Czerwiec 2010 - archiwum

Ryzykowne poparcie

Dziś w TVP Info komentowałem kolejną odsłonę kampanii prezydenckiej: celebrowane przez media pobłogosławienie Komorowskiego przez Cimoszewicza. Komentarz dziennikarze uprzejmie mi przepisali i wstawili na stronę, nie wiem jednakże, jak długo tam powisi (jeśli Platforma zdoła przepchnąć w najbliższych dniach nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji i przejąć rady nadzorcze mediów publicznych, trudno nawet przewidzieć, czy za pół roku będzie jeszcze TVP Info), przeto na wszelki wypadek wklejam tutaj kopię. Tradycyjnie z uzupełnieniami w nawiasach, bo w programie czasem mówi się skrótami:

Komorowski lubi chwalić się tym, kto na niego głosuje

Moim zdaniem poparcie, którego Włodzimierz Cimoszewicz udzielił Bronisławowi Komorowskiemu nie odbije się na wyniku wyborczym, a jeżeli nawet, będzie to kwestia promili.

Nie jestem też pewien, że może to zniechęcić kogokolwiek do głosowania na marszałka Sejmu. Wśród moich znajomych nie znam osób, które w 2005 roku głosowałyby na PiS, a w 2007 [przerzuciłyby swe głosy] na PO [choć znam przypadki konwersji w drugą stronę]. [Jeśli spojrzymy na przekrój demograficzny wyborców, którzy trzy lata temu poparli Platformę, a pieć lat temu - nie, okaże się, że na partię Tuska] w 2007 roku zagłosowali ci, którzy wcześniej tego nie zrobili [przede wszystkim ludzie zniesmaczeni koalicją PiS-LPR-Samoobrona oraz młodzi wyborcy].

Teraz wynik wyborów nie zależy od tego, czy kandydaci kogoś do siebie przekonają. Ludzie są już przekonani. Wszystko zależy od tego, kto [z tych przekonanych] na wybory pójdzie.

[W odpowiedzi na pytanie dziennikarza o to, czy obaj prawicowi kandydaci nie podbierają sobie głosów:] Elektorat Bronisława Komorowskiego to zupełnie inna prawica [niż elektorat Kaczyńskiego]. Mamy tendencję do wrzucania do jednego worka różnych odcieni tej strony sceny politycznej. Tymczasem w Polsce mamy prawicę socjalną [czytaj: socjalistyczną], która mogłaby być lewicą w kwestii poglądów ekonomicznych, ale jest prawicą w sprawach ideologii. I tutaj [w deklaracjach szefa przynajmniej] plasuje się PiS.

Mamy też prawicę ekonomiczną, która przynajmniej w deklaracjach jest prawicą ekonomicznie liberalną. Platforma kojarzona jest właśnie z prawicą ekonomiczną, a nie ideologiczną. Więc ludzie, którzy nie będą się z prawicą ideologiczną utożsamiać [ale będą mieli prokapitalistyczne poglądy na gospodarkę], zagłosują na PO [inna sprawa, czy po wyborach się nie rozczarują...].

[Otrzymując poparcie Cimoszewicza] Komorowski zyskuje kolejne nazwisko, które go popiera. Marszałek chętnie chwali się gamą popierających go ludzi [z których poparcia, jak pokazał przykład Wajdy i Bartoszewskiego na ogół dla kandydata niewiele dobrego wynika]. Ale nie  widzę [też]niczego, co mogłoby wyborców Komorowskiego zniechęcić [do głosowania], tylko dlatego, że poparł go Cimoszewicz.

W drugim wejściu, którego, niestety, już nikt nie przepisał, zastanawiałem się, czy – biorąc pod uwagę wcześniejsze deklaracje Cimoszewicza, że poprze kandydata dopiero w sytuacji, gdy jego wygrana z Kaczyńskim przestanie być pewna, dla Komorowskiego to aby nie pocałunek śmierci. Zwłaszcza że, jak ćwierkają dziś ptaszki w Fakcie i Marta Wawrzyn na Pardonie, we własnych sondażach Platformy notowania Komorowski plasuje się już poniżej Kaczyńskiego, i to nawet w pierwszej turze.

Kogo jeszcze przywiozą kandydatowi Platformy, by mu wyraził „poparcie”? Dziwisza z ostatnim namaszczeniem?

