Gdy tekst zebrał 11 wykopów w trakcie pierwszej godziny w Wykopalisku, spodziewałem się Głównej. Ale nie spodziewałem się tego:

Dziękuję wszystkim, którzy zagłosowali.
Gdy tekst zebrał 11 wykopów w trakcie pierwszej godziny w Wykopalisku, spodziewałem się Głównej. Ale nie spodziewałem się tego:

Dziękuję wszystkim, którzy zagłosowali.
Czy w Polsce można mówić o dziennikarstwie obywatelskim? Czym w ogóle jest to zjawisko i kto za nim stoi? Dlaczego coraz więcej ludzi poświęca swój czas i zasoby, by tworzyć teksty i przekazy, których i tak nadmiar w internecie i których większości prawie nikt nie czyta? Jak zostać dziennikarzem obywatelskim, gdzie najlepiej publikować i w jaki sposób najskuteczniej się promować? Na te i inne pytania odpowiadaliśmy wczoraj w Radiu Dla Ciebie: ja, szef Wiadomości24 Tomasz Kowalski i specjalistka od komunikacji w internecie Barbara Czyżowicz-Lorek. Dyskusję poprowadził Robert Łuchniak.
Coś mnie tknęło po publikacji wczorajszego postu, przewertowałem więc archiwalne „Pytania na śniadanie”. I solidnie się zdziwiłem, gdyż okazało się, że detronizację profesjonalnych dziennikarzy przez blogerów… nieopatrznie wyprorokowałem już pół roku temu:
Press doniósł kilka dni temu, że MillwardBrown SMG/KRC przeprowadził na zlecenie D-Link Polska badanie, z którego wyszło, że rozmiłowani w nowych mediach Polacy nie tylko sami aktywnie tworzą treści w sieci, wymieniając się informacjami i opiniami, ale i wolą takie treści od materiałów generowanych przez redakcje i profesjonalnych dziennikarzy:
Internauci chętnie zamieszczają w sieci tworzone przez siebie treści. Najpopularniejszą formą aktywności są komentarze pod artykułami (17%), dyskusje na forach (16%) oraz komentowanie postów zamieszczanych na blogach prowadzonych przez innych użytkowników (12%). Co dwudziesty internauta (5%) przyznaje się, że tworzy swój własny blog. W sumie niemal 1/3 internautów deklaruje tworzenie treści w sieci.
Polscy internauci uznają też, że najciekawsze informacje dostępne w sieci pochodzą bezpośrednio od innych internautów – twierdzi tak 46% badanych, a jedynie co piąty (19%) jako najciekawsze wskazuje teksty profesjonalnych dziennikarzy. Jeszcze gorzej w tej konkurencji wypadają działy marketingu firm obecnych w sieci – zaledwie 4% internautów wysoko ocenia treści zamieszczane przez firmy komercyjne.
Choć patrząc na wyniki nie sposób zapomnieć, kto zlecił badanie (D-Link to producent sprzętu sieciowego, czyli – jak by nie patrzeć – firma komercyjna zainteresowana tym, by ludzie kochali internet; ciężko mi sobie jednak wyobrazić podobne wyniki w badaniach zleconych np. przez Izbę Wydawców Prasy), statystyki wyglądają na prawdopodobne. Nic dziwnego, że tak dziennikarze, jak i zwykli użytkownicy netu rzucili się na temat i zabrali za wyjaśnianie sytuacji.
Przykładem redaktor o2.pl, pardon.pl i salon24.pl (więc – jak widzimy – profesjonalny dziennikarz do sześcianu) Gniewomir Świechowski, który w błyskotliwej analizie (ze z góry – bo w tytule – założoną tezą) wskazał kilka przyczyn wyższości blogerów (forumowicze tymczasowo zostali pominięci) i tzw. dziennikarzy obywatelskich nad zwykłymi wyrobnikami z redakcji:
Powodów (…) można szukać w:
* braku interakcji między dziennikarzami, a czytelnikami (Salon24 jest tu wyjątkiem);
* żywszym języku blogerów, którzy nie muszą trzymać się poprawnych i uładzonych sformułowań;
* podobnym zasobem wiedzy, gdyż dziennikarze tak jak blogerzy większą część informacji czerpią z depesz agencyjnych i mediów;
* możliwości głębszego wniknięcia w temat przez blogera, nie mającego określonego terminu oddania tekstu;
* rosnącej liczby blogów tematyczny prowadzonych przez specjalistów filtrujących i komentujących informacje z konkretnej dziedziny. (…)
Siłą niezależnych internetowych mediów, za jakie uznaję dziennikarzy obywatelskich i blogerów jest, że choć wciąż są uzależnione od pracy profesjonalistów, oferują wiele alternatywnych punktów widzenia, a dzięki mniejszej „bieżączce” dają autorom – zwłaszcza specjalizującym się w określonej dziedzinie, szansę dokonania syntezy, którą prasa codzienna utraciła wraz z wzrostem szybkości przepływu informacji.
I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że – jak się wydaje – analiza Świechowskiego nie dotknęła najważniejszego z problemów. W Polsce wśród zwykłych obywateli dominuje spiskowe myślenie o elitach. Politycy, biznesmeni i dziennikarze to w powszechnym odczuciu kumple, którzy wspólne interesy załatwiają przy drzwiach zamkniętych, nie dopuszczając do rzeczywistego obiegu informacji nikogo spoza zamkniętego grona wtajemniczonych.
Zresztą, jak dowiadujemy się z rozmaitych taśm z nazwiskami, polską rzeczywistość polityczno-społeczną widzą tak nie tylko maluczcy. Wedle mojej oceny, która oczywiście nie opiera się na mediach, ja się na tym za słabo znam, ale według oceny innych, że tak powiem, to tam rozmaici ludzie kręcą. Każdy inny. Od pewnego momentu ty masz szum informacyjny. Jak mówił Stefan Kisielewski, masz buldogi pod dywanem. Coś się rusza, rozumiesz, ale kto, kogo gryzie, nie wiesz – mówił Adam Michnik do Lwa Rywina. Mieliście w dupie tę Polskę, ci też mają na zmianę, jeszcze nie wiedzą – wyrzucał Gudzowaty Oleksemu, a były premier przytakiwał: Moja sitwa i owszem, miała w dupie. Gdy szef Bartimpexu spotkał się z naczelnym Wyborczej, zarzuty szły jeszcze dalej:
Gudzowaty: Wiadomo wszystkim, publiczną tajemnicą warszawską jest, że Kublik – że tak powiem – nie pisze wyłącznie z woli dziennikarskiej. (…)
Michnik: Jak było z Kublikiem. Dramat tego, że nikt z nas się na tym nie zna. Nikt. (…) To jest – po prostu – trudno, ja to pozwoliłem wydrukować…o Boże, panie prezesie, no. Co ja panu mogę… Miałem zerowy wpływ na to… Ani ja, ani nikt z kierownictwa. Kurwa, my się nie znamy na tym gazie!…Dobrze, umówię się jeszcze dzisiaj z Gadomskim i go opierdolę… (…)
Gudzowaty: Nie wiem, bo nie czytam waszej gazety. (…) Nie czyta się gazety, która…manipulowanej.
Michnik: Takie najciekawsze są, takie najciekawsze są.
Czy można się w takim układzie dziwić, że Nowak z Ciechocinka znacznie łatwiej uwierzy Kowalskiemu z Psiej Wólki, niż Panu Redaktorowi z Warszawy, który właśnie wrócił z wystawnej kolacji z politykiem lub biznesmenem i teraz będzie pisał o ich interesach?
Temat dnia to dziś totalna lustracja blogerów. Nowa inicjatywa Europarlamentu, jeśli chodzi o odzew, jaki wywołała na blogach z prawa, lewa i środka (nie wspominając już o sensowności), przyćmiła chyba wszystkie pomysły Romana Giertycha z czasów ministrowania, i to nawet razem wzięte. Rzecz cytuję za dzisiejszą „Gazetą Wyborczą”; uwagi moje – boldem w nawiasach.
Musi być jasne, kto stoi za blogerami. Najlepiej, by deklarowali to sami blogerzy – (…) taka rekomendacja znalazła się w raporcie Parlamentu Europejskiego, który przyjęła na początku czerwca komisja kultury.
„Zachęcamy do dobrowolnego znakowania blogów, by jasne były zawodowe i finansowe interesy oraz odpowiedzialność ich autorów i wydawców” – napisali w raporcie „O koncentracji i pluralizmie mediów w UE”.
- Popieram pluralizm mediów, szczególnie nowych mediów [To szczególnie ciekawie tu wygląda, jakby pluralizm dało się stopniować...], których część stanowią blogi. Chciałabym jednak, by było jasne, kto za nimi stoi [i kogo w razie czego zamknąć] - wyjaśnia „Gazecie” autorka raportu, estońska socjalistyczna eurodeputowana Marianne Mikko, była dziennikarka. – Celem blogów jest pokazywanie prawdy, lecz niektórzy pod fałszywym nazwiskiem mogą kogoś oskarżać czy poniżać – tłumaczy. [Pod prawdziwym nazwiskiem ani oskarżanie ani poniżanie z definicji nikomu się nie zdarza...]
