Archiwum dla słowa kluczowego: Dziennikarstwo

PObciach

Dziś o obciachu, jakim już niedługo będzie przyznanie się, że kiedykolwiek głosowało się na Platformę Obywatelską. Punktem wyjścia jest tym razem list Marcina Mellera do polityków PO, w którym redaktor naczelny „Playboya” opublikował swe odkrycie, kto wie, czy nie największe w dziejach Polski od czasów Kopernika. Meller ustalił – wciąż nie wiadomo, jakim cudem – że Polską rządzi banda niekompetentnych tłuków, zainteresowanych głównie kręceniem lodów na swoich przygłupich wyborcach (kto miał średnio więcej na koncie w OFE – głosująca na Kaczyńskiego moherowa babcia, czy młody, wykształcony, robiący karierę w dużym mieście statystyczny wyborca Platformy?) – do których, jak przyznaje, sam do niedawna się zaliczał.

Meller z dalszym byciem wyborcą PO ma jednak problem. I trudno mu się dziwić – kto by chciał publicznie identyfikować się z masochistami, którzy najpierw spokojnie przełknęli rekordową podwyżkę podatku VAT i akcyzy na paliwo (kto w polskich miastach stoi co dzień w wielogodzinnych korkach: obciachowy propisowski rencista, czy szpanujący firmową furą platformers?), a teraz pokornie godzą się, by Tusk z ferajną położyli swe niewinne łapki na ich przyszłych emeryturach – a wszystko tylko po to, by do władzy nie doszedł jakiś mityczny Kaczyński. Który to Kaczyński jest bardzo obciachowy, bo żyje historią i z kotem oraz nie ma konta w banku. Ale z drugiej strony nie ma żony-kaszalota i wysławia się po polsku lepiej od swego zmarłego brata (nie wspominając już o obecnym prezydencie), więc może nie ma sensu już głosować na PO?

List Millera był na tyle ciekawy, że Joanna Stanisławska z Wirtualnej Polski poprosiła, bym popatrzył nań i postawił parę wróżb na temat perspektyw Platformy w najbliższych wyborach, co ochoczo uczyniłem, i czego efekty wiszą teraz na WP. Tradycyjnie, kluczowe kawałki poniżej:

Czy po tej demonstracji Mellera gwiazdy polskiego show-biznesu odwrócą się od PO? Tomasz Łysakowski ocenia, że list dziennikarza to tylko jeden z wielu krytycznych głosów, które rozlegają się w tym środowisku od pewnego czasu. – Platforma nie jest już partią modną, przestała być atrakcyjna dla wyborców. Już podczas wyborów prezydenckich nie głosowano na kandydata PO Bronisława Komorowskiego ze względu na jego osobiste przymioty, ale wyłącznie dlatego, że jego kontrkandydat był gorszy, bardziej „obciachowy” – mówi. I dodaje: – Głosowanie na PO to obecnie wiocha, co prawda wciąż nieco mniejsza niż poparcie PiS, ale zawsze.

- Cała atrakcyjność PO brała się z braku alternatywy. Tymczasem okazuje się, że istnieją „inne opcje”: SLD zaczyna odrabiać starty, na horyzoncie pojawiło się PJN. W efekcie Platforma z każdym dniem traci swoją ponętność i powab – mówi Łysakowski. Strach przed PiS-em skutecznie mobilizował wyborców wokół Platformy, ale z czasem ta trwoga spowszedniała. (…)

Łysakowski ocenia, że w Platformie widać wyraźne pęknięcie na obóz Tuska i Schetyny. Mocno przyczynia się ono do słabnięcia tego ugrupowania w sondażach, a nawet może doprowadzić do jego klęski w nadchodzących wyborach. – Żadna partia w Polsce nie wygrała wyborów dwa razy z rzędu i wszystko wskazuje na to, że Platforma podzieli ten los – mówi ekspert.

Jako Polak, obywatel i przedsiębiorca od nowego roku obłożony 23-procentowym VAT-em, już nie mogę się tego doczekać.

Burdel po amerykańsku

Analiza afery Wikileaks, którą przygotowałem dziś dla TVP Info. Na stronie telewizji poszła w skróconej formie, a tu – jak zwykle – wersja pełna i dosadna:

Dotąd myśleliśmy, że jak bałagan, to tylko u nas, za to w krajach takich jak USA zawsze jest porządek. Afera Wikileaks otworzyła nam oczy na to, że tak naprawdę i tam mają niezły burdel.

My do takiego burdelu już dawno się przyzwyczailiśmy: cała nasza scena polityczna tworzy na co dzień taki radosny chaos. Od czasu do czasu ktoś coś zrobi, ktoś coś powie, ktoś się zgorszy, inny coś sobie krzyknie. Tajemnic państwowych nikt przy zdrowych zmysłach nie pilnuje, bo ludzie mają „sensowniejsze” rzeczy na głowie, stanowiskami kupczy się niemal jawnie, a nad wszystkim panuje jakaś taka wszechogarniająca niemożność. Rząd na przykład chciałby być liberalny i prorynkowy, ale mu jakoś nie wychodzi, więc na zmianę rozbudowuje biurokrację i podnosi podatki. W tym czasie opozycja, zamiast głośno protestować i zbijać na błędach rządu kapitał społeczny, starannie popełnia polityczne harakiri.

Do dzisiaj wydawało nam się, że ten polski chaos, to nasze zdezorganizowanie i dziadostwo to jakieś maksimum nieudolności. Teraz pewien portal internetowy udowadnia nam, że tam, gdzie mysleliśmy, że jest inaczej, tak naprawdę wcale nie jest lepiej.

Na zdrowy rozum, jak dotąd portal Wikileaks nie opublikował żadnych dokumentów o rzeczywistej wadze państwowej, żadnych dowodów na spiski, przygotowywanie przewrotów etc. Opublikował mnóstwo tekstów i depesz, z którymi największy problem dla USA to to, że w ogóle wyciekły. Bo nie oszukujmy się: sytuacja, w której wyciekają (i to lawinowo) tajne dokumenty najważniejszego światowego supermocarstwa, supermocarstwa, którego służby specjalne i Departament Obrony dysponują budżetem większym niż niejedno państwo, to więcej niż wpadka. To totalna kompromitacja.

Na razie dochodzą do nas przede wszystkim plotki i domysły: oczywiste dla każdego zainteresowanego polityką międzynarodową uwagi na temat związków Władimira Putina i Silvio Berlusconiego czy mało chwalebne dywagacje Hillary Clinton na temat zdrowia psychicznego prezydent Argentyny. Niewielkie wrażenie robią zalecenia dla dyplomatów, aby pobierać DNA przedstawicielom ONZ. Prawdziwą sensacją byłoby, gdybyśmy nagle dowiedzieli się, że np. rząd Stanów Zjednoczonych przygotowywał jakiś przewrót. Albo wiedział, że ktoś go przygotowuje i nic nie zrobił, by mu przeciwdziałać.

Jeśli chodzi o Polskę to trudno powiedzieć. Podobno przecieki kończą się na lutym, więc nie będzie informacji o tym, co działo się po katastrofie smoleńskiej. Te przecieki nie przyniosły jak dotąd żadnych rewolucyjnych informacji. Rewolucyjne jest co najwyżej nasza zmiana postrzegania Ameryki, która w ich wyniku nastąpi: dotąd wielu żyło w złudzeniu, że w USA to państwo absolutnie zorganizowane, kierowane przez ludzi kompetentnych, do których nasi politycy mają jakieś lata świetlne. Teraz wyszło, że tam nawet gorzej niż nad Wisłą.

Jak mówimy o UE

Rząd, VAT i język dyskursu o Unii – to tematy poniedziałkowego „Słowotoku” u Cezarego Łasiczki. Zaczęło się niewinnie, od zabawnych tytułów w „Naszym Dzienniku”, a końcem końców wyszedł jeden z najsmutniejszych programów, w jakich kiedykolwiek wystąpiłem w TOK FM:


Odszedł Maciej Rybiński

rybaJak już kiedyś stwierdziłem, nienawidzę pisać nekrologów. Co innego zresztą wypocić coś o filozofie, który – jak to filozof – w życiu napisał dawno temu garstkę sensownych rzeczy (a wcześniej i później znacznie więcej bzdur), a co innego – podsumować dorobek jednego z najwybitniejszych współczesnych publicystów, człowieka, którego artykuły i felietony więcej dają wglądu w dzisiejsze życie publiczne w Polsce niż wszystkie opasłe podręczniki politologii razem wzięte. Poprzestanę zatem na zacytowaniu równie trafnego, co pięknego zdania z komentarza do ostatniego, pośmiertnego wpisu na rzepowym blogu Rybińskiego:

Miał wszelkie dane ku temu, by być przewodnikiem stada, problem w tym, że stado podążało (i podąża nadal) nie za nim, ale za jakimiś baranami…

Przyszłość dziennikarstwa

Czy w Polsce można mówić o dziennikarstwie obywatelskim? Czym w ogóle jest to zjawisko i kto za nim stoi? Dlaczego coraz więcej ludzi poświęca swój czas i zasoby, by tworzyć teksty i przekazy, których i tak nadmiar w internecie i których większości prawie nikt nie czyta? Jak zostać dziennikarzem obywatelskim, gdzie najlepiej publikować i w jaki sposób najskuteczniej się promować? Na te i inne pytania odpowiadaliśmy wczoraj w Radiu Dla Ciebie: ja, szef Wiadomości24 Tomasz Kowalski i specjalistka od komunikacji w internecie Barbara Czyżowicz-Lorek. Dyskusję poprowadził Robert Łuchniak.

Naoczni świadkowie

O 21:30 na kanale Discovery szykuje się dziś polska premiera amerykańskiego serialu dokumentalnego „Naoczny świadek”. Jako że współpracuję przy kampanii PR tego programu, czuję się z tej okazji w obowiązku napisać parę słów, i to nie tylko o samym serialu, ale i o szerszym zjawisku, które „Naoczny świadek” reprezentuje. Chodzi o wykorzystanie przez tzw. media tradycyjne publikowanych w internecie przekazów tworzonych przez dziennikarzy-amatorów. Czyli – szerzej – o dziennikarstwo obywatelskie.

Dziennikarstwo obywatelskie to – jak zapewne wszyscy odwiedzający tego bloga dobrze wiedzą – zbiorcza nazwa przekazów o charakterze dziennikarskim, tworzonych przez ludzi nie zajmujących się zawodowo działalnością medialną. Pod pojęciem tym rozumie się współcześnie szeroką gamę przekazów, od tekstów quasi-dziennikarskich na blogach i forach, po relacje o charakterze wizualnym (zdjęcia, filmy), publikowane w serwisach wideo i na portalach społecznościowych.

