Psychozy antydopalaczowej ciąg dalszy: miłująca wolność (zwłaszcza gospodarczą) Platforma Obywatelska chce zamknąć każdy sklep i biznes, co do którego zachodzi podejrzenie, że sprzedaje dopalacze:
Rząd przyjął właśnie projekt „brutalnej i bezwzględnej” walki ze sklepami z dopalaczami. Naprawdę brutalnej: rząd proponuje, żeby Państwowa Inspekcja Sanitarna (w skrócie: PIS) mogła wejść do sklepu i go sobie zamknąć. Będzie mogła też wejść i wziąć sobie próbki do badania na… 18 miesięcy. Za badania będą płacić właściciele sklepów,.
Równolegle rząd wziął się za określenie, co znajdzie się na liście substancji zakazanych. Tu, jeżeli wierzyć stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, szykuje się jeszcze większy odlot: lista jest otwarta (czytaj: nie ma jej) i ma postać ogólnego
zakazu wytwarzania i wprowadzania do obrotu jakichkolwiek substancji lub produktów (niezależnie od ich stanu fizycznego, źródła pochodzenia, w tym roślin, grzybów i ich części), które mogą być używane, jako środki odurzające lub substancje psychotropowe.
Jak się dobrze wczytać, szczęka opada: w definicji zmieszczą się tak różne produkty, jak benzyna, rozpuszczalniki, klej butapren i lakier do paznokci (najłatwiej dostępne środki odurzające), siano (może zawierać psychodeliczną szałwię i uspokajający rumianek) oraz kawa, herbata, piwo, czekolada i w ogóle wszystko, co ma w sobie podnoszący nastrój cukier. Gdyby po uchwaleniu zapowiadanego prawa urzędnicy Sanepidu chcieli to wszystko traktować poważnie, musieliby z automatu zamykać nie tylko „sklepy kolecjonerskie”, ale także cukiernie i stacje benzynowe. W efekcie ustawa już z daleka pachnie bublem prawnym, co sprawia, że jej los jest przesądzony: znając polski Sejm, trudno sobie wyobrazić lepszą rekomendację dla jej uchwalenia.
W tym czasie opozycyjne Prawo i Sprawiedliwość (również PiS) w ramach krytyki posunięć rządu zgłosiło własny projekt ustawy, przewidujący za pracę w punkcie sprzedaży dopalaczy karę 8 lat więzienia (więcej, niż się w Polsce średnio siedzi za zabójstwo, nie mówiąc o handlu prawdziwymi narkotykami). Pytanie tylko, czy tak, jak w przypadku Tajfunu (za który, wedle wzorców kojarzących się z Kafką i Orwellem, premier zamykał sklepy, zanim jeszcze zakazujące go rozporządzenie zostało oficjalnie ogłoszone), prawo zostanie rozciągnięte wstecz? A jeśli tak, to za pracę od którego roku będą wsadzać?
Najlepsze, że to nie koniec hardkoru, PiS ma bowiem prezesa, jak plotka niesie, aktualnie na detoksie. Detoks musi być bardzo ostry: Jarosław Kaczyński superserio ogłosił właśnie że według niego 8 lat za kratkami to za mało: za handel dopalaczami powinno być minimum 15 lat. Znając życie, to nie koniec: jutro lub pojutrze premier brutalnie go przelicytuje, ogłaszając, że sankcją ostateczną będzie dożywocie… lub kastracja.
Nie wiem, co oni wszyscy biorą (lub własnie brać przestali), ale założę się, że to coś znacznie mocniejszego od standardowych dopalaczy. Kto i gdzie to sprzedaje?







Akcja pod względem pi-arowskim została przygotowana bez zarzutu: najpierw dostaliśmy ostrą nagonkę medialną, wywołaną kilkoma przypadkami hospitalizacji nastolatków, ponoć po dopalaczach (bez wyróżniania konkretnej substancji i sprawdzenia, jak często młodzi ludzie lądują w szpitalach po przedawkowaniu alkoholu czy np. po wypadkach na deskorolkach czy motocyklach, o niebo bardziej – według tej logiki – zasługujących na delegalizację?), następnie pikiety rodziców przed sklepami z dopalaczami (mało kto podkreślał w wiadomościach, że
Gdzie kryzys (gospodarczy, gazowy, czy chociażby sroga zima), tam kozioł ofiarny szybko się znajdzie. Rząd zainaugurował dziś 