– Blogerów nie można automatycznie uznać za zagrożenie. Proszę sobie jednak wyobrazić sytuację, gdy grupy interesu czy ktokolwiek inny wykorzystuje blogi, by promować swoje przesłanie. Blogi to skuteczne narzędzie, są zaawansowaną formą lobbingu [a ten, jak wiadomo, jest w strukturach europejskich - zwłaszcza w Europarlamencie - nielegalny i niespotykany, nieprawdaż?]- zgadza się z nią niemiecki liberalny [??????! - rozumiem że socjalistka może być za odebraniem ludziom wolności słowa, socjalizm wszak zawsze sprowadza się do odbierania komuś czegoś, ale gdy liberał podpisuje się pod podobnymi niedorzecznościami, zaczynam mieć gęsią skórkę] eurodeputowany Jorgo Chatzimarkakis.
Eurodeputowani nie określili, w jaki sposób blogi miałyby być znakowane i czy prawdziwość deklaracji nadzorowałaby jakaś instytucja.
Ha, zakład sto do jednego, że jak już się zdecydują, kolejną fuchę zgarnie niezawodna Komisja Europejska. Zaprawiony w decydowaniu, co jest bananem, a co nie, i co w Unii E. ma prawo być nazywane oscypkiem, ten wspaniały superorgan najlepiej oceni, kto może, a kto nie może (i o czym nie może) pisać w Internecie. Szybki wzrost notowań tak mało ostatnio popularnych (bez wątpienia za sprawą knowań złych blogerów) eurobiurokratów wydaje się w takim układzie tylko kwestią czasu.
Rywalizacja – dlaczego tak bardzo ją cenimy we współczesnym świecie? Czy ma więcej wad czy zalet? Czy można bez niej żyć, a jeśli tak, to w jaki sposób?
Na te i inne pytania odpowiadałem prawie dwa tygodnie temu w „Lustrze” Julii Zabojszcz. Jak zwykle wrzucam rzecz z opóźnieniem, standardowo życząc mocnych wrażeń w trakcie słuchania:
Komu zaś tych wrażeń ciągle mało, niech zasiądzie dziś przed telewizorem o 10:50 i włączy Dwójkę. Tym razem w Pytaniu na śniadanie rozmawiamy o blogach i powodach ich pisania.
W „Życiu Warszawy” artykuł o pracodawcach, którzy coraz częściej odcinają pracownikom dostęp do YouTuba, Naszej Klasy lub innych serwisów, które nie wpływają zbyt korzystnie na wzrost wydajności przeciętnego Kowalskiego. Trudno odmówić sensu takiemu podejściu, zwłaszcza że sam wiem z doświadczenia, iż najlepiej pracuje się w trybie offline. W świecie, w którym zwykłe zerknięcie do googla może się skończyć napisaniem nowej notki i piętnastu komentarzy, trzeba być dla siebie bezlitosnym – lub przynajmniej liczyć na to, że ktoś dla nas taki będzie. Dlatego gdy wczoraj zadzwoniła do mnie Anna Wittenberg z prośbą o komentarz, nie miałem nawet cienia wątpliwości:
AW: Surfowanie w internecie zabiera nam coraz więcej czasu. Także w pracy. Czy blokowanie przez pracodawcę stron www jest szansą na odzyskanie pracownika?
TŁ: Pracownicy, którym zablokuje się jedną stronę internetową, bardzo szybko przerzucą się na inne witryny. Sieć pełna jest blogów, serwisów społecznościowych i innych interesujących miejsc. Jeśli pracodawca naprawdę chciałby ograniczyć podwładnym czas korzystania z internetu, powinien odblokować tylko te strony, z których pracownik może korzystać.
AW: Ale w wielu branżach nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie witryny będą nam potrzebne…
TŁ: No właśnie. Dlatego znacznie bardziej skutecznym rozwiązaniem jest na przykład prowadzenie ewidencji stron internetowych, na które wchodził pracownik. Monitorowanie aktywności wprowadza psychologiczne samoograniczenie.
AW: Załóżmy, że uda nam się oderwać od internetu. Czy przeglądania stron nie zastąpi wychodzenie na kawę ze współpracownikami?
TŁ: Osoby, z którymi spotykamy się na co dzień, zazwyczaj nie są dla nas tak atrakcyjne jak nowe witryny. Kawa z panią Kasią czy panią Marysią staje się po prostu nudna.
