pamiec

Alkohol wspomaga pamięć?

Do niedawna powszechnie sądzono, że wpływ alkoholu na pamięć zawsze jest negatywny. Nowe badania wskazują, że w pewnych warunkach... alkohol może pomagać w uczeniu się i zapamiętywaniu. ...

spac3

Co brak snu robi mózgowi

Do niedawna naukowcy sądzili, że nawet długie okresy bez snu można po prostu odespać – i wszystko wróci do normy. Nowe badania pokazują, jak bardzo się mylili. ...

dlubacz

Nadgodziny a radość życia

Amerykanin jest szczęśliwy, gdy pracuje, Europejczyka na ogół praca czyni nieszczęśliwym – to wnioski z badań, których autorem jest Adam Okulicz-Kozaryn, polski ekonomista pracujący na University of Texas w Dallas. Artykuł, opublikowany właśnie w Journal ...

dex

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od ...

quirk

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które ...

Prokreacja

Prokreacja jako obowiązek

Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym tygodniu władza rozpoczęła dyskusję o nowym podatku, tym razem od braku dzieci. Debatę zainicjował w „Fakcie” poseł Mieczysław Kasprzak (PSL) taką oto deklaracją: Jesteśmy za podatkiem od bezdzietności. Nie może ...

bombo1

Słodycze źródłem agresji

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal ...

przemoc

Przemoc na ekranie – fakty i mity

Są na świecie rzeczy,‭ ‬w które ludzie po prostu wierzą,‭ ‬bez względu na to,‭ ‬czy określają się jako wierzący,‭ ‬czy nie.‭ ‬Także wtedy,‭ ‬gdy mienią się racjonalnymi naukowcami.‭ ‬Przykładem takiej wiary jest choćby przekonanie o ...

Aktywizacja pracodawców

Włączam rano TVP Info, a tam akurat materiał o aktywizacji bezrobotnych. Na początku przygnębiające dane na temat tego, ile jest w Polsce osób bez pracy. Następnie głos z offu stwierdził mądrze, że mimo sporych nakładów, przeznaczanych przez rząd na walkę z bezrobociem, bezrobotni wciąż niedostatecznie zaktywizowani. Zaraz potem słyszę (w pierwszej chwili sądząc. że się przesłyszałem) wyliczenie, ilu dokładnie urzędników brakuje w urzędach (znaczy na razie nie są jeszcze zatrudnieni, ale już zapewne niedługo będą – po coś się chyba w końcu takie materiały dziennikarzom zleca), żeby bezrobotnych, których państwo samo nie chce lub nie może zatrudnić na posadach urzędniczych, skutecznie aktywizować. Sam sobie dopowiadam, ile ich zatrudnienie będzie nas kosztować. Opisu aktywizacji niestety nie doczekałem, bo jako podatnika krew mnie zalała.

Politycy (a za nimi jak widać także dziennikarze) albo są tak naiwni, że nie dostrzegają, albo tak wyrachowani, że udają że nie dostrzegają tego, co o całej sprawie powiedziałby państwu nawet bystrzejszy dwunastolatek: nikt nie lubi być frajerem, i jeszcze za to płacić. Nawet najbardziej zaktywizowany bezrobotny nie znajdzie pracy, jeśli „aktywizujący go” politycy i urzędnicy zrobią równocześnie wszystko, żeby za pomocą fiskusa i ZUS-u przekonać przedsiębiorcę, by nikogo nie zatrudniał.

Może więc by tak dla odmiany poaktywizować pracodawców? Ot, choćby poprzez obniżkę kosztów pracy (zniesienie obowiązkowego ZUS-u?) lub redukcję podatków. Wiem, wiem, już teraz pracodawców aktywizuje nam Unia Europejska. Na przykład poprzez dotacje dla firm zarejestrowanych na obszarach wiejskich, jeśli kogoś zatrudnią – nawet jeśli będzie pracował w oddziale firmy w  mieście.

Problem w tym, że aktywizacja przedsiębiorców przez dotacje unijne unijne to błędne koło. Komisja Europejska jako żywo żadnych pieniędzy przecież nie kreuje (chciałoby się rzec: na szczęście). Wszystko, co na prawo i lewo rozdaje, musi więc komuś zabrać. W podatkach. Tych, które płacimy naszemu płacącemu Brukseli spory haracz rządowi. Pośrednio system taki skutkuje wysokim PIT-em, CIT-em i VAT-em w państwach członkowskich, nakręcając bezrobocie prawie tak skutecznie, jak złe prawo.

System dotacji ogólnie jest niewydajny – z kilku powodów. Po pierwsze, nie wszystkie wpłacone środki trafiają w nim z powrotem do płacących: całkiem sporą część funduszy zżera po drodze biurokracja. Po drugie, wcale nie jest powiedziane, że pieniądze te trafiają do lepszych czy bardziej konkurencyjnych przedsiębiorstw – przeważnie dostaje je ten, co napisał wniosek bardziej zgodny z wytycznymi lub spełniający widzimisię urzędnika. Po trzecie, i najważniejsze, dotacje osłabiają konkurencyjność całej gospodarki kraju. Przedsiębiorca, który otrzymuje eurodotację, może zaoferować produkt lub usługę taniej niż konkurencja (w sektorach takich jak szkolenia – nawet za darmo).  Jego konkurent, nawet jeśli początkowo oferował produkt znacznie lepszy (i na wolnym rynku wygrywał), jeśli nie dostanie dotacji, będzie musiał zamknąć biznes. Dla wielu graczy rynkowych (zwłaszcza ze znajomościami i dostępem do naprawdę dużych pieniędzy) taki stan rzeczy może być bardzo wygodny. Problem w tym, że gdy na rynku urzędnik z pieniędzmi ma więcej do powiedzenia niż płacący w sklepie konsument, jakość produktów leci na leb na szyję. A wraz z nią konkurencyjność gospodarki, finanse państwa i standard życia obywateli. Na własnej skórze odczuwają to dotknięte dziś problemami finansowymi i wysokim bezrobociem Grecja, Hiszpania i Portugalia, których gospodarki jeszcze dekadę temu rosły na unijnych dotacjach, jak na drożdżach.

