Naga prawda o altruizmie

Z pewnym opóźnieniem (luty to bardzo pracowity miesiąc w branży szkoleniowej) znalazłem właśnie artykuł o altruizmie w magazynie Newsweek Psychologia. Autorka – Paula Szewczyk – jego obszerne fragmenty oparła na rozmowie ze mną, i – oczywiście – nie tylko ze mną. Jednak ze zrozumiałych względów nie wszystko, co powiedziałem, weszło do wywiadu, dlatego w tym miejscu postaram się nie tylko przytoczyć, ale też uzupełnić część swoich wywodów.

Przede wszystkim warto na początku dokładnie ustalić, co w ogóle rozumiemy przez altruizm. Współcześnie myślimy bowiem o tym zjawisku jako o czymś skierowanym ku innym ludziom, niekoniecznie z nami spokrewnionym. Biolodzy tymczasem za zachowanie altruistyczne uważają każde zachowanie organizmu, które nie służy jego bezpośrednim interesom, nawet jeśli służy jego genom (czyli potomstwu):

– Osoby mające wysoki poziom ugodowości są na ogół bardziej altruistyczne i chętniej poświęcają się dla innych niż te, u których bywa on niższy – mówi psycholog Tomasz Łysakowski. Jednak nawet ci altruistyczni nie są tak samo empatyczni dla wszystkich. Jak dowodził antropolog William Donald Hamilton, w pierwszej kolejności współodczuwamy z członkami rodziny. To tzw. koncepcja altruizmu krewniaczego, według której empatyczne zachowania ludzi wynikają z egoizmu genów. – Pomagając osobom spokrewnionym, mamy nadzieję [czy jakby to ująć lepiej: większe widoki – TŁ] na pozostawienie w populacji (…) naszych genów. Widoczne jest to u matek, które zawsze najpierw nakarmią własne dziecko [a dopiero potem zadbają o siebie – TŁ] – dodaje psycholog.

Altruizm odnosi się w pierwszej kolejności także do tych, którzy są do nas podobni. – Dlatego łatwiej człowiekowi współodczuwać z cierpiącymi delfinami niż z ośmiornicami, które choć są bardzo inteligentne, znacznie mniej przypominają nas fizycznie, a przez to nie uruchamiają w nas mechanizmów empatii – wyjaśnia Tomasz Łysakowski. Zdaniem eksperta, podobni do nas i znajdujący się w bezpośrednim otoczeniu wspierani są przez nas chętniej, bo podświadomie oczekujemy, że w przyszłości będą mogli się odwdzięczyć. (…)

Istnieje jednak grupa osób, której trudno współodczuwać z innymi i która nie podejmuje się żadnych działań na ich rzecz. Oznacza to, że są urodzonymi egoistami? Zdaniem Tomasza Łysakowskiego, czasem o tym, czy pomożemy w potrzebie, decyduje jeden drobny czynnik, np. to, czy nam się spieszy. [Jak wynika z badań, pośpiech skutecznie hamuje u ludzi empatię i odruch pomagania, nawet w odniesieniu do najbliższych – TŁ] – Nauka wprawdzie odchodzi ostatnio od powoływania się na piramidę Maslowa, ale w kwestii altruizmu może okazać się ona pomocna. Dopóki nie będziemy mieć zaspokojonych podstawowych potrzeb własnych, nie będziemy mogli skupić się na potrzebach innych. Mogę mieć poczucie obowiązku wrzucenia żebrzącemu drobnych do puszki, ale gdy jestem spóźniony do pracy, zachowam się jak egoista, tłumacząc sobie, że to okoliczności nie pozwoliły mi na współodczuwanie i będzie to jak najbardziej psychologicznie uzasadnione – mówi psycholog.

Pozostając przy teorii naturalnego zaspokajania, brakiem zaangażowania mogą także wykazywać się ci, którzy w pierwszej kolejności muszą zarobić na chleb dla siebie i swojej rodziny, by dopiero później móc myśleć o innych. – Stąd w krajach pierwszego świata – mówi Łysakowski – częstotliwość pomagania jest większa (…). Trudno, żeby w Indiach, w których dla milionów ludzi każdy dzień jest walką o przetrwanie, prowadzono [równie prężną, co w USA lub Europie – TŁ] działalność dobroczynną – dodaje. (…)

Co ciekawe, ograniczeniem dla naszego altruizmu może być nie tylko ilość czasu czy środków, jakimi dysponujemy, ale również pozycja społeczna lub zawodowa. Chodzi o psychologiczny dystans, jaki dzieli nas od tego, komu możemy pomóc. Oraz o to, czy aby nie jesteśmy jego szefem:

Każda radość z działania na rzecz innych to także powód, by miło pomyśleć o sobie samym. Dzięki temu społecznik dostarcza mózgowi psychologicznej nagrody. – Wszyscy mamy w mózgu mezolimbiczny szlak dopaminergiczny, w którym znajdują się tzw. ścieżki przyjemności. Kiedy robimy to, co lubimy (lub myślimy o tym), znajdujące się tam neurony aktywizują się. Układ ten motywuje ludzi do jedzenia, spania czy poszukiwania partnera. U wielu osób zadziała także wtedy, gdy bezinteresownie pomagają. Słowem – altruizm dla wielu to po prostu przyjemność.

Nie u każdego jednak proces ten będzie przebiegał tak samo, czasem może być wręcz ograniczony. Zależy to np. od statusu społecznego i pozycji, jaką zajmujemy. Nie oznacza to jednak, że pomagamy chętniej, im wyżej w hierarchii społecznej jesteśmy. Zdarza się bowiem, że osoby w pozycji władzy stają się mniej empatyczne. Jak tłumaczy Łysakowski, człowiek poprzez umacnianie swojej pozycji, traci zdolność wczuwania się w emocje innych i poświęcania dla nich własnych interesów. – Nagle przestajemy identyfikować się ze słabszymi i będącymi na niższym stanowisku [i tracimy względem nich odczucie empatii – TŁ]. Potwierdzają to badania neuropsychologa Sukhwindera Obhi, który wykazał, że ścieżki neuronów lustrzanych odpowiedzialnych za naśladowanie innych i współodczuwanie ich emocji z jakichś powodów u ludzi sprawujących władzę nad innymi ludźmi się wyłączają. Nie wszyscy przełożeni są jednak pozbawieni empatii i u większości ludzi empatia wraca, gdy wychodzą z roli szefa.

I tego wszystkim przełożonym od czasu do czasu życzę.

Wolny wybór muszki owocówki

Muszka owocówkaOksfordzcy naukowcy pokazali, że muszki owocówki myślą i analizują rzeczywistość, zanim zdecydują się działać. I – tak jak u ludzi – im trudniejsza decyzja, tym więcej zabiera im czasu.

Przebieg i pełną metodologię badania opisuje najnowszy numer Science (a za nim m.in. Science Daily i Science Recorder). Naukowcy z Centrum Sieci Neuronowych i Zachowania (Centre for Neural Circuits and Behaviour) Uniwersytetu w Oksfordzie opisują w nim badanie, w którym najpierw nauczyli muszki unikać pewnych zapachów (warunkowanie klasyczne sprawdza się także w stosunku do owadów), by potem umieścić owady w rozwidlonej komorze, wypełnionej po dwóch stronach rożnymi budzącymi awersję zapachami. Następnie zespół mierzył, ile czasu zajmuje muszce reakcja (ucieczka) przy rożnym stężeniu określonej woni. W zgodzie z oczekiwaniami, okazało się, że jeśli któryś z zapachów był znacząco mocniejszy (nawet jeśli samo stężenie było niewielkie), muszka reagowała szybko. Jeśli tymczasem opcje z obu stron były w podobnym stężeniu, decyzja, czy i gdzie lecieć, zajmowała o wiele więcej czasu.

Według jednego ze współautorów badania, dr. Gero Miesenböcka, świadczy to o tym, że – wbrew panującej do niedawna opinii – owady nie są sterowanymi instynktem automatami i że ich proste systemy nerwowe zdolne są do przeprowadzania skomplikowanych z natury procesów decyzyjnych. Badacz uważa, że działania muszek nie wynikają bezpośrednio z impulsów czy zapisanych w DNA wzorów instynktownych działań. Owady wydają się (świadomie lub nie) gromadzić informacje o świecie wokół, by potem dokonywać (racjonalnych lub nie) wyborów.

