Sierpień 2010 - archiwum

Dwie implikatury

No i mam nauczkę.

Zadzwonił do mnie przedwczoraj dziennikarz z SuperExpressu z prośbą o wypowiedź na temat zmian, które jakoby zaszły w wizerunku Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Pawła Poncyljusza. Jako że sam na wakacjach nie mam zwyczaju ani się golić, ani czesać, odpowiedziałem zrazu, że zmian szczególnych nie widzę, zaś wyciąganie z jednego wystąpienia publicznego w sezonie urlopowym wniosku, iż oto zaszła w danej osobie fundamentalna przemiana, uważam za przedwczesne i nieuzasadnione.

Dziennikarz jednak był nieustępliwy i drążył temat: gdyby jednak było tak, że zmianę wywołały czynniki zewnętrzne, jakie mogłyby być to czynniki? Czy stres (taki jak ten w kampanii wyborczej) może z człowieka wyssać wszelką radość życia? Co sprawia, że ludzie na ogół dbający o wygląd czasami się zaniedbują? W tamtej chwili – wiem to po szkodzie – powinienem był przerwać połączenie, niestety, nie zrobiłem tego, i teraz pozostaje mi pluć sobie w brodę.

By uniknąć nieporozumień: w całej rozmowie (która trwała ponad pół godziny, więc i tak było z niej co wyrywać z kontekstu) nie powiedziałem niczego, co kazałoby dziennikarzowi wysnuć wniosek zawarty w tytule. Nie, nie uważam, iż zmiana wyglądu obojga (lub któregokolwiek z dwójki) polityków wywołana jest poczuciem winy. Informacja z tytułu, niestety, przezornie podana została przez redakcję bez mojego nazwiska: zamiast tego opatrzono ją określeniem („psycholog”), które w dalszej części artykułu mojemu nazwisku towarzyszy. W efekcie przeciętny czytelnik to mi przypisze autorstwo wspomnianego zdania. Taki zabieg, w teorii retoryki nazywany implikaturą (ciekawym, co dokładnie oznacza to pojęcie, polecam świetny tekst z bloga Errovenisanie Implikatura jako użyteczna forma manipulacji językowej, opracowany na bazie wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z ostatniej kampanii prezydenckiej) sprawia, że w umyśle odbiorcy powstaje wrażenie, że coś zostało przeze mnie powiedziane, ale kryje redakcję, gdybym wytoczył jej proces o włożenie mi do ust nie moich słów. Bo w końcu gdzie wprost napisano, że to moje usta?

Na jedno z kolejnych pytań: „Czy zdarza się, że ludzie nieszczęśliwi czasami zaniedbują wygląd?”, odpowiedziałem dziennikarzowi twierdząco (nawiasem mówiąc, odpowiedziałbym twierdząco także, gdyby pytanie brzmiało: „Czy ludzie szczęśliwi czasami zaniedbują wygląd?” – w końcu prawie każdy może mieć dzień bez porannego golenia czy wizyty u fryzjera), co na końcu tekstu dało asumpt drugiej, równie absurdalnej implikaturze. Tekst sugeruje (ale, przy bliższym wczytaniu się, wciąż tylko sugeruje), że twierdzę, iż Kluzik-Rostkowska i Poncyljusz są nieszczęśliwi. Nie muszę chyba wspominać, że zdanie, które redaktor usłyszał ode mnie jako jedno z pierwszych: że o powody utrzymania zarostu czy zmiany uczesania najlepiej zapytać samych bohaterów artykułu, już się oczywiście w tekście nie znalazło.

Wczoraj SuperExpress wylał na Joannę Kluzik-Rostkowską i Pawła Poncyljusza – dwójkę polityków, z którymi nie we wszystkim się zgadzam, ale których cenię i do których (co na naszej scenie politycznej stanowi spory ewenement) żywię szacunek – wiadro pomyj. Czy tego chcę, czy nie, moje nazwisko pływa w tym wiadrze na wierzchu. W tym miejscu chcę za to i panią Joannę, i pana Pawła (jesli tu kiedykolwiek zajrzą) przeprosić.

Za pokutę obiecuję z SuperExpressem obiecuję więcej nie rozmawiać.

Kultura, demokracja i podatki

Na portalu gazeta.pl tekst o tym, jak Grzegorz Gauden potępił list, w którym szefowie poznańskich instytucji kulturalnych ogłosili, że popierają wiceprezydenta Sławomira Hinca, potępionego przez „czołowe polskie elity” (w tym Janusza Palikota) za potępienie artystów poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, którzy z kolei potępieni zostali przez Hinca za to, że poparli Palikota. Sam spór, mimo zagmatwania i szkatułkowości godnej Potockiego i Boccaccia, okazuje się przy bliższym spojrzeniu kolejnym konfliktem politycznym między zwolennikami PiS i PO, więc na artykuł nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie nietuzinkowa wypowiedź jednego z drugoplanowych aktorów spektaklu:

Paweł Szkotak, szef Teatru Polskiego, jest jedynym dyrektorem miejskiej instytucji kultury, który nie podpisał się pod listem. – Głęboko nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że „kultura finansowana ze środków publicznych winna być apolityczna” – mówi. – Uważam, że takie żądanie wobec teatru jest po pierwsze, żądaniem absolutnie antydemokratycznym, a po drugie, żądaniem nie do spełnienia.

Też uważam, że to żądanie nie do spełnienia: nie pamiętam, by kiedykolwiek istniał kraj, w którym większość artystów byłaby apolityczna i nie podlizywała się władzy w trosce o mecenat, dotacje i inne synekury. Oczywiście, dla jednych źródłem łatwej kasy może być władza centralna (Palikot, PO), dla innych lokalna (wiceprezydent) – zasada wszak pozostaje od wieków sama: mało który artysta ma tyle talentu, by utrzymać się z tego, co kupią od niego ludzie za swoje własne pieniądze – dlatego tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na apolityczność.

Jeszcze większy mam jednak problem z przywołaną przez pana dyrektora demokratycznością. Nie pamiętam bowiem, by kiedykolwiek zapytano w referendum Polaków o to, czy chcą, by im politycy i urzędnicy zabierali minimum jedną piątą (bardziej pracowitym: jedną trzecią) pensji (o vacie, akcyzie i innych daninach nie wspomnę), po to, by z tych pieniędzy utrzymywać teatry. Teatry, dodajmy, do których i tak chodzą głównie ci, których byłoby na to stać nawet wtedy, gdyby bilety były niedotowane. Dzięki polityce kulturalnej państwa do ich rozrywek dokładać muszą się tymczasem nawet ci, których – m.in. z uwagi na wysokość podatków w Polsce – często nie stać na własne mieszkanie.

Decyzje o tym, na co przeznaczać wyciskane z co pracowitszych obywateli pieniądze, podejmują w Polsce nie sami obywatele, a politycy. Podejmują je kierując się oczywiście nie dobrem obywateli (gdyby tak było, mielibyśmy w Polsce więcej autostrad niż dotowanych instytucji kultury), lecz swoim własnym interesem (artyści to trudna do zlekceważenia grupa nacisku, z dostępem do ogólnopolskich i zagranicznych mediów), bez względu na to, czy tym, którzy ich wybrali, się to podoba, czy nie. Sami wyborcy są ubezwłasnowolnieni przede wszystkim przez brak kontroli nad ustawami, które uchwala się w Sejmie (nie ma w Polsce narzędzi, które, jak w Szwajcarii, wymuszałyby zatwierdzanie w referendum każdej uchwalonej ustawy, której przeciwnicy zbiorą określoną liczbę podpisów) i brak rzeczywistej inicjatywy ustawodawczej (opcji zbierania 100 tysięcy podpisów pod projektem, który i tak musi przejść przez Sejm, gdzie będzie miał taki sam status, jak projekt pierwszych lepszych 15 posłów). W większości stanów USA (w tym np. w Kalifornii) każdy może zgłosić projekt ustawy, czy nawet zmiany konstytucji, jeśli tylko zbierze wymaganą liczbę podpisów. Projekt ten nie wędruje jednak do parlamentu, lecz przy najbliższych wyborach poddany zostaje pod głosowanie w referendum. Jeśli przejdzie w głosowaniu, z automatu staje się prawem bez względu na to, co myśli o nim lokalny Kongres czy gubernator, i nie może być w przyszłości zmieniony przez parlament bez wyrażonej w kolejnym referendum zgody obywateli. I to można nazwać demokracją.

Tymczasem w Polsce ubezwłasnowolnienie wyborców oraz monopolizacja sceny politycznej przez cztery partie-korporacje sprawiają, że obywatelowi przy urnie pozostaje tylko jeden rodzaj decyzji: wskazanie złodzieja, przez którego woli być okradany przez następne cztery lata. I oczywiście na ogół wybiera tego, którego mniej nie lubi, ciesząc się naiwnie, że oto dostał możliwość demokratycznego wyboru.

A jeśli komuś taki los nie pasuje, zawsze może wyemigrować do kraju, w którym obywatel ma więcej do powiedzenia (lub przynajmniej mniej do stracenia, jeśli zechce płacić legalnie podatki), bądź przejść na drugą stronę mocy: zostać politykiem, urzędnikiem lub artystą, i samemu zacząć zarabiać na durnych podatnikach.

Psychologia fanklubu

Krótka rozmowa (w trzech aktach) z dzisiejszego Hyde-Parku (Polskie Radio Program 4) o fanklubach, ich genezie oraz mechanizmach psychologicznych, które stoją za tym, że fani i antyfani zjawisk wszelakich skrzykują się właśnie w internecie. Ostatnia odsłona o tym, kiedy pasja przeradza się w obsesję lub uzależnienie i w jaki sposób sobie z taką sytuacją radzić:

[audio src="http://90plan.ovh.net/~lysakows/media/fanklub.mp3"]

Niezwykłe badania

Często i chętnie śmiejemy się z dziwacznych eksperymentów naukowych, których zastosowania nie potrafimy sobie wyobrazić, a w które mimo to jakiś badacz zainwestował swój czas i siły (a jego placówka naukowa lub sponsor czasami także pokaźne fundusze), często nie licząc na nic poza zaspokojeniem własnej ciekawości i szansą na IgNobla. Do anegdot przeszły już badania nad pechem, rolą trzynastki, korelacjami między znakami zodiaku i cechami osobowości oraz wpływem przeciągu na wrażenie, że dom jest nawiedzony przez ducha, eksperymenty Francisa Galtona nad zaparzaniem herbaty czy wreszcie badanie, w którym brytyjski psycholog Richard Wiseman postanowił ustalić, jaki jest najśmieszniejszy dowcip świata (i uzyskał nader dyskusyjny wynik).

Śmiejemy się, nie zdając sobie sprawy z tego, że wnioski z pozornie nawet najbardziej dziwacznego eksperymentu wcale nie muszą być błahe. Niejedno z tych badań pozwoliło bowiem zaobserwować dotąd nieznany absurd w ludzkim zachowaniu lub wyjaśnić jakieś już wcześniej zaobserwowane, jednak dotąd niewyjaśnione zjawisko. Najważniejszy jednak w „dziwnych” badaniach jest fakt, że nawet najbardziej odjechane z nich pomagają nam, ludziom, dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, otwierają nam nowe horyzonty – i oczy na fakt, jak niezwykłym jesteśmy gatunkiem.

O tym wszystkim opowiada Wiseman w swej „Dziwnologii” – wydanym właśnie przez W.A.B. błyskotliwym kompendium niecodziennych eksperymentów, któremu poświęciła swój program (i rozmowę ze mną) dziś Hanna Zielińska:

[audio src="http://90plan.ovh.net/~lysakows/media/dziwno.mp3"]

Jedzenie od kuchni

Dawno nie byłem już w programie tak lekkim i przyjemnym, jak wczorajsze „Zostaw wiadomość” (Program 4 Polskiego Radia). Z Tomkiem Kosiorkiem i Moniką Walecką rozmawialiśmy o tym, co w życiu najsmaczniejsze, oraz o tym, jak to zrobić…


Dziwna poprawka

Nowa ustawa o ewidencji ludności miała znieść obowiązek meldunkowy i ogólnie ograniczyć wtrącanie się państwa w to, gdzie i jak długo przebywa obywatel. Jak donosi na Twitterze Mariusz Kamiński, obiecanki, jak to zwykle w przypadku PO, były ciut na wyrost:

Wlasnie przeszla dziwna poprawka w ust. o ewidencji ludnosci. Teraz trzeba bedzie zglaszac do urzedu chec wyjazdu z kraju na dluzej niz 6 mcy.

Zastanawiam się, po co. Toż przecież nie w celu – jak mi na Facebooku zasugerował Andrzej Kozicki – podwójnego opodatkowania. Gdyby ktoś nie wiedział, obywatel w Polsce już jest bowiem podwójnie opodatkowany: PIT-em i VAT-em. Ze składkami ZUS i NFZ oraz kilkoma rodzajami akcyzy (którą płacimy nawet nie pijąc, nie paląc i nie jeżdżąc samochodem – wystarczy, że jedzenie, które kupimy w sklepie, jeździ) wyjdzie nawet poczwórnie: Janusz Korwin-Mikke wyliczył kiedyś, że przeciętny Polak w podatkach pośrednich i bezpośrednich oddaje państwu ponad 80 proc. zarobków. Gdyby to podwoić, wyszłaby danina w wysokości 160 procent przychodu, więc zapewne trzeba by wracającym z zagranicy nie tylko odbierać wszystko, co mają przy sobie i na kontach, ale i nerki wycinać.

Jak mówimy o UE

Rząd, VAT i język dyskursu o Unii – to tematy poniedziałkowego „Słowotoku” u Cezarego Łasiczki. Zaczęło się niewinnie, od zabawnych tytułów w „Naszym Dzienniku”, a końcem końców wyszedł jeden z najsmutniejszych programów, w jakich kiedykolwiek wystąpiłem w TOK FM: