Archiwum dla słowa kluczowego: Prawo

Konsulting za miliony

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, na co pójdą pieniądze m.in. z podniesionego VAT-u, zalecam lekturę serwisu Służby Cywilnej. Można tam znaleźć m.in. takie kwiatki:

W dniu 26 sierpnia 2010 r. została podpisana umowa pomiędzy Kancelarią Prezesa Rady Ministrów a KONSORCJUM FIRM: PSDB Sp. z o.o. oraz WYG INTERNATIONAL Sp. z o.o. (…) Przedmiotem zamówienia będzie realizacja usług w zakresie analizy mechanizmów podejmowania decyzji w administracji rządowej, w tym roli niezależnego doradztwa w  procesie decyzyjnym, oraz opracowania i wdrożenia mechanizmów współpracy administracji rządowej z instytucjami zajmującymi się badaniami w zakresie spraw publicznych (…). Wartość zamówienia to 2 745 000,00 zł brutto.

(źródło: http://www.dsc.kprm.gov.pl/aktualnosci.php?id=9&look=438)

Wiem, konsulting kosztuje – sam od czasu do czasu konsultuję i doradzam. Kosztowny konsulting to jednakże usługa, w ramach której ekspert dostarcza konkretnej wiedzy, dzięki której firma lub instytucja zwiększa zyski lub rozwiązuje trapiący ją problem. Państwo nie jest po to, by generować zyski, więc powód pierwszy odpada. Jeśli chodzi o powód drugi, każdy przytomny obywatel od lat widzi, że problemem Polski nie jest brak wiedzy urzędników o tym, w jaki sposób podejmują oni decyzje. Prawdziwe bolączki administracji rządowej – z których większość jej pracowników doskonale zdaje sobie sprawę, bo najczęściej były one dla nich powodami wyboru tej właśnie ścieżki życiowej – to przerost zatrudnienia, kawa i internet w godzinach pracy, brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje, nepotyzm i kolesiostwo przy rozdzielaniu stanowisk i zleceń finansowanych z budżetu oraz mała odporność elementów systemu na naciski o charakterze lobbingowym i korupcyjnym. Eksperci za darmo powtarzają to od lat kolejnym rządom w prasie, radiu, telewizji i internecie, rządy wszakże mają inne priorytety, niż zmiana wygodnego dla siebie i swoich ludzi stanu rzeczy. Tymczasem pieniądze z podnoszonych podatków na coś trzeba wydawać, więc zleca się kolejne kosztowne analizy, a potem się wdraża lub udaje, że się wdraża (za porównywalne lub większe pieniądze) w życie ich zalecenia. Tak czy siak, system pozostaje bez zmian.

I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie milczenie mediów w kwestii kosztów usług takich jak ta. Dwa i siedem dziesiątych miliona złotych to blisko trzy razy więcej niż w 2006 wydano na dworzec we Włoszczowie – inwestycję, która dla politycznych przeciwników PiS stała się symbolem rozrzutności władzy w czasach rządów Kaczyńskiego. Mimo że od utraty władzy przez PiS upłynęły już 3 lata, dworzec nadal służy mieszkańcom regionu. Ba, całkiem niedawno zwiększono liczbę zatrzymujących się na nim pociągów.

Ciekawe, ile osób za kilka lat będzie korzystać z tych analiz mechanizmów podejmowania decyzji w administracji rządowej (tudzież analiz roli niezależnego doradztwa w procesie decyzyjnym), za które płacimy dziś miliony jako podatnicy (jakby nam nie wystarczyło płacić za same decyzje). Nie mówiąc już o tym, że nie wiadomo, czy w ogóle ktokolwiek kiedykolwiek te analizy przeczyta.

Najciekawsze jednak jest pytanie, dlaczego gazety, telewizje, stacje radiowe i portale, które 4 lata temu tak pilnie śledziły każdą wydaną przez rząd złotówkę, nabrały w sprawach takich jak ta wody w usta. Bo nie uwierzę, że wszystkie dostały własne, równie intratne zlecenia na analizy.

