Archiwum dla słowa kluczowego: Historia

Stalin wzorem dla Wałęsy

Lech Wałęsa opowiada „Rzepie”, jak fajnie byłoby dziś w Polsce, gdyby 20 lat temu nie poświęcił się głupio dla demokracji tak, jak się poświęcił, i zamiast dzielić się władzą z bezrozumnym społeczeństwem, wprowadził w kraju totalitarną dyktaturę:

Zastanawiam się czasami, czy gdybym nie oddał wszystkiego demokracji, tylko był jak Stalin, Lenin czy Castro, to czy efekty nie byłyby dużo większe. Naród nie był przygotowany do rządzenia, nie było kadr ani programów, wielkie możliwości tak naprawdę nie zostały wykorzystane. Uwierzyłem jednak w demokrację. Uważałem, że nawet jeżeli coś nie będzie tak, to demokracja wszystko naprawi, zrobi to lepiej niż ja. (…) Tylko, że ograniczając demokrację, być może można było zyskać więcej.

Lech więc sobie gdyba, a mnie nachodzi pytanie, które trapi ludzkość od czasu, jak Herakles w przypływie dobrego humoru wyrżnął wszystkie swoje dzieci: co naród powinien robić ze swymi bohaterami, jeśli tym zdarzy się sfiksować?

Ponowoczesny politruk

Po niemal roku kręcenia profesor Zygmunt Bauman (już wcześniej znany z działalności w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego) potwierdził w wywiadzie dla „Guardiana” zarzucany mu przez IPN fakt współpracy z Informacją Wojskową (streszczenie wywiadu po polsku). Dla niezorientowanych w historii najnowszej: utworzony w 1945 Korpus był (i nie jest to tylko zdanie „Gazety Wyborczej”) zbrojnym ramieniem NKWD w Polsce, zajmującym się przede wszystkim wyłapywaniem i mordowaniem akowców. Z kolei Informację Wojskową stworzono w 1944 roku jako polityczne narzędzie kontroli żołnierzy i oficerów (przede wszystkim Armii Ludowej, ale również KBW). Jej funkcjonariusze, wraz z braćmi z cywila, czyli z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, robili, co mogli, by Polacy jak najszybciej zaczęli wspominać z nostalgią SS i gestapo. Gdyby Stalin pożył trochę dłużej, pewnie by im się udało.

Sprawa aktywności Baumana w stalinowskich organach represji nie jest żadnym novum, sam pisałem o niej w sierpniu zeszłego roku przy okazji analizy pewnego wywiadu, jakiego „wielki” filozof udzielił Wyborczej. Ujawnienie nieznanych wcześniej fragmentów biografii było zresztą głównym powodem, dla którego Uniwersytet Warszawski w grudniu 2006 odmówił twórcy pojęcia globalizacji odnowienia doktoratu. Rzecz bez precedensu, zważywszy na rangę uczonego, niemniej w głównych mediach przeszła bez echa.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od pracy, którą na temat działalności Baumana w tworzących się strukturach komunistycznego aparatu represji opublikował w czerwcu 2006 w Biuletynie IPN-u Piotr Gontarczyk (ze stron IPN-u można ściągnąć cały numer; artykuł o Baumanie na str. 76). Zachowane w archiwach dokumenty okazują się jednoznaczne: słynny filozof był jedną z głównych szyszek pionu polityczno-propagandowego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nietrudno zgadnąć, czym się zajmował – jak wyjaśnia historyk: tu, w pionie politycznym, KBW za pomocą totalitarnej indoktrynacji miał zmieniać żołnierzy-poborowych w sprawne narzędzie zbrodniczego systemu.

Zestawiona przez Gontarczyka lista funkcji sprawowanych przez Baumana w KBW jest na tyle interesująca, że nie mogę się powstrzymać przed ich wymienieniem. Przy okazji trzeba przyznać, że karierę robił szybko:

1. Zastępca Dowódcy 5 Samodzielnego Baonu ochrony do spraw polityczno-wychowawczych KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 1. 6 VI 45 r.
2. Starszy instruktor polityczno-wychowawczy Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego Bydgoszcz KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 58. miesiąc XII 45 r.
3. Starszy wykładowca polityczno-wychowawczy Samodzielnego Pułku Szkolnego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 117. 6 VII 46.
4. Rezerwa oficerska Oddziału Personalnego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 81. 17 VI 47.
5. Starszy instruktor wyszkolenia polityczno-wychowawczego Wydziału Wyszkolenia Politycznego Zarządu Polityczno-Wychowawczego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 111. 7 VII 48.
6. Szef Wydziału I Oddziału Wyszkolenia Politycznej Propagandy Zarządu Polityczno-Wychowawczego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 17. 10 II 48.
7. Szef I-go Wydziału jednocześnie Zastępca Szefa II Oddziału Zarządu Polityczno-Wychowawczego KBW. [Nr oraz data rozkazu:] 129. 20 XII 48.
8. Szef Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego. [Nr oraz data rozkazu:] 82. 10 VII 49.

Dla sceptyków (bo Gontarczyk prawicowiec i w „Ozonie” publikował był) milusie zdjątko:

oraz co bardziej smakowite fragmenty wniosku do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego o zatwierdzenie Baumana na stanowisku Szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego KBW:

W Związku Radzieckim kończy 10-latkę jako wyróżniający się uczeń, przyjęty do Komsomołu [...]. W roku 1944 zmobilizowany [...] do Milicji Obywatelskiej [...] Moskwy, gdzie pracuje jako inspektor. W 1944 r. wstępuje do 4 DP, z którą przechodzi szlak bojowy. [...] Zostaje oficerem politycznym. W okresie powojennym cały czas służy w politycznym aparacie szkoleniowym KBW. Jako Szef Wydziału Pol[ityczno]-Wych[owawczego] operacji bierze udział w walce z bandami [czytaj: niedobitkami AK]. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony „Krzyżem Walecznych”.
Od 1947 r. pracuje na kolejnych szczeblach aparatu propagandy Zarządu Politycznego KBW. W ciągu tego czasu ukończył bez przerwy Akademię Nauk Politycznych jako jeden z przodujących absolwentów i obecnie studiuje jako wolny słuchacz na Szkole Partyjnej przy KC. Do PPR przyjęty w styczniu 1946 r.17, PZPR od dnia zjednoczenia.
Wyróżnia się nieprzeciętnymi zdolnościami zarówno w przyswajaniu sobie wiedzy, jak i w umiejętnościach propagandowych i agitacyjnych
[przydało się potem w karierze naukowej, oj, przydało]. W zagadnieniach politycznych zajmuje bardzo prawidłowe stanowisko. Bardzo wnikliwy i spostrzegawczy w analizie politycznej, szczególnie czujny na błędy ideologiczne. [...]
Wbrew woli ojca i z własnej inicjatywy wystąpił o przekazanie Partii sumy powstałej z praw rodziców do spadku rodzinnego w postaci części domu. [...] Potępia sjonistyczne poglądy ojca i odwiódł go od zamiaru emigracji. (Matka jest członkiem PZPR, aktywistką, pracuje w WSS ["Społem"] jako inspektor. Również w ZSRR byłą aktywistką). [...]
Na stanowisko Szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego nadaje się w zupełności.

Jeszcze przed wejściem do ścisłego kierownictwa zaliczył nasz bohater inną, nie mniej ciekawą przygodę. Ponieważ kraj był zrujnowany i nawet w KBW na niższych stanowiskach nie płacono za wiele (a z czegoś trzeba było żyć, gdy się kapitalistyczny dorobek rodziny przekazało socjalistycznej ojczyźnie), dość prędko musiał poczuć potrzebę dorobienia sobie na boku i zacząć się rozglądać za drugą fuchą. Jego wybór padł na Informację Wojskową. Współpracę (pod pseudonimem „Semjon”) podjął w 1945 – co ciekawe, przed tym rokiem sowieckie gestapo ze względów bezpieczeństwa w ogóle nie rekrutowało Polaków, miał więc przyszły as europejskiej socjologii szansę i na tym polu być pionierem. Donosił najprawdopodobniej przede wszystkim na innych oficerów i żołnierzy KBW, jego zdaniem niewystarczająco lewomyślnych. Pytany przez „Guardiana”, czy te donosy mogły mieć dla kogoś negatywne konsekwencje, wzdycha dziś: Cokolwiek by się robiło, to zawsze ma swoje konsekwencje.

Po awansach (i idących za nimi podwyżkach) z 1948 Bauman doszedł najwyraźniej do wniosku, że gra na dwa fronty nie jest już warta świeczki i postanowił zakończyć współpracę z Informacją Wojskową. 6 sierpnia funkcjonariusze kontrwywiadu w obecności samego zainteresowanego niszczą sporządzone przez niego w 1945 zobowiązanie do współpracy. Reszta materiałów wędruje do archiwum, gdzie przetrwają czasy PRL-u i III RP.

15 marca 1953, 10 dni po śmierci Józefa Stalina, Zygmunt Bauman żegna się z aparatem represji (u Łukasza Medekszy znalazłem informację, iż wyrzucenie zawdzięczał ojcu, który, nie bacząc na perspektywy syna, próbował wyemigrować z komunistycznego raju do Izraela). Trafia na Uniwersytet, gdzie staje przed nim otworem zupełnie inna kariera…

Miodek ściśle tajny

Dziwna sprawa z tymi donosami, które miał jakoby produkować profesor Jan Miodek, oj dziwna. Primo: nie wiadomo, czy były pisane dla MO czy SB; secundo: nie jest pewne, czy wciąż istnieją (w głównym zbiorze IPN-u nie ma po nich śladu); tertio: jeśli wciąż istnieją, to dlaczego leżą w zbiorze zastrzeżonym, do którego nie mają dostępu zwykli śmiertelnicy ani nawet historycy, jeno wierchuszka instytutu i elita służb specjalnych?

Kataryna spekuluje, że skierować do zbioru zastrzeżonego materiały dotyczące Miodka mógł za czasów szefowania IPN-owi na własną rękę Leon Kieres – bądź co bądź wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, czyli kolega kultowego polonisty. Gdyby była to prawda, postawić sobie trzeba pytanie, co i na kogo mógł jeszcze profesor Kieres utajnić w trakcie swej pięcioletniej kadencji (w 2002 otrzymał Medal Św. Jerzego od redakcji Tygodnika Powszechnego – pisma, które trudno uznać za matecznik zwolenników lustracji; korci mnie, by spytać: za co?) oraz co dokładnie było w papierach Miodka, że zasłużyły one na miejsce w dziale top secret. Sam fakt donoszenia funkcjonariuszom komunistycznej dyktatury to dziś dla prawdziwego wykształciucha (m.in. dzięki mrówczej pracy braci Kaczyńskich) niemalże powód do dumy. W oczach wielu przeciwników kaczyzmu, zwłaszcza tych niemogących (ze względu na młody wiek) lub niechcących (ze względu na wyznawaną ideologię) pamiętać, jak wyglądało życie przed 1989, mało co nobilituje bardziej niż udowodniony fakt współpracy z organizacją, która 20 lat temu próbowała pokazać, gdzie raki zimują, ludziom w rodzaju Kaczyńskich czy Macierewicza.

Coś mi się zatem zdaje, że – jeżeli dokumenty rzeczywiście istniały i jeżeli faktycznie je zachomikowano – to zrobiono to nie ze względu na dowody aktywności, z której każdy nieukrywający antylustracyjnych poglądów profesor powinien być dumny. Tu musiało chodzić o rzecz znacznie poważniejszą. Czyżby twórca „Ojczyzny polszczyzny” popełnił w którymś ze wspomnianych przez Brauna raportów jakiś błąd ortograficzny?

Ograniczenia pi-aru

Maria pozwoliła zawiązać sobie oczy chusteczką i usiadła na taborecie, wyciągając szyję; sądziła, że zostanie, jak to było w zwyczaju we Francji, ścięta mieczem. Ale kat z pomocnikiem podnieśli ją i zmusili do uklęknięcia na poduszce, po czym popchnęli tak, że głowa królowej znalazła się na pniu, a ramiona, rozkrzyżowane, podtrzymywał pomocnik. W okropnej ciszy słychać było głos skazanej, powtarzający w pośpiechu: „In Te, Domine, speravi, ne me confundas in aeternum”. Hrabia Shrewsbury drżącą dłonią dał znak. Jeszcze rozlegały się słowa: „In manus Tuas…”, gdy zabrzmiał głuchy cios siekiery.

Tak zaczyna się u biografistki Marii Boguckiej opis śmierci Marii królowej Szkotów. Wydarzenie miało miejsce 420 lat temu, 8 lutego 1587 i posłużyło za inspirację setek powieści, dziesiątków filmów i przynajmniej jednego kultowego słuchowiska radiowego.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że egzekucja Marii Stuart w rzeczywistości wcale nie trwała krócej, niż u Pythonów. Kat, najwyraźniej zestresowany faktem, że oto ścina głowę koronowaną, za pierwszym razem w ogóle nie trafił toporem w szyje – tylko w barki. Zdenerwowany, próbował poprawić jeszcze dwa razy, głowa jednak ciągle trzymała się i wrzeszczała, a ciało rzucało się na wszystkie strony, co uniemożliwiało zadanie precyzyjnego cięcia. Zrobił się harmider, część (nielicznych) widzów natychmiast bowiem dopatrzyła się w zajściu palca Opatrzności Bożej, a część ingerencji Szatana – tak czy owak salę wypełniły histeryczne krzyki. A Maria wciąż się miotała. W końcu, już w morzu krwi, dorżnięto nieszczęśnicę znalezionym naprędce tępym nożem, co jednak wcale nie skończyło awantury. Ledwie bowiem ciało przestało się ruszać i publika zamarła, w powietrzu rozległ się przeciągły, ostry pisk. W tym samym momencie spod sukni Marii wyskoczył, skomląc przeraźliwie, mały pies. Schowany między kolejnymi warstwami sukien, towarzyszył swej pani w drodze pod topór. Teraz, oszalały z przerażenia, biegał wokół zwłok i zawodził wniebogłosy…

Opisy śmierci sławnych osób publicznych i historycznych, a nawet bohaterów mitycznych, zawsze przykuwały uwagę mas. Zwłaszcza jeśli były powody, by wierzyć, że śmierć była bohaterska i niezasłużona, a jej ofiara niewinna (lub święta) i atrakcyjna. Nie musiała to być nawet atrakcyjność fizyczna: Jan Paweł II był dla Polaków nie mniej atrakcyjny niż księżna Diana dla Brytyjczyków tylko i wyłącznie za sprawą niepospolitej charyzmy. Marii Stuart, za życia ani nie takiej pięknej (chyba że na tle dzieci Katarzyny Medycejskiej, wśród których się wychowywała), ani nieprzesadnie świętej (ze Szkocji do Anglii przegnano ją po tym, jak zleciła zamordowanie drugiego męża, a następnie – w ramach odpłaty – poślubiła mordercę), trafiła się jednak po śmierci okazja niesamowitego publicity. Król Hiszpanii Filip II, szykując się do rozprawy z Anglią, użył wszystkich propagandowych mocy, by maksymalnie nagłośnić ścięcie kobiety, której zresztą prywatnie szczerze nie znosił. Tym sposobem wkrótce po egzekucji zaroiło się w Europie od broszur poświęconych pasji pięknej i świętej katolickiej Królowej, która nie wyrzekła się wiary, za co poniosła męczeńską śmierć z ręki protestanckiego potwora zwanego Elżbietą angielską. O tym, że potwór ten był bliską krewną tudzież szwagierką arcykatolickiego monarchy (przyrodnia siostra Elżbiety, Krwawa Mary, była rodzoną ciotką i pierwszą żoną Filipa), nikt oczywiście nie wspominał.

W ten sposób królowa Szkotów – mimo że za życia niezbyt skora do przestrzegania przykazań (zwłaszcza piątego, szóstego i ósmego) i ścięta nie za wiarę, lecz za spiskowanie – stała się powszechnie znaną męczennicą i trafiła do powszechnej świadomości, gdzie do dziś siedzi.

Co ciekawe, Filipowi hiszpańskiemu cały ten drogi szum wokół śmierci szkockiej kuzynki (w ówczesnej Europie wszyscy władcy byli ze sobą spokrewnieni – ojciec Elżbiety i babka Marii też byli rodzeństwem) nie przyniósł najmniejszego pożytku: pół roku po egzekucji Marii resztki rozbitej przez wiatr i Anglików Armady (która miała przeprowadzić inwazję na Wyspy) gniły na dnie Atlantyku, Elżbieta zaś nad Tamizą dalej w najlepsze ścinała poddanych. Pamięć o staraniach Habsburga przetrwała jednak w pewnej ludowej sentencji, którą ośmielę się przytoczyć na zakończenie:

Gdy flota kiepska i wezbrane morze,
Nawet najświętszy PR nie pomoże.

Gen myślenia i braku pokory

Wpadła mi ostatnio w ręce książeczka „Gen ciekawości”: zbiorczo wydane wywiady dziennikarzy Gazety Wyborczej z wielkimi naukowcami. Niemal każdy wywiad to perełka, mimo toporności niektórych pytań i zacietrzewienia ideologicznego niektórych pytających. Badacze (poza pewnym antropologiem, lecz cóż, humanista) jeden po drugim okazują się ludźmi wielkiej kultury i niebywałej przenikliwości. Największe wrażenie robią jednak ich życiorysy, absolutnie przeczące stereotypowi zamkniętego w laboratorium, oderwanego od rzeczywistości dziwaka w gigantycznych okularach, stereotypowi, którym od dziecka karmieni jesteśmy przez media.

Przykładem choćby Piotr Słonimski (zdjęcie z prawej datowane na rok 1947), bratanek znanego Skamandryty. O tym, by zająć się nauką, marzy już w wieku 12 lat. Niestety, powołany do wojska we wrześniu 1939 (w wieku zaledwie 16 lat), po rozbiciu jego oddziału przez Sowietów trafia do obozu w Starobielsku. Unika rozstrzelania przez NKWD w Charkowie, wykupując się, wraz z ojcem, sprezentowanym komendantowi obozu złotym piórem, po czym wraca na teren Generalnej Gubernii i wstępuje do Armii Krajowej. Podczas powstania warszawskiego złapany przez Niemców i skazany na śmierć. W trakcie egzekucji przypadkiem postrzelony w tyłek, udaje zmarłego i ucieka, wyczołgując się w odpowiedniej chwili spod stosu trupów. Po wojnie, jako były żołnierz AK, aresztowany i więziony przez UB, zostaje uratowany dzięki interwencji stryja, Antoniego, dzięki czemu może wreszcie podjąć karierę naukową. Ponieważ jednak biologią w bloku sowieckim rządzi już wtedy złowrogi Łysenko (ówczesne prześladowania genetyków mendlowskich to piękny przykład tego, co się dzieje, gdy ideologia zaczyna mieszać się do nauki), zaś władza ludowa niechętnym okiem patrzy na kariery naukowe byłych akowców (w przeciwieństwie do karier naukowych byłych enkawudzistów), w 1947 emigruje Słonimski do Francji. Tam szybko robi doktorat z nauk przyrodniczych, publikuje wyniki kolejnych badań i w 1954 jest już najmłodszym w historii dyrektorem laboratorium w Centre National de la Recherche Scientifique (Narodowe Centrum Badań Naukowych – francuski odpowiednik PAN). W 1971 tworzy Centrum Genetyki Molekularnej CNRS, którego dyrektorem pozostaje przez 20 lat, w międzyczasie osiągając światową sławę w dziedzinie badań nad regulacją genetyczną oddychania komórkowego.

Wywiad Anny Bikont i Stanisłwa Zagórskiego z 1995 roku koncentruje się, niestety, głównie na zaszłościach historycznych (widać dziennikarze uznali, że z tego, czym Słonimski zawodowo się zajmuje, przeciętny czytelnik wiele nie zrozumie). Dzięki temu jednak padają w nim dość symptomatyczne pytania i niespodziewane acz błyskotliwe odpowiedzi, którym nie sposób odmówić perwersyjnej trafności:

Anna Bikont: A jak Pan się czuł jako zasymilowany Żyd w endeckiej Polsce?
Piotr Słonimski: Jeżeli pani tak formułuje pytanie, to powiem, że jest ono tendencyjne i chyba obsesyjne. Po pierwsze Polska międzywojenna nie była endecka, ale piłsudczykowsko-sanacyjna. A to wcale nie było to samo. Po drugie czułem się, jak i moi rodzice, Polakiem, stuprocentowym Polakiem. (…)
A.B.: I jako ładny blondasek nie zetknął się Pan bezpośrednio z antysemityzmem?
P.S.: Jeżeli chodzi o mnie samego, to z antysemityzmem właściwie się nie spotkałem. (…) Pamiętam dzień, gdy ojciec wrócił do domu i opowiadał, jak na uniwersytecie obrzucili go zgniłymi jajami i pomidorami. Jego szef był endekiem, jego wydział medyczny był prawicowy i ojciec nie miał tam szans na zostanie profesorem. Większość prac naukowych zrobił za granicą. Polacy pochodzenia żydowskiego (…) byli dopuszczani do szczebla docentów, a wyżej już mieli problemy.
Ale nie żebym miał coś przeciwko numerus clausus. Przydaje się mniejszościom łagodne prześladowanie. Wtedy trzeba okazać się lepszym. Siłą diaspory żydowskiej była chęć wybicia się przez wiedzę. Dziś Azjaci się wybijają przez naukę, a Żydzi są już częścią establishmentu. Mogą nawet zostać generałami, choć nie wiadomo, po co być generałem. Dawniej to było nie do pomyślenia.

Jeszcze bardziej daje jednak do myślenia fragment, w którym profesor odpowiada na pytanie o złowrogie aspekty odkryć współczesnej genetyki, aspekty, którymi zresztą dziś, po owieczce Dolly i odczytaniu ludzkiego genomu, wrogowie nauki żonglują na znacznie większą skalę, niż 12 lat temu:

Sławomir Zagórski: A czy przypadkiem znajomość genetyki kiedyś nie przyczyni się do zagłady człowieka? Czy mają rację ci, którzy genetyki się boją?
P.S.: Pojawiają się głosy, że współczesnej biologii należy bać się tak jak broni jądrowej. Boję się broni jądrowej, tyle że od chwili, kiedy ludzie nią dysponują ani Rosjanie nie ruszyli na Amerykę, ani Amerykanie nie odważyli się uderzyć na Rosję. (…)
Ale to nie nauki należy się obawiać. A jeśli już to na pewno nie nauk ścisłych, lecz humanistycznych, dokładniej – ideologii z nich wynikających. Nie ma nic groźnego w tym, że ktoś interesuje się poezją romantyczną w Irlandii. Ale jeśli ze studiów poezji romantycznej w Irlandii w którymś tam wieku, może wyniknąć, że należy wyrżnąć Anglików – zaczyna być to groźne. Tego się zawsze bałem. Z każdego odkrycia naukowego można zrobić rzecz wspaniałą i rzecz straszną. Einstein mawiał: „Nóż może być użyty do krajania chleba i do zabicia innego człowieka”. W krematoriach, przy pomocy bardzo prymitywnej techniki, spalono znacznie więcej ludzi niż w Hiroszimie, gdzie użyto najnowocześniejszej techniki. A Kambodża? Dwa miliony obywateli zabito przy pomocy kilofa, łopaty i głodu.
Mam też wersję optymistyczną rozwoju ludzkości, że tak jak XX wiek był wiekiem różnych „izmów”, niektórych bardzo niebezpiecznych: komunizmu, faszyzmu, freudyzmu, maoizmu…, tak w XXI wieku zostanie tylko jeden „izm” – tourisme, czyli turystyka.

Miejmy nadzieję…

.

Wielgus jak z Monty Pythona

Nie wiem, czy tłumacz ścieżki dźwiękowej Żywotu Briana Tomasz Beksiński wymyślił nazwisko przyjacielowi Piłata sam, czy może gdzieś usłyszał o biskupie Wielgusie. Niemniej następca Glempa od początku kojarzył mi się wyśmienicie. Nawet gdy nie wiedziałem o jego domniemanej esbeckiej przeszłości.

W końcu jednak wyszło szydło z worka i każdy może sobie dziś wyrobić własne zdanie na temat tego, jak hierarchowie katoliccy dogadywali się z komuną. O ironio, strzępki prawdy docierają do nas głównie dzięki krętactwom byłych funkcjonariuszy Kiszczaka, którzy miast wszystko zniszczyć, jak ich szef obiecał, zachomikowali sobie to i owo jako polisę na przyszłość. Polisę, którą można teraz z zyskiem zbyć jakiejś redakcji lub (na raty) samemu zainteresowanemu. Najcelniej całą akcję skomentował u siebie Franz Maurer:

Kościół sam sobie jest winien ślepej uliczki w jakiej się teraz znalazł. Dużo wskazuje na to, że spalenie teczek ubeków w sutannach było częścią „kontraktu” jaki podpisali ‘Czerwoni’ z ‘Czarnymi’ a OKP’owcy i pożyteczni idioci Mazowieckiego najzwyczajniej zobowiązali się, że nie będą w tym przeszkadzać… (…)
I pewnie choć częściową rację mają ci, którzy uważają że ubecy nie dotrzymali tak do końca warunków „kontraktu” chowając za pazuchy materiały z teczek Departamentu IV po to, by nazjwyczajniej mieć w „nowej Polsce” haki na duchowieństwo. I żadne ‘świadectwa moralności’ padające z ust prymasa Glempa nic w tej sprawie nie pomogą…

Zabawne, że faktom wyłaniającym się z dokumentów, których esbecy nie raczyli zniszczyć, najodważniej przeciwstawia się powiązany z GW arcybiskup Józef Życiński. W oświadczeniu wydanym po wsparciu, jakiego Wielgusowi udzielił niezbyt zorientowany w teczkowych niuansach (więc i łatwy do zmanipulowania) Watykan, metropolita lubelski nazwał zarzuty dziennikarzy wobec metropolity-nominata warszawskiego rekordem prymitywizmu w długiej historii Polski. Przy okazji wyszło na jaw, kto jest największym wrogiem Kościoła w Polsce. Tak, tak, dziś już wiemy, że istnieje w naszym kraju pismo, przy którego redaktorach Urban i Michnik to moherowe babcie. Belzebub ów zwie się „Gazeta Polska”, a długi poczet jego zbrodni otwiera fakt, iż stał się ostatnio tubą propagandową dla brodatego wampira, który – jak święcie wierzy się w kręgach zbliżonych do prymasa Glempa – żywi się krwią niewinnie lustrowanych polskich księży: Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

Dziedzictwo generała

Dziś dwudziesta piąta rocznica stanu wojennego, imprezy, która jak żadna inna dowodzi, że Polacy są (przynajmniej w połowie) narodem masochistów. Oto garstka wojskowych dokonuje zamachu stanu wymierzonego w organizację, do której należy co trzeci dorosły Polak. Pacyfikuje kraj: zamyka opozycję, wypędza co bardziej wykształconych obywateli, knebluje prasę i niszczy to, co zostało z gospodarki po 40 latach niemieckiej i sowieckiej okupacji. Mija 25 lat i co drugi Polak twierdzi, że garstka wojskowych zrobiła dobrze. Fakt, że miłośnicy czołgów na ulicach przeważnie głosują na lewicę lub PO, gwarantuje zresztą, że PiS nigdy nie zdobędzie w narodzie większości. By ich zjednać, Kaczyńscy musieliby powtórzyć manewr Jaruzelskiego, co mogłoby jednak zrazić mniej masochistycznie i militarystycznie nastawioną część narodu. Gra więc nie jest warta świeczki.

Nawiasem mówiąc, organizator całej rozróby sprzed ćwierćwiecza przypomina mi (i nie tylko mi) innego znanego generała, zmarłego kilka dni temu Augusto Pinocheta. OK, przyznaję, są między nimi różnice. Zamach stanu Pinocheta był inspirowany wezwaniem parlamentu, by wojsko odpowiedziało na łamanie konstytucji przez prezydenta Allende. Zamach stanu Jaruzelskiego był złamaniem konstytucji – tak, nawet tej konstytucji, którą Moskwa oktrojowała swemu satelickiemu PRL-owi. Pinochet zrobił zamach, by uniemożliwić przekształcenie Chile w komunistyczny kołchoz, Jaruzelski – by uniemożliwić przekształcenie komunistycznego kołchozu w normalny kraj demokratyczny. Mimo że Pinochet okazał się tyranem znacznie krwawszym od Jaruzelskiego (choć o niebo mniej krwawym niż koledzy Wojciecha: Kim i Fidel), zrujnowane socjalizmem Chile dzięki rządom jego junty zamieniło się w kraj kwitnący gospodarczo. Dyktatura naszej junty o kryptonimie WRON nie przyniosła nic oprócz bólu, cierpienia, kolejek w sklepach i rozbicia jedności narodowej. Polska z 1989 była cieniem Polski z 1980 roku, zarówno jeśli chodzi o gospodarkę, jak i trwałość więzi międzyludzkich.

Jaruzelski dokonał tego, co nie udało się ani zaborcom w XIX wieku, ani Hitlerowi i Stalinowi, ani Bierutowi i Gomułce: złamał w Polakach ducha współpracy i solidarności. Za to jedno generałowi i jego ukochanemu dziecku: stanowi wojennemu należy się miejsce w polskiej historii i pamięci.

Za nic więcej.

Krew z krwi i kość z kości

Niemal wszyscy zgłosili uwagi krytyczne, gdy kilka postów temu napisałem, że kobieta blokująca publikację tekstów Mackiewicza w Polsce jest krewną Adama Michnika. Nie byłem bynajmniej pierwszym, który to zauważył – niemal we wszystkich tekstach poświeconych sprawie podnosi się, najczęściej mimochodem, kwestię pokrewieństwa właścicielki KONTRY i naczelnego „Wyborczej”. I to nie tylko dlatego, że tekst o szemranych postępkach ciotki Michnika sprzeda się znacznie lepiej, niż analogiczny tekst o jakiejś anonimowej kombinatorce. Tak naprawdę zresztą wcale nie jest ważne, czyja to ciotka: stryjenka Kaczyńskiego czy wujenka Millera sprzedałaby się w takim kontekście równie dobrze. Taki już urok znanych nazwisk.

Niemniej zgadzam się z częścią głosów, które padły w dyskusji. Choćby z tym, że wypominanie kłopotliwych członków rodziny osobom publicznym nie zawsze jest w najlepszym tonie. Przykładem sprawa dziadka w Wehrmachcie, która choć nijak się miała do prezydentury Tuska, została jednak sprytnie rozegrana w kampanii wyborczej przez jego wrogów z PiS-u. Ludziom takim jak Donald Tusk czy np. znana piosenkarka Magda U. (nie napiszę, czyja córka) nie godzi się wywlekać krewnych o tyle, że to, co ludzie ci robią, nijak nie wiąże się z tym, co robi lub robiła wyparta z pamięci rodzina. Poza tym nie mają (lub nie mieli) na postępki przodków lub krewnych wpływu, nie obnoszą się też w mediach z dumą z ich dokonań. W podobnej sytuacji są m.in. dominikanin Wojciech Giertych (główny teolog Domu Papieskiego) i publicysta „Wyborczej” Jarosław Kurski. Żaden z nich nie ukrywa, czyim jest bratem (w przypadku Giertycha również synem i stryjem), niemniej przez to właśnie, że na co dzień ich wypowiedzi absolutnie nie przystają do tego, co serwuje nam bardziej osławieni członkowie ich rodzin, nikt przy zdrowych zmysłach nie łączy jednego z drugim.

Zupełnie inaczej będzie jednak wyglądała sytuacja ludzi, którzy swym dorobkiem nawiązują do tego, co robi rodzina. Nikt nie usiłuje robić tajemnicy ze stopnia pokrewieństwa Lecha i Jarosława Kaczyńskich, ba, często jeden lub drugi musi się tłumaczyć z posunięć nie tylko swoich, ale i brata. Są wszak przywódcami tej samej siły politycznej i tego samego państwa, do tego jeszcze bliźniakami. Nic dziwnego, że dziennikarze oczekują, iż będą sobie czytali w myślach. Tak właściwie do niedawna funkcjonowali nawet w mediach prawie jak jedna osoba.

Bardziej złożony jest przykład Alessandry Mussolini, wnuczki sprzymierzonego z Hitlerem duce. Alessandra jest również, i to także często media eksponują, siostrzenicą Sophii Loren. Z tego, że nazwisko Loren pojawia się obok nazwiska Mussolini, ludzie nie robią jednak najmniejszego problemu: pokrewieństwo obu kobiet jest po prostu tabloidową ciekawostką. Co innego relacja Aleksandry z dziadkiem Benito. Młoda Mussolini przewodzi dziś włoskiej partii neofaszystowskiej i często gęsto nawiązuje w wywiadach do „intelektualnego” dorobku antenata (ostatnio palnęła w wywiadzie, że lepiej być faszystą, niż pedałem). Nic dziwnego, że jest z nim łączona na poziomie poznawczym, przeciw czemu zresztą wcale nie protestuje.

Jeśli zatem przywołuje się w tekstach koligacje rodzinne ludzi takich jak Alessandra Mussolini czy Roman Giertych (syn fanatycznego kreacjonisty, wnuk prorosyjskiego antysemity), to dlatego, że to, co robią, doskonale wpisuje się w linię wyznaczoną przez przodków. Przodków, od których zresztą najczęściej w ogóle się nie odcinają. I właśnie takie postępowanie widzimy w przypadku Adama Michnika. Ten bowiem nie tylko nigdy nie odciął się od tego, co robi ciotka, lecz sam, gdy tylko nadarzała się okazja, atakował Józefa Mackiewicza, nazywając go m.in. zoologicznym antykomunistą.

Michnik ma w rodzinie osoby o znacznie bardziej złowrogich życiorysach, niż Karsov-Szechter. Jasne jest jednak, że – dzieckiem będąc – nie miał żadnego wpływu na wyroki śmierci wydawane przez starszego brata czy na to, co w podręcznikach do historii wypisywała jego matka. Trudno jednak przypuszczać, by takiego wpływu nie miał na to, co robi teraz jego ciotka. Mam wrażenie, że wałkowana w komentarzach brzytwa Ockhama dość łatwo wycina wszelkie konkurencyjne wobec inspiracji bratanka próby wyjaśnienia postępowania Niny Karsov-Szechter.

Nekrocenzura

Przechlapane jest być w Polsce pisarzem. Zwłaszcza nieżyjącym. Jak nie zaweźmie się na ciebie minister edukacji, to zrobi to rodzina Adama Michnika.

Przedwczoraj rano, gdy cały kraj żył taśmami Begerowej, zupełnie niedostrzeżona przemknęła w mediach wiadomość, że Giertych wyrzucił z lektur szkolnych Witolda Gombrowicza. No, właściwie to nie wyrzucił, tylko przesunął do lektur nadobowiązkowych, co jednak w przypadku autora Ferdydurke i Trans-Atlantyku oznacza właściwie koniec obecności w liceum. Jasne jest bowiem, że – biorąc pod uwagę fakt, iż koalicja niedawno odzyskała z rąk Układu kuratoria (ten bronił ich tak zaciekle, że trzeba było unieważnić niejeden konkurs na kuratora, wygrany przez jawnego lub pokątnego stronnika PO lub lewicy), zaś dla ministra edukacji głównym celem istnienia jego resortu jest przeciwdziałanie ofensywie dewiacji i krzewienie wartości narodowo-chrześcijańskich – żaden nauczyciel nie będzie chciał ryzykować przerabiania dzieł ateisty, który na lewo i prawo obnosił się z biseksualizmem tudzież bezlitośnie szydził z sarmackiego nadęcia i stojących za nim głębokich kompleksów.

Pośmiertne problemy Gombrowicza to jednak pikuś w porównaniu z szarpaniną wokół Józefa Mackiewicza, którego, jak już wiecie z komentarzy, głównie Tuje i Castanady, nie można w Polsce (i na świecie) nie tylko przerabiać w szkołach, ale nawet czytać. A wszystko za sprawą stryjenki Michnika, Niny Karsov-Szechter. Swego czasu, jak konkluduje w swym doskonałym studium literaturoznawca i mackiewiczolog, prof. Jacek Trznadel, ta niezwykle obrotna kobieta skłamała przed niemieckim sądem (Józef Mackiewicz zmarł w Monachium, tam też były rozpatrywane jego sprawy spadkowe) podając się za córkę konkubiny pisarza, Barbary Toporskiej, a więc domyślnie także samego Mackiewicza (na przysłanym z Niemiec do polskiego sądu liście jak byk stoi w odniesieniu do NKS die Tochter und die Erbin). Dzięki temu przechwyciła prawa autorskie do dzieł największego polskiego antykomunisty i dziś może blokować ich próby ich publikacji zarówno w kraju, jak i za granicą. Najlepsze, że mimo oczywistości chachmęctwa oraz faktu, że wciąż żyje jedna z córek Mackiewicza oraz spadkobiercy drugiej córki (gdy JM umierał w 1985, latorośle mieszkały w kontrolowanej przez komunistów Warszawie, nie miały więc możliwości dochodzenia w niemieckim sądzie swoich praw do spuścizny po ojcu; poza tym jasne było, że taki spadek szybko ściagnałby im na głowę niemałe kłopoty) polski sąd podtrzymał 17 lipca wyrok sądu niemieckiego, potwierdzając prawa do dorobku pisarza kobiecie, która nie tylko nie była z nim spokrewniona, ale także robi wszystko, by ów dorobek został wymazany z podręczników i zapomniany.

W tym wszystkim jedno tylko zastanawia: dlaczego Mackiewicz i Toporska, zapaleni antykomuniści, dopuścili tak blisko siebie szwagierkę człowieka, który w II RP został skazany za szpiegostwo na rzecz sowieckiej Rosji? Czyżby syndrom Lipińskiego (kiedyś zwany po prostu łatwowiernością) był w szeregach naszej prawicy znacznie starszy, niż się wydaje?

Coś dla ducha

Mała reklama, ale słusznej sprawy. Od wczoraj trwa w Warszawie Festiwal Nauki. Jakby ktoś nie wiedział, jest to największa w Polsce impreza, na której naukowcy tłumaczą zwykłym zjadaczom chleba, jak się ten chleb piecze, trawi i co w trakcie trawienia w żołądku powstaje. Poza tym opowiadają o innych dramatach (których zatrzęsienie rozgrywa się w każdej sekundzie w nas i wokół nas) ku uciesze gawiedzi (która radośnie we wszystko wierzy, jako że dziwności płyną z ust tych, co naprawdę wiedzą, jak jest). I tak przez cały tydzień, do następnej niedzieli. Część świetnych wykładów już co prawda miała miejsce, niemniej zostało jeszcze kilka wartych wysłuchania.

Poniżej te, które z czystym sumieniem polecam i które bym bez wyjątku obejrzał i wysłuchał, gdyby doba miała ze sto godzin. Lokalizację i omówienia poszczególnych wykładów znajdziecie na stronie z programem. Te wytłuszczone po prostu muszę zobaczyć – zważywszy, że niektóre częściowo się pokrywają, ciekaw jestem, jak sobie poradzę.

Sobota, 16 IX

15:00 Kwantowa teoria względności – A. Okołów

Bioogniwa paliwowe – P. Kulesza

Komputerowe środowiska wirtualne – K. Ignasiak, M. Morgoś

15:30 Czy istnieją szyfry nie do złamania i rozmowy nie do podsłuchania? – P. Durka

16:00 Antysemityzm i potępianie odmieńców – I. Krzemiński

18:00 Czy kapitał ma narodowość? – debata

Niedziela, 17 IX

9:30 Prawda i mity o parówkach – M. Słowiński i inni

10:00 Czym jest autyzm u dzieci? – R. Kawa

Czy istnieje mowa nienawiści? Geje i lesbijki a kościół – studenci I.S.

Tworzymy fraktale – K. Barański

Zapachy żywności – M. Obiedziński, R. Wołosiak

Jak „zobaczyć” geny plazmidowe u bakterii mlekowych? – T. Aleksandrzak–Piekarczyk, M. Kowalczyk, A. Szczepańska, R.K. Górecki, A. Koryszewska, M. Hejnowicz, J. Życka-Krzesińska, J. Lampkowska, J. Bardowski

Lilavati” – M. Szurek

Salon gier strategicznych – P. Chrząstowski

Łowcy wyników – J. Błoniarz, A. Wójcik

Sprawdzamy Prawo Wielkich Liczb – J. Dębska, K. Pióro

Jak to działa? Fizyka i technika w medycynie – cykl tematyczny do 14:00

Podglądamy działanie enzymów – B. Kierdaszuk

Jak wrogowie naszych najlepszych przyjaciół mogą stać się naszymi wrogami – A. Bajer

Jak wyprodukować enzymy i zarobić? – K. W. Szewczyk

Od wyłącznika do sterownika – automatyka cyfrowa – A. Chmielniak

Pojazdy o minimalnym zużyciu paliwa – J. Piechna

11:00 Polska Szkoła Matematyczna – M. Kordos

Jak zbudować dobry dom dla komórki, czyli tajemnice ściany – D. Solecka

11:15 Odwrócona osmoza – nowoczesna technika oczyszczania wody

12:00 Techniki ultrawysokich ciśnień – J. Zwoliński

Sztuka oswajania dewiacji – K. Martyniak

Promieniowanie w naszym domu – I. Skwira

Łowcy wyników – J. Błoniarz, A. Wójcik

13:00 Zaskakujące strategie w prostych grach – P. Chrząstowski

Najważniejsza komórka w obronie organizmu – N. Drela

Komputery kwantowe – J. Szczytko

14:00 Ekonofizyka – R. Kutner

Bieda z biedą: kontrowersje wokół zjawiska ubóstwa w Polsce- D. Zalewski, M. Twardowska, A. Kiersztyn

15:00 Niezwykłe światło: ultrakrótkie impulsy laserowe – P. Fita

Biolog – zawód z przyszłością – J. Pijanowska, J. Fronk, E. Bartnik, P. Stępień

Fascynujące nanowęgle – A. Huczko

16:00 Lasery w medycynie – M. Godlewski

18:00 Życie we Wszechświecie – S. Bajtlik (CAMK PAN), J. Kaźmierczak (PAN)

Poniedziałek, 18 IX

15:30 Biolog: zawód z przyszłością

16:00 Podwójnie „dyskretny” charakter ruchu oczu – J. Ober

BUW od kuchni – Z. Wiorogórska

Czy Ślązacy są narodem? Czy Śląsk oderwie się od Polski? – L. Nijakowski

Podziemna sieć informacji, czyli jak rośliny porozumiewają się w glebie – A. Szakiel

Walka z wirusem niedoboru odporności (HIV-1): strategie, osiągnięcia i nadzieje – M. A. Siwecka

Czy temperament decyduje, jakim będziesz kierowcą? – A. Tarnowski

17:00 Gdzie szukać wspólnoty ludzkiej? – P. Łuków

Zmiany klimatu u twoich drzwi – R. Dawson

Kościół i lustracja – P. Machcewicz, Z. Nosowski, H. Bortnowska, M. Lasota, J. Gowin, o. M. Zięba

Nauki ścisłe dla medycyny i biologii – M. Piotrkiewicz

Jakie pan ma ciśnienie krwi i co o tym wie fizyk? dr T. Buchner

18:00 Zbiór Cantora – W. Bartol

Bliski daleki świat – A. Jonas, M. Ostrowski, J. Mojkowski

Molekularne mechanizmy neurodegeneracji i neuroprotekcji – B. Kamińska

Podróż do wnętrza ciała – L. Rogowski

Czy wszyscy jesteśmy aleksytymikami? Trudności w regulacji i nazywaniu emocji – K. Schier

Deficyt demokracji w Unii Europejskiej i co z tego wynika – U. Kurczewska

19:45 Umysły zwierząt – M. Trojan

Wtorek, 19 IX

14:30 Języki sztuczne – M. Derwojedowa

15:00 Reklama jako test kultury – E. Szczęsna

15:30 Biolog: zawód z przyszłością

16:00 Mechanika internetu – K. Kawecki

Warsztaty programistyczne – K. Barteczko, W. Drabik

Cuda inteligencji komputerowej – P. Synak

Co mają wspólnego wirusy i plotki? Komputerowa symulacja rozprzestrzeniania w sieciach społecznych – R. Nielek, A. Wawer

Bioinformatyka: przyszłość biologii ilościowej – W. Rudnicki, J. Piechota

Głusi, którym się udało – M. Świdziński

16:30 Programowanie równoległe – A. Smyk

Jak łamie się szyfry? Omówienie na przykładzie maszyny rotorowej Enigma – K. Kulesza z zespołem

17:00 Utopia – wspólnota i przymus? – S. Szymański

Zmiany społeczne po 1989 r. – E. Wnuk-Lipiński, B. Mach, L. Kolarska-Bobińska, J. Szacki, J. Grzelak

56 – ‘66 – ‘76. Trzy kroki do wolności – A. Paczkowski, J. Eisler, S. Jankowiak, P. Skibiński, prowadzi J. Żaryn

17:15 Komputerowe modelowanie materiałów – J. Piechota

17:30 Warsztaty symulacji komputerowej – P. Tronczyk

Pokaz robotów – A. Szmigielski

Tworzenie gier komputerowych – czy to na pewno łatwe? – K. Kalinowski

18:00 Krzywa Peano – M. Krych

Jak zabić komórkę nowotworową? – K. Piwocka

Jak dbać o nogi? – S. Majewski

Jak zmierzyć się z tym złem? w 60. rocznicę pogromu kieleckiego – A. Patalas, K. Starczewska, M. Sawickii, B. Białek. Pokaz filmu M. Łozińskiego „Świadkowie” i dyskusja panelowa.

Czarne, białe i łaciate: podstawy genetyki umaszczenia ssaków – M. Gajewska

18:30 Platforma e-learningowa – P. Lenkiewicz

Środa, 20 IX

14:00 Historia o DNA – Takao Ishikawa

15:30 Biolog: zawód z przyszłością

17:00 Gdy zdarzy się wypadek – M. Sławiński

Nieślubne dzieci w Warszawie w XIX w. – E. Mazur

Dlaczego stajemy się nałogowcami? Molekularne mechanizmy uzależnień – K. Winiarska

18:00 Ślimak Pascala – M. Kordos

Wirusowe zakażenia krwiopochodne – M. Wróblewska (AM)

O rozmaitości źródeł energii, ich dostępności i cenach – M. Duda, W. Adamczyk, S. Chwaszczewski, Z. Składanowski, W. Tomczak; L. Dobrzyński

Czeczenia zapomniana – P. Grochmalski, prowadzi K. Kurczab-Redlich

Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką – A. Żbikowski

Uwodzenie i oszustwa seksualne w świecie kwiatów i owadów – G. Winiarska

Czwartek, 21 IX

15:00 Czy możesz zostać kontrolerem ruchu lotniczego: testy – A. Malon

15:30 Biolog: zawód z przyszłością

16:00 Wrodzone choroby metaboliczne – A. Kiersztan

Czy nauczymy się leczyć chorobę Alzheimera? – U. Wojda

Chemia, fizyka, biologia i odrobina psychologii, czyli o tym, jak działają kosmetyki – J. Arct, K. Pytkowska

16:30 Moja kariera? Biologia! – A. Chołuj

17:00 Labirynt w powietrzu. Planowanie lotu – A. Kinowski, J. Wyrwich

18:00 Trąbka Borsuka – W. Sadowski

Błędny spacer po rynku finansowym – R. Wojnar

O energetyce za lat 50 i za lat 100 – M. Duda, W. Adamczyk, S. Chwaszczewski, Z. Składanowski, W. Tomczak; L. Dobrzyński

Tak zwane zło, tak zwane dobro: biologiczne korzenie agresji i zjawisk społecznych – E. J. Godzińska

Piątek, 22 IX

14:00 Jak działają enzymy – M. Garstka

15:30 Biolog: zawód z przyszłością

16:00 Cukrzyca typu 2: lepiej zapobiegać niż leczyć – A. Jagielski

Chemia, fizyka, biologia i odrobina psychologii, czyli o tym, jak działają kosmetyki – J. Arct, K. Pytkowska

BUW od kuchni – Z. Wiorogórska

Noc badaczy w Instytucie Chemii Fizycznej PAN (do 22:00)

Noc badaczy w Instytucie Fizyki Doświadczalnej UW (do 22:00)

16:30 Czy można sterować ryzykiem? O pewnych zagadnieniach matematyki finansowej – Ł. Stettner

17:00 „Geny wokół nas” – dla świata mediów, posłów i samorządowców.

Jak hormony i antybiotyki zanieczyszczają środowisko – G. Nałęcz-Jawecki

Polityka zagraniczna: przeszłość i przyszłość – W. Roszkowski, K. Szymański, K. Mroziewicz, R. Żółtaniecki

18:00 Ciekawość i zabawa u zwierząt – W. Pisula

Róg Gabriela – W. Sadowski

Liczby zespolone i fraktale – F. Przytycki, L. Jaksztas

Czy dzieci mogą mieć zawał serca? – E. Wyroba

Mumia prawdziwa czy fałszywa? – M. Dolińska

Dyskusje przy kawie o najciekawszych problemach fizyki – A. Dragan, K. Meissner, Z. Szefliński i P. Szymczak (do bardzo późna)

18:30 Grypa – ptasi czy ludzki problem? – B. J. Starościak

Jugosławia – szczególne państwo i jego specyficzny rozpad na tle innych państw Europy Środkowo-Wschodniej – M.J.Zacharias

Nocny dyżur” – A. Bąk, B. Bukowicka, F. Dąbrowski, E. Drozdowicz, A. Jabłońska (lekarze w AM, do 1 w nocy)

20:00 Jak zbadać sen? – M. Skalski

Sobota, 23 IX

9:00 Mensa, IQ, testy – M. Kozioł

10:00 Quake”, „Doom” i matematyka – J. Tyszkiewicz

Delta przedstawia: czy umiecie się dziwić? – P. Zalewski, M. Bluj, Ł. Gościło

Sesja testowa IQ – J. Cywiński

Twarz cyfrowa – animacja i rozpoznawanie – G. Galiński, M. Leszczyński

Fizyka z grzebyka i inne zaskakujące zjawiska – M. Pawłowski, J. Wróblewska

Fizyka i chemia w kuchni: dlaczego ciasta rosną lub nie? – K. Dołowy

Przygody z chemią – A. Czerwińska

Magia rewolweru i pistoletu – R. Woźniak, M. Zahor, W. Furmanek, W. Koperski

Majstrowanie w genach roślin – H. Bolibok, M. Głodek, A. Ziółkowska, R. Wóycicki

Czy można zobaczyć cząsteczkę chemiczną? – K. Suwińska

Zielona bakteria – M. Mlącki

O Enigmie nieenigmatycznie – po co nam kryptografia – J. Szmidt

Od genu do bioproduktu – M. Pilarek

Co jest w twoim ulubionym kosmetyku? – A. Frydrych, E. Starzyk

Badanie ekspresji genów w drożdżach a patogeneza chorób ludzkich – T. Żołądek, J. Kamińska, P. Kaliszewski, P. Chołbiński

11:00 Jak i po co zwierzęta odmierzają czas? – K. Skwarło-Sońta

Jak skutecznie namieszać, czyli twierdzenie Birkhoffa – W. Sadowski

Dlaczego warto finansować badania podstawowe np. węglowodorów aromatycznych? – H. Dodziuk