Samo zjawisko dziennikarstwa obywatelskiego nie jest nowe. Prawdopodobnie istniało od zarania dziejów (jego źródeł można upatrywać w znanej zapewne już naszym pierwszym mówiącym przodkom plotce), przed epoką internetu miało jednak bardzo ograniczony zasięg. Dotarcie do odbiorców wiązało się bowiem z kosztami, których wymagała dystrybucja przekazu (poczatkowo po prostu jego wykrzyczenie, potem druk, później transmisja audiowizualna. Do niedawna zatem co prawda każdy mógł sobie tworzyć treści dziennikarskie lub pokrewne, ale tylko niewielu mogło sobie pozwolić na ich dystrybucję poza najbliższym sąsiedztwem.

Internet oraz towarzyszący mu postęp techniczny ostatnich lat dokonały tu rewolucji. Praktycznie każdy z nas dysponuje dziś telefonem komórkowym z aparatem fotograficznym, kamerą oraz dostępem do internetu, dzięki któremu to, co sfotografuje lub nagra może w ciągu kilku minut zobaczyć osoba po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ułatwiają to serwisy wideo, takie jak YouTube czy polska Wrzuta, na których każdy może (niekiedy po założeniu konta, niekiedy anonimowo) umieścić za darmo samodzielnie zrobiony film. Potem wystarczy, że link do filmu pojawi się np. na serwisie social news (to strony, których sami użytkownicy sami decydują, czy dana informacja jest atrakcyjna i „wykopują” interesujące artykuły: najsłynniejsze to Digg, Reddit i Twitter, a na polskim podwórku – Wykop), by zapewnić przekazowi, który internauci uznają go za interesujący i warty „wykopania”, nawet do kilku milionów odbiorców na dobę.

W efekcie zwykły przechodzień, który staje się świadkiem spektakularnego wypadku lub niezwykłego zdarzenia, szybko jest w stanie stworzyć przekaz, z którym nie mogą konkurować normalni dziennikarze. I bynajmniej nie chodzi tu o jakość: większość tego, co tworzą amatorzy, ciągle nie dorównuje jakością techniczną owocom pracy dziennikarzy. Nie tylko dlatego, że przeciętna kamera w telefonie ma znacznie gorsze parametry techniczne, niż profesjonalna kamera z operatorem, którą wyśle na miejsce stacja telewizyjna. To jednak przechodzień jest na miejscu pierwszy, więc to jego przekaz zdominuje relacje w serwisach informacyjnych, nawet jeśli jakość przekazu będzie pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym tego przykładem utrwalone przez amatorów momenty uderzeń samolotów w wieże World Trade Center, które – mimo braków technicznych – zobaczyła w 2001 większość widzów na Ziemi.

Oczywiście nagrania takie jak WTC to mniej niż promil tego, co publikuje się na YouTubie czy LiveLeak (ba, większość tego, co dostaje użytkownik szukający tych nagrań na wspomnianych serwisach, to fejki). Wiekszość filmów umieszczanych w Sieci przez nieprofesjonalistów to amatorskie filmiki, które nie interesują nikogo poza najbliższym kręgiem ich rzeczywistych lub wirtualnych znajomych. Prawdziwe perły, które podbiją Digg lub Wykop, trafiają się tu procentowo rzadziej niż w przypadku profesjonalnych mediów. Ale wygrywają w liczbach bezwzględnych.

Dzieje się tak, ponieważ liczba profesjonalnych dziennikarzy jest skończona i wynosi najwyżej kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy osób w skali świata. Tymczasem potencjalnych dziennikarzy obywatelskich (czyli ludzi wyposażonych w komórkę z aparatem lub kamerą) mamy już na Ziemi więcej niż miliard. Ta liczba gwarantuje, że to z ich rąk coraz częściej będą wychodzić przekazy, z którymi media tradycyjne nie wygrają. Nie dlatego, że nie mają na to środków. Po prostu „zwykli” dziennikarze nie mogą być wszędzie, nie mają więc szans być w każdym miejscu, w którym zdarza się wypadek lub coś interesującego. Są tam za to zwykli ludzie. Ci świadkowie musieli kiedyś zadowolić się opowiedzeniem swej historii profesjonalnemu dziennikarzowi, który zresztą mógł na miejsce przyjechać, ale też mógł i nie przyjechać. I o całej sprawie mógł zawsze potem poinformować zniekształcając relację opowiadającego lub wręcz przeinaczając jego słowa.

Dziś nie trzeba czekać na dziennikarza. Już w momencie samemu można samemu nagrać materiał ze zdarzenia i umieścić go w sieci. W dodatku przekaz ten opowie całą historię w taki sposób i z takiego punktu widzenia, jak jego autor sobie życzy. Internetowy fenomen „Cut out the middleman” coraz szerzej obejmuje tym samym także dostawców informacji.

To ostatnie zjawisko nabiera szczególnej istotności, gdy temat przekazu jest kontrowersyjny. W mediach lub ich okolicach obecne są grupy nacisku (politycy, firmy prywatne), których aktywność może blokować niewygodne dla nich treści. Dziennikarz obywatelski takich grup się nie boi, zwłaszcza gdy jest anonimowy. Nic dziwnego, że – jak wynika z badań MillwardBrown SMG/KRC przeprowadzonych rok temu na zlecenie D-Link Polska – Polacy na ogół bardziej wierzą blogerom i innym internautom niż profesjonalnym redakcjom.

Trzeba teraz odpowiedzieć sobie na pytanie o motywację dziennikarzy obywatelskich. W przeciwieństwie do dziennikarzy zawodowych, na ogół nie dostają oni za swoje utwory gratyfikacji finansowych – a mimo to publikują. Grę tutaj najczęściej odgrywają zatem czynniki psychologiczne. Mogą one mieć charakter:

  1. egoistyczny: twórcy takich przekazów tworzą je, by przyciągnąć uwagę, pokazać swe umiejętności, wypromować swój kanał na YouTubie lub blog;
  2. altruistyczny: widzą problem i chcą o nim poinformować, pokazać innym, gdzie czyha niebezpieczeństwo lub czego nie należy robić;
  3. potrzeby ekspresji – chcą po pokazać coś innym, dlatego, że uważają to za interesujące i warte odnotowania lub np. śmieszne.

Dziennikarze obywatelscy działają więc społecznie, na czym zresztą często pasożytują tradycyjne media. Na przykład „profesjonalni” dziennikarze bardzo często sięgają po kontent tworzony przez internautów, zwłaszcza jeśli daje widoki na to, że przyciągnie uwagę widzów lub czytelników. A to w internecie jest łatwe do weryfikacji, bo bardzo często materiał znaleziony przez dziennikarza już został sprawdzony na okoliczność swej siły i atrakcyjności (przez społeczność rozmaitych Diggów), więc z góry wiadomo, że się dobrze „sprzeda”. W mediach tradycyjnych taki news obejrzy potem znacznie więcej osób, niż widziało go na oryginalnym blogu, a wierszówkę lub honorarium dostaje często właśnie znalazca – autor materiału prasowego lub telewizyjnego – a nie twórca oryginalnego przekazu.

Wszystko to nie zmienia oczywiście faktu, że użytkownicy internetu przełamali już monopol mediów tradycyjnych na informację, i że zakres oddziaływania „starych” mediów i pracujących dla nich dziennikarzy stopniowo się kurczy. Już dziś, gdyby tradycyjne media po prostu zniknęły, dziurę informacyjną szybko dało by się załatać, choćby w oparciu o dziennikarstwo obywatelskie – czego przykład mogliśmy oglądać w Polsce kilka tygodni temu, gdy to w reakcji na nagranie wideo, którego bohater wystrzelił kotka z dmuchawy do zboża, internauci skrzykneli się, zlokalizowali gagatka i przekazali jego dane policji, która dzięki temu mogła w rekordowym jak na polskie warunki czasie zatrzymać sprawcę wykroczenia.

W tym miejscu pojawiają się także programy takie jak „Naoczny świadek”, które wykorzystują wyłącznie treści tworzone przez dziennikarzy obywatelskich. Sama idea nie jest tu nowa – wystarczy wspomnieć o portalach internetowych, bądź nawet serwisach informacyjnych, nastawionych przede wszystkim na „user generated content” – by wspomnieć choćby strony alert.pl czy (częsciowo) sfora.pl. Internauci wysyłają na te strony gorące informacje na temat wydarzeń, w środku których się znaleźli, dzięki czemu ich relacje mogą dotrzeć do zainteresowanych problemem odbiorców w bardzo krótkim czasie.

„Naoczny świadek” idzie jednak o krok dalej w selekcji materiałów, kierując się nie tyle ogólną atrakcyjnością tematu, ile oczekiwaniami grupy docelowej programu. Tworzą ją przede wszystkim mężczyźni, najpewniej mieszkańcy dużych miast w wieku 25-45, lubiący mocne wrażenia i szukający – także w rozrywce – wysokiego poziomu adrenaliny.

Ale adrenalina to nie wszystko. Już starożytni Rzymianie wiedzieli, że w widowiskach nie chodzi tylko o to, by coś było pobudzające – trzeba jeszcze, by było autentyczne (i dlatego w swoich cyrkach rzucali prawdziwych ludzi prawdziwym lwom na pożarcie). Nie wstrzymujemy oddechu, gdy wiemy, że będzie happy end lub że osoba, której coś grozi, to opłacony aktor. Ludzie o wiele łatwiej reagują emocjami, gdy mają świadomość, że coś zdarzyło się rzeczywiście, a nie tylko na ekranie – stąd popularność serwisów informacyjnych i programów interwencyjnych. A cóż może być bardziej autentycznego niż np. nagranie, na którym widzimy wybuch fabryki, lub film nakręcony w samochodzie ściganym przez tornado?

Wróćmy jednak do grupy docelowej. W dzisiejszych czasach odbiorcy ci, na ogół doskonale zaznajomieni z komputerem i internetem, przyzwyczaili się do tego, że jeśli chce się emocji czy autentyczności, to się po prostu siada przed komputerem i klika. Po kilku minutach poszukiwań znajduje się emocje, autentyczność lub jedno i drugie.

