesują nikogo poza najbliższym kręgiem ich rzeczywistych lub wirtualnych znajomych. Prawdziwe perły, które podbiją Digg lub Wykop, trafiają się tu procentowo rzadziej niż w przypadku profesjonalnych mediów. Ale wygrywają w liczbach bezwzględnych.

Dzieje się tak, ponieważ liczba profesjonalnych dziennikarzy jest skończona i wynosi najwyżej kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy osób w skali świata. Tymczasem potencjalnych dziennikarzy obywatelskich (czyli ludzi wyposażonych w komórkę z aparatem lub kamerą) mamy już na Ziemi więcej niż miliard. Ta liczba gwarantuje, że to z ich rąk coraz częściej będą wychodzić przekazy, z którymi media tradycyjne nie wygrają. Nie dlatego, że nie mają na to środków. Po prostu „zwykli” dziennikarze nie mogą być wszędzie, nie mają więc szans być w każdym miejscu, w którym zdarza się wypadek lub coś interesującego. Są tam za to zwykli ludzie. Ci świadkowie musieli kiedyś zadowolić się opowiedzeniem swej historii profesjonalnemu dziennikarzowi, który zresztą mógł na miejsce przyjechać, ale też mógł i nie przyjechać. I o całej sprawie mógł zawsze potem poinformować zniekształcając relację opowiadającego lub wręcz przeinaczając jego słowa.

Dziś nie trzeba czekać na dziennikarza. Już w momencie samemu można samemu nagrać materiał ze zdarzenia i umieścić go w sieci. W dodatku przekaz ten opowie całą historię w taki sposób i z takiego punktu widzenia, jak jego autor sobie życzy. Internetowy fenomen „Cut out the middleman” coraz szerzej obejmuje tym samym także dostawców informacji.

To ostatnie zjawisko nabiera szczególnej istotności, gdy temat przekazu jest kontrowersyjny. W mediach lub ich okolicach obecne są grupy nacisku (politycy, firmy prywatne), których aktywność może blokować niewygodne dla nich treści. Dziennikarz obywatelski takich grup się nie boi, zwłaszcza gdy jest anonimowy. Nic dziwnego, że – jak wynika z badań MillwardBrown SMG/KRC przeprowadzonych rok temu na zlecenie D-Link Polska – Polacy na ogół bardziej wierzą blogerom i innym internautom niż profesjonalnym redakcjom.

Trzeba teraz odpowiedzieć sobie na pytanie o motywację dziennikarzy obywatelskich. W przeciwieństwie do dziennikarzy zawodowych, na ogół nie dostają oni za swoje utwory gratyfikacji finansowych – a mimo to publikują. Grę tutaj najczęściej odgrywają zatem czynniki psychologiczne. Mogą one mieć charakter:

  1. egoistyczny: twórcy takich przekazów tworzą je, by przyciągnąć uwagę, pokazać swe umiejętności, wypromować swój kanał na YouTubie lub blog;
  2. altruistyczny: widzą problem i chcą o nim poinformować, pokazać innym, gdzie czyha niebezpieczeństwo lub czego nie należy robić;
  3. potrzeby ekspresji – chcą po pokazać coś innym, dlatego, że uważają to za interesujące i warte odnotowania lub np. śmieszne.

Dziennikarze obywatelscy działają więc społecznie, na czym zresztą często pasożytują tradycyjne media. Na przykład „profesjonalni” dziennikarze bardzo często sięgają po kontent tworzony przez internautów, zwłaszcza jeśli daje widoki na to, że przyciągnie uwagę widzów lub czytelników. A to w internecie jest łatwe do weryfikacji, bo bardzo często materiał znaleziony przez dziennikarza już został sprawdzony na okoliczność swej siły i atrakcyjności (przez społeczność rozmaitych Diggów), więc z góry wiadomo, że się dobrze „sprzeda”. W mediach tradycyjnych taki news obejrzy potem znacznie więcej osób, niż widziało go na oryginalnym blogu, a wierszówkę lub honorarium dostaje często właśnie znalazca – autor materiału prasowego lub telewizyjnego – a nie twórca oryginalnego przekazu.

Wszystko to nie zmienia oczywiście faktu, że użytkownicy internetu przełamali już monopol mediów tradycyjnych na informację, i że zakres oddziaływania „starych” mediów i pracujących dla nich dziennikarzy stopniowo się kurczy. Już dziś, gdyby tradycyjne media po prostu zniknęły, dziurę informacyjną szybko dało by się załatać, choćby w oparciu o dziennikarstwo obywatelskie – czego przykład mogliśmy oglądać w Polsce kilka tygodni temu, gdy to w reakcji na nagranie wideo, którego bohater wystrzelił kotka z dmuchawy do zboża, internauci skrzykneli się, zlokalizowali gagatka i przekazali jego dane policji, która dzięki temu mogła w rekordowym jak na polskie warunki czasie zatrzymać sprawcę wykroczenia.

