Wrzesień 2010 - archiwum

Public relations na Wiejskiej

Moje przemyślenia na temat przeprowadzki premiera do gmachu Sejmu, które opublikowały wczoraj TOK FM i gazeta.pl. Fragmenty tradycyjnie opatrzone unikalnym (tylko tu dostępnym) dodatkowym komentarzem:

Donald Tusk planuje od najbliższego posiedzenia Sejmu do końca roku urzędować w gabinecie sejmowym na Wiejskiej, a nie w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. – To jest po prostu informacja, która nie podniesie w żaden sposób notowań premiera czy PO – uważa Tomasz Łysakowski, ekspert ds. marketingu politycznego. [Wiem, wyszło mi dość kategorycznie - ale nie oszukujmy się, notowania PO dawno już przestały być bezpośrednio zależne od kolejnych posunięć błyszczącego medialnie szefa rządu. Znacznie mocniej wpływają na nie dziś kolejne odcinki seriali "Palikot Forever After" czy "Wszyscy ludzie Jarosława".]

W połowie przyszłego tygodnia premier Donald Tusk przeprowadza się [tak, właśnie w ten sposób to początkowo ogłoszono!] do jednego z gabinetów sejmowych po to, by pilnować prac nad 40 rządowymi projektami ustaw, które trafiły do Sejmu. – Pomijając posiedzenia Rady Ministrów codziennie będę w Sejmie, także będziecie mogli monitorować moje działania na rzecz pracy nad pakietem ustaw. To jest dla mnie naprawdę śmiertelnie poważne zadanie. Do Gwiazdki zdążymy z większością projektów – mówił w sobotę dziennikarzom premier. Później sprecyzował, że na Wiejskiej będzie pojawiał się tylko w czasie posiedzeń Sejmu (czyli kilka razy w miesiącu). [Jedno wystąpienie i dwie wykluczające się wersje tego, co pan premier będzie robił... Gdyby to była konferencja Kaczyńskiego, mielibyśmy w mediach powtórkę z rozrywki po "Nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe" - ale na szczęście Donald Tusk z mediami żyje dobrze...]

- Polacy już się przyzwyczaili do PR-owskich zabiegów premiera – ocenia Tomasz Łysakowski, ekspert ds. wizerunku politycznego. – W tym momencie przeprowadzka premiera do Sejmu to jest po prostu informacja, która nie podniesie w żaden sposób notowań premiera czy PO, chyba że jakieś niesamowite ustawy będą wychodzić z Sejmu pod wpływem tego, że premier się tam znajdzie – uważa ekspert.

Przenosiny premiera na Wiejską związane są z tzw. jesienną ofensywą legislacyjną PO, którą Donald Tusk zapowiedział jeszcze na wakacjach. Do końca listopada Platforma chce uchwalić rekordową liczbę ponad 40 ustaw. [Do tej rewelacji podejdę, jak mój biblijny imiennik: uwierzę, gdy zobaczę] (…)

Tomasz Łysakowski zwraca uwagę, że do opinii publicznej przedarło się hasło opozycji i niektórych mediów, że „rząd nic nie robi”. Wyborcy uwierzyli jednak, że rząd zacznie reformować państwo, gdy prezydentem zostanie Bronisław Komorowski. [Niestety, w tekście nie zmieściła się uwaga, że pierwszych reform, podwyższających rekordowe i tak podatki, doczekali się Polacy nader szybko] Teraz premier musi udowodnić, że jego rząd coś robi, stąd decyzja, by częściej pojawiać się w Sejmie. – Ten zabieg nie będzie źle odebrany, choć to zależy też od tego, jakie konkretnie ustawy przejdą – podkreśla Łysakowski.

Szariat w Zjednoczonym Królestwie

Wolność słowa zawsze miała swoją cenę. Choć nie zawsze była to cena aż tak wyśrubowana, jak dziś na Zachodzie. Na przykład w Stanach Zjednoczonych za samą zapowiedź spalenia Koranu trzeba dziś zapłacić władzom 180 000 dolarów bez względu na to, czy obietnicę się spełni, czy nie. Amerykanie pocieszają się jednak, że to i tak nic w porównaniu z rządzoną wedle praw szariatu Wielką Brytanią, gdzie za (nawet domniemane) spalenie świętej księgi muzułmanów ląduje się za kratkami:

Brytyjska policja zatrzymała sześć osób podejrzanych o podżeganie do nienawiści rasowej po pojawieniu się w internecie nagrania wideo, na którym widać grupę mężczyzn podpalających coś, co wygląda na egzemplarze Koranu.
– Zatrzymań dokonano po domniemanym spaleniu dwóch egzemplarzy Koranu w Gateshead (północny wschód Anglii) 11 września – powiedział rzecznik policji z Northumbrii. – Incydent ten zarejestrowano na wideo i rozpowszechniono w Internecie. (…)
Na nagraniu zamieszczonym na YouTube widać, jak sześciu młodych mężczyzn o twarzach zasłoniętych kapturami lub szalami leje benzynę na książkę i podpala ją, a następnie to samo robi z drugą książką.
Jeden z filmowanych mężczyzn na widok spalenia pierwszej książki wykrzykuje radośnie: „11 września, międzynarodowy dzień palenia Koranu!” i „Za chłopaków w Afganistanie!”.
Policja z Northumbrii podała, że pierwszych dwóch mężczyzn zatrzymano 15 września, a czterech następnych 22 września.

Nie ma na razie informacji, czy – w wypadku wyroku skazującego (który, biorąc pod uwagę obecność nagrań, wydaje się niemal pewny) – zbrodniarze zostaną przekazani władzom Afganistanu, czy też do ukamienowania (pierwszego w nowożytnej historii Wielkiej Brytanii!) dojdzie na miejscu.

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które znajdziemy na okładce, książka nie traktuje o żadnej nowej dyscyplinie naukowej, a tym bardziej paranaukowej. Przeciwnie, przy bliższych oględzinach okazuje się być sprawnie napisaną antologią mało znanych, za to często bardzo ważnych badań z zakresu psychologii.

Opisane eksperymenty w oczach autora (i zapewne także większości czytelników) mają jedną wspólną cechę: ludziom, którzy pierwszy raz o nich usłyszą, na ogół wydadzą się „dziwne”: wydumane, naciągane, niepotrzebne, przekombinowane czy odjechane (wiele z opisanych eksperymentów otrzymało IgNoble’a, inne miałyby na niego wielkie szanse, gdyby jurorzy nagrody się o nich dowiedzieli). Oczywiście, nie znaczy to wcale, że badania te były niepotrzebne: znaczna ich część podważa nasze codzienne wierzenia i utrwalone sądy o świecie, zwłaszcza jeśli dają wyniki, których nie tylko nikt się nie spodziewa, ale które nawet mało kto potrafi wytłumaczyć.

Jedno z takich badań Wiseman przeprowadził osobiście na zlecenie Brytyjskiego Towarzystwa Krzewienia Nauki (BAAS) w 2001 roku. Dotyczyło astrologii finansowej, młodej paradyscypliny, która cieszyła się wówczas w UK sporym zainteresowaniem graczy giełdowych. Według jej twórców i promotorów, przyszłość przedsiębiorstwa, tak jak i przyszłość człowieka, zapisano w gwiazdach. Odpowiednio przeszkolony astrolog może (posiłkując się datą i godziną założenia spółki oraz rozmaitymi ascendentami) ten zapis odczytać i przewidzieć na jego podstawie bliższą i dalszą przyszłość firmy, także na rynku papierów wartościowych.

Weisman postanowił sprawdzić, jaką rzeczywistą skuteczność mają tego rodzaju przepowiednie. Zaprojektowane przez niego badanie miało porównać trafność, z jaką ruchy na giełdzie i przyszłe zyski przewidywać będą: profesjonalny astrolog finansowy, uznany doradca inwestycyjny i czteroletnie dziecko. Każdy z uczestników badania miał otrzymać 5 000 funtów, które następnie miał zainwestować na giełdzie zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą, tak by uzyskać jak najwyższe zyski. Po tygodniu planowano przeliczyć wartość aktywów i wyłonić zwycięzcę: gracza, który uzyskał najlepszy wynik finansowy.

Jeszcze przed rozpoczęciem właściwego badania pojawił się jednak mały problem – ale oddajmy głos Weismanowi:

Niełatwo znaleźć astrologa gotowego do wzięcia udziału w tego rodzaju badaniu. Znaczna większość nie ma ochoty na poddanie swoich przewidywań testowi, a pozostali rzadko zgadzają się na warunki typowe dla eksperymentu naukowego. W tym przypadku po wykonaniu kilkudziesięciu telefonów znaleźliśmy kobietę zawodowo zajmującą się astrologią finansową, która przyjęła wyzwanie. Jak wyjaśniła, nasz projekt wydał jej się okazją do dobrej zabawy.

Chętny do sprawdzenia swych umiejętności analityk inwestycyjny znalazł się znacznie szybciej (wystarczyło kilka telefonów). Trzecim uczestnikiem została czteroletnia córka znajomej Weismana, Tia. Po skompletowaniu uczestników rozpoczęto właściwy eksperyment:

Każdy z uczestników mógł zainwestować pieniądze w dowolną ze stu największych firm notowanych na brytyjskiej giełdzie papierów wartościowych. Po drobiazgowej analizie dat utworzenia przedsiębiorstw pani astrolog szybko zdecydowała się na akcje kilku spółek z różnych branż, między innymi telekomunikacyjnej i zaawansowanych technologii (Vodafone, Emap, Baltimore Tech i Pearson). Profesjonalny inwestor, czerpiąc z bogatego siedmioletniego doświadczenia zawodowego, postawił na branżę telekomunikacyjną (Vodafone, Marconi, Cable & Wireless i Prudential).
Chcieliśmy, aby Tia wskazała swoje typy w sposób całkowicie losowy. Dziewczynka chętnie zgodziła się na zmyślną metodę wyboru, w której wykorzystaliśmy drabinę i wielką płachtę papieru. W rezultacie 15 marca 2001 roku o godzinie jedenastej pięćdziesiąt pięć znalazłem się na szczycie niemal dwumetrowej drabiny w marmurowym holu Barclay’s Stockbrokers. Poniżej czekali cierpliwie Tia i niewielka widownia złożona z czołowych brytyjskich inwestorów. Jedną ręką trzymałem się kurczowo drabiny, w drugiej dzierżyłem sto maleńkich karteczek papieru; na każdej z nich znajdowała się nazwa jednej z firm. Równo z wybiciem dwunastej podrzuciłem wysoko w powietrze karteczki, które zaczęły opadać, wirując, ku ziemi. Tia złapała cztery z nich i podała je swojej mamie, która ogłosiła, że jej córka zainwestuje pieniądze w znany bank (Bank of Scotland), konsorcjum popularnych napojów (Diageo), grupę świadczącą usługi finansowe (Old Mutual) i jedną z największych sieci supermarketów (Sainsbury). Widzowie zaczęli bić brawo, a Tia dygnęła przed niewielką, choć przyjaźnie nastawioną widownią.

Badanie było zabawne i sympatyczne, kiedy jednak po pewnym czasie jedna z wiodących brytyjskich firm inwestycyjnych, Barclay’s Stockbrokers, dokonała wyceny tych portfeli, wszystkim poza Tią mocno zrzedły miny:

Po upływie tygodnia (…) sprawdziliśmy [po raz pierwszy] wyniki. Przez kilka poprzednich dni na giełdzie występowały wyjątkowo silne zawirowania, a obroty sięgające miliardów dolarów obniżyły drastycznie wartość największych koncernów na świecie. Co ciekawe, krachu nie przewidział żaden z naszych ekspertów, nic zatem dziwnego, że cała trójka straciła część pieniędzy. Najgorzej poszło specjalistce od astrologii finansowej, której przepowiednie oparte na układzie planet doprowadziły do straty wynoszącej 10,1 procent. Zawodowy inwestor zajął drugie miejsce z stratą 7,1 procent, a na czele stawki znalazła się Tia, której portfel skurczył się zaledwie o 4,6 procent. (…)
Ponieważ tydzień to w świecie finansów niezbyt odległa perspektywa, postanowiliśmy kontynuować eksperyment przez następny rok. Kolejnych dwanaście miesięcy okazało się trudnym okresem dla światowych finansów – indeks giełdowy spadł o 16 procent. Niemal rok po pierwszym eksperymencie poprosiliśmy Barclay’s Stockbrokers o ponowne obliczenie wartości portfeli trójki uczestników. Tym razem różnice okazały się jeszcze większe. Zawodowy inwestor stracił 46,2 procent funduszy. Specjalistka od astrologii finansowej poradziła sobie znacznie lepiej, choć i ona zanotowała stratę – 6,2 procent. Pierwsze miejsce ponownie zajęła Tia, której mimo powszechnych spadków udało się uzyskać 5,8 procent zysku.

Nie są to wyniki odosobnione. W 1993 szwedzki dziennik Expressen przydzielił pulę 1250 dolarów pięciu doświadczonym inwestorom i szympansowi o imieniu Ola. Pieniądze mogły zostać przeznaczone wyłącznie na akcje spółek notowanych na sztokholmskiej giełdzie papierów wartościowych. Inwestorzy wybierali firmy kierując się swą najlepszą wiedzą, Ola zdecydował, rzucając strzałkami w tarcze z nazwami spółek. Po miesiącu gazeta porównała zyski i straty uczestników: Ola uzyskał lepszy wynik niż którykolwiek z ludzkich uczestników. Pod wpływem tego i podobnych badań Frederic S. Mishkin jeden z rodziałów swego podręcznika „The economics of money, banking, and financial markets” zatytułował wprost „Should you hire an ape as your investment adviser?” („Czy powinieneś w roli doradcy inwestycyjnego zatrudnić małpę?”).

Te wyniki szokują. Przede wszystkim dlatego, że sugerują, iż potencjalny sukces na giełdzie jest odwrotnie proporcjonalny do wiedzy na temat rynku akcji. Gdyby brać je absolutnie poważnie, trzeba by uznać, że dla giełdowego gracza pójście do wróżki lub astrologa z pytaniem o to, w co zainwestować, jest (przynajmniej w aspekcie długofalowym) bardziej racjonalnym posunięciem niż pójście do analityka finansowego lub powierzenie swoich pieniędzy kierowanemu przez takich analityków funduszowi inwestycyjnemu. I że jeszcze racjonalniejsze będzie po prostu zapytanie o zdanie dziecka lub szympansa.

Kluczem jest prawdopodobnie losowość. Wybór dokonany przez astrologa ma większe szanse być wyborem losowym niż wybór dokonany przez analityka, bo ten pierwszy na ogół mniej wie o rynkach finansowych, niż ten drugi. Decyzja dokonana przez małe dziecko lub zwierzaka jest tymczasem już czysto losowa. Jeżeli w kolejnych eksperymentach okazuje się bardziej trafna (= przynosi większe pieniądze), niż wybory analityków i astrologów, oznaczać to może, że istnieje jakiś czynnik zakłócający, wystepujący u dorosłych ludzi i sprawiający, że dokonywane przez nich wybory mają mniejsze szanse przynieść zysk, niż wybory czysto losowe. Takim czynnikiem mogłaby być na przykład wiedza o funkcjonowaniu giełdy.

Przy bliższym spojrzeniu okazuje się jednak, że być może graczom wcale nie musiałaby szkodzić wiedza o tym, co dzieje się na giełdzie, tylko jej charakter. Być może szkodzi w grze giełdowej przede wszystkim ta wiedza, którą dzielimy z innymi grających (jeśli nie mamy żadnych dodatkowych informacji). Jeżeli bowiem przyjmiemy, że w swych racjonalnych wyborach gracze kierują się dostępnymi im w danej chwili informacjami, a informacje pochodzą na ogół z tych samych źródeł (głównie z mediów), musimy uznać, że wszyscy interesujący się giełdą gracze powinni en masse podejmować podobne decyzje. Robiąc tak, wpadają jednak w pułapkę: nie od dziś wiadomo, że na giełdzie prawdziwe pieniądze robi się nie na kupowaniu tego, co aktualnie kupują inni (i co z tego tylko powodu ma na ogół w tym momencie zawyżoną cenę), lecz na kupowaniu tego, co dziś wyprzedają, a co jutro znacznie drożej od nas kupią. Tylko skąd czerpać wiedzę o tym, na co jutro polecą inwestorzy?

Na pewno nie z mediów (a przynajmniej nie z tych mainstreamowych – bo nasi konkurenci, czyli ci, których musimy ograć, by wygrać, też mają do nich dostęp). Jeśli w środkach masowego przekazu pojawia się jakaś informacja (np. że dana firma podpisała korzystny kontrakt), dowiadują się o tym wszyscy. Tysiące drobnych ciułaczy i maklerów obracających większymi kwotami podejmuje potem łatwą do przewidzenia decyzję: kupuje akcje dobrze wspomnianej firmy. Być może na tym zarobią, być może nie, na pewno nie będą to jednak aż tak złoty interes, jaki w chwili, gdy wykupują wspomniane akcje, robi ich aktualny właściciel. Wcale nierzadko jest to ktoś, kto miał dostęp do wspomnianej informacji, zanim stała się ona publicznie dostępna.

Wiedza o tym, co się dzieje na giełdzie przynosi zatem swym posiadaczom korzyści tylko wtedy, gdy wybiega w przyszłość – lub po prostu gdy jest jest unikalna. Jeżeli już dziś mamy informacje, które inni giełdowi gracze będą mieli dopiero jutro, możemy uprzedzić ich krok i zarobić. Jeśli tak nie jest, nawet jeśli wydaje nam się, że mamy wszystkie możliwe informacje, jesteśmy tylko jednostką w równie dobrze poinformowanym stadzie i jako tacy podlegamy zachowaniom stadnym (czyli jednym słowem: to na nas zarobią). Oczywiście, w czasie hossy możemy zyskiwać na zachowaniach stadnych. Niemniej nigdy nie będzie to zysk porównywalny z zyskiem rekinów, które kontrolują przepływ informacji.

Nie ma przy tym znaczenia, jaki jest dokładnie charakter informacji, ani skąd ona pochodzi: czy od teścia bratowej – polityka lub urzędnika – który wie, kto za dwa tygodnie wygra intratny przetarg (bo sam już podjął decyzję, ale wciąż jej nie ogłosił), czy od kolegi, którego matka jest prezesem dużej spółki. Zasada jest jasna: informacja (przynajmniej dopóki nie opublikują jej gazety) rozchodzi się w społeczeństwie falowo: zawsze jest ktoś, kto ma ją przed innymi. I niewielu z tych, którzy dostaną przeciek, będzie się w stanie oprzeć pokusie jego wykorzystania. Oczywiście, wykorzystywanie informacji poufnych jest na większości giełd zakazane – sęk w tym, że dopóki akcjami danej spółki nie handluje jej prezes lub urzędnik zaangażowany w przetarg (względnie ich najbliższa rodzina i powinowaci), rzecz jest praktycznie nie do wyśledzenia.

Podsumowując: większość inwestorów giełdowych dysponuje porównywalną wiedzą, na skutek czego na swoich operacjach zarabia (lub – w trakcie bessy– traci) porównywalne, przeważnie niewielkie pieniądze. Prawdziwe interesy na giełdzie robią jednak nie ci, którzy z owczym pędem biegną tam, gdzie inni, lecz ci, którzy dziś wiedzą, gdzie jutro pobiegnie reszta. Oczywiście, dostępem do informacji, która dopiero w przyszłości stanie się publiczna, cieszy się tylko niewielu. Badania Wisemana i innych pokazują, że jeśli nie należymy do tego szczęśliwego grona, najlepszą strategią, jaką możemy przyjąć grając, są wybory czysto losowe. Te bowiem, w przeciwieństwie do posunięć doświadczonych analityków i inwestorów, bazujących na powszechnie dostępnych (także innym analitykom i inwestorom) informacjach, nie są przewidywalne. A skoro nie są przewidywalne, nie dają tak szerokich możliwości zarabiania tym, którzy wczoraj już znali kierunek, w którym jutro pobiegną stada maklerów.

Prokreacja jako obowiązek

Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym tygodniu władza rozpoczęła dyskusję o nowym podatku, tym razem od braku dzieci. Debatę zainicjował w „Fakcie” poseł Mieczysław Kasprzak (PSL) taką oto deklaracją:

Jesteśmy za podatkiem od bezdzietności. Nie może być tak, że ludzie, którzy wychowują dzieci dla społeczeństwa, ponoszą tego wielkie koszta (…), że w społeczeństwie nagradza się bimbających i myślących tylko o swej wygodzie, apartamentach, samochodach i wczasach!

Cóż, posłowi gratuluję objawienia, a Polakom posła. Z pozycji psychologii ewolucyjnej trudno wyobrazić sobie głupszą receptę na niski przyrost naturalny niż wbijanie ludziom do głowy, że posiadanie dzieci to obowiązek, który obywatel spełnia „dla społeczeństwa”. Przekonanie, że większości przedstawicieli homo sapiens sapiens chce się bezinteresownie robić cokolwiek „dla społeczeństwa” (oraz że można tę „chęć” wzmocnić przymusem państwowym), to tylko na pozór niewinna utopia. W praktyce to jedna z najniebezpieczniejszych bzdur, jakie kiedykolwiek wymyślono. Historia XX wieku (oraz pierwszego dziesięciolecia XXI wieku w krajach takich jak Korea Północna i Kuba) jasno pokazuje, że zmuszenie ludzi, by bezinteresownie i za darmo produkowali dla innych jakiekolwiek dobra (naczelna zasada, której do dziś hołdują socjaliści i komuniści) to najlepsza metoda, by doprowadzić każdy kraj do zapaści gospodarczej i głodu. Demografia zachodnich państw opiekuńczych ostatnich lat sugeruje, że metoda ta może znaleźć zastosowanie także przy wyludnianiu krajów rozwiniętych (jeżeli nie z biedniejszych imigrantów, to przynajmniej z bogatszych rdzennych mieszkańców)…

Z drugiej strony, nieudany eksperyment prohibicji w Stanach Zjednoczonych lat 20-tych i 30-tych, porażki rządów światowych w zmaganiach z handlem narkotykami i klęska rządu Chin w walce z przyrostem naturalnym we własnym kraju (czy wiecie Państwo, że mimo forsowanej od dziesięcioleci polityki jednego dziecka i znacznie gorszych warunków ekonomicznych, przeciętna Chinka ciągle rodzi więcej dzieci niż permanentnie zachęcana przez państwo, Kościół i urzędników do namnażania się Polka) dobitnie pokazują, że podobna reguła działa i w drugą stronę: wystarczy urzędowo zacząć coś zwalczać, by od razu zyskało to w oczach obywateli status zakazanego owocu – i stało się atrakcyjne. Zasada ta, znana już autorowi pierwszych rozdziałów Genesis (z małą poprawką: pierwsi rodzice wcale nie potrzebowali węża, by polecieć na zakazany owoc – byli ludźmi, więc na dłuższą metę wystarczyłby im sam zakaz), wyjaśnia dziś wiele na pozór niezrozumiałych zjawisk życia społecznego: od popularności niebezpiecznych używek poczynając, aż po fakt, że jesteśmy w stanie godzinami w internecie szukać filmu, jeśli akurat w danym momencie nie możemy go obejrzeć, gdyż na żądanie bohatera lub własciciela praw autorskich zdjęto go z YouTube’a.

Z obu zasad płynie jeden wniosek: człowiek z natury jest przekorny, zwłaszcza jeśli tego, kto chce go do czegoś namówić lub zmusić, uważa za głupszego od siebie. Pragniesz go czymś zainteresować? Wymyśl zakaz. Chcesz zniechęcić go do czegoś, co lubi robić? Powiedz mu, że ma to robić lub zacznij mu za to płacić (a potem nagle przestań). Ostatnia z metod ma szczególnie długą historię: dość wspomnieć że od wieków to przede wszystkim po nią sięga szkoła w celu zabicia w dziecku ciekawości świata. Nic dziwnego, że gdy państwo opiekuńcze zaczyna nakłaniać swych obywateli do posiadania potomstwa (zapewniając ich dodatkowo, że powinni to robić dla bliźnich, społeczeństwa i ludzkości), skutki mamy równie opłakane.

Od zarania dziejów ludzie chętnie płodzili i wychowywali dzieci, ale czynili to z bardzo wąsko rozumianego egoizmu: w interesie własnych genów. Jesteśmy – jako gatunek – owocem darwinowskiej ewolucji, która przez miliony lat zachodziła, bo jednostki lepiej przystosowane do panujących warunków pozostawiały po sobie więcej potomstwa. W efekcie, tak jak przedstawiciele każdego innego gatunku na naszej planecie, rozmnażamy się – często za wszelką cenę – w tylko jednym celu: by przekazywać dalej własne geny. DNA organizmów, które nie czuły pędu do namnażania się, w toku ewolucji wypadły z puli genowej. Niestety, natura poszła na skróty i geny, które zostały, częściej kodują rozwiązłość i skłonność do seksu z maksymalną liczbą partnerek (u mężczyzn) oraz chęć zdobycia stałego partnera i zgromadzenia środków na utrzymanie rodziny (u kobiet), niż prostą chęć posiadania dużej liczby zdrowych dzieci. Przez 99 procent historii naszego gatunku nie miało to znaczenia, bo do końca XIX wieku jedno i drugie dawało te same efekty. Tak czy owak, rozpowszechnienie środków antykoncepcyjnych i taniej, bezpiecznej aborcji sprawiło, że – przynajmniej na Zachodzie – seks i życie w parze w większości wypadków przestały bezpośrednio skutkować posiadaniem dzieci (ba, dzięki sztucznemu zapłodnieniu i technologii in vitro, płodzić własne, genetyczne dzieci można dziś bez udziału seksu). Miejscowo wywołało to taki a nie inny efekt demograficzny, który na dłuższą metę może zresztą dość ciekawie przełożyć się na skład genetyczny ludzkich populacji.

Steven Pinker zauważył kiedyś, że gdyby na plejstoceńskich sawannach rosły drzewa owocujące pigułkami antykoncepcyjnymi, po tysiącach lat ewolucji balibyśmy się ich widoku równie panicznie, co najbardziej jadowitych węży i pająków. Wystarczyłoby, żeby kobiety, które nie czuły strachu przed rośliną, zostawiały z pokolenia na pokolenie mniej potomstwa niż te, które drzewa unikały. Liczebność ludzkiej populacji zapewne spadłaby wkrótce po pierwszym zetknięciu się z rośliną, niemniej po jakimś czasie mutacja w DNA kodująca fobię (lub, początkowo, choćby niewielką niechęć do drzewa, jego koloru lub smaku owoców) zdobyłaby przewagę, po czym populacja szybko odzyskałaby starą liczebność.

Z tych samych powodów, a wbrew obawom czarnowidzów, i dziś – mimo załamania demograficznego na Zachodzie – ludziom w tej części świata nie grozi wymarcie. Zmiana kulturowa w odniesieniu do liczby dzieci, jaka ostatnimi czasy stała się udziałem społeczeństw zachodnich, może co najwyżej sprawić (a i to tylko przy założeniu, że rozciągnie się przynajmniej na kilkaset lat), że z puli genowej naszego gatunku znikną geny kobiet kształcących się i pracujących w najlepszym okresie reprodukcyjnym (czyli wtedy, gdy te ewolucyjnie sprytniejsze zajmują się rozmnażaniem) i geny mężczyzn, którzy wolą dmuchaną lalę od seksu bez zabezpieczeń z kobietą w wieku reprodukcyjnym. Zastąpią je geny osobników wcześnie podejmujących współżycie, niechętnych środkom antykoncepcyjnym oraz tych, dla których brak stałej pracy i utrzymywanie się z tego, co państwo (w Polsce mimo wszystko i tak niezbyt hojne w porównaniu z prawdziwym Zachodem) da na dzieci, to lepszy sposób na życie niż ciężka harówka i płacenie podatków na cudze bachory.

A nowy podatek? Oczywiście, przyrostu demograficznego nie zwiększy, tak jak nie zwiększyło go becikowe (i tak jak nadchodząca obniżka zasiłku pogrzebowego nie zredukuje liczby zgonów) – gdyż większość ludzi nie robi dzieci po to, by na tym zarobić. Ba, aktywizowanie im aspektu finansowego w tym kontekście to najgorszy z możliwych pomysłów: posiadanie dziecka kosztuje przecież znacznie więcej, niż wszystkie dodatki, ulgi, becikowe i niezapłacone bykowe razem wzięte.

A co do samych słów posła i posłanki, nie znaleziono jeszcze w przyrodzie stworzenia, które rozmnażałoby się po to, by mu było na starość lepiej (za to opisano wiele gatunków, u których proces mający na celu spłodzenie potomstwa prowadzi do śmierci rodzica – by wspomnieć choćby samca modliszki), ani takiego, które mnożyło by się po to, by dogodzić niespokrewnionym ze sobą przedstawicielom swego gatunku czy też jakiemuś abstrakcyjnemu „społeczeństwu”. Czy nam się to podoba, czy nie, dzieci robimy wyłącznie dla siebie i swoich genów – a jeśli ich nie robimy, to tylko nasz (i naszych genów) problem.

Konfiskatą w korupcję

Bułgaria już wkrótce będzie miała prawo antykorupcyjne, o którym Polacy mogą tylko pomarzyć:

Majątek osób publicznych w Bułgarii, który nie został zadeklarowany w ich oświadczeniach, będzie skonfiskowany – informuje wtorkowa prasa, powołując się na minister sprawiedliwości Margaritę Popową.

Minister przedstawiła założenia nowego prawa antykorupcyjnego, uzgodnione z Europejską Komisją „Do Demokracji przez Prawo” (…). Ustawa obejmie około 7 tys. osób publicznych – polityków i wysokich urzędników, zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych. (…)

Nowa ustawa dotyczyć będzie też tych wszystkich, którym zarzuca się konflikt interesów, uzyskanie korzyści z działalności przestępczej lub pranie pieniędzy.

Ale najważniejsze na koniec:

Do konfiskaty majątku będzie można przystąpić po wniesieniu aktu oskarżenia do sądu, a nie – jak dotychczas – po wydaniu prawomocnego wyroku.

Cóż, w praworzadnym państwie Rycha i Grzecha takie łamanie praw człowieka nigdy by nie przeszło. O dziwo jednak, w przypadku Bułgarii przyklasnęła mu Komisja Europejska. Choć swoją drogą pamiętajmy jednak, że Bruksela takiej Platformy (więc pewnie i jej odpowiedników w innych krajach Europy Wschodniej) raczej nie lubi: dość wspomnieć, że blokuje Tuskowi kontrakt gazowy z Rosją, i to z najbardziej chyba błahego powodu, jaki można sobie wyobrazić siedząc w polskim rządzie: szkód, jakie kontrakt przyniesie polskim interesom narodowym.

A wracając do dywagacji science fiction, gdyby kiedyś podobne rozwiązanie wprowadzono jednak w naszym kraju, rozciągając je dodatkowo wstecz (powiedzmy, do momentu, w którym pojawił się w Polsce wymóg składania oświadczeń – czy choćby do pierwszej Polisy Kwasniewskich), może nie trzeba było już nowych podatków… Kto wie, czy naród nie utrzymałby się ze swych polityków…

Tragedia, empatia i anonimowość

Po raz dziewiąty zbliża się rocznica największej tragedii w najnowszej historii Ameryki, tragedii, na którą w mniej niż pół roku po katastrofie w Smoleńsku, spojrzymy w Polsce zapewne nieco inaczej niż dotąd. 11 września 2001 r. terroryści islamscy zaatakowali World Trade Center. Zamach przeszedł do historii jako najbardziej krwawy (blisko 3 tysiące zabitych i ponad 6 tysięcy rannych) atak terrorystyczny w historii Ameryki, miał również szerokie reperkusje międzynarodowe: zaowocował zaostrzeniem amerykańskiej polityki granicznej w ramach tzw. wojny z terroryzmem oraz inwazją na Afganistan (i, nieco później, także na Irak). W konsekwencji przedłużającej się wojny domowej w obu krajach, liczba ofiar, które w sposób pośredni możemy przypisać zamachowi, dawno już przekroczyła milion (i wciąż rośnie wraz z każdym zabitym żołnierzem sił międzynarodowych). Do tego jednak szybko zdążyliśmy się przyzwyczaić, oglądając codzienne serwisy informacyjne. Ba, zamachy, do których po kilka razy w tygodniu dochodzi w Afganistanie (czy w innych zapalnych punktach świata, takich jak choćby Izrael i Palestyna), już nam się na tyle opatrzyły, że media nawet niespecjalnie palą się, by donosić o kolejnych, poza wypadkami, gdy akurat zginie jakiś Polak.

W tym ostatnim wypadku zwykle kończy się anonimowość ofiary. W mediach szybko pojawiają się drobiazgowe relacje z miejsca śmierci i z domu rodzinnego ofiary w Polsce, dzięki którym poznajemy drogę życiową zmarłego i mamy swój udział w bólu, który stał się udziałem rodziny i najbliższych. Niepostrzeżenie zmienia to zupełnie naszą percepcję tej konkretnej tragedii.

Nie bez przyczyny. Na poziomie poznawczym umysł ludzki potrafi operować na wielkich liczbach, ale nasz system emocjonalny nie bardzo sobie z nimi radzi. Hekatomby z ogromną liczbą ofiar to dla większości po prostu statystyki. Gdy dowiadujemy się, że gdzieś zginęło ileś osób, na ogół niespecjalnie nas to przejmuje. Czy tego chcemy, czy nie, nawet największe liczby nie robią na nas wrażenia, dopóki ktoś lub coś nie pomoże nam poznać tych, którzy zginęli. A nie poznamy ich, dopóki nie zobaczymy ich twarzy, nie poczujemy z nimi wspólnoty (bez znaczenia, czy będzie to wspólnota narodowa, etniczna, czy ogólnoludzka), nie wyobrazimy sobie przerażenia, jakie czuli w chwili śmierci i nie zobaczymy bólu ich bliskich.

W relacjach medialnych nastręcza to czasami niemałych problemów. Sztuką jest sprawić, by ofiary tragedii (zwłaszcza tragedii masowej) były odbierane przez widzów nie jako elementy smutnej, lecz anonimowej statystyki, ale jako osoby z krwi i kości. Weźmy choćby przykład holokaustu: kiedy słyszymy o 9 milionach żydowskich ofiar III Rzeszy, pierwsze, co się narzuca, to ogromna, niewyobrażalna liczba, właśnie przez swój ogrom dla większości zbyt abstrakcyjna, by wstrząsnąć emocjami. Kiedy jednak dowiadujemy się czegoś więcej o osobach takich, jak Petr Grinz (młody praski geniusz, który między 8 a 15 rokiem życia napisał pięć powieści, zaś w wieku 16 lat, już w obozie w obozie koncentracyjnym w Terezinie, opracował słownik czesko-esperancki, po czym zginął w komorze gazowej w Oświęcimiu), Anne Frank (autorka pisanych w ukryciu pamiętników, zmarła w wieku 15 lat w obozie koncentracyjnym) czy Bruno Schulz, odczuwamy autentyczny żal, smutek, a czasami nawet chęć zemsty na pośrednich i bezpośrednich sprawcach ich śmierci.

To zresztą było przyczyną, dla której kwietniowa katastrofa smoleńska wywołała takie poruszenie i dla której długo będzie obecna w polskim dyskursie politycznym. Gdy rozbije się zwykły samolot pasażerski z blisko stu osobami na pokładzie, cierpią rodziny i najbliżsi, zaś media i obywatele całego kraju solidaryzują się z nimi przez kilka dni lub tygodni, ale potem wszyscy prócz najbliższych szybko zapominają – bo przychodzą nowe, nie mniej wstrząsające newsy o innych osobach, których nie znamy. Dla szarego widza każda informacja o dalszej lub bliższej katastrofie ma charakter mniej lub bardziej abstrakcyjny. Nie zna ofiar, więc mają one dla niego charakter anonimowy. Tymczasem w przypadku tragedii smoleńskiej anonimowych ofiar prawie nie było: nie wszyscy politycy, którzy znaleźli się na pokładzie Tu-154 byli lubiani i popularni, wystarczyło jednak, by Polacy znali ich z widzenia, by ich śmierć automatycznie przestała być anonimowa. Na skutek tego Smoleńsk stał się czymś na kształt polskiego World Trade Center: nie tylko w chwili samego zdarzenia niemal nikogo nie pozostawił obojętnym, ale i dziś, po pięciu miesiącach, wciąż rozpala emocje i kształtuje linie podziałów politycznych.

Podobnie, co ciekawe, w Stanach Zjednoczonych, ma się dziś rzecz z zamachami z 11 września. Dziewięć lat po zdarzeniu, wciąż nie cichną kontrowersje. Największe wzbudza aktualnie plan wybudowania w bezpośrednim sąsiedztwie zburzonych wież gigantycznego meczetu Cordoba Center. Według projektodawców miałby on promować porozumienie między religiami. Przeciwnicy budowy (którzy mają za sobą większość amerykańskiej opinii publicznej) widzą sprawę nieco inaczej: według nich rzeczywistym celem powstania meczetu ma być upamiętnienie największego triumfu, jaki religia proroka odniosła nad „niewiernymi” na ziemi amerykańskiej, projekt zatem to nic więcej niż policzek wymierzony amerykańskim chrześcijanom. Jak widać, spory o symbole religijne nie tylko w Polsce ogniskują się wokół tragedii narodowych.

Tragedia z 9 września 2001 jest dla Amerykanów podwójnie ważna także dlatego, że – jak katastrofa smoleńska dla Polaków – nie była anonimowa. Nie tylko dlatego, że zginęło w niej kilka znanych przeciętnemu Amerykaninowi osób, takich jak Barbara Olson – konserwatywna publicystka, prezenterka telewizji FOX News i jednocześnie żona jednego z doradców prezydenta George’a W. Busha. O to, by ofiary ataków nie były anonimowe, zadbała telewizja. W jaki sposób to zrobiła, można przekonać się, oglądając dwa świetne dokumenty, których emisję planuje 11 września kanał Discovery.

Pierwszy z nich, „Po upadku WTC” (’9/11: After the Towers Fell’) to film niezwykle dynamiczny. W zawrotnym tempie doświadczamy tego, co minuta po minucie było udziałem naocznych świadków, którzy 11 września znaleźli się w okolicach WTC w chwili pojawienia się obu samolotów. Wraz z gapiami i policjantami widzimy palące się i walące wieże, słyszymy wstrząsające nagrania z telefonów osób uwięzionych w środku, uciekamy przed chmurą pyłu po zawaleniu się pierwszej wieży, wreszcie wraz ze strażakami uczestniczymy w akcji ratunkowej i eksplorujemy zgliszcza. Czy tego chcemy, czy nie, stajemy się świadkami bezprecedensowego historycznego wydarzenia, uczestniczymy w nim – i wstrzymujemy dech, mimo że przecież dokładnie wiemy, jak ono się skończy.