Czyli w sumie jak ludzie. No, może nie wszyscy: patrząc na efekty w Sejmie, trudno stwierdzić, by systemy nerwowe wielu Polaków (tak jak u muszek owocówek, zorientowane na wybór mniejszego zła), działały lepiej niż u małych owadów. No, chyba że zaczniemy porównywać się z bezmyślnie lecącymi do światła ćmami.

Niedzielne wybory do europarlamentu pokażą, do kogo nam bliżej.

Pułapki emocji

Emisja w TOK FM miała co prawda miejsce dobre kilka dni temu, ale jak to zwykle, nie było czasu i motywacji, by to obrobić i wrzucić. Ale cóż, odsłuchanie własnego nagrania budzi nie zawsze przyjemne emocje – a tych woli się unikać tak długo, jak tylko się da. Nawet wtedy, gdy człowiek żyje z nauczania innych, jak je kontrolować lub nimi manipulować.

Tak czy inaczej, udało się… Zapraszam zatem do wysłuchania jednego z najciekawszych programów, jakie kiedykolwiek zrobiłem dla radia (i nie, nie jest to moje zdanie – rzadko kiedy jednak dostaje się po audycji o profilu naukowym na mailu aż taki feedback), poświęconego roli emocji w marketingu, sprzedaży i naszym życiu codziennym:

Alkohol wspomaga pamięć?

Każdy, komu choć raz urwał się film po zalaniu robaka zbyt wieloma procentami, przyjmie to doniesienie z niedowierzaniem. Właściwie nie trzeba nawet upijać się do nieprzytomności, by wiedzieć, że picie i pamiętanie nie idą w parze. Powszechnie wiadomo, że alkohol upośledza pamięć semantyczną, epizodyczną i faktograficzną (dlatego, mimo że w małych dawkach bywa przyjemny i pobudzający, już po skonsumowaniu jego średniej ilości trudniej nam zdać egzamin, przypomnieć sobie imię znajomego czy znaleźć kluczyki do samochodu). Co do mniej zbadanego wpływu etanolu i jego roztworów na inne rodzaje pamięci, z rozpędu przyjmowano do niedawna, że również nie jest pozytywny.

Mogą to zmienić wyniki badań zespołu profesora Hitoshi Morikawy z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Badacze ustalili, że regularne spożywanie napojów alkoholowych zwiększa (a nie, jak do niedawna sądzono, zmniejsza) plastyczność synaps w obszarach mózgu odpowiedzialnych za uczenie się i zapamiętywanie.

Wyniki takie sugerują, że twierdzenie, iż po alkoholu uczymy się i pamiętamy gorzej – choć bywa prawdziwe – bynajmniej nie musi zawsze obowiązywać. Potwierdzają tę tezę m.in. wcześniejsze badania z Nowej Zelandii, w których odkryto, że u szczurów, w których diecie znalazły się niewielkie ilości alkoholu (odpowiadające jednej szklance piwa u człowieka), aktywizuje się gen zwiększający wydajność pamięci. Dotyczyło to przede wszystkim pamięci wzrokowej i emocjonalnej. W badaniu wyszło oczywiście, że pozytywny wpływ alkoholu ma swoje granice: gryzonie pijące dużo miały już problemy, i to nie tylko z zapamiętywaniem, ale nawet z rozpoznawaniem przedmiotów. Problemy znikały jednak nawet u nich, gdy w grę zaczynały wchodzić przykre emocje: nawet u mocno rozpitych szczurów polepszała się pamięć… negatywnych zdarzeń z przeszłości.

Profesor Morikawa jest więc mocno przekonany, że picie (przynajmniej to umiarkowane: ale trudno przecież w przyrodzie o rzeczy, które będąc dobrymi w małych i średnich ilościach, nie szkodziłyby w nadmiarze) raczej stymuluje obszary mózgu odpowiedzialne za uczenie się i pamięć. Tyle że nie chodzi o uczenie się świadome (czyli takie, z jakim masz do czynienia, gdy siedzisz na wykładzie lub czytasz podręcznik), lecz o pamięć emocji, a zwłaszcza automatyzmy i skojarzenia, które utrwalają się w naszym mózgu w sytuacjach społecznych niejako przy okazji.

Ta zdolność alkoholu (i innych używek zwiększających w mózgu podaż dopaminy – hormonu motywacji i dobrego samopoczucia) może częściowo odpowiadać za siłę, z jaką substancje te uzależniają. Dopamina to przecież – jak zauważa Morikawa – przede neuroprzekaźnik pamięci. Jej zwiększona aktywność wzmacnia synapsy, które są aktywne w czasie jego obecności. Gdy pijemy alkohol (lub przyjmujemy narkotyki takie jak kokaina czy amfetamina), najwyraźniej nasz mózg tworzy podświadome skojarzenia między tymi środkami, a przyjemnością, którą odczuwamy – przyjemnością, której źródłem może być tymczasem człowiek, z którym świetnie nam się rozmawia lub miejsce, w którym jesteśmy. Oczywiście, być może w samej przyjemnej sytuacji znaleźliśmy się dlatego, że jakaś substancja poluzowała nas (lub zmotywowała) na tyle, żeśmy gdzieś poszli lub zaczęli z kimś rozmawiać – nie zmienia to jednak faktu, że etanol nie musi być w pełni i wyłącznie odpowiedzialny za dobre samopoczucie, które nasz mózg z automatu zaczyna łączyć z piciem.

W rzeczywistości zatem alkoholicy czy narkomani wcale nie muszą być uzależnieni od przyjemności, jaką daje im środek odurzający. Wystarczy, że będą uzależnieni od innych środowiskowych, psychologicznych i behawioralnych czynników powodujących uwalnianie się dopaminy do mózgu. Prawdopodobnie jednak ich mózg, właśnie za sprawą tejże dopaminy, będzie się w stanie upojenia uczył zbyt szybko i zbyt wybiórczo, by rozróżnić te niuanse – i całe dobre samopoczucie przypisze wypitej, wciągniętej lub wstrzykniętej substancji.

W efekcie z badań teksańskich naukowców wywieść można dość przewrotny wniosek: są sytuacje, w których alkohol działa pozytywnie na zapamiętywanie – zwłaszcza emocji i skojarzeń – i, niestety, dlatego właśnie powinniśmy się go bać.

Co brak snu robi mózgowi

Wielkanoc przyszła, co oznacza, że po raz pierwszy od kilku miesięcy udało się ostatniej nocy przespać pełne 8 godzin. Motywację do spania miałem niemałą: wczoraj w pociągu z Warszawy natknąłem się w lutowym Świecie Nauki (stołeczne dworce obfitują w stoiska ze starymi numerami tych popularnych czasopism, których redakcje z niejasnych dla mnie przyczyn pozwalają na takie psucie rynku) na fascynujący artykuł o wpływie zmian stref czasowych oraz niedostatecznego i nieregularnego snu na funkcjonowanie pamięci i koncentrację.

Punktem wyjścia artykułu były badania Lance’a Kriegsfelda z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Naukowiec badał skutki rozregulowania rytmu biologicznego (wywoływanego m.in. przez nieregularne spanie), zaczynając od zjawiska znanego niemal każdemu podróżującemu na duże dystanse: jet lagu.

Od dawna wiedziano, że przelot samolotem na inny kontynent skutkuje zaburzeniami samopoczucia i snu. Zaburzenia są przeważnie tym większe, im strefa czasowa, do której trafiliśmy, jest bardziej oddalona od tej, z której rozpoczęliśmy podróż. Przy niewielkich różnicach istotny jest też kierunek podróży: gdy lecimy na Zachód (i cofamy zegarki) łatwiej nam się przystosować do nowej godziny (czyli przedłużyć sobie dobę), niż gdy lądujemy na Wschodzie i musimy naszą dobę skrócić.