W tym miejscu pojawiają się także programy takie jak „Naoczny świadek”, które wykorzystują wyłącznie treści tworzone przez dziennikarzy obywatelskich. Sama idea nie jest tu nowa – wystarczy wspomnieć o portalach internetowych, bądź nawet serwisach informacyjnych, nastawionych przede wszystkim na „user generated content” – by wspomnieć choćby strony alert.pl czy (częsciowo) sfora.pl. Internauci wysyłają na te strony gorące informacje na temat wydarzeń, w środku których się znaleźli, dzięki czemu ich relacje mogą dotrzeć do zainteresowanych problemem odbiorców w bardzo krótkim czasie.

„Naoczny świadek” idzie jednak o krok dalej w selekcji materiałów, kierując się nie tyle ogólną atrakcyjnością tematu, ile oczekiwaniami grupy docelowej programu. Tworzą ją przede wszystkim mężczyźni, najpewniej mieszkańcy dużych miast w wieku 25-45, lubiący mocne wrażenia i szukający – także w rozrywce – wysokiego poziomu adrenaliny.

Ale adrenalina to nie wszystko. Już starożytni Rzymianie wiedzieli, że w widowiskach nie chodzi tylko o to, by coś było pobudzające – trzeba jeszcze, by było autentyczne (i dlatego w swoich cyrkach rzucali prawdziwych ludzi prawdziwym lwom na pożarcie). Nie wstrzymujemy oddechu, gdy wiemy, że będzie happy end lub że osoba, której coś grozi, to opłacony aktor. Ludzie o wiele łatwiej reagują emocjami, gdy mają świadomość, że coś zdarzyło się rzeczywiście, a nie tylko na ekranie – stąd popularność serwisów informacyjnych i programów interwencyjnych. A cóż może być bardziej autentycznego niż np. nagranie, na którym widzimy wybuch fabryki, lub film nakręcony w samochodzie ściganym przez tornado?

Wróćmy jednak do grupy docelowej. W dzisiejszych czasach odbiorcy ci, na ogół doskonale zaznajomieni z komputerem i internetem, przyzwyczaili się do tego, że jeśli chce się emocji czy autentyczności, to się po prostu siada przed komputerem i klika. Po kilku minutach poszukiwań znajduje się emocje, autentyczność lub jedno i drugie.

Trzeba jednak poszukać – czyli wykonać czynność, na którą nie zawsze ma ochotę zmęczony codzienną gonitwą współczesny człowiek, którego aparat poznawczy często jest zbyt przeciążony wciąż napływajacymi newsami, by pozwolić sobie na rzeczywiście efektywną selekcję. Tymczasem „Naoczny świadek” pozwala tu pójść na skróty: zapewnia wyselekcjonowane, emocjonujące i jednocześnie prawdziwe informacje i przekazy, skondensowane w jednym kilkudziesięciominutowym odcinku. Gwarantuje tym samym, że konsument, oczekujący mocnych i jednocześnie autentycznych wrażeń, dostanie dokładnie to, czego pragnie. I to w najkrótszym możliwym czasie.

Studia, po których najwięcej zarobisz

Trystero to blog, który polecam, komu tylko mogę – przede wszystkim za doskonałe analizy ekonomiczne, jak również za styl pisania i to zatrzęsienie genialnych wykresów (jak ja lubię wykresy!), takich jak te w dzisiejszej notce o tym, po których kierunkach w Stanach najlepiej się zarabia. Notki nie będę tu streszczał, każdy może sobie kliknąć na link i ją przeczytać, ale przed przekopiowaniem głównego wykresu po prostu nie mogę się powstrzymać:

najlepsze-kierunki2

Lista dotyczy tylko kierunków licencjackich, stąd nieobecność dość dobrze rokujących finansowo medycyny i prawa. Abstrahując od tego, można jednak jasno stwierdzić, że wspomniane na niej kierunki mają parę cech wspólnych. Po pierwsze: żaden nie ma nic wspólnego z humanistyką. Po drugie, wszystkie wymagają dobrej znajomości matematyki – tej samej, o prawo do niezdawania której rodzice przyszłych maturzystów toczą co roku walki z ministerstwem. Bo w końcu nie ma nic fajniejszego dla rodzica, niż pewność, że jego dziecko będzie w przyszłości biedne.