Film zapada w pamięć przede wszystkim poprzez szczegóły, które – gdy o nich czytaliśmy lub słyszeliśmy 9 lat temu – nie wywoływały nawet dziesiątej części efektu, który wywołują tutaj, zarejestrowane na żywo lub opowiedziane przez bezpośrednich świadków. Przykładem może być mocny opis głuchego, miarodajnego stukotu, usłyszanego przez jednego ze świadków. Stukot nieoczekiwanie okazuje się odgłosem, jaki powstaje, gdy ciała ludzi wyskakujących z najwyższych pięter palącego się wieżowca roztrzaskują się o chodnik. Kolejną mocną scenę widzimy po zawaleniu się Południowej Wieży, gdy gigantyczna chmura pyłu, kurzu i szkła wznosi się i goni uciekających gapiów, zmiatając przy okazji wszystko na swej drodze. Bywalcom kin widok ten nieodmiennie skojarzy się z efektami specjalnymi z amerykańskich filmów, tu jednak wiemy, że to nie efekt specjalny: w środku właśnie zginęło ponad tysiąc osób.

Takie blisko godzinne nagromadzenie wstrząsających nagrań, przerywanych nie mniej wstrząsającymi relacjami, sprawia, że z całą mocą czujemy autentyzm wydarzenia, a jego bohaterowie – i ofiary – stają nam się niezwykle bliscy. Ich cierpienie przestaje być abstrakcyjne, staje się cierpieniem konkretnym i bliskim, przeżywanym równie mocno, co własne.

Jeszcze mocniej gra na tej nucie jednak drugi ze wspomnianych dokumentów: „Ostatnie telefony z WTC” (’9/11: Phone Calls from the Towers’). Bohaterami filmu są osoby, którym udało się na chwilę przed śmiercią w jednej z dwóch wież zadzwonić do najbliższych, oraz ci najbliżsi. Każdy fragment poświęcony jednej z ofiar rozpoczyna się od nagrania rozmowy, po którym następuje opowieść członków rodziny i bliskich o tym, kim był tragicznie zmarły. W trakcie opowieści widzimy zdjęcia i archiwalne filmy, co sprawia że znów stajemy się bezpośrednimi świadkami przejmującej ludzkiej tragedii.

To film bardzo smutny. Większość z dzwoniących wie, że zginie. Dzwonią nie po to, by błagać o pomoc, lecz by powiedzieć, że wciąż żyją, wyznać uczucie lub nawet pocieszyć tych, którzy najmocniej przeżyją ich stratę.

Naprawdę rozdziera jednak serce widok ich bliskich, którzy po latach często wciąż przeżywają na nowo śmierć rodzica, małżonka, dziecka. Nie tylko tych, którym ta tragedia zabrała radość i sens życia. Jeden z najbardziej poruszających momentów filmu to wypowiedź matki, która cieszy się, że swego wspaniałego syna, Stephena, miała obok siebie aż przez trzydzieści dwa lata: mimo że go już nie ma, za te lata zawsze będzie wdzięczna losowi.

Obydwa dokumenty zmieniają sposób widzenia tragedii sprzed dziewięciu lat. Po ich obejrzeniu ludzie, którzy zginęli wówczas, nigdy nie będą już dla nas elementami statystyki. Dzięki temu, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, stali się nam bliscy. Jesteśmy teraz naocznymi świadkami, tak ich życia, jak i ich przedwczesnej, wstrząsającej śmierci.

„Po upadku WTC” i „Ostatnie telefony z WTC” nie pozwalają przejść obojętnie wobec tragedii, o której wielu z nas niemal już zapomniało. Pomagają przypomnieć sobie, o co chodziło w późniejszej wojnie z terroryzmem i lepiej zrozumieć przemianę, która zaszła a w Ameryce i Amerykanach w ciągu ostatnich dziewięciu lat.

Oby i nasze tragedie narodowe doczekały się kiedyś podobnych dokumentów.

Krajobraz po PiS-ie

Jarosław Kaczyński zawiesił Elżbietę Jakubiak. Komentatorzy zgadzają się, że ten drugi akt zemsty Jarosława za 47 procent w wyborach prezydenckich (pierwszym było wyrzucenie Migalskiego z euroreprezentacji PiS), nie będzie ostatni: w kolejce na wieszak czekają chyba już pogodzeni ze swym losem Kluzik-Rostkowska i Poncyljusz. Czy Jarosław opamięta się, nim się do nich zabierze, nie wiem – tak czy owak, dzisiejsza egzekucja Jakubiak to świetny pretekst, by przypomnieć dyskusję, którą w zeszły piątek, świeżo po tym, jak do kraju dotarły wieści o Migalskim, odbyłem z prof. Wawrzyńcem Konarskim i dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską w TVP Info:

Co z tym Jarkiem?

Tym razem po drugiej stronie słuchawki była Joanna Stanisławska z Wirtualnej Polski, z długą listą pytań. Wszystkie obracały się wokół jednego problemu: co zrobić z prezesem największej partii opozycyjnej, który w sytuacji, gdy receptą na sukces w nadchodzących wyborach mogłoby być suche punktowanie coraz większych wpadek gospodarczych nieudolnego rządu, postanawia walczyć o XXI-wiecznych wyborców retoryką żywcem zerżniętą z konfederatów barskich. I czyni to z brawurą godną rycerza z La Manchy.

Bezpośrednim punktem wyjścia rozmowy (którą, tradycyjnie, wstawiam tu uzupełnioną o uwagi, które padły w rozmowie z dziennikarką, ale nie znalazły się w tekście opublikowanym na portalu) była dzisiejsza uwaga Pawła Poncyljusza o tym, że jeżeli Jarosław Kaczyński dalej będzie uprawiał politykę walki i konfliktu, Prawo i Sprawiedliwość może przestać marzyć o ponownym rządzeniu Polską. Poncyljusz lekarstwo na uzdrowienie sytuacji widzi w powrocie miłego i ugodowego Kaczyńskiego, takiego, jakiego pamiętamy z kampanii wyborczej. Moim zdaniem, powrót taki może być w tym momencie dość trudny. Bynajmniej nie dlatego, że w polityce nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, lecz przede wszystkim dlatego, że po tym, jak już się do niej raz weszło, a potem ostentacyjnie wyszło na oczach 38 milionów, może trudno po ponownym wejściu przekonać kogokolwiek, że się cały czas w tej rzece było.