Trzeba jednak poszukać – czyli wykonać czynność, na którą nie zawsze ma ochotę zmęczony codzienną gonitwą współczesny człowiek, którego aparat poznawczy często jest zbyt przeciążony wciąż napływajacymi newsami, by pozwolić sobie na rzeczywiście efektywną selekcję. Tymczasem „Naoczny świadek” pozwala tu pójść na skróty: zapewnia wyselekcjonowane, emocjonujące i jednocześnie prawdziwe informacje i przekazy, skondensowane w jednym kilkudziesięciominutowym odcinku. Gwarantuje tym samym, że konsument, oczekujący mocnych i jednocześnie autentycznych wrażeń, dostanie dokładnie to, czego pragnie. I to w najkrótszym możliwym czasie.

Sztuka guglowania (dla dziennikarzy)

Pisałem już trochę w innych miejscach na temat szumu, jaki trwa w Stanach wokół plakatu Obama-Joker. Dziś pora zająć się najbardziej kuriozalnym aspektem reakcji prasy na kontrowersyjną grafikę, ilustrującym zatrważającą nieporadność znacznej części amerykańskich dziennikarzy na polu wyszukiwania i selekcji informacji. Nawet tej, którą sama wyrzuca z siebie wyszukiwarka Google.

Dla niezorientowanych: chodzi o plakat, który pojawił się na ulicach Los Angeles na początku poprzedniego tygodnia i wywołał natychmiastowe poruszenie, któremu trudno się dziwić, jesli wziąć pod uwagę, kogo i w jakiej roli plakat przedstawiał:

socialism

Zacznijmy od tego, że prawie każde doniesienie prasowe o plakacie zawierało akapit na temat jego autorstwa. To autorstwo przeciętnemu amerykańskiemu dziennikarzowi było nieznane – w końcu grafika nie była podpisana. Akapit wyglądał więc mniej więcej tak:

Nobody knows yet who the artist is, but it seems almost certain that the poster, titled „Socialism,” first appeared here in Los Angeles.

LA Daily, 7 sierpnia, autor: Jill Stewart

Po prawdzie, szybko okazało się, że dziennikarzom w informacyjnej nieporadności nie ustepują i blogerzy. Z tym, że ci najczęściej nie poprzestawali na prostej konstatacji faktu, lecz szli dalej i zadali pytanie o powód anonimowości. Po czym sami sobie na nie odpowiadali:

The caricature of Barack Obama (…) is really making the rounds on the internet. The artist is unknown (probably to protect him or herself from the venom of those compassionate, open-minded, caring liberals).

Living Lake Country, 8 sierpnia, autor: A. L. Geiger-Hemmer

Nikt jednak nie poleciał w swych rozważaniach tak daleko, jak redaktor jednego z najbardziej znanych i opiniotwórczych amerykańskich dzienników. Wytłuszczam cały cytat, który sam w sobie stanowi jedną z najbardziej absurdalnych rzeczy, jakie w życiu dane mi było oglądać:

The great virtue of an anonymous poster campaign is that it anticipates unspoken fears or claims, and leads the debate by insinuating and teasing out ideas that would be too explosive or alienating if simply dumped into the public forum by responsible actors. (…) So why the anonymity? Perhaps because the poster is ultimately a racially charged image. By using the „urban” makeup of the Heath Ledger Joker, instead of the urbane makeup of the Jack Nicholson character, the poster connects Obama to something many of his detractors fear but can’t openly discuss. He is black and he is identified with the inner city, a source of political instability in the 1960s and ’70s, and a lingering bogeyman in political consciousness despite falling crime rates.

The Washington Post, 6 sierpnia, autor: Philip Kennikot

Dość już wszak cytowań. Pora na mały eksperyment: wpisujemy w google’a słowa „obama” i „joker” i wciskamy enter. Po wyświetleniu się informacji o 8,490,000 wynikach w lewym głównym rogu klikamy w napis „Images”. Link do oryginału, który na na flickr.com wisi od stycznia, okazuje się być… dziesiąty. google2 Autor syntezy twarzy Jokera i Obamy nazywa Firas Khateeb, ma 21 lat, studiuje w Chicago i lubi bawić się Photoshopem. Nie głosuje na Republikanów i nie ma zbyt wielu powodów, by być ksenofobicznym, białym rasistą: jest Arabem pochodzącym z Bliskiego Wschodu. Jedyną gazetą, której dziennikarze dali radę ustalić jego imię i nazwisko (i to tylko dzięki wydatnej pomocy pewnego czytelnika Bedlam Magazine), okazał się… brytyjski The Guardian.

Gruzińskie przewidzenia

Od kilku dni z czołówek polskich (i światowych) serwisów informacyjnych nie schodzi wojna rosyjsko-gruzińska. Nie schodzi, i trudno się dziwić: wakacje bez Leppera i Giertycha w rządzie (lub okolicach) mocno dawały się we znaki dziennikarzom i komentatorom politycznym, z braku lepszych tematów skazanym ostatnio na podniecanie się w kółko trzecią w historii (po Berlinie’36 i Moskwie’80) totalitarną olimpiadą. Aż tu ni stąd ni zowąd w dniu otwarcia igrzysk w Pekinie Gruzja „napadła” na własne (acz „przypadkiem” okupowane przez Rosjan) terytorium – po czym sprawy potoczyły się tak, jak można było przewidzieć.

No właśnie, przewidzieć. Rosja jaka jest, każdy widzi: po państwie, w którym opozycyjnych dziennikarzy szlachtuje się na klatkach schodowych, a niepokornych biznesmenów zsyła na Syberię, państwie, którego służby specjalne trują za granicą własnych obywateli, gdy ci zaczynają opowiadać o organizowanych przez te służby zamachach terrorystycznych, no więc po tym państwie trudno spodziewać się, że nie napadnie na małego, nie dosyć uległego sąsiada, gdy dostanie najmniejszy choćby pretekst. Fakt, że tak wytrawny gracz polityczny jak Saakaszwili jakoś się takiego cudu spodziewał i niczym Don Quijote ruszył do ataku, świadczy o przywódcy Gruzji jak najgorzej, ale – przynajmniej w Polsce – wciąż ceni się taką romantyczną postawę, zwłaszcza jeśli wymierzona przeciw Rosji. Nic dziwnego, że Lech Kaczyński co sił w nogach popędził do Tbilisi ściskać się z Saakaszwilim i grzmieć na Moskali. I choć aktywności tej, w przeciwieństwie np. do moskiewskich turnusów Sarkozy’ego, nie odnotował prawie żaden duży serwis informacyjny, nasz prezydent może sobie gratulować. O wyprawie doniosły media gruzińskie i polskie, co absolutnie wystarczy: Polacy cenią bohaterstwo, zaś wymachiwanie antyrosyjską szabelką w mieście, do którego zbliżają się rosyjskie czołgi, w powszechnym odczuciu właśnie pod bohaterstwo podchodzi. W efekcie przewiduję szybki (choć niekoniecznie trwały) wzrost popularności Kaczyńskiego – i to nie tylko za Kaukazem. Przewidywania prezydenta są pewnie podobne.

I tylko dalszego rozwoju sytuacji w Gruzji nie sposób przewidzieć. Co najwyżej można Gruzinom zadedykować dość trafnie opisujący ich aktualną sytuację fragment Przejścia Polaków przez Morze Czerwone Kaczmarskiego:

Dość, że się toniom w pionie stać znudziło,
W chwil kilka mokrą szmatą nas przykryło
I ciężkiej ciszy przytrzasnęły drzwi
Jakby nas wchłonął kubeł pełen krwi!
Chyba na zawsze będzie już schowana
Pod wodą nasza Ziemia Obiecana.
Patrzyli żywi z czerwonej mogiły
Jak do swych dziejów ludy odchodziły.
Mówiono teraz: I widzicie sami
Jakie są skutki żartów z żywiołami.

...i trzymać za nich kciuki.

Blogi rządzą (w Dwójce)

Coś mnie tknęło po publikacji wczorajszego postu, przewertowałem więc archiwalne „Pytania na śniadanie”. I solidnie się zdziwiłem, gdyż okazało się, że detronizację profesjonalnych dziennikarzy przez blogerów… nieopatrznie wyprorokowałem już pół roku temu:

Bo bloger jest lepszy

Press doniósł kilka dni temu, że MillwardBrown SMG/KRC przeprowadził na zlecenie D-Link Polska badanie, z którego wyszło, że rozmiłowani w nowych mediach Polacy nie tylko sami aktywnie tworzą treści w sieci, wymieniając się informacjami i opiniami, ale i wolą takie treści od materiałów generowanych przez redakcje i profesjonalnych dziennikarzy:

Internauci chętnie zamieszczają w sieci tworzone przez siebie treści. Najpopularniejszą formą aktywności są komentarze pod artykułami (17%), dyskusje na forach (16%) oraz komentowanie postów zamieszczanych na blogach prowadzonych przez innych użytkowników (12%). Co dwudziesty internauta (5%) przyznaje się, że tworzy swój własny blog. W sumie niemal 1/3 internautów deklaruje tworzenie treści w sieci.
Polscy internauci uznają też, że najciekawsze informacje dostępne w sieci pochodzą bezpośrednio od innych internautów – twierdzi tak 46% badanych, a jedynie co piąty (19%) jako najciekawsze wskazuje teksty profesjonalnych dziennikarzy. Jeszcze gorzej w tej konkurencji wypadają działy marketingu firm obecnych w sieci – zaledwie 4% internautów wysoko ocenia treści zamieszczane przez firmy komercyjne.

Choć patrząc na wyniki nie sposób zapomnieć, kto zlecił badanie (D-Link to producent sprzętu sieciowego, czyli – jak by nie patrzeć – firma komercyjna zainteresowana tym, by ludzie kochali internet; ciężko mi sobie jednak wyobrazić podobne wyniki w badaniach zleconych np. przez Izbę Wydawców Prasy), statystyki wyglądają na prawdopodobne. Nic dziwnego, że tak dziennikarze, jak i zwykli użytkownicy netu rzucili się na temat i zabrali za wyjaśnianie sytuacji.