Zespół niekomfortowych objawów, towarzyszących zmianom czasu, Amerykanie nazywali jet lag. Od dawna wiadomo, że w jego skład wchodzą zaburzenia pamięci i trudnościa z koncentracją. Bardzo podobne objawy notują ludzie cierpiący na zaburzenia snu (na czele z trapiącą blisko 1/3 populacji bezsennością) oraz osoby prowadzące nieregularny tryb życia, pracujący na nocne zmiany etc., naukowcy nie bez racji uważają więc od pewnego czasu, że oba zjawiska mogą mieć podobną etiologię.

Jet lag i zaburzenia snu odbijają się nie tylko na funkcjach poznawczych. Już jakiś czas temu dowiedziono, że u ludzi rozstrojenie rytmu dobowego zwiększa m.in. prawdopodobieństwo cukrzycy, chorób sercowo-naczyniowych, nadciśnienia (i to nawet gdy nie odpędzamy Hypnosa szóstą z rzędu kawą), ba, może nawet skutkować problemami z płodnością.

Wróćmy jednak do badania – i gryzoni. Kriegsfeld wywoływał u samic chomików zaburzenia rytmu dobowego, analogiczne do tych, jakie odczułby człowiek po podroży z Nowego Jorku do Paryża i z powrotem. Rytm dobowy zwierząt był zmieniany dwa razy w tygodniu przez okres czterech tygodni.

Zgodnie z oczekiwaniami badacza, chomiki szybko popadły w stan zmęczenia i dezorientacji, który w miarę trwania badania się pogłębiał. Po miesiącu, gdy eksperyment dobiegał końca, miały już problemy z uczeniem się najprostszych zadań.

Wniosek Kriegsfelda był prosty: każda powtarzająca się zmiana rytmu dobowego może prowadzić do zakłóceń funkcji poznawczych. Na oko nie ma w tym dziwnego, o badaniu szybko by więc zapomniano, gdyby nie to, co nastąpiło potem.

Do tej pory sądzono, że nawet długie okresy odmawiania sobie snu można po prostu odespać – i że po takiej regeneracji praca umysłu wraca do normy. Sensowne wydawało się oczekiwanie czegoś podobnego w stosunku do zmian rytmów dobowych. Tymczasem w badaniu Kriegsfelda upośledzenie chomiczych funkcji poznawczych nie ustąpiło po przerwaniu eksperymentu – a przynajmniej nie od razu. Mimo że gryzonie mogły już sypiać regularnie, zaburzenia pamięci i koncentracji utrzymywały się u nich przez następny miesiąc.

Ba, kiedy po miesiącu porównano mózgi chomików poddanych zmianom rytmów z mózgami zwierząt z grupy kontrolnej, zaobserwowano jedną, za to dość szokująca różnicę w strukturze mózgu zwanej hipokampem. Tak u chomika, jak u człowieka, hipokamp odgrywa kluczową rolę w zapamiętywaniu, jest również jedną z niewielu części mózgu, w których właściwie przez cały czas zachodzi namnażanie się komórek i neurogeneza. Samice chomików o zmienianym wcześniej rytmie dobowym jeszcze w miesiącu po zakończeniu badania miały w hipokampie o połowę mniej nowych neuronów, niż te z grupy kontrolnej. Identyczne wyniki uzyskano także u samic, którym – by wyeliminować zakłócający wpływ hormonów – usunięto wcześniej nadnercza i jajniki.

Naukowcy do dziś nie wiedzą zatem, za pomocą jakiego mechanizmu zmiany rytmu dobowego (i ogólnie nieregularny sen) wywołują u chomików czy ludzi obniżenie wydajności hipokampu i idące za nim problemy z koncentracją, potwierdzają jednat to, co i bez nich wielu przeczuwało: jeśli chcemy poprawić działanie własnego mózgu (nie mówiąc o obniżeniu prawdopodobieństwa cukrzycy i bezpłodności), powinniśmy sypiać regularnie. I najlepiej nocą.