Joanna Stanisławska: Czy diagnoza Pawła Poncyljusza jest słuszna? Jarosław Kaczyński powinien wrócić do wizerunku, jaki prezentował w kampanii prezydenckiej?

Tomasz Łysakowski: Na taki ruch jest już za późno, mleko zostało wylane. Po 10 kwietnia Kaczyński prezentował nowe oblicze: polityka koncyliarnego, który przeszedł przemianę w wyniku niesłychanej tragedii, która go spotkała. Śmierć brata to był dobry powód takiej przemiany, taki, w który ludzie mogli uwierzyć. Jednak zaraz po wyborach zerwał z tym wizerunkiem: okazało się, że wcale nie jest taki ugodowy. A teraz znów miałby wrócić do łagodnej retoryki? [Jak to uzasadnić, by nie pojawiły się zarzuty, że zbyt często zmienia twarze?]

W każdej partii musi być dobry i zły policjant, takim złym jest np. w Platformie Janusz Palikot. Jeżeli jednak ta sama osoba, najpierw przez miesiąc robi za dobrego policjanta, a potem przejmuję rolę złego i jeśli w dodatku jest to szef partii, to widzowie, odbiorcy prędzej czy później przestaną to kupować.

JS: Jarosław Kaczyński zrobił błąd zrywając z łagodnym wizerunkiem tuż po wyborach?

: Zgadzam się z posłem Poncyljuszem, kiedy mówi, że łagodny wizerunek prezentowany przez Jarosława Kaczyńskiego w kampanii wyborczej był dla tej partii bardzo korzystny. [Dzięki bardzo madrze zaplanowanej i świetnie przeprowadzonej kampanii wizerunkowej] prezes PiS przestał być negatywnie odbierany przez media [jeśli nie liczyć tych programowo mu wrogich] i społeczeństwo. 47-procentowe poparcie w wyborach prezydenckich było wynikiem tej polityki, sukcesem „gołębi” : Poncyljusza, Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Marka Migalskiego. Niestety, zaraz po wyborach z Jarosława Kaczyńskiego z hukiem wystrzeliła cała piana, która najwyraźniej buzowała w środku przez dwa miesiące kampanii. [Zaczęło się od wywiadu dla "Gazety Polskiej", potem przyszły przetasowania w najwyższych władzach partii (wycięcie "gołębi") i awantura wokół krzyża. To pozwoliło nieprzychylnym Kaczyńskiemu mediom szybko odbudować wizerunek PiS-u jako partii obciachowej, kojarzącej się nie z "normalnym" dyskursem politycznym, lecz z irracjonalnym fanatyzmem.] W efekcie, gdyby wybory odbyły się dziś, Kaczyński prawdopodobnie wróciłby do tych 20%, o których mówi Poncyljusz.

Nie oznacza to jednak wcale, że PiS jest skazany na ławy opozycyjne. Jeśli Platforma Obywatelska porządzi jeszcze przez rok, podnosząc kolejne podatki i tracąc na popularności, wyborcy mogą pójść i zagłosować na PiS, uznając, że nawet „zły” Jarosław Kaczyński jest lepszy od „dobrego” Donalda Tuska. Ale jest to [znacznie] mniej prawdopodobne, niż w sytuacji gdyby Kaczyński pozostał przy swoim wizerunku z czasów kampanii. Wydaje się, że gdyby prezes PiS przynajmniej pół roku dłużej był tym miłym, układnym człowiekiem z czasów kampanii, PiS miałby wygrane wybory samorządowe i parlamentarne w przyszłym roku. Zamiast bawić się w ideologiczne [i religijne] potyczki, wystarczyłoby spokojnie i konkretnie punktować podwyżki podatków, wzrost zadłużenia kraju i ogólnie nieudolną politykę gospodarczą rządu Tuska. Kaczyński wolał jednak pójść na wojnę ideologiczną.

JS: W zeszłym tygodniu pojawiły się plotki o tym, że Jarosław Kaczyński miałby ustąpić z funkcji prezesa PiS, by poświęcić się wyjaśnieniu katastrofy smoleńskiej. Różne osoby wymieniano jako jego potencjalnych następców: Zbigniewa Ziobrę, Joachima Brudzińskiego, czy właśnie Pawła Poncyljusza.

: Być może dla PiS-u byłoby lepiej, gdyby Jarosław Kaczyński usunął się na drugi plan, przynajmniej na jakiś czas. Kto wie, czy nowa, młodsza twarz, bez negatywnego bagażu, który ciągnie się za Kaczyńskim, nie byłaby w stanie lepiej partii sprzedać wyborcom. Bo nie oszukujmy się, partie to są produkty, które ludzie wybierają m.in. z tego powodu, że przywódca jest przystojny, popularny i ogólnie dobrze się kojarzy. Już zwycięska kampania Aleksandra Kwaśniewskiego w 2005 roku pokazała, że Polacy bardziej wolą polityków dobrze się prezentujących i niekonfliktowych od tych, którzy prowadzą permanentną wojnę. Nawet jeśli dla wielu jest to słuszna wojna.

Wszystkie partie mają jeden cel: dojść do władzy, jeśli politycy PiS-u uświadomią sobie, że z wojowniczo nastawionym Kaczyńskim im się to nie uda, to choćby byli najwierniejsi, będą starali się go odsunąć, zmarginalizować.

JS: Bierze pan pod uwagę taki scenariusz, że na czele PiS-u stałby ktoś inny niż Kaczyński?

: Dopuszczam taki scenariusz, że Jarosław Kaczyński zrezygnuje z funkcji prezesa. Pytanie tylko, co się wtedy stanie. W organizacjach o strukturze wodzowskiej rzeczywisty lider wcale nie musi być formalnie umocowany. Kiedy Janusz Korwin-Mikke przestał być szefem UPR i tak jeszcze przez pewien czas miał w tej partii więcej do powiedzenia niż kolejni zmieniający się prezesi. Podobnie pierwsi sekretarze partii komunistycznej nie musieli pełnić wysokich funkcji państwowych, bo i tak było wiadomo, kto w PRL rozdaje karty. To może być również casus PiS-u. Faktycznie nic się nie zmieni, jeżeli w tej partii nie dojdzie do przemiany pokoleniowej, do zmiany myślenia z ideologicznego na bardziej otwarte i pragmatyczne. To dobrze, kiedy ma się ideologię, w którą się wierzy, ale trzeba brać pod uwagę realia: by móc swój program realizować, trzeba najpierw wygrać wybory. A tego nie osiągnie się wprowadzając kolejne podziały i zrażając do siebie kolejnych potencjalnych zwolenników.