Jak kłamią urzędy skarbowe

W Rzeczpospolitej artykuł o uldze meldunkowej, z którego mimochodem dowiadujemy się, jak to urzędnicy skarbówki wprowadzają w błąd podatników, by skłonić ich – wbrew obowiązującemu prawu i wyrokom sądowym – do płacenia wyższych podatków:

Żona naszego czytelnika przez telefon dowiedziała się o tym, że będzie musiała zapłacić podatek dochodowy od sprzedanego kilka tygodni wcześniej mieszkania, które stanowiło wspólny majątek małżonków. I to już w kilka tygodni po zawiadomieniu urzędu skarbowego o przysługującym jej (wraz z mężem) prawie do zwolnienia z opodatkowania dochodów uzyskanych ze sprzedaży lokalu z powodu tzw. ulgi meldunkowej.
– Zadzwoniła do niej pani z urzędu skarbowego, która zatroskanym tonem powiadomiła ją o tym, że nie ma prawa do ulgi, skoro w mieszkaniu zameldowany był tylko mąż. I w związku z tym w zeznaniu za 2010 r. ma zapłacić podatek – opowiada czytelnik.
Jego telefon do urzędu nic nie dał.
– Usłyszałem, że jeśli mam wątpliwości, to powinienem wystąpić o interpretację przepisów. Tyle że ja nie mam żadnych wątpliwości. Bo przepisy mówią wyraźnie, że ulga przysługuje obojgu małżonkom.

„Przepisy” to art. 21 ust. 1 pkt 126 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych w brzmieniu obowiązującym od 1 stycznia 2007 r. do 31 grudnia 2008 r., dotyczący osób, które w czasie jego obowiązywania nabyły nieruchomości. Artykuł przewidywał zwolnienie takich osób z podatku od dochodu ze sprzedaży lokalu, jeśli było się w nim zameldowanym co najmniej 12 miesięcy przed datą sprzedaży. Prawo do zwolnienia jest prawem nabytym przez ówczesnych właścicieli, z którego mogą korzystać do dziś – i chętnie to robią. Urzędy skarbowe nie lubią jednak patrzeć, jak koło nosa przechodzą im większe sumy legalnie niezapłaconych podatków, więc kombinują, jak mogą, by wymusić na obywatelu ich zapłacenie. Nawet wprowadzając go w błąd co do obowiązujących przepisów lub wydając decyzje pozostające z nimi w sprzeczności.

To ostatnie – jeśli podatnik ma jaką taką znajomość prawa podatkowego i zaczyna dochodzić swych praw w sądzie – zwykle kończy się dla fiskusa przegranym procesem. Jak wylicza autorka artykułu w Rzeczpospolitej, w ciągu ostatniego roku takie korzystne dla podatników orzeczenia wydały m.in. wojewódzkie sądy administracyjne w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu, Olsztynie i – aż trzy razy – WSA w Gdańsku (trochę nam to mówi o polityce informacyjnej pomorskiego fiskusa). Urzędy przegrywały – oczywiście również na koszt podatnika, bo kosztów sądowych oraz odszkodowań za złe decyzje i wprowadzające w błąd rady nie płacą z własnych kieszeni urzędnicy, tylko budżet państwa (czyli także Ty, Czytelniku).

To zresztą budzi zdziwienie, bo nie od dziś wiadomo, że pracownicy urzędów skarbowych dostają nagrody i premie, jeśli dzięki nim budżet państwa zarobi dodatkowe pieniądze. Dlaczego zatem mają nie płacić, jeśli budżet państwa traci?

Jeszcze większe zdziwienie budzi jednak fakt, że społeczeństwo – które obiektywnie nie jest niczym innym niż zbiorowością obywateli, z których większość płaci podatki – takie sytuacje pokornie znosi. Polski fiskus jest niemal podręcznikowym przykładem tego, jak system podatkowy nie powinien wyglądać: prawo jest skomplikowane, przepisy – miejscami sprzeczne, procedury – nieprzejrzyste. Decyzje podejmowane są arbitralnie przez urzędników, którzy wiedzą, że nawet jeśli straci na nich i obywatel, i państwo, i tak sami nie poniosą za nie żadnych negatywnych konsekwencji. Ludzie są tego tego wszystkiego w pełni świadomi: głośno oburzają się, czytając doniesienia o przekraczaniu przez urzędników swych uprawnień, cieszą się, gdy jakiś kolejny pokrzywdzony podatnik wygrywa proces z próbującym odebrać mu dorobek życia fiskusem, ba, sami spędzają mnóstwo czasu, energii i pieniędzy na kombinacje, dzięki którym nie oddadzą państwu jakiejś kolejnej części swojego majątku. Mimo to całego systemu ani myślą zmieniać.

