Archiwum dla słowa kluczowego: inność

Jak się robi lobbing w Stanach

Co fundusze spekulacyjne mają wspólnego z małżeństwami osób tej samej płci? Ano, wydawałoby się, że niewiele, chyba że mówimy o Nowym Jorku i zawiłościach tamtejszego lobbingu.

Dla ustalenia uwagi: w piątek wieczorem zdominowany przez Republikanów Senat stanu Nowy Jork (nie mylić z miastem Nowy Jork, które nie jest zresztą nawet jego stolicą) zgodził się, by pary tej samej płci mogły zawierać na terenie stanu związki małżeńskie. Co ciekawe, małżeństwa jednopłciowe już wcześniej były w New York State uznawane (przynajmniej przez część instytucji), by je zawrzeć musieli nowojorczycy jednak fatygować się do pobliskiej Kanady lub sąsiednich stanów: Massachusetts, Connecticut lub Vermontu. Decyzja ustawodawców uprości więc homoseksualnym nowojorczykom życie, ale tylko trochę – jej prawdziwe znaczenie tkwi jednak w sferze propagandowej. Dwudziestomilionowy Nowy Jork będzie największym stanem, w którym zalegalizowano gay marriage, co więcej, pierwszym, w którym dokonała tego instytucja kontrolowana przez Partię Republikańską.

Republikanie i geje – te słowa na co dzień w Ameryce nie idą w parze. Na Partię Republikańską od lat 60-tych głosują (oprócz zainteresowanego niskimi podatkami biznesu) środowiska religijne i konserwatywne, mało otwarte na odmienności Południe i ceniący tradycję mieszkańcy tzw. Pasa Biblijnego. Otwarci na inności (także seksualne) i niezbyt przywiązani do tradycyjnych wartości mieszkańcy wielkich miast to naturalny elektorat Demokratów, na których też – jak wskazują sondaże – głosuje ponad 80 proc. osób deklarujących się jako homoseksualne.

Po prawdzie, w ostatecznym głosowaniu za ustawą przyznającą gejom i lesbijkom prawo do zawarcia małżeństwa opowiedziało się tylko 4 na 32 Republikanów (i 29 na 30 Demokratów), to jednak Republikanie w nowojorskim Senacie decydują o porządku obrad, czyli o tym, czy i jaka ustawa będzie głosowana. Kilka godzin wcześniej na tajnym konwencie republikańscy senatorzy na takie wotum nie tylko się zgodzili, ale najwyraźniej sami wytypowali tych ze swoich kolegów, którzy dostarczą demokratycznemu gubernatorowi brakujących głosów. Ryzykujących sporo (nawet na nowojorskiej prowincji elektorat republikański bywa w kwestiach światopoglądowych dość konserwatywny) straceńców wybrano przede wszystkim spośród starszych senatorów, którzy i tak prawdopodobnie wkrótce zdecydują się na emeryturę.

Kluczem do wszystkiego pozostaje oczywiście lobbing – oraz negocjacyjne zdolności gubernatora Nowego Jorku. Od pół roku jest nim niezwykle popularny Demokrata Andrew Cuomo – człowiek nieukrywający sympatii dla postulatów równouprawnienia gejów i lesbijek. I jednocześnie wytrawny gracz polityczny, bez którego sprytu i zaangażowania kolejna, czwarta już próba legalizacji homomałżeństw w stanie skończyłaby się tak, jak poprzednie. Przypomnijmy: do tej pory krzykliwe protesty i nieudolne próby zastraszenia legislatorów przez aktywistów owocowały w Senacie kolejnymi przegranymi głosowaniami – i to nawet w 2009, gdy w wyższej izbie nowojorskiego parlamentu rządzili Demokraci.

Gubernator Cuomo podszedł do sprawy w sposób metodyczny i profesjonalny. Jak donosi dziś Boston Globe, kilka tygodni temu w sali konferencyjnej na 35. piętrze jednego z wieżowców na Manhattanie, doszło do utajnionego (wówczas) spotkania dwóch najbardziej zaufanych doradców gubernatora z kluczowymi sponsorami Partii Republikańskiej. Na honorowych miejscach zasiedli właściciele i szefowie wiodących nowojorskich funduszy hedgingowych: Paul Singer (właściciel Elliot Associates, swego czasu jeden z głównych sponsorów kampanii George’a W. Busha i Rudy’ego Giullianiego), Dan Loeb (szef Third Point LLC), Steven A. Cohen (manager i założyciel SAC Capital Advisors) oraz Cliff Asness (managing partner AQR Capital):

Over tuna and turkey sandwiches, the advisers explained that New York’s Democratic governor was determined to legalize same-sex marriage and would deliver every possible Senate vote from his own party. (…)
The billionaire Paul Singer, whose son is gay, joined by the hedge fund managers Cliff Asness and Dan Loeb — had the influence and the money to insulate nervous senators from conservative backlash if they supported the marriage measure. (…)
Within days, the wealthy Republicans sent back word: They were on board. Each of them cut six-figure checks to the lobbying campaign that eventually totaled more than $1 million.

Gdy już zapewniono pieniądze na prawicowych senatorów (nie wnikamy w tym miejscu, co – oprócz faktu, że syn Singera będzie mógł wziąć ślub – właściciele funduszy hedgingowych dostali od gubernatora za przyciśnięcie swoich politycznych pupili), pozostało uciszyć organizacje gejowskie, by nie zepsuły misternej układanki jakimś nieprzemyślanym aktywizmem. A właściwie nie pozostało, bo akurat tym przezorny gubernator zajął się już wcześniej:

Cuomo was diplomatic but candid with gay-rights advocates in early March when he summoned them to the Capitol.
The advocates had contributed to the defeat of same-sex marriage in 2009, he told them, with their rampant infighting and disorganization. This time around, the lobbying had to be done the Cuomo way: with meticulous, top-down coordination. “I will be personally involved,’’ he said.
The gay-rights advocates agreed, or at least acquiesced. Five groups merged, hired a prominent lobbying firm with ties to Cuomo’s office, and gave themselves a new name: New Yorkers United for Marriage.

Jak widzimy, rzutki gubernator nie tylko dopiął swego, ale i pozwolił zarobić: i najbliższym, i nawet swym politycznym przeciwnikom. W efekcie wszyscy (poza marudzącym arcybiskupem Nowego Jorku, którego widać w pośpiechu w dealu pominięto, i paroma lokalnymi grupkami homofobów, którym dogodziłoby tylko wybicie wszystkich gejów) są szczęśliwi, a większość niedługo będzie też szczęśliwie zaślubiona.

—-

Post dedykuję tym z naszych aktywistów LGBT, którzy wierzą, że do legalizacji związków partnerskich da się dojść wyłącznie maszerując na paradach.

Syn w obronie matek

Modelowe wystąpienie publiczne: Zach Wahls, 19-letni student University of Iowa, kontra lokalni politycy, zdeterminowani, by uchwalić prawo, które uprzykrzy życie kolejnej grupie obywateli.

Trzyminutowe przemówienie Wahlsa miało miejsce 1 lutego w Izbie Reprezentantów stanu Iowa, w trakcie konsultacji obywatelskich na temat zgłoszonej przez Republikanów poprawki do stanowej konstytucji, której celem jest zmiana definicji małżeństwa (ze związku dwóch osób na związek „kobiety i mężczyzny”). Poprawka ma nikłe szanse, by wejść w życie, gdyż stanowy Senat wciąż kontrolują Demokraci. Ba, po dwukrotnym uchwaleniu przez obie izbie parlamentu w dwóch następujących po sobie latach, zmianę konstytucji w Iowa muszą dodatkowo przyjąć obywatele w referendum. Gdyby jednak Republikanom jakimś cudem udało się spełnić te wszystkie warunki, pary jednopłciowe w Iowa straciłyby (przynajmniej na pewien czas) prawo do zawierania małżeństw.