Przyszłość należy do robotów – C. Zieliński i doktoranci

O racjonalnej polityce karnej – czy resocjalizacja to lipa? – M. Płatek

11:30 Wyże, niże, wiry w wannie – S. P. Malinowski

Co trzeba zrobić, by rakieta leciała do celu – A. Dębecki

12:00 Światło jakie jest, każdy widzi – P. Kaczor

Sesja testowa IQ – J. Cywiński

Drobnoustroje produkują energię – K. W. Szewczyk

Kto i jak oczyszcza ścieki? – H. Boszczyk-Maleszak, A. Suszek

Fizyka dla bramkarzy – P. Napiorkowski

Cząsteczki z dziurką – cyklodekstryny – H. Dodziuk

Plazma – czwarty stan materii – M. Rabiński

Dziura ozonowa – prawda czy mit? – A. Pietruczuk, P. Sobolewski

Jak samodzielnie rozwijać własne kompetencje interpersonalne? – P. Smółka

12:30 Analiza molekularna genu – J. Towpik

13:00 Twierdzenie o powrocie – P. Strzelecki

Jak to jest z globalnym ociepleniem klimatu? – K. Haman

Szybko, łatwo i bez bólu: diagnostyka i leczenie choroby wrzodowej – J. Bujko

Energetyka jądrowa w Polsce. Symbioza węgla i energii jądrowej – L. Pieńkowski

Skład i prozdrowotne właściwości masła – A. Stołyhwo

14:00 Banknoty jako podręcznik geologii – A. Kozłowski

Jawnie o szyfrach: od Enigmy do kryptologii współczesnej – A. Orłowski

15:00 Biolog – zawód z przyszłością

Fizyka efektu cieplarnianego – J. Mostowski

Niedziela, 24 IX

10:00 Zielona bakteria – M. Mlącki

Jak wyprodukować enzymy i zarobić? – K. W. Szewczyk

Badanie ekspresji genów w drożdżach a patogeneza chorób ludzkich – T. Żołądek, J. Kamińska, P. Kaliszewski, P. Chołbiński

Roboty, roboty, roboty dla każdego – Uniwersytet w Luxemburgu

Robotyka innowacyjna – K. Mianowski

Co jest w twoim ulubionym kosmetyku? – A. Frydrych, E. Starzyk

11:00 Zostań chirurgiem! – P. Suwalski

Komórki macierzyste. Czy dzisiejsza wiedza potwierdza wiązane z nimi oczekiwania? – M. Maleszewski

12:00 Dlaczego uwielbiamy jeść słodycze? – R. Jarzyna

Czy widzimy świat takim, jaki jest naprawdę? O złudzeniach badanych przez psychologię – P. Rychlewska, K. Imbir, M. Górka

12:30 Analiza molekularna genu – J. Towpik

Zwiedzanie laboratoriów IF PAN

13:00 Zbadaj swój DNA – M. Mlącki, J. Lilpop

Priony: co dobrego „mówią” nam drożdże? – Takao Ishikawa

Ostatnia odważna

Oriana Fallaci nie żyje.

Odeszła jedna z największych publicystek wszechczasów. Osoba, która nie bała się głośno mówić tego, co niemal wszyscy na Zachodzie myślą – i ewentualnie szepczą po cichu. Szepczą nie z obawy przed abstrakcyjnymi wymogami politycznej poprawności. Szepczą ze strachu, że jakiś wyznawca religii pokoju następnego dnia zrobi im to, co zrobiono Theo Van Goghowi.

Oriana się nie bała. Nie wahała się napisać, że Arafat to terrorysta, że waleczni bojownicy o wyzwolenie Palestyny to pospolite rzezimieszki (w dodatku hojnie sponsorowane przez UE), że ulubioną rozrywką muzułmańskich imigrantów we Włoszech jest defekacja pod katedrami (przy okazji przypominając, co mogłoby spotkać chrześcijanina, który w państwie muzułmańskim narobiłby przed wejściem do meczetu), że wraz z tanią siłą roboczą do Europy przybywa kultura podrzynania przez ojców gardeł córkom, które założą miniówkę. Nie bała się, bo nie miała wiele do stracenia. Wiedziała, że jeśli jakiś muzułmanin strzeli jej w łeb, ubiegnie raka co najwyżej o kilka dni lub miesięcy. Teraz już nie ubiegnie.

W swym najsłynniejszym dziele, napisanej po atakach na WTC Wściekłości i dumie, Fallaci wprost wzywała obywateli państw Zachodu do oporu przeciw powrotowi do średniowiecza, jaki chcą Europie zafundować muzułmańscy fanatycy:

Ludzie, obudźcie się! Zahukani przez strach, nieskłonni płynąć pod prąd, czyli ściągnąć na siebie oskarżenie o rasizm (słowo zresztą niewłaściwe, ponieważ tu nie chodzi o rasę, lecz o religię), nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie się toczy Krucjata, tyle że na odwrót. Przyzwyczajeni do podwójnej gry, zaślepieni krótkowzrocznością nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie toczy się wojna religijna. Której chce i którą wypowiada być może tylko odłam tamtej religii, lecz i tak jest to wojna religijna. Wojna, którą oni nazywają dżihad. Święta Wojna. Wojna, której celem być może nie jest zdobycie naszych terytoriów, lecz której celem z pewnością jest podbój naszych dusz. Unicestwienie naszej wolności i naszej cywilizacji. Zniszczenie naszego sposobu życia i śmierci, naszego sposobu modlenia się lub niemodlenia, naszego sposobu jedzenia, picia, ubierania, rozrywki i przekazu informacji… Nie rozumiecie albo nie chcecie zrozumieć, że jeśli się nie przeciwstawimy, jeśli nie będziemy się bronić, walczyć, to dżihad zwycięży. I zniszczy świat, który lepiej lub gorzej udało się nam zbudować, zmienić, ulepszyć, uczynić nieco bardziej inteligentnym, czyli mniej bigoteryjnym lub całkowicie wolnym od bigoterii. I tym samym zniszczy naszą kulturę, naszą sztukę, naukę, moralność, nasze wartości, nasze przyjemności… Jezu! Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pijecie wino lub piwo, że nie nosicie długiej brody albo czarczafu, chodzicie do teatru i kina, słuchacie muzyki i śpiewacie piosenki, dlatego że tańczycie w dyskotekach albo we własnym domu, bo oglądacie telewizję, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, bo w morzu albo w basenie stoicie nago lub prawie, bo pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci? Dzięki Bogu jestem ateistką. I nie mam najmniejszego zamiaru dać się zabić za to, że jestem, jaka jestem.

Składając hołd Autorce, pamiętajmy te słowa. W kraju, którego obywatele (także ci, jak Fallaci, niewierzący) toczą dziś wojnę religijną z rządzącymi fundamentalistami, są one niezwykle aktualne.

Bauman odczarowany

„Gazeta Wyborcza” przypomniała na stronie głównej swego portalu opublikowany tydzień temu wywiad z Zygmuntem Baumanem. Ponieważ dawno już nie widziałem w jednym miejscu tylu bzdur i idiotyzmów na raz (Wierzejski i Gosiewski mimo wszystko dozują ludziom swoje przemyślenia, klasyk polskiej socjologii wali, ile wlezie), wywiad przytoczę w większych fragmentach, oczywiście opatrując je (gdzie trzeba) własnymi uwagami.

Nim jednak przejdziemy do samego tekstu, dobrze jest młodszym czytelnikom zaprezentować samą osobę Zygmunta Baumana. Wyborcza robi to dość oględnie: Ur. w 1925 r. w Poznaniu. Socjolog i filozof, teoretyk postmodernizmu. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, pierwszy redaktor naczelny „Studiów Socjologicznych”. Po wydarzeniach Marca 1968 r. relegowany z uczelni, wyemigrował z Polski. Do 1971 r. wykładał na uniwersytetach w Tel Awiwie i Hajfie, później kierował katedrą socjologii na uniwersytecie w Leeds. Za książkę „Nowoczesność i Zagłada” w 1989 r. otrzymał Europejską Nagrodę Amalfi. W 1998 r. został uhonorowany prestiżową Nagrodą im. Theodora Adorno. Uchodzi za wynalazcę terminu „globalizacja”. Wytrwale jednak polemizuje z poglądem, że nie ma alternatywy dla obecnego porządku w zglobalizowanym świecie. Po czym przychodzi spis książek.

Znacznie ciekawsza biografia Baumana wyłania się ze zbiorów IPN i publikacji historyków: we wrześniu 1939 wyjechał wraz z rodzicami do Związku Radzieckiego. Przygodę ze stalinizmem rozpoczął jeszcze przed 1944 od służby w moskiewskiej milicji, która podlegała wówczas bezpośrednio NKWD. W 1944 wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, w którym szybko dochrapał się funkcji oficera polityczno-wychowawczego. W LWP wziął udział w bitwie o Kołobrzeg i w zdobyciu Berlina. Z wojska w czerwcu 1945 trafił Zygmunt Bauman do komunistycznych organów bezpieczeństwa, zostając zastępcą dowódcy 5. Samodzielnego Batalionu Ochrony Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego do spraw polityczno-wychowawczych. Korpus był w istocie filią NKWD w Polsce. Nominalnie specjalna formacja wojskowa podległa Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, KBW zajmowała się ściganiem i likwidacją członków niepodległościowego podziemia (m.in. dawnych żołnierzy AK). Wyłapywanie akowców widać szło Zygmuntowi B. całkiem nieźle, skoro dość szybko awansował do zarządu polityczno-wychowawczego KBW, gdzie został instruktorem, odpowiedzialnym za indoktrynację młodych kadr. Równolegle współpracował z Informacją Wojskową (działający w latach 1944-1957 stalinowski odpowiednik gestapo) – do 1948 był jej informatorem i rezydentem o pseudonimie „Semjon”. W 1950 już jako szef Wydziału Polityczno-Wychowawczego KBW, przyszły twórca pojęcia globalizacji bezpośrednio dowodził grupą, która w 20-dniowej akcji zbrojnej wyróżniła się schwytaniem sporej liczby członków polskiego podziemia, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Służbę zakończył w stopniu majora, jako szef oddziału II Zarządu Politycznego KBW. Z organów bezpieczeństwa na Uniwersytet odszedł 15 marca 1953, 10 dni po śmierci Józefa Stalina.

Dajmy jednak spokój wspominkom i przejdźmy do samego wywiadu:

Łukasz Gałecki: Czy można określić granice globalizacji?
Zygmunt Bauman: Globalizacja (…) była dotychczas czysto negatywna. Polegała na łamaniu i dziurawieniu granic; pozwoliło to zglobalizować kapitał, rynek towarowy, informację, przestępczość, terroryzm – ale nie instrumenty działania politycznego czy sądownictwo, które wciąż zasadzają się na suwerenności terytorialnej. Za globalizacją negatywną nie podążyła, jak dotąd, globalizacja pozytywna. Narzędzia kontroli nad procesami gospodarczymi i społecznymi nie są więc na miarę zasięgu i następstw globalizacji.