Casting prezydencki

Los rzucił mnie wczoraj wieczorem do studia TVP info w buty jurora, oceniającego zachowanie w trakcie debaty i ogólne kompetencje perswazyjne kandydatów na przezydenta. Czasu na pełną ocenę miałem, jak to w telewizji, za mało, stąd też pomysł bardziej szczegółowego omówienia wystąpień Wielkiej Czwórki w tym miejscu:


Bronisław Komorowski był doskonale przygotowany. Casting na Cześnika w „Zemście 2” Wajdy, na który najwyraźniej powiedziano mu, że idzie, wygrałby w cuglach. Pełne opanowanie, składna dykcja, wyrazista mowa ciała, szybki refleks i celne kontry – wszystko to na nic się zdało, a może nawet przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego, w sytuacji, w której kandydat przez cały program grał zupełnie inną rolę, niż konkurenci.

W przeciwieństwie do politycznych rywali Komorowski nie przyszedł na spokojną prezentację programów. Przyszedł na bitwę, i to co najmniej dziwaczną. Od czasów wynalezienia debat telewizyjnych utarło się, że w programach publicystycznych z udziałem polityków różnych opcji na ogół to opozycja atakuje. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele: najważniejszym jest fakt, że to rządzący przeważnie podejmują decyzje (w końcu rządzą), zatem to oni (a nie opozycja) za nie odpowiadają i muszą się z nich tłumaczyć pod ostrzałem przeciwników. Drugi ważny powód ma charakter językowy: jednym z synonimów bycia w opozycji jest krytykowanie. W naszej debacie wszystko było a rebours: kandydat partii rządzącej, praktycznie niezaczepiany (konkurenci epatowali spokojem i miłością), rozdawał ciosy na prawo (pierwsza połowa programu) i lewo (końcówka). Koalicjanta Pawlaka raczył oszczędzić, choć kto wie, czy gdyby debata trwała dłużej, nie dostałoby się i liderowi ludowców, choćby za wobec nominacji Marka Belki na szefa NBP. Za to już w pierwszych minutach debaty spektakularnie oberwał gospodarz imprezy – porównana do gniazda os telewizja publiczna.

Czy taka strategia, zaadaptowana w ostatniej chwili po coraz mniej przychylnych marszałkowi sondażach, pomoże Komorowskiemu? Bardzo wątpliwe. Weźmy choćby finałową tyradę o porozumieniu PiS-SLD z szantażem emocjonalnym (Barbara Blida) w tle. Na prawicy przypominanie o takich rzeczach głosów Kaczyńskiemu raczej nie odbierze, bo wyborcy PiS i ludzie skłaniający się do głosowania na Prezesa (tudzież spora część dawnych wyborców centrowych, zwłaszcza po Smoleńsku) nie od dziś uważają PO za znacznie większe zagrożenie dla Polski niż SLD. Większość z nich zaakceptuje każdy sojusz, nawet z postkomunistami (tak jak kiedyś zaakceptowali Leppera), jeżeli tylko jego owocem może być odsunięcie Platformy od władzy (lub choćby utrzymanie Platformy z dala od mediów publicznych).

Atak na Napieralskiego i pogadanka o męczeństwie Barbary Blidy miały z kolei dotrzeć do wyborców lewicy. Problem w tym, że wyborcom lewicy ideologicznie dość daleko od prokapitalistycznej w deklaracjach, konserwatywnej partii Gowina i Niesiołowskiego, wątpliwe więc, by masowo opuścili swego kandydata i przerzucili swe głosy na potomka kresowych hrabiów.


Jarosław Kaczyński – ocena dostateczna. Największy plus: mimo powtarzających się zaczepek, ani razu nie zaatakował Komorowskiego. Minusy: monotonny sposób mówienia, który – w połączeniu z niewielką wartością poznawczą tego, co mówił (bo, powiedzmy sobie szczerze, czego nowego dowiedzieliśmy się z debaty o byłym premierze?) – sprawiał, że słuchając kandydata człowiek po pewnym czasie po prostu wyłączał uwagę. Efekt pogłębiał język ciała – Kaczyński, jak zwykle na takich debatach, wyglądał na trochę osowiałego i wystraszonego. W najlepszej, jaką widziałem, analizie debaty Roman Manka-Wlodarczyk przypisuje ten efekt mowie ciała byłego premiera:

Wrażenie przekazu Kaczyńskiego pogarszała fatalna mimika. Nie potrafi „utrzymać twarzy”, nie umie „grać bez kamer” (paralela „gry bez piłki”), gdy mu się wydaje, że nie jest akurat na wizji. Poza tym nie pozbył się fatalnie pogarszającego wizerunek nawyku mlaskania. Gdyby w studiu znajdowała się publiczność PO, to po każdorazowym rozpoczęciu wypowiedzi przez Kaczyńskiego wybuchałby salwy śmiechu, zachowujące w dodatku pozory naturalnych, a nie podżeganych.

Mój werdykt: notowania Prezesa po debacie nie spadną, bo wyborcy PiS wielokrotnie już udowodnili, że przy urnach nie kierują się ani wyglądem kandydata, ani estetyką jego wypowiedzi. Kaczyńskiego kochają takim, jaki jest – i basta. Z drugiej strony, nie poraził były Premier ani argumentacją, ani charyzmą, ani językiem ciała, więc jeśli zanotuje po debacie pozytywne zmiany w sondażach, będzie to raczej wynikiem tego, jak zachowywał się jego główny konkurent.


Grzegorz Napieralski, jeden z dwóch drugoplanowych kandydatów, okazał się w takim układzie zwycięzcą debaty. Nie dlatego, że wypadł jakoś nadzwyczajnie, ale przede wszystkim dlatego, że wypadł normalnie. Czyli – jak zauważył na swoim blogu Piotr Matejczyk – o niebo lepiej niż ktokolwiek się spodziewał.

Zwycięstwo to szef SLD zawdzięcza prawdopodobnie przede wszystkim wytężonej pracy – każdy szczegół jego zachowania w trakcie programu wydawał się starannie przećwiczony i dopracowany – kandydat wydawał się lepiej przygotowany, niż Tusk w debacie w 2007. Roman Mańka-Włodarczyk wyliczył te szczegóły z robiącą wrażenie precyzją:

Napieralski wygrał w wymiarze wizerunkowym, a ten właśnie aspekt przebije się najsilniej do świadomości społecznej. Każde zdanie rozpoczynał od konstatacji, posługiwał się przykładami z życia wziętymi (tak jak było w przypadku samochodu, który niedawno rejestrował), mówił ciepłym, spokojnym głosem, panował nad mimiką, dobrze akcentował wypowiedzi, w tych fragmentach, w których było to pożądane. Używał frazesów, operował na poziomie ogólników, czasami wygłaszał nawet truizmy, ale debatę (szczególnie gdy na odpowiedź jest minuta) tak właśnie trzeba rozgrywać.

Na mnie w tym wszystkim najlepsze wrażenie zrobiło wejście poświęcone zapłodnieniu in vitro i porywająca za serca argumentacja po linii: bezpłodność jest chorobą ludzie dotknięci nią cierpią – chorym należy pomagać – dopłacajmy do in vitro (bez wspominania, jak na lewicowego polityka przystało, z czyich kieszeni państwo na ten cel wyjmie pieniądze). W saloniku w TVP info, w którym przed wejściem do studia oglądaliśmy debatę w gronie polityków i ekspertów, Katarzyna Piekarska stwierdziła, że w swej małej mowie o in vitro Napieralski przesłodził. Moim zdaniem niekoniecznie – dobry polityk powinien być jak sprzedawca: mówić do klientów-wyborców językiem korzyści, cały czas pokazując, jaki zysk przyniesie im oddanie głosu właśnie na niego. Ludziom, dla których problem zapłodnienia in vitro jest ważny (bo np. starają się o dzieci tą drogą i chcą to zrobić jak najmniejszym kosztem, lub choćby dlatego, ze denerwuje ich pozycja, jaką w tej kwestii zajął Kościół katolicki), tylko Napieralski zaoferował jakąkolwiek korzyść. Owoce tej strategii zbierze za tydzień.


Waldemar Pawlak był przede wszystkim Waldemarem Pawlakiem. I choć wszyscy wiemy, że radzi sobie z tym znacznie lepiej niż w 1993, gdy po raz pierwszy jako premier zagościł na ekranach naszych telewizorów, na tle pozostałych kandydatów wypadł blado. Nie dlatego, że w tym, co mówił, było mniej konkretów lub więcej frazesów niż u rywali (tu miał naprawdę silną konkurencję) – problem w tym, że w przeciwieństwie do Kaczyńskiego czy Napieralskiego (nie wspominając o Komorowskim), wygłaszał swe oklepane banały jakby z pamięci, w sposób niemal beznamiętny (z jednym wyjątkiem: bon motu o siedzeniu na bagnetach – niestety, bez uściślenia, czy trzymanych poziomo, czy pionowo). Najgorszą krzywdę wyrządził jednak przewodniczącemu PSL marszałek Komorowski ani razu go nie atakując, na skutek czego większość widzów zapewne już w trakcie programu zapomniała, że Pawlak w ogóle jest w studiu.


Podsumowując, na preferencje Polaków wpływ tego, co się działo na debacie, nie będzie zbyt wielki. Kandydaci, może z wyjątkiem Napieralskiego (a i to tylko w ograniczonym, wizerunkowym zakresie) – niczym nie zdziwili. Żaden nie zaprezentował jakichkolwiek rewolucyjnych koncepcji, żaden nie wybiegł przed szereg (choć Komorowski próbował się kłócić), wszyscy w kluczowych dla funcjonowania państwa kwestiach uniknęli konkretów, a we wszystkich mniej kluczowych (powódź, Afganistan, wprowadzenie euro) osiągnęli mglisty konsensus (trzeba pomóc poszkodowanym, czym prędzej wycofać naszych żołnierzy i wprowadzić euro, gdy Polska będzie na to gotowa – czyli na święte nigdy). Różnice miały charakter nie merytoryczny, lecz warsztatowy (skrupulatne przygotowanie do roli Napieralskiego, rutynowa gra Kaczyńskiego i Pawlaka, improwizacja Komorowskiego). Które z technik aktorskich i metod ekspresji najlepiej się sprawdzą, zobaczymy już za tydzień.

Ironia Bartoszewskiego

„Kardynała Richelieu sekret wam dziś zdradzę. Od przyjaciół Boże strzeż! Z wrogami sobie poradzę” – mógłby za Czerwonym Tulipanem nucić Bronisław Komorowski, ilekroć głos w mediach zabiera Władysław Bartoszewski. Sekretarz stanu w Kancelarii Premiera w dość osobliwy sposób tłumaczył się dziś w dzienniku „Polska” ze skandalu, jaki wywołał na inauguracji komitetu poparcia kandydata Platformy, gdy w jednym zdaniu udało mu się obrazić zarówno osoby bezdzietne i małodzietne, jak i właścicieli kotów, nutrii, królików i świnek morskich:

Polska: Przeciwstawiając ojca rodziny „hodowcy zwierząt futerkowych”, dyskryminuje Pan singli.
WB: Wcale ich nie dyskryminuję. Przyjaźnię się od ponad pół wieku z Wiesławem Chrzanowskim, który nie założył rodziny…

Mocna argumentacja: Nie jestem antysemitą, mam fryzjera Żyda. Na nieszczęście nie jest Bartoszewski również profesorem logiki (swoją drogą, czego dokładnie jest profesorem?), więc ma prawo nie dostrzegać, że z przesłanki, jaką jest posiadanie znajomych Żydów, gejów, kobiet czy singli wcale nie wynika wniosek, że nie jest się antysemitą, homofobem, mizoginem czy idiotą.

Nic to jednak przy wypowiedzi siedem akapitów niżej, w której autor książki „Warto być przyzwoitym” postanowił pójść o krok dalej i obrazić wszystkich, którzy uważają, że jego poprzednie uwagi były obraźliwe. Wyszło mu to nad wyraz udatnie:

Polska: Mógł Pan swoimi wypowiedziami zaszkodzić Bronisławowi Komorowskiemu?
WB: U ludzi, którzy nie myślą, być może mogłem, zaś u ludzi, którzy rozumieją aluzję, ironię, żart – nie. Może niektórzy nie rozumieją już żartów, bo przyzwyczaili się do sposobu mówienia Andrzeja Leppera, który godzinami peroruje w telewizji.

I tyle. Problem jednak w tym, że Lepper już od blisko trzech lat nie „peroruje w telewizji” godzinami. W maju widzowie takiej TVP mogli zobaczyć prezesa Samoobrony zaledwie kilkadziesiąt minut – przez cały miesiąc. A i tak było Leppera znacznie więcej, niż w poprzednich miesiącach, bo trwa kampania wyborcza i pokazywać kandydatów trzeba. Kaczyński ze współpracownikami gościł w tym samym czasie na antenie kontrolowanej podobno przez siebie stacji 5 godzin 40 minut. Nic to jednak przy Komorowskim z kolegami, którego na kanałach TVP pokazywano w maju przez bite 17 godzin. Co się działo w stacjach prywatnych, lepiej nie wspominać – sam minąłem się wczoraj z Marszałkiem wbiegając do studia Polsat News. Wychodził po półgodzinnym wywiadzie (de facto monologu) i z tego, co dało się zrozumieć z pokrzykiwań obsługi, bynajmniej nie zmierzał na zewnątrz, tylko do kolejnego studia (w kompleksie na Ostrobramskiej jest ich trochę) na nagranie kolejnej pogadanki…

Ale cóż, niech gada – może się ludziska w końcu przyzwyczają i zaczną myśleć. A od tego już tylko krok do zrozumienia ironii Profesora.