Gwoli wyjaśnienia: mieszkający w Iowa geje i lesbijki mogą legalizować swe związki na zasadach identycznych z heteroseksualistami od wiosny 2009, kiedy to stanowy Sąd Najwyższy jednogłośnie orzekł, że wcześniej obowiązujący zakaz małżeństw jednopłciowych łamie gwarantowaną w konstytucji zasadę równości obywateli wobec prawa. Gdybyż polskie sądy były równie odważne…

Wyrok, wprowadzający Sodomę i Gomorę w samym sercu konserwatywnej Ameryki, wywołał furię fundamentalistów religijnych i zapowiedzi rychłej kary boskiej. Ta co prawda nie nastąpiła (trudno uznać za nią kryzys, który dotknął USA jeszcze przed przyznaniem gejom i lesbijkom równych praw w Iowa), niemniej wybory w listopadzie 2010 wygrali w Stanach (z przyczyn związanych nie tyle z kwestiami LGBT, ile ze wspomnianym już kryzysem) Republikanie. Głównie za sprawą atrakcyjnych haseł ekonomicznych, ale kto by dziś o tym pamiętał?

Jak zawsze i wszędzie, znacznie atrakcyjniejszą opcją niż uzdrawianie finansów publicznych, redukowanie wydatków czy obniżanie podatków, okazała się bowiem dla polityków legislacyjna nagonka na mniejszości (uniwersalny kozioł ofiarny). Gdzie się tylko da, niedawni zwolennicy ograniczania ingerencji rządu w sprawy obywateli, forsują dziś ograniczanie praw Latynosów (zaostrzanie praw przeciw nielegalnym emigrantom, walka z używaniem języka hiszpańskiego w miejscach publicznych) i mniejszości seksualnych. Dość wspomnieć, że poprawki konstytucyjne zakazujące małżeństw jednopłciowych przeszły właśnie w parlamentach w Indianie i Wyoming. Skończyć z udzielaniem ślubów gejom i lesbijkom chcą nawet Republikanie w hiperlibertariańskim, nowoangielskim New Hampshire. Czyż w zestawie mogło więc zabraknąć konserwatystów z rolniczego Iowa?

Cała rozróba w Iowa, od początku obliczona przede wszystkim na efekt (od początku wiadomo było, że prawo nie ma szans w tej sesji, czego to jednak polityk nie zrobi, by pokazać wyborcom, że coś robi?) odbiła się jednak konserwatystom mocną czkawką właśnie za sprawą Wahlsa i jego krótkiego arcydzieła współczesnej retoryki. Nagranie poruszającego wystąpienia szybko zawojowało YouTube’a i Facebooka, a samemu autorowi przyniosło niespodziewane i bezprecedensowe (bo pozytywne) publicity. Dość wspomnieć, że w ciągu kilku dni od wizyty w stanowym parlamencie wystąpił na żywo w niemal wszystkich ogólnoamerykańskich serwisach informacyjnych, gdzie musiał m.in. odpowiadać na pytania o plany polityczne. Aktualnie odbywa małe tournee po liberalnych talk showach – jako żywy symbol tego, czym dla dzieci kończy się homorodzicielstwo.

W ten sposób jedno krótkie wystąpienie w prowincjonalnym parlamencie wywołało lawinę, która – jak wszystko na to wskazuje – może zmienić postrzeganie gejów, lesbijek i ich dzieci w mniej im dotąd przychylnej części Stanów Zjednoczonych. Jeszcze do niedawna, kiedy przeciętny, konserwatywny mieszkaniec Środkowego Zachodu i Południa (w miastach Północy i na Zachodnim Wybrzeżu geje od lat są już widoczni) myślał o osobach LGBT, przed oczami stawała mu przegięta ciotka, banda wąsatych skórzaków z Village People lub dwie próbujące się objąć tłuste lesbijki. Bez względu na to, czy te stereotypy odpowiadały rzeczywistości, czy nie, ich siła była nie do przecenienia. Dla przeciętnego człowieka, nawet jeśli sam ma nadwagę i nosi wąsy, takie obrazy nie są atrakcyjne. Trudno się więc dziwić, że w konsekwencji ich zakorzenienia, większość Amerykanów wciąż nie widzi problemu w odmawianiu „odmieńcom” równych praw: są inni, brzydcy lub choćby obleśni, więc w zgodzie ze znanym psychologom efektem aureoli przypisuje się im inne negatywne cechy (rozwiązłość, AIDS, postawę roszczeniową, chęć zniszczenia amerykańskiego stylu życia i rodziny) i chętnie dyskryminuje.

Podłoże dyskryminacji ma charakter kulturowy i religijny (wrogowie równych praw dla gejów i lesbijek – w tym także prawa do uprawiania seksu – chętnie podpierają się potępiającymi stosunki męsko-męskie ustępami ze swych świętych ksiąg), sęk jednak w tym, że Ameryka to kraj formalnie laicki, więc prawo nie powinno w nim bazować ani na Piecioksięgu, ani na Szariacie. Konserwatyści argumentują zatem, że ograniczać prawa par jednopłciowych trzeba przede wszystkim ze względu na dzieci, toż bowiem wiadomo, że dziecko wychowywane przez dwie matki lub dwóch ojców, jeśli nawet jakimś cudem nie zarazi się homoseksualizmem (w konsekwencji czego zostałoby skazane na wieczne męki w piekle – bo przecież Pan Bóg gejów nie lubi), to na pewno skończy jako wyrzutek, kryminalista lub osoba głęboko upośledzona społecznie.

Nic dziwnego, że przy takim nastawieniu nagłośnione w mediach wystąpienie Zacha musiało wywołać – i wywołało – w konserwatystach za oceanem głęboki szok. Oto zobaczyli młodego człowieka, który – mimo że wyrastał w rodzinie homoseksualnej – jest przystojny i elokwentny, mówi w sposób jasny, logiczny i wyrazisty, może pochwalić się osiągnięciami, o których większość mogłaby tylko marzyć dla swych dzieci, a przede wszystkim nie boi się stanąć przed światem w obronie swych prześladowanych rodziców. Jednym słowem dziecko, które każdy chciałby mieć. I młody człowiek, którego rodziny i domu nikt, kto o sobie dobrze myśli, nie będzie chciał skrzywdzić.

Taka konfrontacja musi wywołać spory dysonans poznawczy. Ludzie kierujący się w życiu przesądami i uprzedzeniami często nie przyjmują do wiadomości tego, co nie zgadza się z ich światopoglądem, jeśli zostanie im to podane jako sucha informacja. Zach Wahls i jego matki to jednak osoby z krwi i kości. Ba, cały przekaz otaczający rodzinę musi w przeciętnym, zwłaszcza biedniejszym Amerykaninie budzić żywe emocje i silną identyfikację: biologiczna matka chłopca jest ciężko chora, przybrana matka jest aktualnie bezrobotna, i tylko dzięki temu, że stan Iowa uznaje ich małżeństwo, ma prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Nadzieją rodziny jest syn – All American Boy, o którym teraz mówi cały kraj.

Co z tego mówienia wyniknie, zobaczymy. W międzyczasie pozostaje trzymać za kciuki za chłopaka i jego mamy – i czekać na polskiego Zacha. Nad Wisłą, gdzie postrzeganie gejów i lesbijek niespecjalnie odbiega od wzorców z Południa USA, środowisko LGB i ich najbliższych wciąż reprezentują „odmieńcy” typu egzaltowanego, wiecznie prześladowanego Biedronia czy poprzekłuwanego w różnych otworach Piroga – jednym słowem typy ludzkie, które statystyczny Polak omija na ulicy szerokim łukiem. Dopóki to się nie zmieni, dopóki symbolem walki o równe prawa gejów, lesbijek i ich dzieci nie stanie się ktoś, kogo ten Polak chętnie zobaczyłby wśród swoich przyjaciół i najbliższych, ba, do kogo chciałby, by były podobne jego dzieci, próżno czekać na zmianę postaw wobec gejów i lesbijek i idącą za nią legalizację związków jednopłciowych.

Lepiej by dziecko zmarło, niż miało dwóch ojców

aaaeltonvvMedia świata doniosły, że Jurij Pawłenko, ukraiński minister ds. rodziny, młodzieży i sportu, odmówił prawa adopcji Eltonowi Johnowi. Oficjalnie z powodu wieku (piosenkarz skończył w tym roku 62 lata, a ukraińskie prawo generalnie wymaga, by różnica wieku między adoptujacym i adoptowanym nie przekraczała 45 lat, choć w szczególnych przypadkach dopuszcza wyjątki) i stanu cywilnego gwiazdora; nieoficjalnie poszło o orientację seksualną. Elton poślubił w 2005 Davida Furnisha, jednak ukraińskie prawo dopuszcza adopcję tylko przez osoby żyjące w małżeństwach heteroseksualnych. Homomałżeństw ani żadnych innych związków jednopłciowych władze za Bugiem w ogóle nie uznają.

I na tym temat by się skończył (w końcu prawo to prawo i trudno tu dyskutować z ministrem, nawet w kraju, który łapówkami stoi), gdyby nie ciekawy absurd. Wszelkie obostrzenia dla par homo w kwestii adopcji dzieci w państwach takich jak Ukraina czy Polska wprowadza się ponoć dla dobra samych dzieci czekających na adopcję. Dzieci, takich jak 14-miesięczny Lew, zakażony wirusem HIV maluch, którego brytyjski piosenkarz znalazł w sierocińcu w Makiejewce.

Na Ukrainie, która ze swoim PKB w wysokości 3,5 tys. dolarów rocznie na głowę jest ponad 10 razy biedniejsza od Wielkiej Brytanii (44 000 $ per capita), za to ma 10 razy więcej zakażonych HIV (wedle optymistycznych szacunków problem HIV/AIDS dotyka tu 2 procent populacji), dzieci z HIV, urodzonych o porzucanych przez prostytutki i narkomanki, adoptować nikt nie chce (ba, nie chcą ich nawet „normalne” domy dziecka). Brakuje też pieniędzy nie tylko na ich leczenie (jeśli wyłączyć okazjonalne dostawy leków z zachodniej Europy), lecz nawet na wyżywienie, z reguły więc szybko dożywają swych dni w przepełnionych sierocińcach-umieralniach. Mały Lew zapewne także wkrótce zemrze sobie bez rodziców, co jednak według rządzących w Kijowie jest dla niego lepszą opcją niż dostatnie, znacznie dłuższe (w Wielkiej Brytanii ciężko dziś umrzeć na AIDS, zwłaszcza gdy się jest dzieckiem milionerów) życie z dwoma ojcami.

Cóż, pogratulować moralności.

Małżeńskie zwycięstwo gejów w Kalifornii

Homoseksualni obywatele Stanów Zjednoczonych mają dziś nie lada powód do radości. Kilka godzin temu Sąd Najwyższy stanu Kalifornia po dwóch miesiącach badania sprawy orzekł, że zarówno artykuł 300 stanowego kodeksu cywilnego, definiujący małżeństwo jako kontrakt między mężczyzną i kobietą, jak i zaaprobowana osiem lat temu przez wyborców ustawa zakazująca uznawania w Kalifornii małżeństw jednopłciowych zawartych poza jej granicami, są niezgodne ze stanową konstytucją i w konsekwencji nieważne. W praktyce oznacza to, że mieszkańcy najludniejszego (36 milionów) i najbogatszego (8. gospodarka świata) stanu Ameryki mogą od dziś zawierać legalne związki małżeńskie z partnerami tej samej płci. Prawo to mieli dotychczas tylko w jednym stanie, Massachusetts, po wyroku tamtejszego Sądu Najwyższego z listopada 2003. I choć związki cywilne (civil unions) i partnerskie (domestic partnerships) osób homoseksualnych zalegalizowało do tej pory kilkanaście innych stanów (jak również północny sąsiad USA, Kanada), aż do dziś żaden z nich nie poszedł równie daleko.

Wyrok, mimo że raczej spodziewany (kalifornijski Sąd Najwyższy nie od dziś uchodzi za jeden z najbardziej postępowych w USA, poza tym siedzibę ma w San Francisco, mieście z największym – między 20 a 33 procent – odsetkiem gejów na świecie) wstrząsnął całym krajem. Serwisy informacyjne natychmiast zapełniły się komentarzami na temat tego, jak wyrok wpłynie na sytuację osób homoseksualnych w całych Stanach. W Massachusetts pozostaje w mocy datujący się jeszcze z czasów niewolnictwa zakaz małżeństw osób mieszkających poza stanem, jeśli ich rodzinne stany nie uznają takich związków za ważne. Kalifornia takiego prawa nie posiada, co oznacza, że już 14 czerwca (data wejścia w życie postanowień wyroku) ślub z partnerem tej samej płci będzie mógł tam zawrzeć właściwie każdy Amerykanin. Trudno zatem wykluczyć scenariusz, w którym zwycięstwo zwolenników praw gejów w San Francisco ułatwia mobilizację rozproszonych dziś sił konserwatywnych i wpływa (niekoniecznie po myśli środowisk postępowych) nawet na wynik jesiennych wyborów prezydenckich.

Nie zmienia to faktu, że wyrok z zadowoleniem powitały organizacje walczące o prawa mniejszości, jak również władze Partii Demokratycznej. Nawet republikański gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger, jeszcze pół roku temu wetujący uchwaloną przez lokalny parlament ustawę dopuszczającą małżeństwa tej samej płci, wyraził radość z decyzji sądu, po czym wezwał wyborców do uszanowania nowego prawa i nieforsowania poprawki konstytucyjnej, której autorzy chcą wpisać dyskryminację do najwyższego kalifornijskiego aktu prawnego. Czy wyborcy posłuchają, przekonamy się prawdopodobnie już na jesieni.

Kiss kiss, bang bang

Zgodnie z tym, co zapowiadałem ponad tydzień temu, w środę 16 stycznia BBC nadała pierwszy odcinek drugiego sezonu „Torchwooda”. Dla niezorientowanych: „Torchwood” to spin-off „Doktora Who”, tasiemcowej (blisko 750 odcinków) produkcji science-fiction, od 45 lat bijącej rekordy popularności wśród brytyjskich nastolatków. Serial opowiada o działającej w Cardiff grupie rządowych agentów specjalnych, którzy w ramach obowiązków zawodowych dzielnie zmagają się z pozaziemskimi stworami, od których – o czym wie każdy Anglik – aż roi się w stolicy Walii.

Zaplanowany jako „Doktor Who dla dorosłych”: mroczny, poważny, niejednoznaczny, a przede wszystkim wyzwolony obyczajowo (wszyscy główni bohaterowie są biseksualni), „Torchwood” zadebiutował w BBC Three w październiku 2006, już na starcie osiągając rekordową oglądalność. Za sukcesem komercyjnym nie poszedł jednak sukces artystyczny: krytycy wytykali twórcom serialu płycizny scenariusza, niekonsekwencje w prowadzeniu bohaterów, a zwłaszcza fakt, że przesadzili z łączeniem gatunków: w „Torchwoodzie” mieszały się ze sobą elementy filmu akcji, sci-fi, kryminału, horroru, fantasy, melodramatu, thillera erotycznego, komedii romantycznej i dramatu psychologicznego – co więcej, w każdym odcinku w różnych konfiguracjach i proporcjach. I chociaż widzów pierwszej serii ten groch z kapustą nie odstraszył, wszystko wskazuje na to, że Davies i spółka dokładnie przeczytali i wzięli sobie do serca wszystkie te uwagi. W efekcie rok po zakończeniu emisji nie do końca udanego pierwszego sezonu wypuścili dzieło, którego nie powstydziłby się Tarantino.

Zmian jest dużo, i to na najróżniejszych poziomach. Po pierwsze, reorganizacji ulega sposób pracy bohaterów. Co prawda nadal będą ścigać kosmitów, ratować Ziemię przed kataklizmami (także tymi, które sami sprowadzili) i bzykać się w przerwach, niemniej wszystkie wymienione czynności mają się teraz odbywać w sposób zaplanowany i zorganizowany, nie zaś w atmosferze nerwowej improwizacji. Korektom poddano również charaktery postaci. Kapitan Jack Harkness (John Barrowman), przywódca zespołu wzorowany na postaci Kenny’ego z „South Parku” (pada zabity średnio raz na odcinek – jeśli zaś w odcinku występuje Master lub cyborg płci żeńskiej, ginie w ciągu godziny nawet i do kilkunastu razy), nie jest już, jak w poprzedniej serii, na zmianę refleksyjny i posępny (nastroje dość zrozumiałe przy takim trybie pracy), lecz jowialny, bezpośredni i tryskający humorem równie obficie, co na początku swej kariery u boku Doktora. Neurotyczni indywidualiści, robiący dotąd Jackowi przede wszystkim za mało zborny harem, ni stąd ni zowąd przeistoczyli się z kolei w karne komando (czyżby zafundowana przez Mastera wyprawa w Himalaje aż tak ich zmieniła?), w którym każdy dokładnie wie, co ma robić, i co więcej, słucha się szefa. W efekcie gdzieś w środku seansu widz łapie się na tym, że zaczyna darzyć ich sympatią – ostatnim uczuciem, o wywoływanie którego mogli być posądzani w pierwszym sezonie.

Podobne zmiany zaszły w charakterystyce bohaterów negatywnych. Zarówno w „Torchwoodzie”, jak i w „Doktorze Who”, rysunek postaci był do tej pory przeważnie (mimo wyjątków w typie Lady Cassandry) jeśli nie czarno-biały, to przynajmniej czarno-szary. Bohater pozytywny wcale nie musiał być kryształowy, jego główny oponent przeważnie był jednak złem wcielonym – czy to w Daleków, czy Mastera, czy inne kosmiczne monstra. Tymczasem w „Kiss kiss, bang bang” czarny charakter (jak zwykle nietuzinkowy James Marsters), mimo że kompulsywnie kłamie i nałogowo morduje, już na wejściu zyskuje sympatię widzów. Bo czyż można nie polubić łajdaka, który bez mrugnięcia okiem jest w stanie przekonująco opowiadać o tym, jak dobrą był żoną?

Jak widać po dialogach, serial doczekał się w końcu także porządnie napisanego scenariusza (brawa dla Chrisa Chibnalla). To spory postęp, bo wcześniejsze historie często robiły wrażenie naprędce posklejanych z tego, co zebrano z podłogi po kolegium autorskim „Doctora Who”. Ogółem jeśli pierwszą serię można określić jako coś w połowie drogi między „Z Archiwum X” a „Beverly Hills 90210″, to teraz dostajemy skrzyżowanie „Queer As Folk” z „Kill Bill” – czyli to, na co widz (zwłaszcza brytyjski) liczył od początku.

Równolegle serial żegna się z problematyką egzystencjalną i ostro skręca w stronę inteligentnie napisanej komedii. W przerwach między gonitwami i strzelaninami zamiast przyciężkich dywagacji o sensie życia i śmierci dostajemy błyskotliwe, skrzące się humorem dialogi. Przykładem choćby wyborna scena biurowa, w której szef Torchwooda wyciąga na randkę jednego ze swych podwładnych (Gareth David-Lloyd). Swoją drogą, nie zdziwiłbym się, gdyby fraza „Photocoping your butt – or, maybe not your butt” przeszła do historii telewizji…

Biorąc pod uwagę opisaną i nieopisaną tu zawartość, należy się spodziewać, że w polskiej telewizji serial zagości gdzieś tak u progu XXII stulecia. Komu nie chce się czekać, polecam BBC Two w kablówce. Albo szybkie łącze.

Nowe, tańsze Euro

Warszawie trafiło się właśnie kolejne Euro, tym razem w wersji homo. Stolica Polski została wybrana przez organizatorów Europride’u (największej w Europie parady gejów, lesbijek, biseksualistów i całej reszty, krótko po angielsku określanej słowem transgender) na miejsce imprezy w 2010.

Europride to nie byle przemarsz – w tym roku w paradzie w Madrycie wzięło udział ok. 2 miliony ludzi, głównie turystów z całej Europy. Co więcej, frekwencja na imprezie wykazuje tendencję wzrostową: rok wcześniej w Londynie bawiło się ok. 1,5 miliona osób. Rząd wielkości podobny do tego, czego Warszawa może spodziewać się po Euro 2012: przyjazd choćby tylko miliona turystów, z których każdy zostawia w klubach, hotelach i restauracjach co najmniej 200-500 euro… Jak by nie liczyć, okazuje się, że stolica może w ciągu paru dni zarobić na imprezie kilka miliardów złotych. I to bez prawie żadnych wydatków własnych (posprzątanie trzech ulic kosztuje nieskończenie mniej, niż nowy stadion czy nowa linia metra).

Pojawia się jednak pytanie, czy i w jakim stopniu rządzonej przez Hannę Gronkiewicz-Waltz Warszawie uda się wykorzystać tę nieoczekiwaną szansę na darmową promocję i łatwy zarobek. I czy miasto zdoła na dobre zaistnieć w świadomości tych zachodnich turystów, którzy do tej pory nie postawiliby nogi w uważanej za ultrakonserwatywny zaścianek Polsce.

Co wygra: zdrowy, kapitalistyczny rozsądek czy duszna ideologia?

Polska won z Unii

Pedro Zerolo, sekretarz ds. społecznych rządzącej w Hiszpanii partii socjalistycznej (PSOE), wezwał do wyrzucenia Polski z Unii Europejskiej za dyskryminację wobec gejów i lesbijek. Czyżby Hiszpania badała grunt przed jakąś ofensywą dyplomatyczną w tej materii? I czy aby na pewno byłaby to ofensywa wyłącznie hiszpańska?

Unia Europejska nie jest bankiem, do którego chodzi się jedynie po subwencje. Jeśli nie ma poszanowania dla określonych wartości obywatelskich i republikańskich – wynocha z Unii Europejskiej! Tam są drzwi! – nie przebierał w słowach niekryjący swej orientacji seksualnej hiszpański polityk. Przy okazji skrytykował zakaz „propagowania homoseksualizmu w szkołach”, forsowany przez polski resort edukacji, i wezwał rodzimych bojowników o prawa człowieka do wyprawy na manifestację do Warszawy.

Deklaracje Zerola zbiegły się w czasie z wizytą, jaką złożył w Polsce szef Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Pöttering. Wizyta ma dość trudny charakter, polskie władze jako ostatnie w Europie blokują bowiem odejście od skomplikowanego, pierwiastkowego systemu zliczania głosów przy podejmowaniu decyzji w przyszłej Unii. System ów, skrajnie niedemokratyczny i w istocie dla Polski niekorzystny (dyskryminuje bowiem duże kraje kosztem małych, a Polska jest we Wspólnocie krajem raczej dużym), ma w oczach Kaczyńskich jedną, za to trudną do przecenienia zaletę: jeszcze bardziej dyskryminuje Niemcy. To wystarczy, by Bliźniacy gotowi byli, jak sami deklarują, za pierwiastek umrzeć – i, w razie potrzeby, pociągnąć za sobą resztę Polaków.

Współczesna polityka europejska ma jednak, niestety, wymiar głównie pragmatyczny, dlatego trudno oczekiwać, by ktokolwiek w Brukseli planował na braci K. zamach. Wręcz przeciwnie, ich upór może być bardzo na rękę coraz liczniejszym zwolennikom ekstrakcji ze Wspólnoty raka zwanego IV Rzecząpospolitą. Raka, który nie dość, że w kółko wywołuje śmiech i zażenowanie antynaukowymi (kreacjonizm) i homofobicznymi (wezwania do lania gejów pałami, walka z „homopropagandą” w szkołach i z Teletubisiami) wyskokami swych władców (co się jednak od biedy w Unii wybacza), to w dodatku rządzony jest przez ludzi, z którymi nijak nie można się dogadać. Zwłaszcza w kluczowych dla przyszłości UE sprawach.

I choć podstaw prawnych do wykluczenia Polski na razie brakuje, pamiętać trzeba, że gdzie chęć prawdziwa, tam zawsze w końcu znajdą się środki. Nic nie stoi na przeszkodzie, by nowy traktat stanowił, iż podpisujące go 26 państw (bez Polski Kaczyńskich) opuszcza stare Wspólnoty Europejskie (zostawiając w nich samiutką Polskę) i powołuje sobie nowe. A potem zgodnie buduje mniejszą, ale normalniejszą Europę.

Transseksualny drób

Pewna kura w Indiach ni stąd ni zowąd zmieniła płeć. Znaczy: przeobraziła się w koguta. Stopniowo. Najpierw przestała wysiadywać jajka, wkrótce potem dała też sobie spokój z ich znoszeniem. Po dwóch miesiącach wysmuklała, po trzech – zapuściła grzebień, a po pół roku zaczęła gonić inne kury w wiadomym celu. Gdy wieść się rozniosła, właściciela świeżo upieczonego (w przenośni) koguta odwiedzili weterynarze, którzy poświadczyli zmianę płci i chcieli ptaka zabrać w celu dalszych badań, na co nie pozwolili jednak okoliczni chłopi, oddający od czasu przemiany transgenderowej kurze cześć boską.

Od lat wiadomo, że w świecie drobiu spontaniczne przypadki zmiany płci nie należą do rzadkości. Rok temu obiegły świat doniesienia z jednej ze szwedzkich kurzych farm, na której kwoka-nioska zamieniła się w koguta dosłownie z dnia na dzień, przez co zresztą jej dotychczasowy „mąż” (o wiele mówiązym imieniu Henryk VIII) nieomal stracił zmysły.

Skandynawia to jednak obszar w kwestii płci i jej granic (jak pokazują najnowsze badania: wcale nie takich ostrych, jak kiedyś uważano) niezwykle liberalny – co innego subkontynent indyjski. W sąsiadującym z Indiami Pakistanie skazano właśnie na 3 lata więzienia małżeństwo (na oko absolutnie „normalne”), bo okazało się, że pan młody (dziś postawny, brodaty mężczyzna) urodził się jako kobieta i potem przeszedł potajemnie (jawnie nie można; trwają poszukiwania lekarza, który dopuścił się zbrodni) zmianę płci. Tymczasem Koran, jak wiadomo, niczego takiego jak zmiana płci nie przewiduje, sąd musiał więc uznać, że po ślubie doszło do współżycia seksualnego dwóch kobiet. Zważywszy, że przypadki homoseksualizmu święta księga Religii Pokoju i Miłości nakazuje karać śmiercią, wspomniana para i tak bardzo musi się cieszyć. Przed małżonkami tylko kilka lat rozłąki w osobnych (ale wciąż żeńskich) więzieniach, po czym może da się jakoś uciec do kraju, w którym nikomu nie przychodzi do głowy zaglądać obywatelom pod spódnice, do spodni lub w metryki, i na tej podstawie wyrokować, czy mogą wziąć ślub, czy nie. Na razie jednak pozostaje żałować, że nie jest się kurą…

Homorodzicielstwo

Dyskutowaliście pod ostatnim postem zarówno na WordPressie, jak i Salonie, na tyle intensywnie, iż – i tak dość ostatnio zajęty – nie byłem w stanie na bieżąco odpowiadać. Czynię to zatem teraz zbiorczo, przynajmniej w odniesieniu do jednego wracającego jak bumerang w dyskusjach o małżeństwach jednopłciowych argumentu: Małżeństwo służy prokreacji. W związkach homoseksualnych nie ma mowy o prokreacji, stąd nie powinny te związki otrzymywać praw należnych heteroseksualnym małżeństwom.

Jak widzimy, chodzi tu o postulat, by instytucja małżeństwa była ograniczona tylko do ludzi, którzy płodzą dzieci i razem je wychowują. Ponieważ spełniają tym samym ważną rolę społeczną (odnawiają tkankę narodową, która potem będzie płacić im emerytury etc.), należą im się za to poświęcenie jakieś nagrody – i tymi właśnie nagrodami są przywileje, którymi cieszą się w Polsce heteroseksualne małżeństwa.

Argument powyższy, mimo że miejscami absurdalny (zakłada bowiem, że ludzie rodzą dzieci po to, by mieć emerytury, przez co człowiek zaczyna zachodzić w głowę, po co rozmnażano się przed Bismarckiem), byłby jednak do strawienia (jeśli za Marksem wierzy się, że jednostka powinna działać kierując się w pierwszym rzędzie dobrem społeczeństwa, można zachwycać się jego kolektywistyczną logiką), gdyby nie parę faktów, o których zapominają posługujący się nim przeciwnicy związków jednopłciowych:

  1. Istnieją małżeństwa bez dzieci, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.
  2. Istnieją dzieci nie urodzone w związkach małżeńskich, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.

Co więcej, gdybyśmy zastosowali ten argument do par heteroseksualnych, powinniśmy zakazać wstępowania w związki małżeńskie ludziom bezpłodnym, wysterylizowanym, używającym środków antykoncepcyjnych, kobietom po menopauzie, wreszcie każdej osobie z jakichkolwiek względów nie chcącej mieć dzieci. Poza tym niewychowujące dzieci małżeństwa winny być natychmiast z mocy prawa rozwiązywane z chwilą, gdy kobieta przestanie miesiączkować, mężczyzna popadnie w impotencję lub jeśli mimo prób nie doczekają się pierwszego potomka np. przez trzy kolejne lata.

Ktoś odpowie, że to wyjątki, aberracje. Niekoniecznie: jeśli przyjrzymy się dokładniej sytuacji w Polsce, okaże się, że z różnych przyczyn prawie połowa polskich małżeństw dzieci aktualnie ani nie płodzi ani nie wychowuje, gdyż albo już spłodziła i odchowała jedno lub parkę i dała sobie spokój, albo w ogóle rozmnażać się nie może lub (jak to ma miejsce w przypadku wielu młodych małżeństw na dorobku) na razie nie chce. W myśl logiki tych, którzy twierdzą, że małżeństwo służy prokreacji, wszystkie takie stadła w ogóle nie mają racji bytu.

Z drugiej strony we Francji czy krajach skandynawskich ponad połowa dzieci rodzi się dziś poza małżeństwami. Ich rodzice nie widzą sensu wiązania się na stałe, nie myślą o małżeństwie, wolą dzielić życie z partnerem bez formalnych wobec niego zobowiązań lub po prostu robią sobie dziecko pozostając singlem. Małżeństwo, także w Polsce, powoli przeradza się w kontrakt ekonomiczny, zawierany przez długo chodzące ze sobą pary, gdy np. trzeba zaciągnąć pożyczkę na kupno mieszkania. W cywilizowanych krajach coraz częściej dzieci robią sobie na własną rękę korzystające z banków spermy samotne kobiety po trzydziestce lub korzystające z pomocy odpowiednich ośrodków panie po sześćdziesiątce, które nie chcą stracić biologicznej szansy na potomstwo lub po prostu chcą „to” przeżyć jeszcze raz. Wszystko to pokazuje, że drogi małżeństwa i prokreacji już się rozeszły, przynajmniej w naszej części świata. Udawanie, że się tego nie dostrzega, nic tu nie zmieni.

Poza tym dochodzą dochodzi jeszcze pewien ważny fakt, o którym przeciwnicy małżeństw jednopłciowych wolą nie wspominać: homoseksualiści mogą mieć dzieci. Większość z nich, wbrew temu, w co wierzą konserwatyści, nie jest bezpłodna. Ze zrozumiałych względów łatwiej zostać rodzicem lesbijce niż gejowi (kobiecie w ostateczności wystarczy do tego facet i słoiczek), jeśli jednak ktoś ma parę znajomych lesbijek, które akurat poszukują dawcy nasienia, lub kasę na „matkę zastepczą”, płeć też przestaje być problemem.

Osób, które wspólnie z partnerem tej samej płci wychowują dzieci, też z roku na rok jest na świecie coraz więcej. Nie są to dzieci wspólne, ale nietrudno znaleźć na Zachodzie parę lesbijek z dwójką dzieci, po jednym na każdą z mamuś. Nierzadko taka para wychowuje takie dzieci na zmianę z ojcem lub parą ojców, przeważnie gejów. Niektóre państwa zauważają, że czasy się zmieniają (od niedawna możliwość posiadania przez dziecko trzech równoprawnych rodziców dopuszcza Kanada – w styczniu 2007 sąd apelacyjny prowincji Ontario uznał, że dziecko, które już ma dwóch legalnych „z automatu” rodziców: biologiczną matkę i jej żonę, ma prawo do posiadania trzeciego rodzica: biologicznego ojca), inne chowają głowę w piasek i udają, że problem nie istnieje. Co ciekawe, sam fakt istnienia dzieci z więcej niż dwojgiem rodziców wytrąca z rąk argumenty tym, którzy utrzymują, iż dziecko wychowywane w rodzinie jednopłciowej jest z definicji pokrzywdzone, gdyż nie styka się z wzorcami reagowania właściwego dla płci rodzica, którego nie ma. Według przeciwników wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe, ludzie dorastający w takich rodzinach, oprócz tego, że bez wątpienia byliby homoseksualistami, mogliby też być w przyszłości równie upośledzeni społecznie, jak ci wychowywani przez samotne matki lub samotnych ojców. Argument ten nie ma jednak żadnego naukowego potwierdzenia: z licznych badań wynika, że ani dziewczynki wychowywane przez jedną lub dwie mamusie nie wyrastają na lesbijki, ani chłopcy z jednym lub dwoma ojcami – na gejów; ich kompetencje społeczne też średnio nie odbiegają od kompetencji społecznych ich wychowywanych w heteroseksualnych rodzinach rówieśników.

Przeciwnicy homorodzicielstwa powinni już teraz zacząć się zastanawiać, co robić z dziećmi z dwoma biologicznymi rodzicami tej samej płci, których już niedługo może być na świecie całkiem sporo. Rozwój genetyki jest nieubłagany. W 2003 chińscy naukowcy stworzyli pierwszy płód, który miał trzech rodziców: 2 matki i ojca. Od tego czasu doświadczenie powtórzono kilkakrotnie w laboratoriach brytyjskich, choć – z uwagi na potencjalne protesty religijnych ekstremistów – bez szczególnego rozgłosu. Zwłaszcza że wiele rządów pod wpływem antynaukowej ofensywy fundamentalistycznych organizacji (by wspomnieć choćby Kościół katolicki, walczący z badaniami nad zarodkami i zapłodnieniem nie mniej zajadle, niż 5 wieków temu walczył z badaniami gwiazd i planet – czasy się zmieniają, jednak nienawiść do wiedzy w największej zarabiającej na głupocie instytucji świata trwa w najlepsze). Niewykluczone zatem, że za kilka lat będą się rodziły dzieci genetycznie posiadające także dwóch tatusiów – i pojawi się pytanie, dlaczego państwo zakazuje takim tatusiom, którzy przecież wychowują swoje biologiczne potomstwo, zawarcia małżeństwa, które właśnie ochronie potomstwa ma służyć. Nie mogę się doczekać, by usłyszeć, jakie argumenty wtedy pojawią się w ustach dyżurnych wrogów szczęścia własnych bliźnich.

Najśmieszniejsze, że cała ta rewolucja nastąpi bez wzbudzającego największe kontrowersje przyznawania gejom i lesbijkom prawa do adopcji, którego zresztą sami zainteresowani, jeśli wyłączyć pojedyncze wyjątki, wcale się nie domagają. Homoadopcja służy dziś właściwie tylko i wyłącznie podsycaniu niechęci do gejów w społeczeństwie (chcą dzieci, więc pedofile), gdy tymczasem znakomita większość ludzi (a homoseksualiści nie są tu wcale wyjątkami) ani myśli adoptować cudze dzieci (i inwestować tym samym własne środki w sukces reprodukcyjny innych osobników), jeśli tylko może sobie pozwolić na własne. Ewolucja od początku życia na Ziemi karze takie zachowania bezlitośnie: geny frajera, który zajmuje się nie swoim potomstwem, szybko zostają wyparte przez geny spryciarzy, którzy są w stanie podrzucać społeczeństwu swe „kukułcze jaja”.

To, o co chodzi gejom i lesbijkom na całym świecie, to rozwiązania prawne, które umożliwiłyby zauważenie przez prawodawcę istnienia jednopłciowych rodzin z dziećmi – i ułatwienia im życia, choćby przez dopuszczenie prawnej możliwości posiadania przez dziecko dwóch rodziców tej samej płci (co, jak pokazuje przykład kanadyjski, wcale nie musiałoby wykluczać posiadania trzeciego rodzica płci odmiennej). Wbrew pozorom rodzin, które by na tym skorzystały, wcale nie jest ich w Polsce mało, rzadko jednak ujawniają się przed urzędami z obawy przed problemami, które mogłyby mieć w państwie, którego politycy zastanawiają się aktualnie, w jaki sposób zakazać homoseksualistom chodzenia na basen. Zwłaszcza z dziećmi.

Parada nierówności

Jutro Parada Równości – doroczny marsz, który osoby homo-, bi- i transseksualne urządzają w ramach walki o prawa równe tym, którymi cieszą się rządzący w Polsce heteroseksualiści. Z tej okazji dziś (dla laików i nie tylko) post o bodaj najważniejszym z praw, o które walczą mniejszości seksualne: prawie do zalegalizowanie związku z ukochaną osobą. Czyli do zawarcia małżeństwa (choć niekoniecznie pod tradycyjną nazwą).

Małżeństwo na pierwszy rzut oka wydaje się ludziom bardziej kwestią psychologiczną lub symboliczną, niż prawno-ekonomiczną. Pozory nie do końca odpowiadają faktom: wystarczy, że tylko jedna osoba w związku pracuje, by para hetero, wiążąc się świętym węzłem małżeńskim, była sobie w stanie zredukować o połowę ilość płaconych podatków – zabieg, o którym nie może w Polsce marzyć żadna para homo. A przywileje małżeństw nie kończą się na podatkach… Są jeszcze tak „mało istotne” rzeczy, jak ustawowe dziedziczenie wypracowanych razem dóbr, wspólność majątkowa, prawo do opieki nad chorym towarzyszem życia lub wspólnie wychowywanym dzieckiem jednego z partnerów, renta po tragicznie zmarłym partnerze i inne „drobiazgi”, bez których załatwienia życie partnerów, zwłaszcza gorzej usytuowanych, może zmienić się w gehennę. Oczywiście, część tych rzeczy naprawdę kochająca się para tej samej płci może sobie załatwić podpisując pewną liczbę umów cywilnoprawnych i latając z nimi po urzędach pocztowych, bankach i notariuszach (jeśli tylko ma na to pieniądze). Tyle że wszystko to wymaga poświęcenia czasu i środków – tymczasem heteroseksualiści wszelkie przewidziane w kodeksach prawa dotyczące partnerów dostają hurtowo i jednorazowo, mówiąc sobie tak przed księdzem lub urzędnikiem. Co znamienne, ułatwienie życia 4 procentom populacji w żaden, najmniejszy nawet sposób, nie wpłynie – bo wpłynąć nie może – na sytuację zwykłej, heteroseksualnej rodziny. Kobiety i mężczyźni w parach heteroseksualnych wzajemną atrakcyjność, chęć legalizacji związku czy pragnienie posiadania dzieci odczuwają niezależnie od tego, czy urzędy państw, w których mieszkają, pozwalają parom homo brać śluby, czy nie. Ludzie tak samo zakochują się w sobie w Chinach, Indonezji, Estonii, Kamerunie, jak w Holandii czy Hiszpanii – są wszak ludźmi. Za instynkty i zachowania takie jak miłość odpowiadają neuroprzekaźniki występujące w mózgu każdego człowieka niezależnie od kultury.

Nie ma też jak dotąd dowodów na twierdzenie, że pozwolenie gejom i lesbijkom na rejestrowanie związków, a nawet na zawieranie małżeństw, wywiera jakikolwiek wpływ na małżeństwa żyjących wokół heteroseksualistów, ich trwałość czy pożycie. W żadnym z państw, w których zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe, ani nie skoczyła w konsekwencji tego posunięcia krzywa rozwodów, ani nie zmalał przyrost naturalny.. Ba, jeśli przyjrzeć się bliżej, wychodzi, że w bardziej konserwatywnych Stanach Zjednoczonych (na 50 stanów same sex marriages legalne są tylko w jednym; większość stanów nie dopuszcza nawet związków partnerskich) rozwodzi się znacznie wyższy procent wstępujących w związki małżeńskie, niż w liberalnej, uznającej małżeństwa jednopłciowe Kanadzie. Zachodnioeuropejskie kraje akceptujące związki partnerskie, np. Wielka Brytania czy Francja, notują znacznie wyższy przyrost naturalny niż walczące z takimi rozwiązaniami Rosja czy Łotwa. Hiszpania i Polska jeszcze niedawno miały porównywalną liczbę mieszkańców – dziś w zlaicyzowanym, odchodzącym od katolicyzmu Królestwie Juana Carlosa mieszka ok. 8 milionów ludzi więcej, niż w forsującej wartości chrześcijańskie Rzeczypospolitej Giertycha i Kaczyńskich.

Najważniejszym argumentem tych, którzy odmawiają parom męsko-męskim i damsko-damskim prawa do zawarcia związku, jest powtarzane w kółko zaklęcie: Małżeństwo jest i zawsze było związkiem mężczyzny (w domyśle jednego) i (również jednej) kobiety. Zaklęcie to, choć robi furorę wśród homofobów po obu stronach Atlantyku, podejrzane wyda się każdemu, kto choć trochę orientuje się w historii i antropologii, tudzież w tym, co aktualnie dzieje się na świecie. Zdarzało się bowiem i wciąż zdarza (np. na Bliskim Wschodzie czy wśród mormonów), że małżeństwo łączy więcej niż dwie osoby: czymże bowiem są związki poligamiczne, jeśli nie stadłami jednego mężczyzny z większą liczbą kobiet, które to kobiety dzieląc ze sobą łoże i mężczyznę, znajdują się de facto także ze sobą w czymś w rodzaju związku małżeńskiego… W czystej formie małżeństwa dwóch osób tej samej płci istniały poza tym w różnym czasie w niejednej kulturze. W starożytnym Rzymie cesarze i dostojnicy poślubiali czasami eunuchów (zrobili to m.in. Neron i Dioklecjan). Cesarz Heliogabal miał kilkunastu mężów, których wybierał sobie spośród najprzystojniejszych i najbardziej męskich atletów, co nie przeszkadzało mu jednocześnie mieć też kilku żon. Nawet Juliusz Cezar oskarżany był o to, że dla pieniędzy poślubił w młodości bogatego patrycjusza (tak czy owak nie był mu chyba zbyt wierny, skoro mówiono wtedy w Rzymie o późniejszym zdobywcy Galii „żona wszystkich mężów i mąż wszystkich żon”). Przejściowe małżeństwa między starszymi mężczyznami a wchodzącymi w życie młodzieńcami istniały w kongijskim plemieniu Azande i w chińskiej prowincji Fucien, zawierali je też czasami północnoamerykańscy szamani. Współcześnie małżeństwa jednopłciowe są dopuszczalne i uznawane przez państwo za równorzędne małżeństwom osób odmiennej płci w Holandii, Belgii, Hiszpanii, Kanadzie i Republice Południowej Afryki. Można je również zawierać w amerykańskim stanie Massachusetts, uznaje je również na swoim terytorium państwo Izrael. Co więcej, kolejne państwa rozważają ich legalizację: w tym momencie są to Argentyna, Szwecja, Norwegia, Islandia oraz stany Kalifornia, Connecticut i Rhode Island. Zrównane lub prawie zrównane prawnie z małżeństwami związki partnerskie istnieją m.in. we wszystkich krajach skandynawskich, w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii, Szwajcarii, Luksemburgu, Czechach, Słowacji, Andorze, Meksyku oraz w wielu stanach amerykańskich i brazylijskich. Wreszcie uznane przez państwo konkubinaty osób tej samej płci, nawet bez wymogu ich rejestracji, cieszą się ograniczonymi prawami w krajach takich jak Węgry, Chorwacja, Portugalia, Kolumbia, Włochy i Australia (we wszystkich tych państwach myśli się aktualnie także nad wprowadzeniem związków partnerskich). Jeśli dodamy do siebie liczbę obywateli wymienionych krajów, okaże się, że w tym momencie co szósty mieszkaniec globu mieszka w państwie, które na całości lub części swego terytorium uznaje małżeństwa, związki lub choćby konkubinaty dwóch osób tej samej płci. Co więcej, małżeństw jednopłciowych, nawet tam, gdzie nie są legalne, udzielają niektóre Kościoły protestanckie, czego przykładem United Church of Christ i prawie wszystkie odłamy judaizmu reformowanego. Jak zatem jasno widać, współcześnie nie istnieje nic takiego jak jeden obowiązujący absolutnie i powszechnie heteroseksualny model małżeństwa i rodziny.

Gdybyśmy nawet założyli, że tradycyjnie małżeństwa były zawierane wyłącznie między kobietami i mężczyznami (co, jak już powiedziano, nie jest do końca prawdą), i tak z tego, że coś do tej pory jakoś wyglądało, nie wynika, że zawsze tak wyglądać musi. Tradycyjnie przez wiele tysięcy lat istniało na świecie społecznie aprobowane niewolnictwo – nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie powie dziś, że posiadanie i wykorzystywanie innych ludzi jest w porządku. Kobiety w tradycyjnych społecznościach wschodnich i zachodnich traktowane były jak zwierzęta lub przedmioty – współcześnie jednak większość cywilizowanego świata zgadza się, że jest to niedopuszczalne i piętnuje na swoim podwórku dyskryminację ze względu na płeć. Jeszcze na początku XX wieku w większości Stanów Amerykańskich czarny mężczyzna nie mógł poślubić białej kobiety – jednak regulacja ta wylądowała w śmietniku historii, gdy w powszechnej świadomości utrwaliła się świadomość faktu, że ludzie powinni być równi w obliczu prawa bez względu na kolor skóry.

Małżeństwo nie istnieje obiektywnie, jak np. welon czy obrączka – nie możemy go dotknąć, zmierzyć, zważyć. Jest prawnie usankcjonowaną umową między ludźmi – czyli istnieje tylko w takim zakresie, w jakim ludzie zgadzają się, że istnieje. Z tego, że jacyś ludzie 2 albo 3 tysiące lat temu umówili się, że będą nazywać małżeństwem tylko związek kobiety i mężczyzny, nijak nie wynika, że współcześnie musimy tych ustaleń przestrzegać. Nie kamienujemy już młodych żon tylko dlatego, że ich mężowie twierdzą, iż w chwili ślubu nie były dziewicami, jak to zwykli (za radą swego boga, zapisaną w Księdze Powtórzonego Prawa: 22,22-24) czynić Hebrajczycy; nie pozwalamy (przynajmniej rdzennym Polakom – prawodawcy nie wiedzą jednak wciąż, czy prawo to należy stosować w odniesieniu do Romów) na małżeństwa z małymi dziewczynkami, które były normą na ziemiach polskich 600 lat temu (dość wspomnieć casus Jadwigi i Jagiełły); nie palimy też kobiet na stosie tylko za to, że potrafią pływać. Trudno więc znaleźć powód, dla którego nie mielibyśmy zmienić swego stosunku do wymogu różnej płci osób zawierających małżeństwo. Wiele otaczających nas pojęć, których definicje biorą się z umowy między ludźmi, było w historii renegocjowanych. Przykładem pojęcia narodu (w naszym dzisiejszym rozumieniu wymysł XVI-wieczny; co ciekawe oznacza zbiór wysoce nieostry – vide sytuacja Kopernika i Chopina – i niestabilny: wspólnoty narodowe nierzadko pojawiają się i znikają wraz z państwami, jak to miało miejsce np. z Jugosłowianami, mogą też być tworzone sztucznie na mocy dekretów politycznych: Stalin podzielił swego czasu turkojęzycznych mieszkańców stepów Turkiestanu na Kazachów, Uzbeków, Turkmenów i Kirgizów, i tak już zostało), człowieka (bywało, że wielcy filozofowie na poważnie zastanawiali się, czy ludźmi są Czarni, Czerwoni, kobiety) czy obywatela (w I Rzeczypospolitej na przykład obywatelami byli tylko szlachetnie urodzeni – czyli 8 procent mieszkańców państwa, w III prawami obywatelskimi cieszą się niemal wszyscy), dlaczego by zatem nie renegocjować i zakresu znaczeniowego małżeństwa? Nikt z tego powodu nie umrze, nikomu nie spadnie stopa życiowa, za to kilka milionów Polaków przestanie czuć się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii.

Dyrektor departamentu

Dyrektor departamentu współpracy międzynarodowej Ministerstwa Edukacji Narodowej Sławomir Adamiec napisał list do największej organizacji nauczycieli na świecie Education International. W liście tłumaczy, dlaczego, podobnie jak przełożeni (Giertych i Orzechowski), jest homofobem. Otóż po pierwsze dlatego, że homoseksualizm jest antypolski:

Promocja homoseksualizmu godzi w podstawy moralności chrześcijańskiej. Godząc w moralność narodu, godzi w fundament państwa polskiego.

Po drugie jednak, i to znacznie jest ciekawsze, dlatego, że w Polsce nie sposób wyjść na ulicę, by nie natknąć się na spółkujących publicznie gejów i liżące się lesbijki. I to zarówno takie żywe, jak i straszące z ekranów, pierwszych stron gazet, billboardów i plakatów, które pan Sławomir najwyraźniej zauważa niemal wszędzie:

Niektóre ulice polskich miast, witryny sklepowe i media aż ociekają od promocji homoseksualizmu i pornografii.

Biorąc pod uwagę prawdopodobny stan zdrowia psychicznego osoby, która gdzie się nie ruszy, widzi tryskającą z fiutów spermę, przepowiadam panu Adamcowi rychły awans w MEN, może nawet na stanowisko wiceministra. Do czego to bowiem podobne, by jednostka tak niestandardowo odbierająca rzeczywistość marnowała się w resorcie Giertycha jako zwykły dyrektor departamentu?

Krótka historia homofobii w Polsce

Nie było mnie w pobliżu netu w zeszły czwartek, nie mogłem przeto na gorąco zabrać głosu w kwestii werdyktu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie zakazu Parady Równości A.D. 2005. Dziś to już trochę musztarda po obiedzie: sił i czasu nie mam czytać, co się na blogach i forach przez ostatnie parę dni w temacie pojawiło. Więc i notkę strach puszczać: a nuż będzie w niej coś, co ktoś kiedyś napisał przede mną? Ale cóż, raz kozie śmierć.

Zacznijmy od tego, że nie zawsze była Polska europejskim rezerwatem dla talibów pokroju Adamca (tego, co gdzie nie spojrzy, tam widzi seks homo) czy Zawiszy (tego, który wypowiedział wojnę kobiecym dekoltom). Karalność stosunków męsko-męskich zniósł na terenie Księstwa Warszawskiego (czyli równiez późniejszej Kongresówki) już 200 lat temu kodeks napoleoński (żeńsko-żeńskie stosunki w ogóle wcześniej nie były ścigane). Jego liberalne nawet na tle ówczesnej Europy przepisy (pod koniec XIX wieku skazywano jeszcze za homoseksualizm na więzienie np. w Anglii – ofiarą takich prześladowań padł m.in. Oscar Wilde) w 1932 kodeks karny Makarewicza rozciągnął na resztę ziem Rzeczypospolitej. Na dobrą sprawę w XX wieku antyhomoseksualną ideologię zaczęli wcielać w Polsce w życie dopiero dwaj przywódcy reżimów okupacyjnych, którzy rządzili krajem w latach 1939-1953: Adolf Hitler i Józef Stalin. Pierwszy – mordując w obozach koncentracyjnych ok. 15 tysięcy osób z powodu ich orientacji seksualnej. Drugi – wysyłając homoseksualistów jako element wrogi klasowo do gułagów. Stalinowski kodeks karny z 1933 za czyny homoseksualne przewidywał 5 lat ciężkich łagrów; po śmierci generalissimusa kary jednak złagodzono i przeważnie poprzestawano na zamykaniu homoseksualistów na resztę życia w szpitalach psychiatrycznych.

Co znamienne, komunizm był od początku ruchem skrajnie homofobicznym: jeden z jego współtwórców, Fryderyk Engels, w swym fundamentalnym dziele Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa grzmiał na ohydę pederastii, która według niego była degeneracją, nieuchronnie dotykającą mężczyzn, którzy poniżają kobiety. Jego kompan Karol Marks wypowiadał się niewiele lepiej. Trudno się zatem dziwić, że nigdy i nigdzie żaden komunistyczny raj nie był rajem dla mniejszości seksualnych (tym bardziej szokują komunistyczne sentymenty znakomitej większości zachodnich myślicieli wiadomej orientacji). W pamięci wielu polskich gejów utkwiła zwłaszcza przeprowadzona przez milicję w latach 1985-1987 akcja „Hiacynt” (łapanki na ulicach, pobicia, zatrzymania, gwałty na komendach, wymuszanie donosów na temat innych gejów i opisów zbliżeń z nimi), zorganizowana i nadzorowana osobiście przez Kiszczaka (niewątpliwie zatem za cichym przyzwoleniem Jaruzelskiego). Nikt nie miał przy tym wątpliwości, że unurzanym we krwi ofiar stanu wojennego generałom bynajmniej nie chodziło o walkę z epidemią AIDS (oficjalny powód akcji) czy ochronę moralności publicznej. Złamani przez ZOMO, szantażowani publicznym ujawnieniem inności geje mieli przeistoczyć się w armię donosicieli, dzięki którym SB miało jeszcze skuteczniej infiltrować demokratyczną opozycję.

Biorąc pod uwagę zaszłości historyczne, zdziwić niektórych musiało, gdy antyhomoseksualne hasła zaczęli w wolnej Polsce wznosić (oprócz jednostek pokroju Wierzejskiego czy Orzechowskiego) także ludzie, których na pierwszy rzut oka trudno byłoby posądzać o inspiracje nazizmem i bolszewią. Ot, choćby taki Lech Kaczyński. Jeszcze w pierwszym roku prezydentowania Warszawie parada jakoś mu nie wadziła, potem jednak zaczęły zbliżać się wybory, a że za dużo sukcesów w zarządzaniu Warszawą nie było, trzeba było coś szybko wymyślić. Tym sposobem, nawiązując do tradycji Hitlera, Stalina i Kiszczaka postanowiono w ratuszu powalczyć z homoseksualizmem. Nie bardzo było jednak jak walczyć, gdyż instrumentów prawnych, dzięki którym dało by się jakoś aktywnie poprześladować „zboczeńców”, miasto po prostu nie miało (a nawet jakby miało, to pewnie nikt by nie ryzykował), trzeba się było zatem zadowolić prześladowaniem symbolicznym: zakazem marszu. Ot, niech pedały zobaczą sobie, że ich miejsce w komórkach i piwnicach, a nie na ulicach, które – jak pokazała późniejsza zgoda władz miejskich na Paradę Normalności – powinny być w miastach zarezerwowane przede wszystkim dla kibiców i Wszechpolaków. Plan okazał się niezłym chwytem marketingowym: już wkrótce o odwadze i uporze Kaczyńskiego w zwalczaniu zepsucia wiedziała każda moherowa babcia i każdy neonazista. Nic dziwnego, że po dwóch zakazach z rzędu brat młodszy został jesienią 2006 wybrany na prezydenta RP. Po czym natychmiast w kwestii gejów zmiękł na tyle, że dziś dziwić się można, czego tam w Strasburgu jeszcze chcą od biedaka. Toż przy koalicjantach z LPR-u zarówno Lech, jak i jego bliźniak, to osoby niemalże gay-friendly

Mimo to rzeczy, które aktualny prezydent narobił i nawygadywał w 2005, wracają do nas teraz czkawką. Fakt, iż poprzestawał na postulatach odebrania mniejszościom seksualnym tylko prawa do wychodzenia na ulice, a nic nie wspominał o prawie do życia, wolności czy integralności cielesnej, na które tak chętnie nastawali jego trzej historyczni poprzednicy, jak się okazało, wcale nie złagodził wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Tym samym znów potwierdził się na świecie stereotyp Polski jako zacofanego zaścianka z głową państwa próbującą naśladować Putina (znacznie ostrzej rozprawiającego się z próbami zorganizowania Parady w Moskwie). Jak zwykle nieudolnie, bo nie te środki i możliwości.