Największy polski żyjący socjolog zapomina co prawda jeszcze o kilku innych negatywnych skutkach globalizacji, choćby o Internecie, w którym można sobie na przykład do woli pisać, co się myśli o tezach głoszonych przez takie jak Bauman autorytety (nie wiem, czemu zapomina, ale chyba nie dlatego, że Internet sam w sobie jest pozytywny – osobie współodpowiedzialnej za stalinowskie czystki swoboda tworzenia i wymiany idei kojarzyć się musi jak najgorzej). Zapomina, że w globalizującym się świecie dzięki coraz większej konkurencji tanieją towary i usługi; że komunikujący się ze sobą konsumenci i użytkownicy coraz częściej są w stanie skrzykiwać się i łącząc pomysły rzucać wyzwania największym koncernom (przypomnijmy choćby o ruchu Open Source); że dzięki globalizacji informacja i dostęp do kultury przestają być dobrami ekskluzywnymi. Nic to. Globalizacja jest zła (negatywna), bo… nie da się w tej chwili kontrolować. Gdybyśmy mieli narzędzia kontroli globalizacji, mielibyśmy globalizację pozytywną. Kontrolowałyby oczywiście państwa, względnie światowe superpaństwo, kontrola polegałaby zaś prawdopodobnie na generowaniu coraz bardziej skomplikowanych reguł i wymuszaniu ich przestrzegania. Zajęłaby się tym pewnie globalna biurokracja ds. kontroli globalizacji, która zaraz po zawarciu ponadnarodowego układu, który by ją powołał do istnienia, zaczęłaby dbać o to, by coraz bardziej racjonalizować swe istnienie i poszerzać zakres wpływów (a tym samym zwiększać ilość otrzymywanych i wymuszanych funduszy). Jednym słowem postuluje Bauman stworzenie kolejnej armii pierdzistołków-pasożytów, na wzór eurobiurokracji lub naszej skarbówki. Z tą różnica, że byłaby to armia na skalę ogólnoświatową.

Jakoś wydaje mi się, że sukcesy gospodarki światowej biorą się współcześnie właśnie z braku globalnej władzy, władzy, która zakazywałaby np. Hindusom stosowania dumpingowych cen usług informatycznych, czy – skorumpowana przez Microsoft – prześladowałaby informatyków kompilujących jądra kolejnych dystrybucji Linuksa. Wolny rynek zawsze lepiej służy ludziom, niż bandy urzędników, wierzących w centralne planowanie i kontrolę nad ludzkimi potrzebami. Sprawdzianem efektywności biurokratycznego zarządzania w gospodarce były i są osiągnięcia kolejnych systemów socjalistycznych, komunistycznych i trzeciodrogowych, od Rosji Sowieckiej, po Unię Europejską, osiągnięcia jasno pokazujące, że dla systemu kapitalistycznego właściwie nie ma alternatywy. Badania biologów i psychologów ewolucyjnych dowodzą, że człowiek wyewoluował jako zwierzę na wszelkie sposoby dążące do gromadzenia dóbr i środków (które historycznie mocno korelowały z sukcesem rozrodczym – im większy ktoś miał majątek i/lub wyższą pozycję w hierarchii społecznej, tym większą gromadkę dzieci mógł sobie spłodzić i odchować, skutkiem czego geny na gromadzenie majątku rozpowszechniły w populacji), do czego liberalizm i kapitalizm znacznie lepiej nadają się od wymuszających równość wszystkich utopii. Zwykle zresztą utopie te zakładały determinizm środowiskowy (tzn. głosiły, że nie ma czegoś takiego, jak natura ludzka czy wrodzone cechy intelektualne, a człowiek całkowicie daje sie kształtować przez kulturę i czynniki środowiskowo-ekonomiczne, jednym słowem, że byt określa świadomość – współczesna nauka odkrywając geny warunkujące kolejne cechy umysłowe ludzi, niemal co dzień zadaje kłam takiemu podejściu) i szły w inżynierię społeczną (skoro byt określa świadomość, czyż nie uczynimy ludzi lepszymi, wypędzając ich na wieś i mordując im bliskich – kombinował wykształcony w Paryżu uczeń Sartre’a, Pol Pot), która zresztą przynosiła odwrotne skutki. Mało gdzie dziś tylu egoistów, co w krajach, w których system gospodarczy miał promować zachowania altruistyczne. Ale o tym najwyraźniej nasz profesor nie ma pojęcia. Ba, dalsza część wywiadu pokazuje, że jego wiedza ekonomiczna nie wychodzi poza objawienia Marksa. Podobnie zresztą z wiedzą dziennikarza, któremu w pytaniach zdarzają się kwiatki takie jak: Czy globalizacja była następstwem triumfalnego pochodu teorii neoliberalnych i praktyki politycznej opartej na bezpardonowej hegemonii rynku? Na które to pytania sam Mistrz odpowiada tak, jakby nie słyszał ani o psychologii społecznej, ani o współczesnej ekonomii (że o wyjaśniającej wszystkie zjawiska, które dziwią Baumana, socjobiologii nie wspomnę):

Z.B.: Gdyby to było takie proste! Gdyby można było pomysłami Ronalda Reagana, Margaret Thatcher czy Miltona Friedmana albo ideologią neoliberalną wytłumaczyć dogłębne przeobrażenie kondycji ludzkiej, jakie usiłuje uchwycić – z różnym powodzeniem – termin „ponowoczesność”!

Kolejny fragment Baumanowego wywiadu i kolejne kwiatki:

Ł.G.: Coś podobnego [brak kontroli nad procesami gospodarczymi i społecznymi na miarę zasięgu i następstw zjawiska] zdarzyło się już w czasach, gdy rodziła się gospodarka kapitalistyczna.
ZB: Istotnie, nasi przodkowie sprzed dwu stuleci byli przerażeni nagłym chaosem, którego nie dało się okiełznać za pomocą środków skrojonych na miarę gminy, parafii czy grodu. Przestrzenie, jakie miały się scalić w państwa-narody, zdawały im się równie groźne i pełne zasadzek, jak dziś przestrzeń planetarna jawi się państwom narodowym. Nasi przodkowie zdołali jednak zbudować aparat reprezentacji politycznej, instytucje ustawodawcze i sądownicze, które umiały sobie radzić z żywiołem, panować nad przygodnością, koordynować reguły postępowania z myślą o tym, aby poskromić żywioł, a świat uczynić względnie „przezroczystym”, a więc przewidywalnym. Pionierzy nowoczesności żywili nadzieję, że w świecie kierowanym przez rozum i poruszanym jego narzędziami technicznymi katastrofy nie będą spadały znienacka, że da się je przewidzieć, a więc także zapobiegać im.

Bauman sięga tu do antyscjentystycznej retoryki, bardzo popularnej w intelektualnych kręgach francuskich i anglosaskich humanistów od niemal 10 lat, kiedy to wybuchła tzw. afera Sokala. W 1996 Alan Sokal, fizyk z New York University, przeprowadził eksperyment mający sprawdzić tolerancję redaktorów humanistycznych przeglądów naukowych na bełkot. Napisał żargonem z dziedziny filozofii całkowicie bzdurny artykuł, w którym m.in. dowodził że świat fizyczny nie istnieje i proponował, by teorie naukowe oceniać nie ze względu na ich zgodność z rzeczywistością, lecz użyteczność polityczną. Całość, podlana cytatami z Derridy i innych wielkich, dostała niepowtarzalny tytuł „Transgressing the Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity”. Swą rozprawę wysłał Sokal do uznanego socjologicznego miesięcznika „Social Text”, który materiał niezwłocznie opublikował.

Kiedy kilka tygodni po ukazaniu się fałszywki nikt nie zareagował, Sokal nie wytrzymał i na łamach innego pisma, „Lingua Franca”, opisał swą mistyfikację. Informacja szybko trafiła na pierwszą stronę „New York Timesa”. Wybuchła burza, która zresztą szybko przeniosła się za Ocean. Upokorzonych amerykańskich humanistów znienacka poparły bowiem… największe francuskie dzienniki: „Le Monde”, „Le Figaro” i „Liberation”. Znany socjolog Bruno Latour grzmiał: niewielka grupka fizyków teoretycznych, pozbawionych tłustych budżetów z okresu zimnej wojny, szuka sobie nowego wroga [(...). W ich oczach Francja stała się drugą Kolumbią, krajem gangsterów handlujących niebezpiecznymi narkotykami - Derridium, Lacanium - na które amerykańscy doktoranci są równie mało odporni jak na kokainę. (za: Gazeta Wyborcza z dn. 22-23/05/1998, dodatek MAGAZYN, str. 70). Ubawiony sytuacją Sokal zmówił się z belgijskim fizykiem Jeanem Bricmontem i razem przygotowali książkę „Fashionable nonsense” („Modne bzdury”). Wzięli w niej na warsztat dzieła największych gwiazd postmodernizmu: Lacana, Latoura, Kristevy czy Baudrillarda, analizując fragmenty ich dzieł z odniesieniami do nauk ścisłych. Potraktowane bez czołobitności teksty okazały się stekiem nonsensów.

Afera Sokala i „Modne bzdury” były pokłosiem wcześniejszej o dwa lata książki Paula Grossa i Normana Levitta „Higher Superstition”. Autorzy – biolog i matematyk – wskazywali w niej na rosnącą popularność antyscjentystycznych koncepcji uznających racjonalność nauki za mit, którego nie można faworyzować w konfrontacji z innymi obiektami ludzkiej wiary, np. z zabobonami lub wytworami postmodernistycznych filozofów. Nauka według antyscjentystów jest jednym z wielu różnych sposobów wyjaśniania świata i nie może rościć sobie pretensji do uniwersalnej, ponadczasowej prawdziwości formułowanych przez nią wniosków. W socjologii nauki pojawiła się tendencja do traktowania naukowców w taki sposób, w jaki antropolog traktuje członków jakiegoś pierwotnego plemienia. Gross i Levitt, tak jak później Sokal i Bricmont, poddali ten sposób myślenia ostrej krytyce. Według nich (tudzież według mnie i według wszystkich normalnych ludzi, których poznałem w życiu) tam, gdzie w grę wchodzą fakty, prawda jest tylko jedna, a najlepszą metodą dotarcia do niej jest metoda naukowa. Gdy chcemy się dowiedzieć, dlaczego jest tak a nie inaczej, jak coś działa lub skąd się wzięło, wreszcie gdy chcemy opracować lub zastosować nowe rozwiązanie, nie pozostaje nam nic innego, niż odwołać się do sprawdzonych, naukowych metod opisu i wyjaśniania. Wiara, tradycja, wróżby, intuicja, Objawienie Boże tudzież dzieła współczesnych filozofów mogą dać nam jakiś rodzaj poczucia, że coś wiemy, nie są nam jednak w stanie zapewnić obiektywnej wiedzy o świecie.