A jeżeli już nie da się nocą (bo mamy sesję, ważny projekt do skończenia lub pracujemy na nocną zmianę), to przynajmniej w pomieszczeniu na tyle wyciemnionym, by przekonać nasz organizm, że z rytmem dobowym wciąż wszystko w porządku.

Nadgodziny a radość życia

Amerykanin jest szczęśliwy, gdy pracuje, Europejczyka na ogół praca czyni nieszczęśliwym – to wnioski z badań, których autorem jest Adam Okulicz-Kozaryn, polski ekonomista pracujący na University of Texas w Dallas. Artykuł, opublikowany właśnie w Journal of Happiness Studies, odbił się już szerokim echem w świecie, choć mało w których relacjach można doczytać, co według autora jest powodem tak rożnego stosunku do pracy i szczęścia po obu stronach Atlantyku.

Badania pokazały kilka rzeczy. Po pierwsze, że Amerykanie pracują więcej od Europejczyków (średnio obywatel USA pracuje o półtora raza więcej od przeciętnego Niemca, Francuza czy Włocha). Po drugie, są od Europejczyków szczęśliwsi, ba, ich poczucie szczęścia nie zmniejsza się, gdy szef dokłada im nadgodzin – bez względu na ilość czasu spędzanego w pracy, za bardzo szczęśliwych uważa się aż 43 procent Amerykanów.

Europejczycy okazują się znacznie mniej szczęśliwi od kuzynów zza oceanu, i to nawet gdy nic nie robią lub pracują mało (do 17 godzin w tygodniu). Za bardzo szczęśliwych uważa się wówczas 28 procent – to mniej niż dwie trzecie w stosunku do wyniku uzyskanego w Ameryce. Naprawdę tragicznie robi się jednak w Europie, gdy jej mieszkańcom każe się więcej pracować więcej – odsetek usatysfakcjonowanych z życia spada wówczas aż do marnych 23 procent. Jeśli w tym wszystkim z czegokolwiek można się cieszyć, to chyba tylko z faktu, że Okulicz-Kozaryn nie porównał mieszkańców Europy z Chińczykami.

Media, które doniosły o wynikach badania, próbowały wyjaśniać tę dysproporcję różnicami w mentalności, oczekiwaniami społecznymi i wzorcami korzystania z wolnego czasu. W jednym z artykułów pojawiło się nawet stwierdzenie, jakoby Europejczycy pracowali po to, by żyć, podczas gdy Amerykanie najwidoczniej żyją, by pracować. Tymczasem już na wstępie autor pracy zasugerował najbardziej oczywiste wyjaśnienie fenomenu: najprawdopodobniej Europejczykom obrzydzają pracę (oraz ogólnie czynią ich mniej szczęśliwymi od Amerykanów) przede wszystkim podatki tudzież wszelkie inne podobne im składki a la ZUS. Dość wspomnieć, że w niektórych państwach Starego Kontynentu obywatel oddaje politykom i urzędnikom nawet do 80 procent owoców swej pracy.

W Europie panuje system socjalny, by nie powiedzieć socjalistyczny. Ideałem jest równość, rozumiana jako dążenie urzędników do tego, by każdy obywatel bez względu na to, czy i jak pracuje, miał tyle samo pieniędzy. W tym jakże idealistycznym systemie, im więcej pracujesz, tym więcej płacisz podatków, m.in. na tych, którzy ci te pieniądze zabierają, i na tych, którym pracować się nie chce. Po drugiej stronie jest oczywiście znacznie przyjemniej: im mniej pracujesz, tym więcej dostajesz od polityków i urzędników z tego, co państwo zabiera tym, którzy pracują.

System powyższy działa w Europie nie tylko na poziomie jednostek, ale i całych narodów (Niemcy utrzymujący nierobotnych Greków). Jest też jedną z głównych zasad funkcjonowania Unii Europejskiej, kuriozalnej organizacji międzynarodowej, która pieniędzmi ściągniętymi z obywateli państw członkowskich płaci producentom żywności z tychże państw… za jej nieprodukowanie.

Czyż można się dziwić, że w takiej sytuacji praca przestaje się ludziom kojarzyć ze szczęściem i spełnieniem życiowych marzeń, a zaczyna być uważana za niewolniczą harówkę, której owoce tak czy owak zostaną obywatelowi odebrane przez urzędników, a potem przejedzone polityków, ich pociotków i innych obiboków? I że ciągle jednym z głównych marzeń co pracowitszych i obrotniejszych mieszkańców krajów takich jak Polska pozostaje emigracja za ocean?

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od mózgów psychopatów. Tym bardziej wiarygodny w swej roli, że – jak jakiś czas temu odkrył (i natychmiast ogłosił światu w Wall Street Journal) – sam ma mózg i geny, które predysponują go, by być jednym z nich.

Do odkrycia doszło – a jakże – za sprawą telewizji, a konkretnie audycji, w której profesor pochwalił się widzom tym, jak to w pewnym badaniu był w stanie poprawnie zidentyfikować 30 psychopatycznych morderców z próbki 70 przypadkowo dobranych osób, i to wyłącznie patrząc na skany ich mózgów.

Po programie zadzwoniła do Fallona własna matka:

– Oglądałam cię i muszę przyznać, że kiedy tak chodzisz, wykładając o psychopatycznych mordercach, brzmisz, jakbyś pochodził z całkiem normalnej rodziny. Widziałeś kiedyś swoje drzewo rodowe?

Profesor poczuł się zapewne w tej chwili jak Mortimer Brewster z „Arszeniku i starych koronek” na wieść o trucicielskich dokonaniach ciotek. Przy pierwszej możliwej okazji zasiadł do wertowania archiwów rodzinnych i odkrył, że jego bezpośredni przodek (ze strony ojca), Thomas Cornell został w 1673 roku powieszony za zamordowanie matki. Smaczku całej sprawie dodawała informacja, że było to pierwsze udokumentowane matkobójstwo w historii angielskich kolonii w Ameryce.

Sprawa zafascynowała profesora, więc kopał dalej. To, co ukazało się jego oczom, było dość przerażające: wśród antenatów znalazł aż 8 skazanych lub domniemanych morderców. Ostatnią czarną owcą w rodzinie była kuzynka prababki, Lizzie Borden, sądzona – i ostatecznie uniewinniona z powodu niewystarczających dowodów – za zarąbanie siekierą własnego ojca i macochy.

Zaniepokojony Fallon pobrał próbki DNA sobie i siedmiu innym członkom swej rodziny, a następnie poddał je analizie. Znalazł aż 12 genów, występujących statystycznie częściej u więźniów i osób ze skłonnością do przemocy. Obecność jednego z nich była szczególnie niepokojąca – chodziło o wariant genu monooksydazy A (MAO-A), zwany genem wojownika. MAO-A reguluje poziom serotoniny w mózgu, bezpośrednio wpływając na to, czy i kiedy czujemy się szczęśliwi oraz co i jak szybko może nas wyprowadzić z równowagi. W Stanach jego występowanie u młodych ludzi powiązano m.in. z przynależnością do gangów, częstotliwością sięgania po broń i skłonnością do zadawania bólu osobom, do których żywi się urazę.

Pojedyncze ze wspomnianych genów powtarzały się u całej rodziny, ale u Jamesa występowało jednocześnie aż pięć kluczowych wariantów – ze swych krewnych to on miał największe szanse zostać „urodzonym mordercą”.

Nic to jednak w porównaniu z wynikami, które przyniosły skany mózgu rodziny, które nastapiły po badaniach DNA. A właściwie jeden ze skanów, w mózgach swoich dzieci, matki i kuzynów nie odkrył bowiem Fallon śladu patologii. Szok przeżył, gdy zobaczył własne wyniki: jego czaszka skrywała modelowy mózg psychopaty, niemal identyczny z tymi, jakie profesor badał od ponad dwóch dekad. Kora oczodołowo-czołowa (orbitofrontal cortex), obszar mózgu odpowiedzialny za kontrolę impulsów i silnych emocji, była u niego silnie zredukowana i praktycznie nieaktywna. Gdyby Fallonowi w trakcie któregoś z jego licznych programów telewizyjnych pokazano zdjęcie takiego mózgu i kazano wskazać jego właściciela, obstawiałby lokatora celi śmierci w Teksasie.