Wracając do Polski i naszego bezrobocia, zapewniam, że przedsiębiorcy – zwłaszcza drobni, czyli ci, których w naszym kraju jest najwięcej, i którzy potencjalnie stanowią najliczniejszą grupę pracodawców – nie zawsze są tytanami, którzy wszystko chcą robić sami. Większości też nie chce się bawić w kombinowanie i poruszać się na granicy prawa, zatrudniając pracownika do stałej pracy na umowę zlecenie, czy nawet łamać prawo zatrudniając go na czarno. Jeszcze mniej jest jednak wśród nich frajerów, którzy przy każdej możliwej okazji będą się pozwalali golić politykom.

Zatem nie dziwmy się, że w państwie, które „aktywizuje” pracodawców karami finansowymi za zatrudnianie kogokolwiek, istnieje spore bezrobocie. I że każda złotówka wydana z naszych podatków na walkę z nim tworzy nowe miejsca pracy najwyżej na urzędniczych stołkach.

Drugie podejście

Wybrano najgorszą opcję. Trzeba zrobić wszystko, by uniknąć chaosu politycznego i gospodarczego, który może teraz nastąpić – stwierdziła premier Islandii Jóhanna Sigurðardóttir (do niedawna znana światu głównie z faktu bycia pierwszą wyoutowaną lesbijką na stanowisku szefa rządu suwerennego państwa) na widok wstępnych wyników sobotniego referendum. Islandczycy odrzucili w nim wynegocjowane przez gabinet Jóhanny porozumienie, zobowiązujące ich do zapłacenia Wielkiej Brytanii i Holandii 5 miliardów dolarów. To część pieniędzy, które rządy obu krajów zwróciły tym swym obywatelom, którzy w 2008 r. ucierpieli na upadku funduszu Icesave.

Po bankructwie Icesave, jego resztki przejął rząd islandzki. Wielka Brytania i Holandia uznały, że stanowi to wystarczającą podstawę, by domagać się kasy od obywateli skutego lodem kraju. A że oba państwa mają na rynkach finansowych (i ogólnie w polityce międzynarodowej) więcej do powiedzenia niż zbiedniała wyspa o potencjale ludnościowym połowy Luksemburga, rząd Sigurðardóttir skapitulował.

Nie skapitulowali jednak obywatele, w których widać odezwała się pradawna krew Wikingów. Mocne NIE płaceniu (w ratach rozłożonych na następne 35 lat) odległym sąsiadom zakreśliło w niedzielę na kartach do głosowania 60 proc. Islandczyków. Dla rządu zresztą to i tak pewien „postęp”: rok temu w podobnym głosowaniu przeciw oddawaniu pieniędzy opowiedziało się aż 93 proc. mieszkańców wyspy (2 proc. było za).

Wielka Brytania (62 miliony mieszkańców) i Holandia (17 milionów) grożą teraz, że walkę z 300-tysięcznym kraikiem o sumę, jaką USA wydawały na tydzień wojny w Iraku, będą kontynuować przed wszelkimi możliwymi trybunałami międzynarodowymi, ba, w ramach retorsji ostatecznie zatrzasną przed Islandią drzwi 500-milionowej Unii Europejskiej. Do której, dodajmy, mieszkańcy wyspy w międzyczasie i tak stracili ochotę wchodzić. Bo i po co mieliby to robić? Islandia już jest w EEA i Schengen, dzięki czemu może korzystać z takich dobrodziejstw wspólnej Europy, jak wolny przepływ ludzi, towarów i usług, bez uiszczania Brukseli haraczu na wspólną politykę rolną czy zabójcze dla konkurencyjności gospodarczej eurodotacje.

Z drugiej strony jest jeszcze agencja Moody, która może obniżyć wyspie rating do poziomu Grecji i Portugalii (i to bez nadziei na kroplówkę z Niemiec)… A z czego jakikolwiek współczesny rząd przeżyje z dnia na dzień, gdy mu przestaną pożyczać?

Oto czym skutkuje durny pomysł, by oddać ludziom prawo głosu, zwłaszcza w kwestii tego, na co idą ich podatki. Jak zapytałby intelektualista pokroju profesora Króla: czy można spodziewać się, że prosty człowiek, kurczowo ściskający własny (coraz chudszy) portfel, zagłosuje w sposób równie dojrzały i dalekowzroczny, co zaprawiony w opróżnianiu mu tego portfela polityk? Polityk, który ma na ogół nie tylko dystans do sprawy – gdy podnosi rękę głosując, wydaje przecież nie swoje pieniądze – ale i doświadczenie płynące z faktu, że na ogół wydaje je latami (np. w Polsce kadencje są przeważnie czteroletnie, nie ma też limitów co do tego, ile razy można zasiąść w Sejmie, sejmikach czy radach) bez ponoszenia odpowiedzialności za aktualne decyzje. Jak pamiętamy, już w czasach madame de Pompadour brak kontroli podatników nad budżetem państwa gwarantował umiar w wydatkach rządzących. A i tak markiza, w przeciwieństwie do Hanny Gronkiewicz-Waltz, nie musiała z pieniędzy poddanych budować stadionów przegrywającym prawie każdy mecz klubom sportowym…

Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby rząd Donalda Tuska zapytał Polaków, czy chcą podwyżek VAT-u, zwiększenia akcyzy na benzynę lub ograniczenia przez cukrownie produkcji cukru, by mógł sobie wreszcie zdrożeć? Albo gdyby Unia Europejska organizowała referenda w sprawie krzywizny banana, miejsca produkcji oscypka bądź sprzedaży stuwatowych żarówek i termometrów z rtęcią? A przepraszam, Unia już eksperymentowała kiedyś z wolą ludu: przy okazji ratyfikacji eurokonstytucji. Niestety, lud Francji i Holandii miał czelność traktat w referendum odrzucić, kolejną wersję dokumentu profilaktycznie ratyfikowały więc już tylko parlamenty krajów członkowskich.

Wyjątkiem, jak pamiętamy, była wtedy Irlandia, gdzie z przyczyn wyższych referendum trzeba było jednak przeprowadzić. Wcześniejsze obawy okazały się uzasadnione: głupi obywatele pobłądzili i nowy traktat odrzucili, więc za karę musieli głosować do skutku. Dla świętego spokoju dokument przeszedł w drugim podejściu.

Ciekawe, w którym podejściu przejdzie islandzka spłata nieswojego zadłużenia…

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od mózgów psychopatów. Tym bardziej wiarygodny w swej roli, że – jak jakiś czas temu odkrył (i natychmiast ogłosił światu w Wall Street Journal) – sam ma mózg i geny, które predysponują go, by być jednym z nich.

Do odkrycia doszło – a jakże – za sprawą telewizji, a konkretnie audycji, w której profesor pochwalił się widzom tym, jak to w pewnym badaniu był w stanie poprawnie zidentyfikować 30 psychopatycznych morderców z próbki 70 przypadkowo dobranych osób, i to wyłącznie patrząc na skany ich mózgów.

Po programie zadzwoniła do Fallona własna matka:

- Oglądałam cię i muszę przyznać, że kiedy tak chodzisz, wykładając o psychopatycznych mordercach, brzmisz, jakbyś pochodził z całkiem normalnej rodziny. Widziałeś kiedyś swoje drzewo rodowe?

Profesor poczuł się zapewne w tej chwili jak Mortimer Brewster z „Arszeniku i starych koronek” na wieść o trucicielskich dokonaniach ciotek. Przy pierwszej możliwej okazji zasiadł do wertowania archiwów rodzinnych i odkrył, że jego bezpośredni przodek (ze strony ojca), Thomas Cornell został w 1673 roku powieszony za zamordowanie matki. Smaczku całej sprawie dodawała informacja, że było to pierwsze udokumentowane matkobójstwo w historii angielskich kolonii w Ameryce.

Sprawa zafascynowała profesora, więc kopał dalej. To, co ukazało się jego oczom, było dość przerażające: wśród antenatów znalazł aż 8 skazanych lub domniemanych morderców. Ostatnią czarną owcą w rodzinie była kuzynka prababki, Lizzie Borden, sądzona – i ostatecznie uniewinniona z powodu niewystarczających dowodów – za zarąbanie siekierą własnego ojca i macochy.

Zaniepokojony Fallon pobrał próbki DNA sobie i siedmiu innym członkom swej rodziny, a następnie poddał je analizie. Znalazł aż 12 genów, występujących statystycznie częściej u więźniów i osób ze skłonnością do przemocy. Obecność jednego z nich była szczególnie niepokojąca – chodziło o wariant genu monooksydazy A (MAO-A), zwany genem wojownika. MAO-A reguluje poziom serotoniny w mózgu, bezpośrednio wpływając na to, czy i kiedy czujemy się szczęśliwi oraz co i jak szybko może nas wyprowadzić z równowagi. W Stanach jego występowanie u młodych ludzi powiązano m.in. z przynależnością do gangów, częstotliwością sięgania po broń i skłonnością do zadawania bólu osobom, do których żywi się urazę.

Pojedyncze ze wspomnianych genów powtarzały się u całej rodziny, ale u Jamesa występowało jednocześnie aż pięć kluczowych wariantów – ze swych krewnych to on miał największe szanse zostać „urodzonym mordercą”.

Nic to jednak w porównaniu z wynikami, które przyniosły skany mózgu rodziny, które nastapiły po badaniach DNA. A właściwie jeden ze skanów, w mózgach swoich dzieci, matki i kuzynów nie odkrył bowiem Fallon śladu patologii. Szok przeżył, gdy zobaczył własne wyniki: jego czaszka skrywała modelowy mózg psychopaty, niemal identyczny z tymi, jakie profesor badał od ponad dwóch dekad. Kora oczodołowo-czołowa (orbitofrontal cortex), obszar mózgu odpowiedzialny za kontrolę impulsów i silnych emocji, była u niego silnie zredukowana i praktycznie nieaktywna. Gdyby Fallonowi w trakcie któregoś z jego licznych programów telewizyjnych pokazano zdjęcie takiego mózgu i kazano wskazać jego właściciela, obstawiałby lokatora celi śmierci w Teksasie.

Problem w tym, że profesor nie przypomina sobie, by kiedykolwiek skrzywdził choćby muchę. Przez całe życie nigdy z nikim się nie bił (nawet o kobietę – swą aktualną żonę poznał mając 12 lat), na palcach jednej ręki jest w stanie policzyć odbyte w życiu kłótnie, a jego współpracownicy zaświadczają, że na co dzień jest osobą miłą i uczynną. Wiem, wiem, bliscy tytułowego bohatera serialu „Dexter” (przynajmniej ci, którzy sami nie byli psychopatycznymi mordercami i nie zostali przez niego zabici) też zeznaliby podobnie, umówmy się jednak, że życie Fallona to mimo wszystko nie serial.

I dlatego coś było nie tak. Skoro w mózgach psychopatów i morderców oraz ich genotypach występowały zmiany, które stwierdził u siebie, nie mogły być to jedyne czynniki odpowiedzialne za ich zbrodnie. Musiało istnieć coś jeszcze. Tylko co? Tego profesor Fallon wciąż nie wiedział. Ale bardzo chciał się dowiedzieć.

Wrócił więc do swych przykurzonych archiwów badacza i zaczął analizę. Skoncentrował się na przebadanych przez siebie przestępcach o podobnej do niego budowie mózgu. Porównywał genotyp, dane biograficzne i środowiskowe. W końcu znalazł różnicę miedzy nimi a sobą, która mogła być rzeczywiście istotna. A przede wszystkim była oczywista.

Okazało się, że wszyscy skazani posiadający podobny do niego zestaw genów lub budowę mózgu padli dodatkowo w dzieciństwie ofiarą przemocy w domu lub środowisku, w którym dorastali. Oczywiście, nie od dziś wiadomo, że bycie taką ofiarą nie z każdego automatycznie zrobi kata – najwyraźniej jednak geny i mózgi potencjalnych psychopatów właśnie tego potrzebują, by wyrwać się spod kontroli norm moralnych i społecznych.

Profesor oczywiście na sto procent tego nie wie, bo nie przeprowadził stosownego badania ze ślepą próbą – i nigdy nie przeprowadzi. Idealne badanie tego rodzaju wymagałoby przynajmniej kilku dziesięciu par identycznych genetycznie bliźniąt jednojajowych. Część par musiałaby posiadać sprzyjający zestaw genów rozwojowi psychopatii, a część nie. Z każdej pary bliźniąt jedna osoba powinna następnie wychowywać się w rodzinie patologicznej, drugi bliźniak – w normalnej. Po osiągnięciu dojrzałości można by statystycznie porównać prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa. Jednym słowem badanie długie, trudne i nie do zaakceptowania przez jakąkolwiek komisję etyczną.

Profesor Fallon nigdy więc pewnie nie będzie wiedział na 100 procent, co sprawiło, że z genami gangstera i korą przedczołową niekontrolującego emocji psychopaty, stworzył stabilny dom, odniósł sukces w dziedzinie wymagającej umiarkowanego poziomu agresji i nigdy nikogo nie zabił. Mimo braku pewności oddycha jednak z ulgą, przekonany, że nie wszystko, co robimy, jest zdeterminowane przez zapisane w naszych genach przeznaczenie.

Aktywność mózgu jest nieskończoną grą naszych predyspozycji genetycznych i tego, co ogólnie zaprogramowany przez geny mózg napotka na swej drodze. James Fallon nie wyklucza, że gdyby urodził się w innym miejscu, wychowywał się w mniej przyjaznym domu lub w gorszej dzielnicy, bądź po prostu na swej drodze życiowej napotkał inne bodźce, być może siedziałby dziś w wiezieniu o zaostrzonym rygorze lub celi śmierci. Jednak jego losy przybrały zupełnie inny – lepszy – obrót. Z całego złowrogiego dziedzictwa przodków zostały profesorowi tylko ciarki, które – jak przyznaje – czasem gdy stoi przed lustrem przechodzą mu po plecach. Na myśl, że patrzy w oczy potencjalnego mordercy.

Biegły od Facebooka

Do czego w polskich sądach służą biegli, opłacani – jak wszystko w sferze publicznej w tym kraju – z naszych wciąż rosnących podatków, dowiadujemy się dziś z artykułu na gazeta.pl o procesie, który pewien mokotowski prominent z Platformy Obywatelskiej wytoczył za zasugerowanie na Facebooku, że uprawiał kumoterstwo, pozwalając, by powiązany z PO biznesmen zarabiał miliony na podnajmowaniu miejskich lokali prywatnym firmom:

Wczoraj przed sądem zaczął się proces w sprawie, która zaczęła się na Facebooku. - Sąd nie korzysta z tego portalu, więc nie do końca orientuje się w zasadach jego funkcjonowania – uprzedziła już na wstępie sędzia Justyna Koska-Janusz.

Karol El Kashif [warszawski aptekarz, oskarżony o zniesławienie byłego burmistrza Mokotowa - TŁ] wyjaśniał więc, co to jest „profil”, kto może zostać „znajomym” i do czego służy przycisk „Lubię to”. Ale też bronił się. (…) Podkreślił też, że w czasie, gdy zamieścił komiks na swoim profilu, dostęp do niego miały tylko osoby, które zaakceptował jako „znajomych”. – Oskarżyciel Jan Rasiński, włamując się na mój profil, naruszył moją prywatność – oświadczył El Kashif.

- Do czego miał się włamać? – spytała z niedowierzaniem sędzia. (…)

Gdy pod koniec dwugodzinnej rozprawy padło ze strony oskarżenia kolejne pytanie o funkcjonowanie serwisu społecznościowego, sędzia zaoponowała. – Jeśli sąd będzie chciał poznać głębiej zasady funkcjonowania portalu Facebook, powoła biegłego - stwierdziła Justyna Koska-Janusz.

Oczywiście, dopiero po zeznaniach biegłych (najlepiej profesorów informatyki), którzy wyjaśnią Wysokiemu Sądowi, co to jest komputer.

Seks na śniadanie

Krótko, za to – mam nadzieję – treściwie, o tym, czy i w jaki sposób rozmawiamy współcześnie o seksie, zwłaszcza z najbliższymi. Źródło: poranne pasmo radiowej (i od niedawna także telewizyjnej) Czwórki.

Doping i hipokryzja

Kiedy warto być uczciwym i postępować moralnie, a kiedy nie – dywagowałem dziś w paśmie religijnym TVP1 z księdzem, bokserem, muzykiem i dziennikarzem. Punktem wyjścia leki na astmę Marit Bjørgen (swoją drogą, ciekawe, że nagonkę na norweską biegaczkę i jej równie chore koleżanki rozpoczęła Justyna Kowalczyk, sama w 2005 zawieszona po przyłapaniu na braniu zakazanego deksametazonu) i splagiatowany doktorat, za sprawą którego Karl-Theodor zu Guttenberg zrezygnował w tym tygodniu z funkcji ministra obrony Niemiec.

W rozmowie nie dane mi było (ze względu na czas) rozszerzyć wątku technologicznego, a ten jest nie bez znaczenia. W czasach internetu, postępującej cyfryzacji wszystkiego, co do tej pory napisano, i coraz lepszych wyszukiwarek, plagiat pozornie wydaje się coraz łatwiejszy. Ale z roku na rok jeszcze łatwiejsze staje się jego wykrycie, co zresztą może i nie przeszkadza przeciętnemu studentowi (wiele uczelni, zwłaszcza prywatnych, chcąc utrzymać się na rynku, często przymyka na ten problem oko; zresztą nawet z najlepszego uniwersytetu trudno wylecieć za „cytowanie bez zaznaczenia cytatu”: zwykle kończy się na ostrzeżeniu i powtórzeniu procedury zaliczenia), za to może bardzo skomplikować życie skompromitowanemu pracownikowi naukowemu lub politykowi. A czasami i samej uczelni, o czym przekonała się London School of Economics, której rektor ustąpił kilka dni temu po tym, jak przy okazji libijskiej rewolucji wyszło na światło dzienne, że uczelnia sprzedała tytuł doktora synowi Kadafiego. Dysertacja libijskiego królewiątka była kompilacją, której nie powstydziłaby się profesor Aldona Kamela-Sowińska (rektor Wyższej Szkoły Handlu i Rachunkowości w Poznaniu, przyłapana rok temu na plagiatowaniu w publikacjach naukowych Ściągi.pl i Wikipedii), nikomu na LSE to jednak nie przeszkadzało. Z wdzięczności za wybiórczą zaćmę światowej sławy profesorów Seif Al-Islam Kadafi podarował londyńskiej uczelni w ratach kilka milionów funtów.

Problem dopingu (bądź szerzej rozumianego polepszania wydolności organizmu) sportowców jest znacznie bardziej skomplikowany. Postęp technologiczny zapewnia sportowcom (oraz ich trenerom, sponsorom i rządom) coraz bardziej wyrafinowane metody wpływania na sprawność organizmu i uzyskiwane wyniki. Dziś to wciąż głównie farmaceutyka, jutro mogą to być modyfikacje genetyczne (od lat zresztą wdrażane gdzieniegdzie bardziej „tradycyjnymi metodami”, by wspomnieć choćby krzyżowanie sportowców połączone z selekcją pożądanych cech – choćby wzrostu – w Państwie Środka), de facto niewykrywalne, bo jak odróżnić kogoś, kogo szybkim refleksem lub większymi mięśniami natura obdarzyła „przypadkiem”, od osoby, której doskonały zestaw genów powstał w rządowym laboratorium?

No i ostatnie pytanie: czy rozróżnianie między sportowcem, który bez środków dopingujących jest silniejszy lub bardziej wytrzymały, a sportowcem, który z powodów od siebie niezależnych (geny) musi się sięgać po doping, by osiągnąć podobny mu wynik (gdyż np. mimo że ćwiczy tyle samo albo więcej, jego erytrocyty przenoszą mniej tlenu niż erytrocyty konkurenta), aby na pewno jest moralne? Toż to dyskryminacja najgorszego sortu, bo ze względu na cechy wrodzone.

Dziwne, że w świecie, który tak zajadle walczy z dyskryminacją ze względu na równie wrodzone, acz nieco bardziej widoczne cechy (by wspomnieć choćby płeć i rasę), nikt się tym dotąd na serio nie zainteresował.

Syn w obronie matek

Modelowe wystąpienie publiczne: Zach Wahls, 19-letni student University of Iowa, kontra lokalni politycy, zdeterminowani, by uchwalić prawo, które uprzykrzy życie kolejnej grupie obywateli.

Trzyminutowe przemówienie Wahlsa miało miejsce 1 lutego w Izbie Reprezentantów stanu Iowa, w trakcie konsultacji obywatelskich na temat zgłoszonej przez Republikanów poprawki do stanowej konstytucji, której celem jest zmiana definicji małżeństwa (ze związku dwóch osób na związek „kobiety i mężczyzny”). Poprawka ma nikłe szanse, by wejść w życie, gdyż stanowy Senat wciąż kontrolują Demokraci. Ba, po dwukrotnym uchwaleniu przez obie izbie parlamentu w dwóch następujących po sobie latach, zmianę konstytucji w Iowa muszą dodatkowo przyjąć obywatele w referendum. Gdyby jednak Republikanom jakimś cudem udało się spełnić te wszystkie warunki, pary jednopłciowe w Iowa straciłyby (przynajmniej na pewien czas) prawo do zawierania małżeństw.

Gwoli wyjaśnienia: mieszkający w Iowa geje i lesbijki mogą legalizować swe związki na zasadach identycznych z heteroseksualistami od wiosny 2009, kiedy to stanowy Sąd Najwyższy jednogłośnie orzekł, że wcześniej obowiązujący zakaz małżeństw jednopłciowych łamie gwarantowaną w konstytucji zasadę równości obywateli wobec prawa. Gdybyż polskie sądy były równie odważne…

Wyrok, wprowadzający Sodomę i Gomorę w samym sercu konserwatywnej Ameryki, wywołał furię fundamentalistów religijnych i zapowiedzi rychłej kary boskiej. Ta co prawda nie nastąpiła (trudno uznać za nią kryzys, który dotknął USA jeszcze przed przyznaniem gejom i lesbijkom równych praw w Iowa), niemniej wybory w listopadzie 2010 wygrali w Stanach (z przyczyn związanych nie tyle z kwestiami LGBT, ile ze wspomnianym już kryzysem) Republikanie. Głównie za sprawą atrakcyjnych haseł ekonomicznych, ale kto by dziś o tym pamiętał?

Jak zawsze i wszędzie, znacznie atrakcyjniejszą opcją niż uzdrawianie finansów publicznych, redukowanie wydatków czy obniżanie podatków, okazała się bowiem dla polityków legislacyjna nagonka na mniejszości (uniwersalny kozioł ofiarny). Gdzie się tylko da, niedawni zwolennicy ograniczania ingerencji rządu w sprawy obywateli, forsują dziś ograniczanie praw Latynosów (zaostrzanie praw przeciw nielegalnym emigrantom, walka z używaniem języka hiszpańskiego w miejscach publicznych) i mniejszości seksualnych. Dość wspomnieć, że poprawki konstytucyjne zakazujące małżeństw jednopłciowych przeszły właśnie w parlamentach w Indianie i Wyoming. Skończyć z udzielaniem ślubów gejom i lesbijkom chcą nawet Republikanie w hiperlibertariańskim, nowoangielskim New Hampshire. Czyż w zestawie mogło więc zabraknąć konserwatystów z rolniczego Iowa?

Cała rozróba w Iowa, od początku obliczona przede wszystkim na efekt (od początku wiadomo było, że prawo nie ma szans w tej sesji, czego to jednak polityk nie zrobi, by pokazać wyborcom, że coś robi?) odbiła się jednak konserwatystom mocną czkawką właśnie za sprawą Wahlsa i jego krótkiego arcydzieła współczesnej retoryki. Nagranie poruszającego wystąpienia szybko zawojowało YouTube’a i Facebooka, a samemu autorowi przyniosło niespodziewane i bezprecedensowe (bo pozytywne) publicity. Dość wspomnieć, że w ciągu kilku dni od wizyty w stanowym parlamencie wystąpił na żywo w niemal wszystkich ogólnoamerykańskich serwisach informacyjnych, gdzie musiał m.in. odpowiadać na pytania o plany polityczne. Aktualnie odbywa małe tournee po liberalnych talk showach – jako żywy symbol tego, czym dla dzieci kończy się homorodzicielstwo.

W ten sposób jedno krótkie wystąpienie w prowincjonalnym parlamencie wywołało lawinę, która – jak wszystko na to wskazuje – może zmienić postrzeganie gejów, lesbijek i ich dzieci w mniej im dotąd przychylnej części Stanów Zjednoczonych. Jeszcze do niedawna, kiedy przeciętny, konserwatywny mieszkaniec Środkowego Zachodu i Południa (w miastach Północy i na Zachodnim Wybrzeżu geje od lat są już widoczni) myślał o osobach LGBT, przed oczami stawała mu przegięta ciotka, banda wąsatych skórzaków z Village People lub dwie próbujące się objąć tłuste lesbijki. Bez względu na to, czy te stereotypy odpowiadały rzeczywistości, czy nie, ich siła była nie do przecenienia. Dla przeciętnego człowieka, nawet jeśli sam ma nadwagę i nosi wąsy, takie obrazy nie są atrakcyjne. Trudno się więc dziwić, że w konsekwencji ich zakorzenienia, większość Amerykanów wciąż nie widzi problemu w odmawianiu „odmieńcom” równych praw: są inni, brzydcy lub choćby obleśni, więc w zgodzie ze znanym psychologom efektem aureoli przypisuje się im inne negatywne cechy (rozwiązłość, AIDS, postawę roszczeniową, chęć zniszczenia amerykańskiego stylu życia i rodziny) i chętnie dyskryminuje.

Podłoże dyskryminacji ma charakter kulturowy i religijny (wrogowie równych praw dla gejów i lesbijek – w tym także prawa do uprawiania seksu – chętnie podpierają się potępiającymi stosunki męsko-męskie ustępami ze swych świętych ksiąg), sęk jednak w tym, że Ameryka to kraj formalnie laicki, więc prawo nie powinno w nim bazować ani na Piecioksięgu, ani na Szariacie. Konserwatyści argumentują zatem, że ograniczać prawa par jednopłciowych trzeba przede wszystkim ze względu na dzieci, toż bowiem wiadomo, że dziecko wychowywane przez dwie matki lub dwóch ojców, jeśli nawet jakimś cudem nie zarazi się homoseksualizmem (w konsekwencji czego zostałoby skazane na wieczne męki w piekle – bo przecież Pan Bóg gejów nie lubi), to na pewno skończy jako wyrzutek, kryminalista lub osoba głęboko upośledzona społecznie.

Nic dziwnego, że przy takim nastawieniu nagłośnione w mediach wystąpienie Zacha musiało wywołać – i wywołało – w konserwatystach za oceanem głęboki szok. Oto zobaczyli młodego człowieka, który – mimo że wyrastał w rodzinie homoseksualnej – jest przystojny i elokwentny, mówi w sposób jasny, logiczny i wyrazisty, może pochwalić się osiągnięciami, o których większość mogłaby tylko marzyć dla swych dzieci, a przede wszystkim nie boi się stanąć przed światem w obronie swych prześladowanych rodziców. Jednym słowem dziecko, które każdy chciałby mieć. I młody człowiek, którego rodziny i domu nikt, kto o sobie dobrze myśli, nie będzie chciał skrzywdzić.

Taka konfrontacja musi wywołać spory dysonans poznawczy. Ludzie kierujący się w życiu przesądami i uprzedzeniami często nie przyjmują do wiadomości tego, co nie zgadza się z ich światopoglądem, jeśli zostanie im to podane jako sucha informacja. Zach Wahls i jego matki to jednak osoby z krwi i kości. Ba, cały przekaz otaczający rodzinę musi w przeciętnym, zwłaszcza biedniejszym Amerykaninie budzić żywe emocje i silną identyfikację: biologiczna matka chłopca jest ciężko chora, przybrana matka jest aktualnie bezrobotna, i tylko dzięki temu, że stan Iowa uznaje ich małżeństwo, ma prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Nadzieją rodziny jest syn – All American Boy, o którym teraz mówi cały kraj.

Co z tego mówienia wyniknie, zobaczymy. W międzyczasie pozostaje trzymać za kciuki za chłopaka i jego mamy – i czekać na polskiego Zacha. Nad Wisłą, gdzie postrzeganie gejów i lesbijek niespecjalnie odbiega od wzorców z Południa USA, środowisko LGB i ich najbliższych wciąż reprezentują „odmieńcy” typu egzaltowanego, wiecznie prześladowanego Biedronia czy poprzekłuwanego w różnych otworach Piroga – jednym słowem typy ludzkie, które statystyczny Polak omija na ulicy szerokim łukiem. Dopóki to się nie zmieni, dopóki symbolem walki o równe prawa gejów, lesbijek i ich dzieci nie stanie się ktoś, kogo ten Polak chętnie zobaczyłby wśród swoich przyjaciół i najbliższych, ba, do kogo chciałby, by były podobne jego dzieci, próżno czekać na zmianę postaw wobec gejów i lesbijek i idącą za nią legalizację związków jednopłciowych.

Singularity

Teoria Singularity to hipoteza, że w przyszłym rozwoju cywilizacji rolę głównych twórców postępu technicznego przejmą prędzej lub później od ludzi stworzone przez nich maszyny. Ray Kurzweil, amerykański wynalazca i futurolog (któremu, tak jak i całej teorii, na początku lutego poświęcił duży i świetny artykuł tygodnik Time) utrzymuje, że stanie się tak, gdy naukowcom uda się wytworzyć komputery inteligentniejsze od człowieka, czyli – jeśli utrzymają się aktualne trendy wzrostu mocy obliczeniowej procesorów – najpóźniej w okolicach 2045 roku. Według Kurzweila takie sztuczne inteligencje szybko nauczą się tworzyć inteligentniejsze od siebie maszyny, które z kolei stworzą jeszcze wydajniejsze sztuczne inteligencje – i tak dalej. Wywołać to ma lawinową zmianę w technologii, w efekcie której historia taka, jaką znamy, dobiegnie końca, a postęp technologiczny przyspieszy w sposób dla nas niewyobrażalny.

Kurzweil urodził się w 1948, w momencie wynalezienia samoapgrejdujących się maszyn (jeśli to nastąpi w zgodzie z jego przewidywaniami) będzie więc dobiegał setki. Planuje dożyć do tego momentu, bo jest przekonany, że czeka go wtedy nieśmiertelność. Choć sam przyznaje, ze nie jest ona celem samym w sobie: najbardziej marzy o tym, by zobaczyć ten świat zmieniony przez mądrzejsze od nas maszyny.

Czy Singularity to współczesna technoreligia, czy może coś więcej? Jakie są rzeczywiste perspektywy realizacji postulatów Kurzweila za naszego życia? Czy jeśli staniemy się nieśmiertelni i połączymy się z maszynami, wciąż jeszcze będziemy ludźmi? Na te i podobne pytania spróbuję odpowiedzieć dziś Hubertowi Augustyniakowi w programie „Na cztery ręce” (Czwórka Polskie Radio i Radio z Wizją, 23:00). Serdecznie zapraszam do słuchania i/lub oglądania.

Zainteresowanym przedmiotem polecam tymczasem nasz program sprzed dwóch tygodni, poświęcony współczesnym gadżetom rozszerzającym nasze funkcje poznawcze. Niestety, na razie bez wizji:

Wady i zalety wymiany obrączek

Żenić się, czy nie? Radzą Maria Czubaszek i Tomasz Łysakowski.

 

PObciach

Dziś o obciachu, jakim już niedługo będzie przyznanie się, że kiedykolwiek głosowało się na Platformę Obywatelską. Punktem wyjścia jest tym razem list Marcina Mellera do polityków PO, w którym redaktor naczelny „Playboya” opublikował swe odkrycie, kto wie, czy nie największe w dziejach Polski od czasów Kopernika. Meller ustalił – wciąż nie wiadomo, jakim cudem – że Polską rządzi banda niekompetentnych tłuków, zainteresowanych głównie kręceniem lodów na swoich przygłupich wyborcach (kto miał średnio więcej na koncie w OFE – głosująca na Kaczyńskiego moherowa babcia, czy młody, wykształcony, robiący karierę w dużym mieście statystyczny wyborca Platformy?) – do których, jak przyznaje, sam do niedawna się zaliczał.

Meller z dalszym byciem wyborcą PO ma jednak problem. I trudno mu się dziwić – kto by chciał publicznie identyfikować się z masochistami, którzy najpierw spokojnie przełknęli rekordową podwyżkę podatku VAT i akcyzy na paliwo (kto w polskich miastach stoi co dzień w wielogodzinnych korkach: obciachowy propisowski rencista, czy szpanujący firmową furą platformers?), a teraz pokornie godzą się, by Tusk z ferajną położyli swe niewinne łapki na ich przyszłych emeryturach – a wszystko tylko po to, by do władzy nie doszedł jakiś mityczny Kaczyński. Który to Kaczyński jest bardzo obciachowy, bo żyje historią i z kotem oraz nie ma konta w banku. Ale z drugiej strony nie ma żony-kaszalota i wysławia się po polsku lepiej od swego zmarłego brata (nie wspominając już o obecnym prezydencie), więc może nie ma sensu już głosować na PO?

List Millera był na tyle ciekawy, że Joanna Stanisławska z Wirtualnej Polski poprosiła, bym popatrzył nań i postawił parę wróżb na temat perspektyw Platformy w najbliższych wyborach, co ochoczo uczyniłem, i czego efekty wiszą teraz na WP. Tradycyjnie, kluczowe kawałki poniżej:

Czy po tej demonstracji Mellera gwiazdy polskiego show-biznesu odwrócą się od PO? Tomasz Łysakowski ocenia, że list dziennikarza to tylko jeden z wielu krytycznych głosów, które rozlegają się w tym środowisku od pewnego czasu. – Platforma nie jest już partią modną, przestała być atrakcyjna dla wyborców. Już podczas wyborów prezydenckich nie głosowano na kandydata PO Bronisława Komorowskiego ze względu na jego osobiste przymioty, ale wyłącznie dlatego, że jego kontrkandydat był gorszy, bardziej „obciachowy” – mówi. I dodaje: – Głosowanie na PO to obecnie wiocha, co prawda wciąż nieco mniejsza niż poparcie PiS, ale zawsze.

- Cała atrakcyjność PO brała się z braku alternatywy. Tymczasem okazuje się, że istnieją „inne opcje”: SLD zaczyna odrabiać starty, na horyzoncie pojawiło się PJN. W efekcie Platforma z każdym dniem traci swoją ponętność i powab – mówi Łysakowski. Strach przed PiS-em skutecznie mobilizował wyborców wokół Platformy, ale z czasem ta trwoga spowszedniała. (…)

Łysakowski ocenia, że w Platformie widać wyraźne pęknięcie na obóz Tuska i Schetyny. Mocno przyczynia się ono do słabnięcia tego ugrupowania w sondażach, a nawet może doprowadzić do jego klęski w nadchodzących wyborach. – Żadna partia w Polsce nie wygrała wyborów dwa razy z rzędu i wszystko wskazuje na to, że Platforma podzieli ten los – mówi ekspert.

Jako Polak, obywatel i przedsiębiorca od nowego roku obłożony 23-procentowym VAT-em, już nie mogę się tego doczekać.

Kozły ofiarne

Na Wirtualnej Polsce analizuję dziś z punktu widzenia wizerunku politykę kadrową premiera Donalda Tuska. Punktem wyjścia wczorajsza nieudana próba odwołania przez Sejm ministra infrastruktury:

Cezary Grabarczyk zachowa swój stołek. Sejm odrzucił wotum nieufności wobec szefa resortu infrastruktury. – Ta decyzja zapała już wcześniej. Kozłem ofiarnym został odwołany przed Świętami zastępca ministra Juliusz Engelhardt, więc nie było potrzeby pozbywać się Grabarczyka – komentuje w rozmowie z Wirtualną Polską ekspert ds. marketingu politycznego Tomasz Łysakowski.