Przykładem redaktor o2.pl, pardon.pl i salon24.pl (więc – jak widzimy – profesjonalny dziennikarz do sześcianu) Gniewomir Świechowski, który w błyskotliwej analizie (ze z góry – bo w tytule – założoną tezą) wskazał kilka przyczyn wyższości blogerów (forumowicze tymczasowo zostali pominięci) i tzw. dziennikarzy obywatelskich nad zwykłymi wyrobnikami z redakcji:

Powodów (…) można szukać w:
* braku interakcji między dziennikarzami, a czytelnikami (Salon24 jest tu wyjątkiem);
* żywszym języku blogerów, którzy nie muszą trzymać się poprawnych i uładzonych sformułowań;
* podobnym zasobem wiedzy, gdyż dziennikarze tak jak blogerzy większą część informacji czerpią z depesz agencyjnych i mediów;
* możliwości głębszego wniknięcia w temat przez blogera, nie mającego określonego terminu oddania tekstu;
* rosnącej liczby blogów tematyczny prowadzonych przez specjalistów filtrujących i komentujących informacje z konkretnej dziedziny. (…)
Siłą niezależnych internetowych mediów, za jakie uznaję dziennikarzy obywatelskich i blogerów jest, że choć wciąż są uzależnione od pracy profesjonalistów, oferują wiele alternatywnych punktów widzenia, a dzięki mniejszej „bieżączce” dają autorom – zwłaszcza specjalizującym się w określonej dziedzinie, szansę dokonania syntezy, którą prasa codzienna utraciła wraz z wzrostem szybkości przepływu informacji.

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że – jak się wydaje – analiza Świechowskiego nie dotknęła najważniejszego z problemów. W Polsce wśród zwykłych obywateli dominuje spiskowe myślenie o elitach. Politycy, biznesmeni i dziennikarze to w powszechnym odczuciu kumple, którzy wspólne interesy załatwiają przy drzwiach zamkniętych, nie dopuszczając do rzeczywistego obiegu informacji nikogo spoza zamkniętego grona wtajemniczonych.

Zresztą, jak dowiadujemy się z rozmaitych taśm z nazwiskami, polską rzeczywistość polityczno-społeczną widzą tak nie tylko maluczcy. Wedle mojej oceny, która oczywiście nie opiera się na mediach, ja się na tym za słabo znam, ale według oceny innych, że tak powiem, to tam rozmaici ludzie kręcą. Każdy inny. Od pewnego momentu ty masz szum informacyjny. Jak mówił Stefan Kisielewski, masz buldogi pod dywanem. Coś się rusza, rozumiesz, ale kto, kogo gryzie, nie wiesz – mówił Adam Michnik do Lwa Rywina. Mieliście w dupie tę Polskę, ci też mają na zmianę, jeszcze nie wiedząwyrzucał Gudzowaty Oleksemu, a były premier przytakiwał: Moja sitwa i owszem, miała w dupie. Gdy szef Bartimpexu spotkał się z naczelnym Wyborczej, zarzuty szły jeszcze dalej:

Gudzowaty: Wiadomo wszystkim, publiczną tajemnicą warszawską jest, że Kublik – że tak powiem – nie pisze wyłącznie z woli dziennikarskiej. (…)
Michnik: Jak było z Kublikiem. Dramat tego, że nikt z nas się na tym nie zna. Nikt. (…) To jest – po prostu – trudno, ja to pozwoliłem wydrukować…o Boże, panie prezesie, no. Co ja panu mogę… Miałem zerowy wpływ na to… Ani ja, ani nikt z kierownictwa. Kurwa, my się nie znamy na tym gazie!…Dobrze, umówię się jeszcze dzisiaj z Gadomskim i go opierdolę… (…)
Gudzowaty: Nie wiem, bo nie czytam waszej gazety. (…) Nie czyta się gazety, która…manipulowanej.
Michnik: Takie najciekawsze są, takie najciekawsze są.

Czy można się w takim układzie dziwić, że Nowak z Ciechocinka znacznie łatwiej uwierzy Kowalskiemu z Psiej Wólki, niż Panu Redaktorowi z Warszawy, który właśnie wrócił z wystawnej kolacji z politykiem lub biznesmenem i teraz będzie pisał o ich interesach?

Lis na zwyżce

W ostatnim poście Kataryny o antyblogerskich zapędach europarlamentarzystów (od komentarzy kipi dziś polska blogosfera; sam zabrałem głos w temacie kilka dni temu) znalazłem cytat z artykułu o Tomaszu Lisie, opublikowanego kilka dni temu w „Dzienniku”. Cytat dotyczy pewnej mało dotąd eksponowanej w mediach (tak, tak, jest takowa) dziedziny aktywności byłego szefa polsatowskich „Wydarzeń” oraz związanego z ową aktywnością dylematu jego ówczesnych podwładnych:

Jak tu szanować szefa, człowieka niby poważnego, o wyjątkowo wysokiej pozycji, któremu zdarzało się zaczynać poranne kolegia od przejrzenia internetu, by odszukać wszystkie wpisy na swój temat i temat swej przyjaciółki, i który czasem na tzw. zwyżce, czyli specjalnym podium w newsroomie, potrafił bez zażenowania pod rozmaitymi nickami na gazetowych forach komentować w sieci nie tylko bieżące wydarzenia polityczne. A kiedy plątały mu się już nicki, Hanka pomagała mu założyć nowe konta.

Tyle Kataryna, artykuł w „Dzienniku” zawiera jednak fragmenty stawiające brylującego jeszcze rok temu na łamach „Gazety Wyborczej” (i rżącego na antenie TOK FM) apostoła antykaczyzmu i poprawności politycznej w jeszcze ciekawszym świetle:

Gdy dziennikarz zbyt miękkim głosem czytał materiał, Lis pytał: – Co ty, pedałem jesteś? Może byś przerż… jakąś kobietę i zaczął czytać jak mężczyzna?