Masochizm?

Czkawka po dopalaczach

Gdyby wnioski na temat tego, co się dzieje w Polsce, wyciągać z tego, co pokazują i piszą w mediach, trzeba by uznać, że – przynajmniej od tygodnia – naród nad Wisłą żyje głównie dopalaczami. Dla niezorientowanych: chodzi o różnorakie legalne dotąd środki, od mało groźnej szałwii, przez sproszkowanego muchomora czerwonego (swoją drogą, ciekawe, czy policja planuje naloty na lasy, w których grzyb ten w tym momencie dość obficie owocuje?), po rozmaite chemiczne związki o mniej lub bardziej psychodelicznym charakterze, których jedynym wspólnym mianownikiem jest fakt, że rząd, przy czynnym wsparciu zaprzyjaźnionych koncernów medialnych, wybrał je sobie na kozła ofiarnego w nadchodzącej kampanii samorządowej.

Akcja pod względem pi-arowskim została przygotowana bez zarzutu: najpierw dostaliśmy ostrą nagonkę medialną, wywołaną kilkoma przypadkami hospitalizacji nastolatków, ponoć po dopalaczach (bez wyróżniania konkretnej substancji i sprawdzenia, jak często młodzi ludzie lądują w szpitalach po przedawkowaniu alkoholu czy np. po wypadkach na deskorolkach czy motocyklach, o niebo bardziej – według tej logiki – zasługujących na delegalizację?), następnie pikiety rodziców przed sklepami z dopalaczami (mało kto podkreślał w wiadomościach, że pikietowali głównie radni PO) i akcje modlitewne młodzieży o delegalizację obrotu tymi substancjami (do których, o dziwo, wzywały media mało z konserwatyzmem kojarzone), wreszcie premier zapowiedział rozprawę ze sklepami „w sposób brutalny” i policję wysłał, by w weekend sklepy pozamykała.

Większość akcji, jak wydaje się już dziś, nie do końca została jednak umocowana w istniejącym prawie, skarb państwa czekają długie procesy ze strony właścicieli sklepów, najpierw w Polsce, a potem pewnie też w Strasburgu. Znając życie, sprawy będą jedna po drugiej wygrywane, a odszkodowanie, jak zwykle, zapłaci nie premier Tusk i nie zarząd PO, tylko budżet skarbu państwa – czyli my, podatnicy (nawiasem mówiąc, kto jeszcze pamięta wakacyjne podwyżki VAT-u i innych danin?). Sklepy też (choć może pod inną nazwą) wrócą, w tej czy innej postaci: liczba rzeczy i substancji, które młodzi ludzie są w stanie zjeść, wciągnąć lub wstrzyknąć sobie tylko po to, by zrobić wrażenie na kolegach bądź „zaliczyć kolejny zjazd”, jest właściwie niewyczerpana. Choć zapewne ich właściciele dla świętego spokoju poczekają z ponownym otwarciem do listopadowych wyborów, które… no jak Państwo sądzicie, kto wygra?

Na przystawkę program o psychologii używania przez młodzież substancji psychoaktywnych z piątkowego Radia Dla Ciebie:

Bo dała dziecku klapsa

Dura wychowanie, sed bezstresowe. Jak donosi El Mundo, na 45 dni więzienia skazano w prowincji Jaen (południowa Hiszpania) głuchoniemą kobietę, która dwa lata temu uderzyła dziesięcioletniego wówczas syna. Matka dostała też roczny zakaz zbliżania się do dziecka, co oznacza, że będzie musiała prawdopodobnie wyprowadzić się z domu (dwójka dzieci pozostanie w nim z ojcem). Dawno pogodzony z rodzicielką nastolatek z niedowierzaniem skomentował decyzję sędziego: „Ktoś by pomyślał, że mnie zabiła…”

Wszystko zaczęło się 6 października 2006, gdy María Saliente próbowała przekonać najstarszą pociechę do odrabiania lekcji. Chłopak jak zwykle stawiał opór, matka jednak nie przestawała migać, co, jak wiadomo, nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Nic dziwnego, że w końcu w stronę matki poleciał but (rekonkwista rekonkwistą, ale, jak widać, pewne panarabskie zwyczaje do dziś pozostają w Andaluzji równie żywe, co w Bagdadzie), po czym maluch uciekł i zamknął się w łazience. Matka zdołała jednak jakoś otworzyć drzwi, a gdy już wpadła do pomieszczenia, w furii wymierzyła chłopakowi klapsa. Trafiła w tył szyi, na skutek czego dzieciak stracił równowagę i upadając skaleczył sobie nos. Następnego dnia w gimnazjum nosem zainteresowali się nauczyciele, którzy – wysłuchawszy relacji – poinformowali o zdarzeniu odpowiednie służby. Dwa lata później (nie tylko polska Temida nie jest zbyt rychliwa) sprawa znalazła swój finał przed obliczem sędziego. A ten właściwie nie miał wyboru: zastosował istniejące prawo…

Tak, tak, podobne do tego, które w kwietniu b.r. przyrzekał dziennikarzom premier Donald Tusk. Na szczęście dla rodziców (i chyba także dzieci), jakoś mu jednak w międzyczasie przeszło.

Małżeńskie zwycięstwo gejów w Kalifornii

Homoseksualni obywatele Stanów Zjednoczonych mają dziś nie lada powód do radości. Kilka godzin temu Sąd Najwyższy stanu Kalifornia po dwóch miesiącach badania sprawy orzekł, że zarówno artykuł 300 stanowego kodeksu cywilnego, definiujący małżeństwo jako kontrakt między mężczyzną i kobietą, jak i zaaprobowana osiem lat temu przez wyborców ustawa zakazująca uznawania w Kalifornii małżeństw jednopłciowych zawartych poza jej granicami, są niezgodne ze stanową konstytucją i w konsekwencji nieważne. W praktyce oznacza to, że mieszkańcy najludniejszego (36 milionów) i najbogatszego (8. gospodarka świata) stanu Ameryki mogą od dziś zawierać legalne związki małżeńskie z partnerami tej samej płci. Prawo to mieli dotychczas tylko w jednym stanie, Massachusetts, po wyroku tamtejszego Sądu Najwyższego z listopada 2003. I choć związki cywilne (civil unions) i partnerskie (domestic partnerships) osób homoseksualnych zalegalizowało do tej pory kilkanaście innych stanów (jak również północny sąsiad USA, Kanada), aż do dziś żaden z nich nie poszedł równie daleko.

Wyrok, mimo że raczej spodziewany (kalifornijski Sąd Najwyższy nie od dziś uchodzi za jeden z najbardziej postępowych w USA, poza tym siedzibę ma w San Francisco, mieście z największym – między 20 a 33 procent – odsetkiem gejów na świecie) wstrząsnął całym krajem. Serwisy informacyjne natychmiast zapełniły się komentarzami na temat tego, jak wyrok wpłynie na sytuację osób homoseksualnych w całych Stanach. W Massachusetts pozostaje w mocy datujący się jeszcze z czasów niewolnictwa zakaz małżeństw osób mieszkających poza stanem, jeśli ich rodzinne stany nie uznają takich związków za ważne. Kalifornia takiego prawa nie posiada, co oznacza, że już 14 czerwca (data wejścia w życie postanowień wyroku) ślub z partnerem tej samej płci będzie mógł tam zawrzeć właściwie każdy Amerykanin. Trudno zatem wykluczyć scenariusz, w którym zwycięstwo zwolenników praw gejów w San Francisco ułatwia mobilizację rozproszonych dziś sił konserwatywnych i wpływa (niekoniecznie po myśli środowisk postępowych) nawet na wynik jesiennych wyborów prezydenckich.