W oparciu o teorie Einsteina możemy budować elektrownie, w oparciu o sprawdzone hipotezy Cricka i Watsona prowadzimy terapie genowe. Teorie Derridy czy Baumana żadnej tego typu korzyści ludzkości nie przyniosą, bo nie mają najmniejszej wartości naukowej – jako że z definicji i struktury są niesprawdzalne. Oczywiście socjologowie i filozofowie nie są w stanie zaakceptować owej supremacji nauk ścisłych, nic więc dziwnego, że atakują na oślep, zarzucając ściślakom na przykład – jak Bauman w powyższym fragmencie – że do tej pory nie rozwiązali wszystkich problemów ludzkości (jakby humaniści rozwiązali jakiekolwiek, poza problemem przeludnienia w niektórych krajach, w których doszli do władzy) – widać więc, jak mało pożytku z ich naukowego rozumu.

Ta manipulacja, w zamierzeniu autora obnażająca bezsensowność uprawiania twardej nauki (która stawia sobie za cel właśnie uczynienie świata bardziej przewidywalnym), przy bliższym spojrzeniu okazuje się strzałem do własnej bramki. Skoro zwolennicy nowoczesności hołubią rozum, co hołubią jej przeciwnicy, w tym Bauman? Naturalna odpowiedź, jaka przychodzi do głowy, to "brak rozumu", doświadczenie uczy jednak, że u postmodernistycznych filozofów nic nie jest proste. Tak czy owak wcale mnie nie dziwi, że w świecie, w którym nawet autorytety potępiają rozum i wychwalają ignorancję, lud głosuje na PiS i Samoobronę. Dziwi mnie za to, że później te autorytety larum podnoszą, że źle sie stało. Toż mają, co chcieli: ignorance rulez.

Ł.G.: Nowoczesny umysł spodziewał się wyłuskać ład i harmonię ze świata poprzez obranie go z wszystkiego, co ukrywa lub zakłóca ład i harmonię.
Z.B.: Ten proces nie ma końca. Apokryficznym prototypem tej postawy jest przypisywana Michałowi Aniołowi odpowiedź na pytanie o jego technikę rzeźbiarską: "Biorę bryłę marmuru i odrzucam wszystko, co niepotrzebne". Mogliby to za nim powtórzyć wielcy zbrodniarze nowoczesności - Stalin, Hitler, Mao czy Pol Pot. Ale powtarzają tę formułę, albo stosują ją na co dzień, choć są jej nieświadomi, miliony skromnych wyrobników nowoczesnego świata.

Tu w elegancki sposób nasz autorytet wrzuca naukowców i zwolenników wolnego rynku do jednego worka z Hitlerem, Stalinem, Mao i Pol Potem. Fakt, że na mój gust wierzącym w centralne zarządzanie zbrodniarzom XX wieku bliżej do antyliberalnie nastawionych postmodernistycznych filozofów niż do Cricka, Watsona, Feynmana, Einsteina czy Curie-Skłodowskiej – zwłaszcza że niemal wszyscy z wymienionych i niewymienionych zbrodniarzy XX wieku to humaniści, nie ściślaki. Hitler był artystą malarzem. Stalin, nim zasłynął jako językoznawca, kształcił się w seminarium duchownym. Mao był filozofem, Karadžić – poetą, Lenin studiował prawo i położył podwaliny pod to, co nazywamy współczesną socjologią. Baumana fakty wszak nie zrażają, kreśli za to między zwolennikami wolnego rynku i wolności jednostki, a twórcami i przywódcami totalitaryzmów, dość osobliwą analogię:

Z.B.: Bieda w tym, że - inaczej niż w przypadku Michała Anioła - idzie tu nie o odłamki kamienia, ale o żywe istoty ludzkie. Ilekroć na horyzoncie majaczy nowy ład, któreś z tych istot spodziewać się mogą spisania na straty i odtransportowania na wysypisko śmieci - inspektorzy jakości je wybrakują. Będą odpadami czy "ofiarami ubocznymi" postępu. Ale czy naprawdę ubocznymi? Czy w każdym kolejnym akcie ładotwórstwa nie chodzi właśnie o ich usunięcie? Nowy ład może wszak powstać tylko poprzez ich usunięcie - to oni winni są chaosu, to oni są nieładem. Nowy ład to tyle, co ich nieobecność.

Fakt, że w liberalnym systemie kapitalistycznym, który tak się Baumanowi nie podoba, zbędni w najgorszym razie lądują na zasiłku lub emeryturze, podczas gdy w nowym wspaniałym świecie, który Bauman budował na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, dostawali kulkę w łeb, nie jest pewnie bez znaczenia. Kiedyś "odłamki" nie musiały się męczyć, litościwy system bowiem skracał im życie. Dzisiejszy, globalizujący się świat nie jest tak humanitarny: każe swoim ofiarom żyć i znosić upokorzenia.

Ciekawe, co miałyby na ten temat do powiedzenia same "ofiary" globalizacji – jeśli gdziekolwiek takowe istnieją, w co szczerze wątpię. Nie wydaje mi się wszak, by ludzie w pojęciu Baumana odstawieni na boczny tor globalizacji tak siebie percypowali. Zwłaszcza że współcześni bezrobotni aktywnie konsumują przekazy medialne, rolnicy doskonale radzą sobie w wyciąganiu funduszów z Brukseli, a młodzi terroryści zasadzają się na samoloty z bombami zrobionymi z napojów energetyzujących i odtwarzaczy mp3. Nie dostrzega tego, jak widać, ani nasz socjolog, ani rozmawiający z nim dziennikarz.

Później mamy jeszcze obszerne fragmenty, w których Bauman tłumaczy, że świat współczesny jest światem w którym człowiek wystawiony jest na ryzyko w stopniu nieporównywalnie większym, niż jego przodkowie (pogląd dowodzący nie tylko historycznej ignorancji, ale nawet amnezji: wystarczy pamiętać, jakie ryzyko ponosili rówieśnicy Zygmunta B., którym zdarzyło się działać w AK w czasach gdy ten szybko awansował w aparacie bezpieczeństwa, nie mówiąc już o ryzykach związanych z życiem w średniowieczu lub w epoce kamienia łupanego). A potem przychodzi fragment, który – czytany w kontekście udaremnionych ostatnio przez brytyjską policję zamachów, które mogły kosztować 5 tysięcy istnień ludzkich – brzmi wręcz humorystycznie:

Ł.G.: Jak ustalić granicę pomiędzy ryzykiem a tym, co większość mieszkańców ponowoczesnej krainy uważa za ryzyko? (...)
Z.B.: Człowiek musi tu polegać na opinii speców znających się na rzeczy – a ich pouczenia musi przyjmować na wiarę, bo nie może sprawdzić ich wiarygodności. Spece mogą zatem bez wielkiego ryzyka, nie bojąc się przyłapania na kłamstwie, bagatelizować ryzyka realne, ale mogą też wyolbrzymiać te minimalne czy całkiem urojone.
Dla władzy politycznej to gratka nie do pogardzenia. Władza może dowodzić obywatelom własnej przydatności i sprawności, informując ich o coraz to nowych spiskach, które ujawniła, o planach zamachów, które udaremniła czujność władz, może powiadamiać o groźbie, jaką dla ogółu obywateli stanowią pewne grupy osobników. Niech wiedzą wyborcy - przepraszam, obywatele - że władza nie siedzi z założonymi rękoma i że powinni jej być wdzięczni, zamiast narzekać na władzę w obawie o własne zabezpieczenie na starość czy wykształcenie ich dzieci.
I ludzie są wdzięczni. Całkiem ostatnio 74 proc. Brytyjczyków uznało, że policja londyńska postąpiła słusznie, kiedy wdarła się do rzekomego "gniazda terrorystów" na podstawie fałszywego donosu, a przy okazji postrzeliła niewinną osobę i aresztowała parę innych.
Ł.G.: To prawda, tzw. wojna z terrorem najlepiej ukazuje nowy sposób rządzenia. Oto władza może bez trudu udowodnić swoją niezbędność na polu osobistego bezpieczeństwa obywateli. Bardzo łatwo też wykreować nowych "wrogów" - ludzi z marginesu, obcych, nastawionych antyspołecznie.
Z.B.: Poszukiwanie nowej legitymacji władzy państwowej przesuwa się dziś ze zbiorowego ubezpieczenia obywateli przed degradacją społeczną i porażkami życiowymi (te troski "sprywatyzowano" i pozostawiono samym obywatelom) na bezpieczeństwo osobiste - ciała i jego przedłużeń, czyli posiadłości, domostwa, ulicy. Na strachu można zbić kapitał polityczny, nie tylko handlowy.

No comments. Na koniec za to kilka próbek najwyższej klasy bełkotu, który profesor – gdy się postara – generuje nie gorzej, niż niejeden program do pisania tekstów humanistycznych:

Do ogarnięcia wszystkich tych rzeczy i związków między nimi najbardziej pasuje mi wizja "płynności" - substancji niezdolnej do zachowania kształtu. "Płynna nowoczesność" - to tyle, co impuls obsesyjnego przeobrażania, "unowocześniania" wszystkiego wokół. (...) Płynna nowoczesność - to pęd bez finiszu, ruch bez strzałki, droga bez punktu docelowego. Przetapiamy nadal na potęgę formy zastane ("zaśniedziałe", "przerdzewiałe", i "przestarzałe"), ale rzadko kiedy dajemy stopionej masie zastygnąć w nowe formy. Piece hutnicze pracują na całego, ale odlewnie i walcownie nie mogą nadążyć.
Czas zdaje się nam dziś ani cykliczny, ani liniowy - ale, rzec można, "puentylistyczny". Między punktami nie ma ciągłości - trzeba by talentu Georgesa Seurata czy Alfreda Sisleya, by z rozsypanych i rozproszonych punktów wyczarować konfiguracje znaczeń. Ale, jak znów pouczają kosmologowie, każdy punkt może wytrysnąć "big bangiem", a żadną miarą nie da się przewidzieć, który to może być. [Jako, że mamy tu na pokładzie fizyka i kosmologa w jednym, zapytam tylko: Scarlett, co ty na to?]
„Wieczność” kurczy się bezustannie – jak wszystkie inne przedmioty konsumpcji.

Dalej analizować nie mam siły: kwiatki zaczynają się powtarzać. Jak ktoś chce, może doczytać do końca, ostrzegam wszak, że przestanie się wówczas dziwić definicji intelektualisty z „Etymologicznego słownika języka polskiego” Andrzeja Bańkowskiego: ‘naukowiec, literat, artysta wielbiący genialność intelektu Stalina’ 1945, polski tylko przekład ros. intellektualnyj čelovek w tym właśnie znaczeniu politycznym.

Tak czy owak, socjologom gratulujemy Baumana.