Problem w tym, że profesor nie przypomina sobie, by kiedykolwiek skrzywdził choćby muchę. Przez całe życie nigdy z nikim się nie bił (nawet o kobietę – swą aktualną żonę poznał mając 12 lat), na palcach jednej ręki jest w stanie policzyć odbyte w życiu kłótnie, a jego współpracownicy zaświadczają, że na co dzień jest osobą miłą i uczynną. Wiem, wiem, bliscy tytułowego bohatera serialu „Dexter” (przynajmniej ci, którzy sami nie byli psychopatycznymi mordercami i nie zostali przez niego zabici) też zeznaliby podobnie, umówmy się jednak, że życie Fallona to mimo wszystko nie serial.

I dlatego coś było nie tak. Skoro w mózgach psychopatów i morderców oraz ich genotypach występowały zmiany, które stwierdził u siebie, nie mogły być to jedyne czynniki odpowiedzialne za ich zbrodnie. Musiało istnieć coś jeszcze. Tylko co? Tego profesor Fallon wciąż nie wiedział. Ale bardzo chciał się dowiedzieć.

Wrócił więc do swych przykurzonych archiwów badacza i zaczął analizę. Skoncentrował się na przebadanych przez siebie przestępcach o podobnej do niego budowie mózgu. Porównywał genotyp, dane biograficzne i środowiskowe. W końcu znalazł różnicę miedzy nimi a sobą, która mogła być rzeczywiście istotna. A przede wszystkim była oczywista.

Okazało się, że wszyscy skazani posiadający podobny do niego zestaw genów lub budowę mózgu padli dodatkowo w dzieciństwie ofiarą przemocy w domu lub środowisku, w którym dorastali. Oczywiście, nie od dziś wiadomo, że bycie taką ofiarą nie z każdego automatycznie zrobi kata – najwyraźniej jednak geny i mózgi potencjalnych psychopatów właśnie tego potrzebują, by wyrwać się spod kontroli norm moralnych i społecznych.

Profesor oczywiście na sto procent tego nie wie, bo nie przeprowadził stosownego badania ze ślepą próbą – i nigdy nie przeprowadzi. Idealne badanie tego rodzaju wymagałoby przynajmniej kilku dziesięciu par identycznych genetycznie bliźniąt jednojajowych. Część par musiałaby posiadać sprzyjający zestaw genów rozwojowi psychopatii, a część nie. Z każdej pary bliźniąt jedna osoba powinna następnie wychowywać się w rodzinie patologicznej, drugi bliźniak – w normalnej. Po osiągnięciu dojrzałości można by statystycznie porównać prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa. Jednym słowem badanie długie, trudne i nie do zaakceptowania przez jakąkolwiek komisję etyczną.

Profesor Fallon nigdy więc pewnie nie będzie wiedział na 100 procent, co sprawiło, że z genami gangstera i korą przedczołową niekontrolującego emocji psychopaty, stworzył stabilny dom, odniósł sukces w dziedzinie wymagającej umiarkowanego poziomu agresji i nigdy nikogo nie zabił. Mimo braku pewności oddycha jednak z ulgą, przekonany, że nie wszystko, co robimy, jest zdeterminowane przez zapisane w naszych genach przeznaczenie.

Aktywność mózgu jest nieskończoną grą naszych predyspozycji genetycznych i tego, co ogólnie zaprogramowany przez geny mózg napotka na swej drodze. James Fallon nie wyklucza, że gdyby urodził się w innym miejscu, wychowywał się w mniej przyjaznym domu lub w gorszej dzielnicy, bądź po prostu na swej drodze życiowej napotkał inne bodźce, być może siedziałby dziś w wiezieniu o zaostrzonym rygorze lub celi śmierci. Jednak jego losy przybrały zupełnie inny – lepszy – obrót. Z całego złowrogiego dziedzictwa przodków zostały profesorowi tylko ciarki, które – jak przyznaje – czasem gdy stoi przed lustrem przechodzą mu po plecach. Na myśl, że patrzy w oczy potencjalnego mordercy.