Wotum nieufności poparło 192 posłów, przeciw zagłosowało 229 posłów, a 3 wstrzymało się od głosu. – Dziś przegrali Polacy – tak wynik głosowania skomentował szef SLD Grzegorz Napieralski. To jego partia 17 grudnia złożyła wniosek ws. wotum. Zdaniem posłów SLD minister jest odpowiedzialny za chaos, jaki zapanował na kolei po wprowadzeniu nowego rocznego rozkładu jazdy pociągów.

We wtorek ministra bronił z sejmowej mównicy premier Donald Tusk zarzucając SLD, że „są ostatnimi, którzy mogą wyżywać się na Grabarczyku”, bo zła sytuacja na kolei to kwestia wieloletnich zaniedbań. Przyznał jednak, że PO „czuje swoją część odpowiedzialności”.

- Rząd Donalda Tuska przede wszystkim kieruje się sondażami. Kiedy pojawia się problem, czyli w tym wypadku chaos na kolei, a w mediach podnosi się raban, natychmiast zjawia się opiekuńczy premier i znajduje kozła ofiarnego – wyjaśnia Tomasz Łysakowski. Jak mówi, Grabarczyk się uchował, ponieważ wcześniej poleciał jego zastępca. Wynik głosowania nad wotum nieufności dla ministra nie był więc dla eksperta zaskoczeniem.

- Ta decyzja zapała znacznie wcześniej. Chłopcem do bicia został Juliusz Engelhardt, odwołany już przed Świętami. Nie było więc potrzeby pozbywać się Grabarczyka – mówi. Ekspert zwraca uwagę, że PO uwalnia się od kłopotliwych kwestii wyłącznie „PR -owo”. W efekcie przyjętej przez tę partię strategii dana sprawa znika z mediów, ale problem pozostaje nierozwiązany. – To dlatego, że bolączki, z którymi boryka się nasz kraj to problemy instytucjonalne. Wymiana ludzi nie sprawi, że nagle znajdą się pieniądze w NFZ czy PKP – zauważa.

Łysakowski przywołuje inne „wizerunkowe” dymisje, m.in. ministra spraw wewnętrznych Grzegorza Schetyny w początkowej fazie afery hazardowej czy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego po samobójstwie zabójcy Krzysztofa Olewnika. – Premier dymisjonuje ludzi, których twarz jest kojarzona z danym problemem. W zależności od swojego umocowania niektórzy wylatują na stałe, inni, jak Schetyna, wracają w nowym wcieleniu – w tym wypadku – marszałka sejmu – mówi.

Etatowym kandydatem do dymisji była zwykle minister zdrowia Ewa Kopacz. W zeszłym roku była krytykowana za niezakupienie szczepionek przeciwko grypie AH1N1. Z czasem okazało się, że np. Francja czy Niemcy wydały miliony euro na szczepionki, a skorzystało z nich zaledwie kilka procent obywateli tych państw. Pojawiły się zarzuty, że rządy zostały przekupione przez firmy farmaceutyczne, a opinia publiczna zmanipulowana. – Ponieważ większość krajów zrobiła rzecz głupią, nagle zaniechania polskiego rządu stały się cnotą.

- Okazuje się, że z nicnierobienia też czasem coś dobrego wychodzi – śmieje się Łysakowski.

Ministrem, który najczęściej obrywa od opozycji został za to Jacek Rostowski. Zdaniem PiS szef resortu finansów ma sprawić, że wkrótce polska „zielona wyspa wpadnie w czarną dziurę”. – Jeśli nastąpi zapaść w Unii Europejskiej, od której polska gospodarka jest bardzo silnie uzależniona, minister może zostać złożony w ofierze, bo przecież premier nie będzie mógł ukarać np. Angeli Merkel – nie wyklucza Łysakowski. (…)

- Bogdan Klich powinien sobie strzelić w łeb w Smoleńsku. Jest nieudacznikiem. Nawet Rosjanie w raporcie MAK wytknęli mu błędy – takie ostre słowa o ministrze obrony narodowej padły z ust gen. Sławomira Petelickiego, założyciela GROM-u. Atmosfera wokół jego osoby była niedobra niemal od początku jego urzędowania. Ekspert ds. marketingu politycznego przyznaje, że Klich jest średnim ministrem, ale nie wyróżnia się negatywnie na tle innych. – Rząd PO to nie jest rząd orłów, ale średniaków. Donald Tusk być może celowo otacza się takimi średniakami, żeby samemu lepiej wyglądać – mówi.

„Olewactwo” – tym jednym słowem można zdaniem eksperta scharakteryzować politykę rządu ws. wyjaśnienia przyczyn katastrofy w Smoleńsku. Platforma dąży do jak najszybszego zamknięcia tej sprawy. – Gdyby to PiS rządził sprawa Smoleńska znajdowałaby się w centrum jej zainteresowania, perspektywa PO jest jednak inna. Ponieważ społeczne zainteresowanie Smoleńskiem maleje, bo w końcu ludzie na co dzień mają większe problemy, niż katastrofa w której zginęło paru średniolubianych polityków, PO pomija tę sprawę – uważa.

We wrześniu czarne chmury zebrały się nad głową minister Elżbiety Radziszewskiej. Minister ds. równego traktowania zaliczyła wpadkę wytykając w telewizji swojemu rozmówcy, że jest gejem. Premier zdecydował jednak, że pozostawi ją na stanowisku. Czy się na nim utrzyma? Zdaniem rozmówcy Wirtualnej Polski minister używa takiego języka, że wkrótce może jej się przytrafić kolejne potknięcie.

- Wpadka z Krzysztofem Śmiszkiem [któremu pani minister wytknęła w dyskusji, że jest... gejem - przyp. TŁ] to nie był jej pierwszy wyskok. To osoba, która absolutnie na nadaje się na to stanowisko, w całej PO nie było chyba gorszego kandydata, z wyjątkiem może Stefana Niesiołowskiego. To tak jakby rzecznik praw obywatelskich wychodził i chlapał, że trzeba zaostrzyć prawo prasowe albo karać za wystąpienia w obronie wolności słowa – ironizuje Łysakowski.

Świąteczne techniki sprzedaży

Stres i emocje biegania po zatłoczonych sklepach w okresie przedbożonarodzeniowym: jak je wykorzystują sklepy i sprzedawcy? Co powinien robić klient, by się przed tym bronić?