„Wszyscy jesteśmy gejami” – pisał w 2005 roku Jacek Żakowski. Ciekawe, czy powtórzy to teraz koledze…

Rżenie na antenie

W polskim dyskursie publicznym zagościł właśnie nowy rodzaj argumentacji ad personam: rżenie. Jego pionierem jest znany dziennikarz telewizyjny Tomasz Lis.

Lis rżał w piątek rano w TOK FM, przedrzeźniając rżącą według niego prowadzącą „Forum” (TVP) Joannę Lichocką. Rżenie bardzo się spodobało obecnym w studiu, czemu trudno się dziwić – program prowadził znany z osobliwych sądów Jacek Żakowski:

[audio src="http://bi.gazeta.pl/im/5/4451/m4451545.mp3"]

Trudno zaprzeczyć, że dziennikarstwo wzniosło się tym samym na poziom wyższy niż komukolwiek się dotychczas śniło. Czekam teraz na moment, w którym pan Żakowski będzie zagrzewał rozmówców do parodiowania (pomysł podsunął mi właśnie poniżej Tuje) Adama Michnika. Dodajmy, że pole do popisu jest tu znacznie większe niż w przypadku Lichockiej, bo i wada wymowy o niebo ciekawsza.

Do niesamowitego poziomu kultury polskich dziennikarzy ludzie jednak już dawno się przyzwyczaili, zatem na wyskok Lisa mało kto zwróciłby uwagę, gdyby sprawy nie wzięli w swoje ręce znajomi Lichockiej (czystym przypadkiem niemal bez wyjątku prawicowi publicyści) i nie wysmażyli takiego listu:

W piątkowej porannej dyskusji w Radiu TOK FM doszło do niemającego precedensu zachowania Tomasza Lisa. Publicysta Polsatu posunął się do wulgarnego przedrzeźniania kobiety, naszej koleżanki Joanny Lichockiej.
Nie spotkało się to z żadną reakcją prowadzącego dyskusję Jacka Żakowskiego, który zachęcał jeszcze do tak ordynarnego zachowania. Nie nastąpiła także żadna reakcja ze strony uczestniczących w dyskusji Tomasza Wołka i Jacka Rakowieckiego.
Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury. Trudno nam znaleźć odpowiednie słowa na wyrażenie naszego niesmaku i oburzenia.

List podpisali: Paweł Lisicki, Piotr Gabryel, Tomasz Sobiecki, Dominik Zdort, Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Igor Janke, Paweł Bravo i Agnieszka Rybak z „Rzepy”; Stanisław Janecki i Dorota Kania z „Wprost”; Piotr Zaremba, Piotr Gursztyn, Michał Karnowski z „Dziennika”; Jacek Karnowski i Amelia Łukasiak z TV Puls; Dariusz Wilczak z „Newsweeka”; Dorota Gawryluk z Biznes TV; Barbara Rogalska z SDP; szef Polskiego Radia Krzysztof Czabański; Kuba Strzyczkowski i Anita Gargas z TVP; Piotr Skwieciński z PAP, Łukasz Warzecha z „Faktu” i Kuba Sufin z TVN24.pl. Dziennikarze chcieli zapewne dobrze, niemniej wyszedł im przekaz zalatujący seksizmem (w czym wulgarne przedrzeźnianie kobiety jest gorsze od wulgarnego przedrzeźniania mężczyzny?), amnezją (Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury – tymczasem obrażające ówczesnego ministra Roman, przestań pieprzyć padło z ust dziennikarza w Zetce zaledwie dwa i pół miesiąca temu; tyle że wtedy dziennikarz obraził polityka, a nie innego dziennikarza, a solidarność zawodowa to w Polsce rzecz święta) i hipokryzją (ilu z podpisanych protestowało po małpie w czerwonym?). W końcu czego się nie robi dla koleżanki…

Pytanie tylko, czy sama koleżanka tego chciała. Joanna Lichocka to jedna z najlepszych dziennikarek „Rzeczpospolitej”. W analizach politycznych na głowę bije nie tylko swych redakcyjnych kolegów Semkę czy Zdorta, ale i samego Lisa. Jakoś trudno mi wyobrazić sobie zatem, by ta inteligentna kobieta stała za burzą, która w jej imieniu urządzili Lisicki i spółka, burzą, która przynieść musiała łatwe do przewidzenia skutki.

Dziennikarze opublikowali list w „Rzeczpospolitej”. Agora wyczuła okazję do pognębienia wrogów ideologicznych i przedruk wrzuciła na pierwszą stronę portalu gazeta.pl razem z nagraniem z TOK FM. Efekt taki, że wiele osób, które nie czytają na co dzień Rzepy i nie oglądają „Forum”, dziś dopiero dowiedziało się o istnieniu Joanny Lichockiej – i to od razu w kontekście jej prokaczyńskich uczuć religijnych i copywrightu na wydawanie z siebie dziwnych dźwięków. Od razu przypomina się tu kawałek Czerwonego Tulipana: Od przyjaciół, Boże, strzeż. Z wrogami sobie poradzę.

Tak czy owak antykaczyzm znów odniósł nad kaczyzmem (nic to, że wydumanym) moralne zwycięstwo. I teraz rży radośnie…