Efekt? Najczęściej wybieranymi studiami w 2008 roku były w Polsce prawo, psychologia i dziennikarstwo. Zaraz potem dreptały: bańka reklamowa pod tytułem „marketing i zarządzanie” (jak przyjemnie być narodem dyrektorów), przekazujące studentom odjechane ideologie jako wiedzę socjologia i politologia czy niczego sensownego nieuczące kulturoznawstwo (wiem, studia, na których w ramach zajęć ogląda się dzieła postimpresjonistów lub dyskutuje o Marksie, Derridzie i Naomi Klein, wydają się niektórym pociągające – tyle że na rynku pracy wiedza o tym, co Baudrillard miał na myśli pisząc o symulakrach, nie ma najmniejszej wartości, w przeciwieństwie do wiedzy o tym, jak zbudować most, podmienić fragment DNA w komórce lub zaprogramować bazę danych). W 2009, jak wszystko wskazuje, będzie podobnie, i to mimo faktu, że większość studiujących na niedających wiedzy (wyjątek prawo i – gdzieniegdzie – psychologia) i nierokujących wielkich perspektyw (jeśli – dotyczy tylko studentów prawa – nie ma się mamy notariusza lub wujka adwokata) kierunkach musi za tę przyjemność płacić z własnej kieszeni.

Tymczasem młody człowiek, który zdecyduje się na studiowanie takiej fizyki, nie dość, że ma pewność, że się dostanie na państwową uczelnię i nic nie zapłaci za studia (miejsc co roku jest więcej niż chętnych), to jeszcze może liczyć na stypendium motywacyjne od rządu: okrągłe 1000 zł (dość przyzwoita suma dla sporej liczby żaków), wypłacane co miesiąc za sam fakt bycia studentem (bez względu na średnią!). Dodajmy: studentem kierunku, po którym pracuje się w CERN-ie lub na kierowniczym stanowisku w centrali dużego banku, a nie – jak po kulturoznawstwie lub socjologii – na zmywaku w Londynie. A mimo to chętnych brakuje.

Ech, lubimy te zmywaki, lubimy…

Okup i satysfakcja

Janusz Korwin-Mikke jaki jest, każdy widzi (i czasami również słyszy). Gdy mówi i pisze o gospodarce czy roli pieniądza, trudno wyjść z podziwu nad trzeźwością i trafnością jego sądów. Gdy zaczyna dywagować o demokracji (która zresztą, czego Mikke już nie zauważa, może i jest w takiej Kalifornii, gdzie to obywatel w referendum decyduje, jak wysokie będą w danym roku wszystkie podatki poza federalnymi i na co zostaną przeznaczone, ale już raczej nie w Polsce; systemu, w którym prerogatywy obywateli ograniczają się do wskazywania raz na cztery lata, której bandzie oprychów będą dawać się łupić na ustalone później przez tę bandę kwoty, demokracją raczej bym nie nazwał), można z nim polemizować. Gdy zabiera głos na temat praw kobiet czy mniejszości seksualnych, szczęka opada i nawet polemizować się odechciewa. A nawet gdyby się chciało, jak dyskutować z nonsensami typu „Media forsują prawa przeciw pedofilom, żeby zastąpić prawdziwą rodzinę związkami homosi”?

Dziś jednak zabrał Korwin głos na temat, w którym generalnie się z nim zgadzam: ZUS-u, w kontekście wczorajszego aresztowania przez ABW ojca chrzestnego największej polskiej ośmiornicy. Jak prawie każdy rabowany przez pana R., ucieszyłem się z tej wiadomości okrutnie, i podobnej radości oczekiwałem po JKM, zaglądając na jego blog. A tu zaskoczenie:

Jako podatnik nie podzielam wyrażonej tak emocjonalnie satysfakcji; by być ścisłym: w ogóle nie odczuwam satysfakcji.
Cały system przymusowych ubezpieczeń jest jedną wielką aferą. Przekrętem na setki miliardów. Gdyby do kryminału wsadzono wszystkich Senatorów i Posłów, którzy głosowali za jego wprowadzeniem i utrzymaniem, oraz wszystkich publicystów, którzy popierali i popierają jego wprowadzenie i utrzymanie (za podżeganie to przestępstwa – konkretnie: rabunku z użyciem przemocy – boć przecież składek nie płacę dobrowolnie!) – to odczułbym satysfakcję…
A tak… Czy Żydzi odczuliby satysfakcję, gdyby w grudniu 1944 roku za jakieś przekręty finansowe wsadzono Henryka Himmlera?

Cóż, może by i odczuli, ale zapewne prysnęłaby przy najbliższej łapance na transport do Auschwitz. Tak jak i moja prysnęła przed chwilą, gdy przelałem na konto ZUS kolejną ratę okupu (płatną do 10-tego każdego miesiąca) za to, że w łaskawości swojej być może nie zniszczy mi firmy.

Dzień Dobrej Wiadomości

Niemal każdy wie, że 8 marca to Dzień Kobiet, niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że dokładnie pół roku później przypada jeszcze sympatyczniejsze święto: Dzień Dobrej Wiadomości. Ja sam dowiedziałem się o nim dopiero wczoraj, gdy stawiłem się wczoraj wieczorem w Polskim Radiu Euro, by porozmawiać z Tomkiem Kosiorkiem o tym, dlaczego we współczesnych mediach dobra wiadomość jest aż takim rarytasem: