No i mam nauczkę.
Zadzwonił do mnie przedwczoraj dziennikarz z SuperExpressu z prośbą o wypowiedź na temat zmian, które jakoby zaszły w wizerunku Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Pawła Poncyljusza. Jako że sam na wakacjach nie mam zwyczaju ani się golić, ani czesać, odpowiedziałem zrazu, że zmian szczególnych nie widzę, zaś wyciąganie z jednego wystąpienia publicznego w sezonie urlopowym wniosku, iż oto zaszła w danej osobie fundamentalna przemiana, uważam za przedwczesne i nieuzasadnione.
Dziennikarz jednak był nieustępliwy i drążył temat: gdyby jednak było tak, że zmianę wywołały czynniki zewnętrzne, jakie mogłyby być to czynniki? Czy stres (taki jak ten w kampanii wyborczej) może z człowieka wyssać wszelką radość życia? Co sprawia, że ludzie na ogół dbający o wygląd czasami się zaniedbują? W tamtej chwili – wiem to po szkodzie – powinienem był przerwać połączenie, niestety, nie zrobiłem tego, i teraz pozostaje mi pluć sobie w brodę.
By uniknąć nieporozumień: w całej rozmowie (która trwała ponad pół godziny, więc i tak było z niej co wyrywać z kontekstu) nie powiedziałem niczego, co kazałoby dziennikarzowi wysnuć wniosek zawarty w tytule. Nie, nie uważam, iż zmiana wyglądu obojga (lub któregokolwiek z dwójki) polityków wywołana jest poczuciem winy. Informacja z tytułu, niestety, przezornie podana została przez redakcję bez mojego nazwiska: zamiast tego opatrzono ją określeniem („psycholog”), które w dalszej części artykułu mojemu nazwisku towarzyszy. W efekcie przeciętny czytelnik to mi przypisze autorstwo wspomnianego zdania. Taki zabieg, w teorii retoryki nazywany implikaturą (ciekawym, co dokładnie oznacza to pojęcie, polecam świetny tekst z bloga Errovenisanie Implikatura jako użyteczna forma manipulacji językowej, opracowany na bazie wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z ostatniej kampanii prezydenckiej) sprawia, że w umyśle odbiorcy powstaje wrażenie, że coś zostało przeze mnie powiedziane, ale kryje redakcję, gdybym wytoczył jej proces o włożenie mi do ust nie moich słów. Bo w końcu gdzie wprost napisano, że to moje usta?
Na jedno z kolejnych pytań: „Czy zdarza się, że ludzie nieszczęśliwi czasami zaniedbują wygląd?”, odpowiedziałem dziennikarzowi twierdząco (nawiasem mówiąc, odpowiedziałbym twierdząco także, gdyby pytanie brzmiało: „Czy ludzie szczęśliwi czasami zaniedbują wygląd?” – w końcu prawie każdy może mieć dzień bez porannego golenia czy wizyty u fryzjera), co na końcu tekstu dało asumpt drugiej, równie absurdalnej implikaturze. Tekst sugeruje (ale, przy bliższym wczytaniu się, wciąż tylko sugeruje), że twierdzę, iż Kluzik-Rostkowska i Poncyljusz są nieszczęśliwi. Nie muszę chyba wspominać, że zdanie, które redaktor usłyszał ode mnie jako jedno z pierwszych: że o powody utrzymania zarostu czy zmiany uczesania najlepiej zapytać samych bohaterów artykułu, już się oczywiście w tekście nie znalazło.
Wczoraj SuperExpress wylał na Joannę Kluzik-Rostkowską i Pawła Poncyljusza – dwójkę polityków, z którymi nie we wszystkim się zgadzam, ale których cenię i do których (co na naszej scenie politycznej stanowi spory ewenement) żywię szacunek – wiadro pomyj. Czy tego chcę, czy nie, moje nazwisko pływa w tym wiadrze na wierzchu. W tym miejscu chcę za to i panią Joannę, i pana Pawła (jesli tu kiedykolwiek zajrzą) przeprosić.
Za pokutę obiecuję z SuperExpressem obiecuję więcej nie rozmawiać.