Nie zmienia to faktu, że wyrok z zadowoleniem powitały organizacje walczące o prawa mniejszości, jak również władze Partii Demokratycznej. Nawet republikański gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger, jeszcze pół roku temu wetujący uchwaloną przez lokalny parlament ustawę dopuszczającą małżeństwa tej samej płci, wyraził radość z decyzji sądu, po czym wezwał wyborców do uszanowania nowego prawa i nieforsowania poprawki konstytucyjnej, której autorzy chcą wpisać dyskryminację do najwyższego kalifornijskiego aktu prawnego. Czy wyborcy posłuchają, przekonamy się prawdopodobnie już na jesieni.

Książę z bajki zwanej czatem

Czwartkowa Bezpieczna Jedynka, a w niej Jerzy Zawartka, Marcjanna Melnarowicz, Katarzyna Matusz, nadkom. Zbigniew Urbański i moja skromna osoba. Choć generalnie przy takiej liczbie osób w studiu nie było mi dane wyżyć werbalnie, materiał i tak ciekawy – przede wszystkim ze względu na tematykę. Bo przyznacie, że w naszych mediach o morderstwach wieńczących czatowe randki nie mówi się na co dzień zbyt wiele…

Przyszłość polskich mediów

Kilka fragmentów porannej rozmowy w TV Biznes, na którą zdecydowałem się pójść mimo infekcji toczącej migdałki (nieoczekiwany skutek przedsylwestrowego clubbingu). Zawieszam w nadziei, że ktoś się nie zgodzi.

Zielona histeria

Na Modnych Bzdurach znalazłem link do ankiety, którą Greenpeace wysłał do 14 partii politycznych biorących udział w wyborach. Tylko cztery ugrupowania (PO, LiD, Zieloni2004 i Partia Kobiet) odesłały wypełnioną ankietę. Za to lektura tego, co tam zadeklarowały, każdego, kto liznął w szkole trochę biologii, fizyki lub logiki, przyprawić może o załamanie nerwowe.

Przede wszystkim cztery wymienione partie deklarują, że aktywnie przeciwstawią się wprowadzeniu do Polski i Unii Europejskiej organizmów modyfikowanych genetycznie. Nie przejmując się tym, że, jak wskazują przeprowadzone do tej pory badania, GMO nie tylko nie stanowią zagrożenia dla środowiska czy człowieka, lecz nawet – właśnie dzięki temu, że ich genom nie wyewoluował przypadkowo, tylko został zaprojektowany – są znacznie bezpieczniejsze w uprawie i użyciu. Dzięki temu w wielu miejscach na świecie przyczyniają się dziś do poprawy warunków bytowych milionów (przeważnie biednych) ludzi – w tym kontekście można wspomnieć choćby „złoty ryż” wzbogacony w beta-karoten, będącym prekursorem witaminy A, dzięki któremu ludzkość po raz pierwszy ma szansę poradzić sobie z niedoborem tej witaminy w Azji.

Stan wiedzy na temat GMO jest dziś w Polsce opłakany (o czym zresztą pisałem przy innej okazji), głównie za sprawą niewystarczającej edukacji w dziedzinie nauk przyrodniczych na etapie podstawówki i gimnazjum, czemu zresztą winna jest najprawdopodobniej dominującą w naszym kraju filozofia edukacji jako procesu zapoznawania dziecka w pierwszym rzędzie z nieaktualnym i mało dziś przydatnym dorobkiem „cywilizacyjnym” poprzednich pokoleń. Od ogółu dzieci i młodzieży oczekuje się przede wszystkim przyswajania informacji o tym, ile lat żył Mickiewicz, co to był cud nad Wisłą, w którym roku Prus napisał „Lalkę” czy jak zapisać niewystępujące poza dyktandami słowo gżegżółka. Informacje o budowie komórki, fuzji jądrowej czy językach programowania na poziomie wyższym niż hiperpodstawowy z definicji przeznaczone są tylko dla pasjonatów, którzy zechcą zdawać na maturze biologię, fizykę czy informatykę (zamiast np. znacznie prostszej religii). Literaturę tymczasem zdać muszą wszyscy, czy im się to podoba, czy nie.

Oczywiście, trudno nie dostrzec, że taki system nauczania jest niezwykle korzystny dla polityków (im większe barany, tym łatwiej nimi manipulować), dlatego też trudno oczekiwać, że będą oni wprowadzali reformy, na skutek których mógłby się zmniejszyć odsetek ignorantów, którzy zaliczyli maturę inwokacją lub paciorkiem, a nie mają pojęcia, jak działa silnik czy skąd się wziął człowiek. I którym dzięki temu tak łatwo robić wodę z mózgów.

Ale wróćmy do wyników ankiety, bo są tam jeszcze inne kwiatki. Dwa z czterech ugrupowań opowiadają się na przykład przeciwko energetyce jądrowej – najczystszej i najbardziej ekologicznej ze znanych dziś technologii produkcji energii. Na szczęście dwie partie mające realne szanse na rządzenie, Platforma i LiD, zachowały w tym wypadku minimum rozsądku i elektrownie atomowe (z zastrzeżeniem, że chodzi wyłącznie o technologie bezpieczne) są w stanie zaakceptować.

PO żegna się jednak z rozsądkiem, gdy obok siebie pojawiają się hasła Natura2000 i ViaBaltica. Budzi to obawy, że po objęciu władzy przez tę formację możemy zatęsknić za czasami PiS, w których oddawano do użytku nawet po kilkanaście kilometrów autostrad rocznie. Co więcej, a z czego mało kto widać zdaje sobie tam sprawę, dalszy rozwój programów Natura2000 i Zielone Płuca Polski to nie tylko najlepsza droga do tego, byśmy się podusili we własnych spalinach, ale i wspaniały sposób na obcięcie skrzydeł gospodarce, choćby poprzez zarżnięcie inwestycji w infrastrukturę turystyczną. Lewicowym, quasilewicowym i pseudolewicowym partiom w to graj (im biedniejsza populacja, tym teoretycznie większy ich elektorat); jak to liberalna Platforma godzi z prorynkowymi deklaracjami, wolę się jednak nie zastanawiać.

Do wariatkowa, proszę

Ostatnie dni przyniosły dwa newsy, które każą się zastanowić nad tym, ile mamy jeszcze wolności słowa w Polsce. Pierwszy, szeroko dyskutowany: „Dziennik” opublikował treść pozwu Michnika przeciw Krasowskiemu. Drugi, mniej głośny, choć nie mniej złowrogi: 33-letni anglista został skazany na pół roku w zawieszeniu za umieszczenie w Internecie fotomontażu Jezusa z twarzą Stalina. A wszystko to w europejskim kraju, który chełpi się przestrzeganiem demokratycznych standardów, do których, jak wiemy, należą również gwarancje wolności słowa.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak osobliwie nasza sytuacja w tej dziedzinie może wyglądać dla osoby z zewnątrz. Otóż bezkarnie krytykować i wyśmiewać można sobie w Polsce właściwie tylko polityków, a i to nie wszystkich. Giertych i Wierzejski drwiny i szyderstwa przyjmują tak, jakby sprawiały im one przyjemność. Po Kaczyńskim najgorsze obelgi spływają jak po kaczce. Ale już taka Sobecka za „babsztyla” wytacza procesy, podobnie jak Hojarska za włosy na klacie. Znacznie bardziej od polityków wrażliwi na krytykę wydają się sami dziennikarze. Każdy może napisać sobie, co chce o Adamie Michniku lub Elizie Michalik, jeżeli jednak to, co napisze, nie spodoba się bohaterowi lub bohaterce artykułu, musi liczyć się z tym, że za kilka dni do drzwi może zapukać mu listonosz z wezwaniem z sądu. Najgorzej jest jednak z wolnością wypowiedzi na temat rzeczy, w które wierzą współobywatele. Absurdalność wierzenia nie gra roli (choć pewną rolę odgrywa publikacja, w której dany absurd pochodzi: za kpiny z prawd objawionych w Biblii łatwiej w Polsce zostać skazanym niż za kpiny z prawd objawionych w Koranie), chodzi tylko o to, by było to wierzenie w coś, co z naukowego punktu widzenia nie trzyma się kupy (jak widać, nasz prawodawca uznał, że nauka obroni się sama). Na przykład że świat został stworzony w sześć dni lub że pewien pan dwa tysiące lat temu trzy dni po śmierci wyszedł z grobu, po czym regularnie odwiedzał swoich znajomych, przenikając przez zamknięte drzwi ich domów.

Jakkolwiek mógłbym jeszcze zrozumieć, gdyby niedorzeczne prawo było przynajmniej konsekwentne i w ramach walki z obrażaniem uczuć religijnych tępiło rzeczy, które faktycznie mogą w religijność godzić (np. podręczniki do fizyki i biologii, uczące dzieci, że świat wcale nie powstał tak, jak utrzymuje Biblia, oraz że ludzie nie przenikają przez zamknięte drzwi), pomysł skupiania się w pierwszym rzędzie na integralności świętych obrazków (nie taki zresztą nowy – pamięta ktoś jeszcze procesy tygodnika „Wprost” za okładkę z Matką Boską Częstochowską w masce gazowej?) trudno uznać za coś innego niż szczyt paranoi. Jak każdy normalny człowiek, szanuję ludzi, którzy wymyślili rzeczy, w które wierzę, lub napisali ważne dla mnie książki. Karol Darwin, Richard Dawkins czy Steven Pinker znaczą dla mnie, jak podejrzewam, nie mniej, niż dla katolika Jezus Chrystus lub Maryja, czy dla muzułmanina Mahomet. Gdybym jednak pewnego dnia zaczął odczuwać potrzebę pójścia do sądu i domagania się ukarania kogoś za to, że zrobił karykaturę Darwina bądź fotomontaż z brzuchem Dawkinsa, prawdopodobnie natychmiast zadzwoniłbym po karetkę.

Po czym kazałbym się wieźć do najbliższego wariatkowa.


Transseksualny drób

Pewna kura w Indiach ni stąd ni zowąd zmieniła płeć. Znaczy: przeobraziła się w koguta. Stopniowo. Najpierw przestała wysiadywać jajka, wkrótce potem dała też sobie spokój z ich znoszeniem. Po dwóch miesiącach wysmuklała, po trzech – zapuściła grzebień, a po pół roku zaczęła gonić inne kury w wiadomym celu. Gdy wieść się rozniosła, właściciela świeżo upieczonego (w przenośni) koguta odwiedzili weterynarze, którzy poświadczyli zmianę płci i chcieli ptaka zabrać w celu dalszych badań, na co nie pozwolili jednak okoliczni chłopi, oddający od czasu przemiany transgenderowej kurze cześć boską.

Od lat wiadomo, że w świecie drobiu spontaniczne przypadki zmiany płci nie należą do rzadkości. Rok temu obiegły świat doniesienia z jednej ze szwedzkich kurzych farm, na której kwoka-nioska zamieniła się w koguta dosłownie z dnia na dzień, przez co zresztą jej dotychczasowy „mąż” (o wiele mówiązym imieniu Henryk VIII) nieomal stracił zmysły.

Skandynawia to jednak obszar w kwestii płci i jej granic (jak pokazują najnowsze badania: wcale nie takich ostrych, jak kiedyś uważano) niezwykle liberalny – co innego subkontynent indyjski. W sąsiadującym z Indiami Pakistanie skazano właśnie na 3 lata więzienia małżeństwo (na oko absolutnie „normalne”), bo okazało się, że pan młody (dziś postawny, brodaty mężczyzna) urodził się jako kobieta i potem przeszedł potajemnie (jawnie nie można; trwają poszukiwania lekarza, który dopuścił się zbrodni) zmianę płci. Tymczasem Koran, jak wiadomo, niczego takiego jak zmiana płci nie przewiduje, sąd musiał więc uznać, że po ślubie doszło do współżycia seksualnego dwóch kobiet. Zważywszy, że przypadki homoseksualizmu święta księga Religii Pokoju i Miłości nakazuje karać śmiercią, wspomniana para i tak bardzo musi się cieszyć. Przed małżonkami tylko kilka lat rozłąki w osobnych (ale wciąż żeńskich) więzieniach, po czym może da się jakoś uciec do kraju, w którym nikomu nie przychodzi do głowy zaglądać obywatelom pod spódnice, do spodni lub w metryki, i na tej podstawie wyrokować, czy mogą wziąć ślub, czy nie. Na razie jednak pozostaje żałować, że nie jest się kurą…

