Archiwum dla słowa kluczowego: Perswazja

Świąteczne techniki sprzedaży

Stres i emocje biegania po zatłoczonych sklepach w okresie przedbożonarodzeniowym: jak je wykorzystują sklepy i sprzedawcy? Co powinien robić klient, by się przed tym bronić?

 

Casting prezydencki

Los rzucił mnie wczoraj wieczorem do studia TVP info w buty jurora, oceniającego zachowanie w trakcie debaty i ogólne kompetencje perswazyjne kandydatów na przezydenta. Czasu na pełną ocenę miałem, jak to w telewizji, za mało, stąd też pomysł bardziej szczegółowego omówienia wystąpień Wielkiej Czwórki w tym miejscu:


Bronisław Komorowski był doskonale przygotowany. Casting na Cześnika w „Zemście 2” Wajdy, na który najwyraźniej powiedziano mu, że idzie, wygrałby w cuglach. Pełne opanowanie, składna dykcja, wyrazista mowa ciała, szybki refleks i celne kontry – wszystko to na nic się zdało, a może nawet przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego, w sytuacji, w której kandydat przez cały program grał zupełnie inną rolę, niż konkurenci.

W przeciwieństwie do politycznych rywali Komorowski nie przyszedł na spokojną prezentację programów. Przyszedł na bitwę, i to co najmniej dziwaczną. Od czasów wynalezienia debat telewizyjnych utarło się, że w programach publicystycznych z udziałem polityków różnych opcji na ogół to opozycja atakuje. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele: najważniejszym jest fakt, że to rządzący przeważnie podejmują decyzje (w końcu rządzą), zatem to oni (a nie opozycja) za nie odpowiadają i muszą się z nich tłumaczyć pod ostrzałem przeciwników. Drugi ważny powód ma charakter językowy: jednym z synonimów bycia w opozycji jest krytykowanie. W naszej debacie wszystko było a rebours: kandydat partii rządzącej, praktycznie niezaczepiany (konkurenci epatowali spokojem i miłością), rozdawał ciosy na prawo (pierwsza połowa programu) i lewo (końcówka). Koalicjanta Pawlaka raczył oszczędzić, choć kto wie, czy gdyby debata trwała dłużej, nie dostałoby się i liderowi ludowców, choćby za wobec nominacji Marka Belki na szefa NBP. Za to już w pierwszych minutach debaty spektakularnie oberwał gospodarz imprezy – porównana do gniazda os telewizja publiczna.

Czy taka strategia, zaadaptowana w ostatniej chwili po coraz mniej przychylnych marszałkowi sondażach, pomoże Komorowskiemu? Bardzo wątpliwe. Weźmy choćby finałową tyradę o porozumieniu PiS-SLD z szantażem emocjonalnym (Barbara Blida) w tle. Na prawicy przypominanie o takich rzeczach głosów Kaczyńskiemu raczej nie odbierze, bo wyborcy PiS i ludzie skłaniający się do głosowania na Prezesa (tudzież spora część dawnych wyborców centrowych, zwłaszcza po Smoleńsku) nie od dziś uważają PO za znacznie większe zagrożenie dla Polski niż SLD. Większość z nich zaakceptuje każdy sojusz, nawet z postkomunistami (tak jak kiedyś zaakceptowali Leppera), jeżeli tylko jego owocem może być odsunięcie Platformy od władzy (lub choćby utrzymanie Platformy z dala od mediów publicznych).

Atak na Napieralskiego i pogadanka o męczeństwie Barbary Blidy miały z kolei dotrzeć do wyborców lewicy. Problem w tym, że wyborcom lewicy ideologicznie dość daleko od prokapitalistycznej w deklaracjach, konserwatywnej partii Gowina i Niesiołowskiego, wątpliwe więc, by masowo opuścili swego kandydata i przerzucili swe głosy na potomka kresowych hrabiów.


Jarosław Kaczyński – ocena dostateczna. Największy plus: mimo powtarzających się zaczepek, ani razu nie zaatakował Komorowskiego. Minusy: monotonny sposób mówienia, który – w połączeniu z niewielką wartością poznawczą tego, co mówił (bo, powiedzmy sobie szczerze, czego nowego dowiedzieliśmy się z debaty o byłym premierze?) – sprawiał, że słuchając kandydata człowiek po pewnym czasie po prostu wyłączał uwagę. Efekt pogłębiał język ciała – Kaczyński, jak zwykle na takich debatach, wyglądał na trochę osowiałego i wystraszonego. W najlepszej, jaką widziałem, analizie debaty Roman Manka-Wlodarczyk przypisuje ten efekt mowie ciała byłego premiera:

Wrażenie przekazu Kaczyńskiego pogarszała fatalna mimika. Nie potrafi „utrzymać twarzy”, nie umie „grać bez kamer” (paralela „gry bez piłki”), gdy mu się wydaje, że nie jest akurat na wizji. Poza tym nie pozbył się fatalnie pogarszającego wizerunek nawyku mlaskania. Gdyby w studiu znajdowała się publiczność PO, to po każdorazowym rozpoczęciu wypowiedzi przez Kaczyńskiego wybuchałby salwy śmiechu, zachowujące w dodatku pozory naturalnych, a nie podżeganych.

Mój werdykt: notowania Prezesa po debacie nie spadną, bo wyborcy PiS wielokrotnie już udowodnili, że przy urnach nie kierują się ani wyglądem kandydata, ani estetyką jego wypowiedzi. Kaczyńskiego kochają takim, jaki jest – i basta. Z drugiej strony, nie poraził były Premier ani argumentacją, ani charyzmą, ani językiem ciała, więc jeśli zanotuje po debacie pozytywne zmiany w sondażach, będzie to raczej wynikiem tego, jak zachowywał się jego główny konkurent.


Grzegorz Napieralski, jeden z dwóch drugoplanowych kandydatów, okazał się w takim układzie zwycięzcą debaty. Nie dlatego, że wypadł jakoś nadzwyczajnie, ale przede wszystkim dlatego, że wypadł normalnie. Czyli – jak zauważył na swoim blogu Piotr Matejczyk – o niebo lepiej niż ktokolwiek się spodziewał.

Zwycięstwo to szef SLD zawdzięcza prawdopodobnie przede wszystkim wytężonej pracy – każdy szczegół jego zachowania w trakcie programu wydawał się starannie przećwiczony i dopracowany – kandydat wydawał się lepiej przygotowany, niż Tusk w debacie w 2007. Roman Mańka-Włodarczyk wyliczył te szczegóły z robiącą wrażenie precyzją:

Napieralski wygrał w wymiarze wizerunkowym, a ten właśnie aspekt przebije się najsilniej do świadomości społecznej. Każde zdanie rozpoczynał od konstatacji, posługiwał się przykładami z życia wziętymi (tak jak było w przypadku samochodu, który niedawno rejestrował), mówił ciepłym, spokojnym głosem, panował nad mimiką, dobrze akcentował wypowiedzi, w tych fragmentach, w których było to pożądane. Używał frazesów, operował na poziomie ogólników, czasami wygłaszał nawet truizmy, ale debatę (szczególnie gdy na odpowiedź jest minuta) tak właśnie trzeba rozgrywać.

Na mnie w tym wszystkim najlepsze wrażenie zrobiło wejście poświęcone zapłodnieniu in vitro i porywająca za serca argumentacja po linii: bezpłodność jest chorobą ludzie dotknięci nią cierpią – chorym należy pomagać – dopłacajmy do in vitro (bez wspominania, jak na lewicowego polityka przystało, z czyich kieszeni państwo na ten cel wyjmie pieniądze). W saloniku w TVP info, w którym przed wejściem do studia oglądaliśmy debatę w gronie polityków i ekspertów, Katarzyna Piekarska stwierdziła, że w swej małej mowie o in vitro Napieralski przesłodził. Moim zdaniem niekoniecznie – dobry polityk powinien być jak sprzedawca: mówić do klientów-wyborców językiem korzyści, cały czas pokazując, jaki zysk przyniesie im oddanie głosu właśnie na niego. Ludziom, dla których problem zapłodnienia in vitro jest ważny (bo np. starają się o dzieci tą drogą i chcą to zrobić jak najmniejszym kosztem, lub choćby dlatego, ze denerwuje ich pozycja, jaką w tej kwestii zajął Kościół katolicki), tylko Napieralski zaoferował jakąkolwiek korzyść. Owoce tej strategii zbierze za tydzień.


Waldemar Pawlak był przede wszystkim Waldemarem Pawlakiem. I choć wszyscy wiemy, że radzi sobie z tym znacznie lepiej niż w 1993, gdy po raz pierwszy jako premier zagościł na ekranach naszych telewizorów, na tle pozostałych kandydatów wypadł blado. Nie dlatego, że w tym, co mówił, było mniej konkretów lub więcej frazesów niż u rywali (tu miał naprawdę silną konkurencję) – problem w tym, że w przeciwieństwie do Kaczyńskiego czy Napieralskiego (nie wspominając o Komorowskim), wygłaszał swe oklepane banały jakby z pamięci, w sposób niemal beznamiętny (z jednym wyjątkiem: bon motu o siedzeniu na bagnetach – niestety, bez uściślenia, czy trzymanych poziomo, czy pionowo). Najgorszą krzywdę wyrządził jednak przewodniczącemu PSL marszałek Komorowski ani razu go nie atakując, na skutek czego większość widzów zapewne już w trakcie programu zapomniała, że Pawlak w ogóle jest w studiu.


Podsumowując, na preferencje Polaków wpływ tego, co się działo na debacie, nie będzie zbyt wielki. Kandydaci, może z wyjątkiem Napieralskiego (a i to tylko w ograniczonym, wizerunkowym zakresie) – niczym nie zdziwili. Żaden nie zaprezentował jakichkolwiek rewolucyjnych koncepcji, żaden nie wybiegł przed szereg (choć Komorowski próbował się kłócić), wszyscy w kluczowych dla funcjonowania państwa kwestiach uniknęli konkretów, a we wszystkich mniej kluczowych (powódź, Afganistan, wprowadzenie euro) osiągnęli mglisty konsensus (trzeba pomóc poszkodowanym, czym prędzej wycofać naszych żołnierzy i wprowadzić euro, gdy Polska będzie na to gotowa – czyli na święte nigdy). Różnice miały charakter nie merytoryczny, lecz warsztatowy (skrupulatne przygotowanie do roli Napieralskiego, rutynowa gra Kaczyńskiego i Pawlaka, improwizacja Komorowskiego). Które z technik aktorskich i metod ekspresji najlepiej się sprawdzą, zobaczymy już za tydzień.

Jarek w butach Lecha

Portal gazeta.pl o tym, jak w programie Czarka Łasiczki znienacka mnie poniosły polityczne metafory:

Okulary, stylowe tło, stonowane wypowiedzi – tak w materiałach wyborczych pokazywany jest Jarosław Kaczyński. – Bardzo ta kampania przypomina kampanię Lecha Kaczyńskiego. Jarosław wchodzi w buty Lecha – mówił w TOK FM Tomasz Łysakowski, psycholog społeczny i językoznawca.

Według Łysakowskiego sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego sięgnął do kampanii z 2005 roku, bo zastosowana wtedy strategia odniosła sukces. – Proszę sobie przypomnieć, że przed kampanią Lech Kaczyński miał wizerunek takiego trochę zapalczywego koguta. Z gejami w Warszawie walczył, za przestępcami chciał ganiać. I potem nagle w kampanii ukazał się jako zupełnie inny człowiek – umiarkowany. Jarosław wchodzi w buty Lecha – komentował w audycji „OFF Czarek”. Według (…) językoznawcy Polacy dają się uwieść takim chwytom. Jako pierwszy (…) pokazał to Aleksander Kwaśniewski w 1995 roku. – Wystarczyło że ładniej wyglądał i merytoryczne argumenty przestały się liczyć w konfrontacji z Wałęsą.

Jak zaznaczył, powtórzenie pomysłów sprzed pięciu lat nie musi przynieść wyborczego zwycięstwa Jarosławowi Kaczyńskiemu, ale „już widać, że skuteczny pomysł”. Według najnowszego sondażu w wyborach na Bronisława Komorowskiego chce głosować 44 proc. Polaków, a na Jarosława Kaczyńskiego 34 proc. (…)

Językoznawcy (…) niespecjalnie podoba się opublikowany już plakat wyborczy Jarosława Kaczyńskiego. – Nawet nie chodzi o to, że hasło „Polska jest najważniejsza” można łatwo sparodiować. Ale ono troszeczkę zalatuje tym, co w komunikatach wyborczych proponował Kwaśniewski np. „Wybierzmy przyszłość”. Każdy może się pod tym hasłem podpisać. Ale to rozmywa przekaz – analizował.

Zdaniem Łysakowskiego na razie to nie plakat najbardziej przykuwa uwagę, tylko zmiana wizerunku prezesa PiS. – Na następny miesiąc Jarosław Kaczyński nie będzie takim politykiem jakiego znamy. Tylko będzie to taki wyważony i spokojny polityk, który już teraz stoi ponad podziałami politycznymi – podsumował zaproponowane przez sztabowców Prawa i Sprawiedliwości zmiany.

Pytanie oczywiście, czy po miesiącu taki być przestanie – toć nigdy nie wiadomo, czy – bez wzgledu na wynik wyborów – nie zasmakuje w spokoju i w zwyżkujących sondażach…

Pełny zapis audycji.

Tusk i gestykulacja

Donald Tusk ogłosił, że nie chce być prezydentem. Z tej okazji Dziennik Polski w osobie Włodzimierza Knapa zapytał mnie, co sądzę o mowie ciała premiera, a w szczególności o gestach i innych trikach komunikacyjnych, które towarzyszyły tej brzemiennej w skutki deklaracji. Odpowiedź (którą w całości można przeczytać w dzisiejszym numerze DP) zabrała mi trochę czasu i miejsca na szpalcie – ale czegóż nie robi się dla polityka, który stanowi tak wdzięczny temat analiz wizerunkowych, jak nasz Prezes Rady Ministrów:

Jak wypadł wczoraj premier Donald Tusk, gdy ogłosił, że nie będzie walczył o prezydenturę?

- Profesjonalnie, ale niezbyt autentycznie. Poza widocznym zdenerwowaniem przesadnie gestykulował, do tego stopnia, że momentami widz bardziej niż na słowach skupić się mógł na jego rękach czy szerzej – mowie ciała. W życiu jest tak, że gestykulujemy wtedy, gdy tego naprawdę potrzebujemy i robimy to szybko.

A premier w jaki sposób gestykulował?

- Chwilami robił to zbyt wolno, co oznacza, że były to gesty wyuczone, a nie naturalne. Ta przypadłość dotyka jednak niemal wszystkich polskich polityków. To efekt m.in. tego, że szkoleni są przez zaledwie kilka firm, a pracujący w nich specjaliści oferują stały repertuar. Na początku wystąpienia, gdy zapowiadał, że dzisiaj przedstawi plan oszczędności w finansach publicznych, wykonał kilka razy gest uderzenia ręką w blat mównicy. Rękę jednak wstrzymał blisko pulpitu, co świadczy, że ten fragment ćwiczył wcześniej. Ten zabieg miał też pokazać Polakom, że premier idzie na wojnę z… No właśnie, z kim, skoro program cięć w wydatkach budżetowych ma ogłosić dzisiaj. Potem przeszedł na ton pokojowy, mówiąc, że każdy ma jakieś marzenia. Kiedy to przekazywał, uśmiechnął się. Bez wątpienia, uśmiech w tym miejscu był zaplanowany i dobrze przygotowany. Generalnie zresztą całe przemówienie Donalda Tuska było wystudiowane i gruntownie przygotowane. Niemal każdy gest był zaprogramowany.

Kartkę miał na pulpicie, a czasami brał ją do rąk.

- Tak, ale w praktyce nie korzystał z niej. Pewnie był na niej plan wystąpienia.

Powiedział Pan, że niektóre gesty były zauważalnie sztuczne, przerysowane.

- Bo tak było, ale w przypadku Tuska takie zachowanie jest do przyjęcia. Gdyby w taki „przedobrzony” sposób przemawiał np. Lech czy Jarosław Kaczyński, to widzowie zauważyliby to natychmiast.

Dlaczego?

- Ponieważ Polacy są przyzwyczajeni, że premier bez trudu jest w stanie błyskawicznie przejść od „wytoczenia wojny” do pogodnego uśmiechu. Wizerunek Tuska trochę się nam „rozlewa”. Jednocześnie niemal wszystkie jego nagle zwroty są doskonale przygotowane od strony marketingowej.

Jak rozumiem, również czas wystąpienia został wybrany nieprzypadkowo. Mam na myśli m.in. to, że wczorajsza decyzja Tuska zostawi w cieniu zeznania Mirosława Drzewieckiego.

- Pewności mieć nie możemy, ale wszystko wskazuje na to, że moment wystąpienia został pieczołowicie wybrany. Zwrócę jednak uwagę na inną rzecz. Z argumentów, jakie przedstawił szef rządu, można odnieść wrażenie, jakby dopiero niedawno zrozumiał coś, co powinno być od dawna oczywiste, zwłaszcza dla premiera; mianowicie to, jaki jest podział władzy pomiędzy premierem i prezydentem. PiS od dawna zdaje sobie sprawę z tego, że rzeczywistą władzę ma szef rządu. Dowodem jest to, że mniej ważny w PiS Lech Kaczyński ubiegał się o prezydenturę, ważniejszy – Jarosław – miał odpowiadać za państwo jako premier. Zapewne decyzja Tuska to także efekt kalkulacji zysków i strat.

W tym tego, że niekoniecznie wybory musiały zakończyć się dla niego sukcesem?

- Takie ryzyko musiał poważnie brać pod uwagę. A w razie zwycięstwa Tusk miałby potężny problem wynikający z tego, że premier jest faktycznym szefem państwa. Komu miałby powierzyć ster rządów w kraju i w partii? Grzegorzowi Schetynie? Dziś jest to mało prawdopodobne, zwłaszcza że Tusk – jako prezydent – musiałby się obawiać odsunięcia na drugi plan.

Wrócę do kwestii, czy wystąpienie premiera miało wyciszyć zeznania Drzewieckiego.

- Celem wystąpienia wydaje się nie tyle zepchnięcie w mediach na margines przesłuchania byłego ministra sportu, co typowa tzw. ucieczka do przodu. Premier wczoraj w gruncie rzeczy powiedział, że jego afera hazardowa już niewiele interesuje, bo przecież nie będzie ubiegał się o urząd prezydenta, a co miał zrobić, zrobił. Ponadto nie można wykluczyć, że w PO o decyzji Donalda Tuska wiedziano od stosunkowo dawna i pod kątem wczoraj ogłoszonej decyzji sztab wyborczy PO pracował od tamtego czasu. Z drugiej strony – zapewne kampania PiS szykowana pod Tuska okaże się niewypałem. PiS musi zaczynać od nowa. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Przedwczoraj prezydent Barack Obama w dorocznym wystąpieniu o stanie państwa powiedział, że on chce coś bardzo ważnego zrobić dla USA i dodał, że woli rządzić skutecznie przez jedną kadencję niż przed dwie być przeciętnym prezydentem. Ta wypowiedź odbiła się szerokim echem w Ameryce. Sztabowcy PO na pewno zauważyli to wystąpienie i mogli podpowiedzieć premierowi, by nie zwlekał i natychmiast poszedł śladem Obamy. Tusk właściwie powtórzył za Obamą, że wybiera realną władzę dla dobra państwa i Polaków. Taki wizerunek szefa rządu ma się utrwalić w naszych głowach. Jednocześnie warto pamiętać, że Polacy w czasie wyborów kierują się przede wszystkim emocjami. Popierają nie tyle tego polityka, którego cenią, tylko skreślają tego, którego bardziej nie lubią.

ABC wpływu społecznego

Świeżutki (bo ledwie sprzed czterech godzin) „Wieczór radia TOK FM”, tradycyjnie poświęcony perswazji i manipulacji. Z Kamilem Dąbrową przypatrujemy się tym razem sztuczkom, za pomocą których sprzedawcy, specjaliści od marketingu i politycy próbują na co dzień kształtować nasze myśli i zachowania. Punktem wyjścia dyskusji jest najgorętszy temat ostatniej doby: przyłapanie przez „Dziennik” posłów Platformy Obywatelskiej na korzystaniu z materiałów podsyłanych przez marketingowców z Kancelarii Premiera.

 

Język i manipulacja w TOK FM

Czy język wpływa na nasze myślenie i postrzeganie świata? Jak dobierając odpowiednie słowa i używając określonych struktur gramatycznych manipulować tymi, którzy nas słuchają? Jakie językowe środki perswazyjne sprawdzają się najlepiej w tak różniących się od siebie komunikatach, jak kuszący nas niską ceną lub innymi zaletami produktu spot reklamowy czy wystąpienie polityka, który chce nas przekonać, że po wyniesieniu na urzędy spełni nasze najskrytsze marzenia? Kiedyś, gdy jeszcze miałem czas i cierpliwość, napisałem o tym książkę. Teraz o gramatycznych środkach wpływania na bliźnich opowiadam w programie „SłowoTok” (TOK FM) Cezaremu Łasiczce:

Pułapki viral marketingu

Podniecamy się tu często reklamami wirusowymi, zapominając, że mają one także słabości. Jedną z nich jest fakt, że jeśli twórca niedostatecznie powiąże opowiadaną historyjkę z reklamowaną marką, to nawet gdy efekt końcowy podbije internet, i tak pies z kulawą nogą może nie dowiedzieć się, co miało być promowane. Przestrogą dla kreatywnych niech będzie choćby zabawny kawałek o lwie i antylopie, który pod różnymi tytułami (ja odkryłem go jako It happenz only in India) od miesięcy robi furorę na głównych serwisach wideo:

Jeden rzut oka wystarcza, by stwierdzić, że to fragment jakiejś reklamy. Wyszukiwarka pozwala szybko ustalić, czyjej dokładnie – trzeba tylko w wynikach znaleźć dostatecznie długą wersję spotu.

Niestety dla Canal+, mało kto po obejrzeniu popularnego fragmentu szuka informacji o całym filmie lub jego producencie. Krótsze wersje, tak na Youtubie, jak i na Dailymotion przeważają liczebnie i, co więcej, cieszą się średnio 10 razy większą widownią. Oczywiście nie ze względu na długość – 15 sekund nie robi tu wielkiej różnicy – ale z powodu konstrukcji przekazu. Niewielu internautom chce się linkować lub wklejać na blogi film, którego twórca już w połowie daje pointę, po czym przez resztę czasu zachwala swój produkt w jakimś egzotycznym języku. Jeżeli w dodatku wklejenie tylko pierwszej połówki lub tylko pointy jest równie proste, co wklejenie całości, marketingowa klęska tak skonstruowanego virala wydaje się pewniakiem. W ramach podsumowania można dodać, że kończy on wtedy, jak dzisiejsza bohaterka (antylopy są rodzaju żeńskiego) po starciu z drzewem, które przecież nietrudno było ominąć…

Sekrety autoprezentacji

Kolejny podcast ze mną: „Masz wiadomość” (Radio BIS) z ostatniej nocy. Temat: mówienie i wystąpienia publiczne, zwłaszcza pod kątem przełamywania tremy. Drugim gościem jest tym razem Daniel Bordman. Wprowadzenie i prowadzenie: Bartek Panek.

 

Kij ma dwa końce

Prawo i Sprawiedliwość ma nowy spot reklamowy (powszechnie znany już jako „Mordo ty moja!”), koncentrujący się wokół walki z korupcją. Spot, dodajmy, równie kontrowersyjny, co… wieloznaczny.

Kontrowersje dotyczą przede wszystkim linii argumentacji. Po kilku gestach w stosunku do Platformy (takich jak ogłoszenie LiD-u głównym wrogiem w kampanii), które jednak nie spotkały się z odzewem, PiS postawił na starą, sprawdzoną już w poprzednich wyborach strategię: generowanie i wykorzystywanie podziałów i resentymentów. Biedni nie lubią bogatych, okradani – złodziei. Przekonać człowieka, że jest biedny dlatego, że owoce jego pracy kradną biznesmeni i politycy, nie jest zaś wcale trudno. Każdy z nas ma wbudowane w psychikę silne mechanizmy obronne, które sprawiają, że łatwiej mu uwierzyć, że świat przeciw niemu spiskuje, niż że sam jest życiowym niedołęgą.

Psychologia psychologią, trudno jednak zaprzeczyć, że jeśli chodzi o skalę korupcji w czasach poprzednich ekip, spot wydaje się dość realistyczny (co zresztą wcale nie musi o Kaczyńskich dobrze świadczyć, w końcu opozycji też się w nim „smaruje”). Problematyczna jest tylko jego adekwatność w stosunku do aktualnie rządzących, wyrażona w finałowym „Wiem, k…, że nie biorą”. Cóż, do dziś wydawało mi się, że nieudana akcja CBA i rzeczy, które potem usłyszeliśmy z ust Ziobry i taśm prokuratury, pokazują coś zupełnie przeciwnego: nawet jeśli premier i jego ukochany minister są czyści jak łzy, uczciwość i nieprzekupność ludzi, którymi się otaczają, raczej nie odbiega drastycznie od średniej ogólnopolskiej.

Treść spotu pozwala także na inną, niezamierzoną interpretację. Jeszcze na początku lipca i Lepper, i Kaczmarek byli członkami rządu Jarosława Kaczyńskiego. Trudno w takiej sytuacji nie żywić wątpliwości, czy fraza NIEDAWNO TEMU W POLSCE aby na pewno odnosi się do mało już pamiętanych rządów przedpisowskich…

WHO cares!

„Międzynarodowe rozprzestrzenianie się chorób zagraża zdrowiu” – głosi pierwsze zdanie podsumowania tegorocznego raportu Światowej Organizacji Zdrowia. Żeby nie było, że to tłumacz lub dziennikarz się wyłożył, streszczona wersja oryginalna straszy tylko trochę mniej: International spread of disease threatens public health security.

Budżet WHO to, z tego co się orientuję, jakiś miliard dolarów. Kiedyś sądziłem, że pieniadze te idą na leki i szczepionki dla obywateli biednych krajów. Dziś już wiem, że idą na raporty, z których (wreszcie!) możemy się dowiedzieć, że choroba może zaszkodzić zdrowiu, i że granice we współczesnym świecie (dokładnie tak, jak 200, 500 i 2000 lat temu) nie chronią przed epidemiami.

Magia tytułu

We wczorajszej „Rzeczpospolitej” znalazłem tekst o homoseksualnych nastolatkach w Ameryce, a dokładniej o tym, dlaczego w ostatnich latach ich liczba w amerykańskich statystykach prawie się potroiła. Autor, Jędrzej Bielecki, korespondent „Rzepy” z Waszyngtonu, do sprawy podszedł w sposób wyjątkowo, jak na polskie warunki, wyważony, sam zaś artykuł można by pokazywać jako wzór tego, jak w neutralny sposób pisać o kontrowersyjnym temacie…

Można by – gdyby nie tytuł, tak dalece odstający poziomem od reszty tekstu, że powstaje podejrzenie, że wymyślono go już w Polsce, by czytelnikom aby nie przyszło do głowy, że stateczny, konserwatywny dziennik pochwala takie bezeceństwa… Zobaczcie sami:

Jeśli chodzi o skuteczność perswazyjną, posunięcie prawdopodobnie mistrzowskie. Większość czytelników niezainteresowanych tematem i tak przez cały tekst (momentami wstrząsający, np. gdy autor pisze o nadreprezentacji w populacji bezdomnych nastoletnich homoseksualistów, wypędzonych z domów przez rodziców kochających swą heteroseksulną orientację bardziej niż własne dzieci) nie przebrnie, poprzestając na tytule i omieceniu wzrokiem trzech pierwszych akapitów. Nie dowie się w ten sposób, że interlokutorzy Bieleckiego są przekonani o genetycznych źródłach homoseksualizmu; rolę mediów ograniczają zaś do pokazania młodym gejom i lesbijkom, że nie warto żyć w ukryciu i zakłamaniu (co było normą jeszcze w poprzednim pokoleniu), zwłaszcza że, jak pokazuje przykład pastora Haggarda, coraz trudniej we współczesnym świecie ukryć niewygodną prawdę.

Zamiast powyższego, ludzie, którzy poprzestaną na tytule, dostaną prosty przekaz: orientacja seksualna jest na tyle krucha, że może się zmienić o 180 stopni po obejrzeniu Tajemnicy Brokeback Mountain, względnie Roberta Biedronia lub Magdaleny Środy. Czego konsekwencje na własnej skórze odczuwają teraz Amerykanie.

Na pocieszenie, kolejne teksty w tym samym numerze rozwiewają obawy: na razie Narodowi Polskiemu przekonwertowanie na gejostwo nie grozi. Po odsunięciu od władzy Środy, Jarugi i Szyszkowskiej, nad Wisłą homoseksualizm i homoseksualistów promuje bowiem (i to dość rachitycznie) już tylko Kościół katolicki. Ostatnio przybrało to formę promocji arcybiskupa Paetza, nad czym „Rzeczpospolita” boleje piórem świeżo upieczonego homofoba-antyklerykała (co za połączenie!) Terlikowskiego. Palce lizać.

Jarosław śnieżkiem prószy z niebiosów…

Olgierd wytropił, że WO rozpracował artykuł, który w „Dzienniku” popełnił ostatnio o towarzyszu premierze Michał Karnowski:

Stewardessa podaje ciepły posiłek. Ale Jarosław Kaczyński nie zdąży już go zjeść, zdąży połknąć tylko kilka kęsów. Za chwilę samolot podchodzi do lądowania. Jest 18.40. Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie – trzy godziny po północy. Czeka go jeszcze lektura wieczornych raportów dziennych, kilka spotkań i potwierdzenie harmonogramu na jutro. Na sam koniec, już w domu, lektura dokumentów lub książki. (…)
Wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera. I chyba w akcie wdzięczności za ciepłe przyjęcie, chwilę później na konferencji prasowej zorganizowanej w jednej z wojnickich fabryk wśród pachnących farbą, dopiero co wyprodukowanych maszyn drukarskich, wygłosił, po raz pierwszy tak szczerze, swoje credo: Postawiliśmy na zwykłą Polskę. (…)
Bo kiedy Jarosław Kaczyński stoi przed wąską grupą, doskonale wie, co powiedzieć. Biznesmenom z Wojnicza dał krótki i treściwy wykład na temat sposobów zdobywania unijnych pieniędzy (…). Prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej w Bochni, gdzie pojechał po zakończeniu spotkania w Wojniczu, treściwą definicję własnego stosunku do lustracji. Plus napomnienie, by IPN realizował ją “odpowiedzialnie”. ”I tak właśnie pracujemy” – odpowiedział Kurtyka.

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno Polacy śmiali się czytając o rozmowach Putina z narodem, w trakcie których wszystkowiedzący rosyjski przywódca w carskim stylu rozwiązuje problemy starannie wybranych poddanych. I że Mistrz Ildefons „Zimę z wypisów szkolnych” napisał ponad siedemdziesiąt lat temu:

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą -
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.

A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla ciebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.

A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.

Hej, tam w Warszawie jest pan minister
siwy i taki miły,
przez okno rzuca spojrzenia bystre,
bo chce, by dla ciebie były
zimą sopelki, śniegi i lody:
wszystkie zimowe wygody.

Jeżeli tedy sanki usłyszycz
i dzwonki ich tajemnicze,
wiedz: to minister w skupionej ciszy
nacisnął taki guziczek,
że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią
nad miastem i nad wsią.