Nudna, gdyż nasze zmysły wyewoluowały tak, że uwielbiają nowe bodźce. W środowisku pierwotnym wzmagało to zachowania eksploracyjne i ułatwiało przetrwanie. W dobie globalnej Sieci z miliardem stron staje się to naszym przekleństwem.
Pierwsza bodaj audycja radiowa, której bohaterem był ten blog – jak również ten drugi blog oraz (co jednak nie stanowi już takiego novum) inne blogi i blogowanie w ogóle (zwłaszcza z psychologicznego punktu widzenia). Deliberują, oprócz mnie, Mateusz Gruca i prowadzący „Lustro” Wawrzyniec Putkiewicz.
Malutki wtręt informacyjny: ponieważ ten blog powolutku traci swój polityczno-rozrywkowy charakter, znikają z zakładek, być może już na zawsze, działy „Polityka” i „Religioznawstwo”. Linki do działających stron z tych kategorii zostały właśnie przeniesione na łamy bloga Hardcore dla myślących. To samo dotyczy zestawienia „Ulubionych” (które dopiero czeka lustracja) i części galerii.
Przepraszam za wszelkie niedogodności. Tymczasem, w ramach zadośćuczynienia, na hardkorze świeżutki kawałek o tym, jak się rozmnażają geje w Ameryce. Do czytania i oglądania.
Myślałem ostatnio sporo nad tym, w jakim kierunku miał iść, a w jakim poszedł mi blog. I wyszło, że z czasem się zrobił monotematyczny, względnie ditematyczny. Zakładając go, potworzyłem tagi takie jak „Nauka”, „Technika”, „Psychologia”, „Ewolucja” i „Socjobiologia”; były także „Polityka” i „Rozrywka”, jednak miały być używane od czasu do czasu tylko – gwoli urozmaicenia i rozruszania skostniałego naukowego dyskursu.
Z biegiem czasu jednak dwa te tagi rozrosły się na tyle, że mi niemal bloga zjadły. Dlatego przyszedł czas na to, by nieco krwi im upuścić. Powstanie w ten sposób nowy, posoczysty kanał tekstowo-filmowy.
Miłej lektury.
Olgierd wytropił, że WO rozpracował artykuł, który w „Dzienniku” popełnił ostatnio o towarzyszu premierze Michał Karnowski:
Stewardessa podaje ciepły posiłek. Ale Jarosław Kaczyński nie zdąży już go zjeść, zdąży połknąć tylko kilka kęsów. Za chwilę samolot podchodzi do lądowania. Jest 18.40. Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie – trzy godziny po północy. Czeka go jeszcze lektura wieczornych raportów dziennych, kilka spotkań i potwierdzenie harmonogramu na jutro. Na sam koniec, już w domu, lektura dokumentów lub książki. (…)
Wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera. I chyba w akcie wdzięczności za ciepłe przyjęcie, chwilę później na konferencji prasowej zorganizowanej w jednej z wojnickich fabryk wśród pachnących farbą, dopiero co wyprodukowanych maszyn drukarskich, wygłosił, po raz pierwszy tak szczerze, swoje credo: Postawiliśmy na zwykłą Polskę. (…)
Bo kiedy Jarosław Kaczyński stoi przed wąską grupą, doskonale wie, co powiedzieć. Biznesmenom z Wojnicza dał krótki i treściwy wykład na temat sposobów zdobywania unijnych pieniędzy (…). Prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej w Bochni, gdzie pojechał po zakończeniu spotkania w Wojniczu, treściwą definicję własnego stosunku do lustracji. Plus napomnienie, by IPN realizował ją “odpowiedzialnie”. ”I tak właśnie pracujemy” – odpowiedział Kurtyka.
I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno Polacy śmiali się czytając o rozmowach Putina z narodem, w trakcie których wszystkowiedzący rosyjski przywódca w carskim stylu rozwiązuje problemy starannie wybranych poddanych. I że Mistrz Ildefons „Zimę z wypisów szkolnych” napisał ponad siedemdziesiąt lat temu:
Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą -
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.
A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla ciebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.
A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.
Hej, tam w Warszawie jest pan minister
siwy i taki miły,
przez okno rzuca spojrzenia bystre,
bo chce, by dla ciebie były
zimą sopelki, śniegi i lody:
wszystkie zimowe wygody.
Jeżeli tedy sanki usłyszycz
i dzwonki ich tajemnicze,
wiedz: to minister w skupionej ciszy
nacisnął taki guziczek,
że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią
nad miastem i nad wsią.