Homorodzicielstwo

Dyskutowaliście pod ostatnim postem zarówno na WordPressie, jak i Salonie, na tyle intensywnie, iż – i tak dość ostatnio zajęty – nie byłem w stanie na bieżąco odpowiadać. Czynię to zatem teraz zbiorczo, przynajmniej w odniesieniu do jednego wracającego jak bumerang w dyskusjach o małżeństwach jednopłciowych argumentu: Małżeństwo służy prokreacji. W związkach homoseksualnych nie ma mowy o prokreacji, stąd nie powinny te związki otrzymywać praw należnych heteroseksualnym małżeństwom.

Jak widzimy, chodzi tu o postulat, by instytucja małżeństwa była ograniczona tylko do ludzi, którzy płodzą dzieci i razem je wychowują. Ponieważ spełniają tym samym ważną rolę społeczną (odnawiają tkankę narodową, która potem będzie płacić im emerytury etc.), należą im się za to poświęcenie jakieś nagrody – i tymi właśnie nagrodami są przywileje, którymi cieszą się w Polsce heteroseksualne małżeństwa.

Argument powyższy, mimo że miejscami absurdalny (zakłada bowiem, że ludzie rodzą dzieci po to, by mieć emerytury, przez co człowiek zaczyna zachodzić w głowę, po co rozmnażano się przed Bismarckiem), byłby jednak do strawienia (jeśli za Marksem wierzy się, że jednostka powinna działać kierując się w pierwszym rzędzie dobrem społeczeństwa, można zachwycać się jego kolektywistyczną logiką), gdyby nie parę faktów, o których zapominają posługujący się nim przeciwnicy związków jednopłciowych:

  1. Istnieją małżeństwa bez dzieci, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.
  2. Istnieją dzieci nie urodzone w związkach małżeńskich, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.

Co więcej, gdybyśmy zastosowali ten argument do par heteroseksualnych, powinniśmy zakazać wstępowania w związki małżeńskie ludziom bezpłodnym, wysterylizowanym, używającym środków antykoncepcyjnych, kobietom po menopauzie, wreszcie każdej osobie z jakichkolwiek względów nie chcącej mieć dzieci. Poza tym niewychowujące dzieci małżeństwa winny być natychmiast z mocy prawa rozwiązywane z chwilą, gdy kobieta przestanie miesiączkować, mężczyzna popadnie w impotencję lub jeśli mimo prób nie doczekają się pierwszego potomka np. przez trzy kolejne lata.

Ktoś odpowie, że to wyjątki, aberracje. Niekoniecznie: jeśli przyjrzymy się dokładniej sytuacji w Polsce, okaże się, że z różnych przyczyn prawie połowa polskich małżeństw dzieci aktualnie ani nie płodzi ani nie wychowuje, gdyż albo już spłodziła i odchowała jedno lub parkę i dała sobie spokój, albo w ogóle rozmnażać się nie może lub (jak to ma miejsce w przypadku wielu młodych małżeństw na dorobku) na razie nie chce. W myśl logiki tych, którzy twierdzą, że małżeństwo służy prokreacji, wszystkie takie stadła w ogóle nie mają racji bytu.

Z drugiej strony we Francji czy krajach skandynawskich ponad połowa dzieci rodzi się dziś poza małżeństwami. Ich rodzice nie widzą sensu wiązania się na stałe, nie myślą o małżeństwie, wolą dzielić życie z partnerem bez formalnych wobec niego zobowiązań lub po prostu robią sobie dziecko pozostając singlem. Małżeństwo, także w Polsce, powoli przeradza się w kontrakt ekonomiczny, zawierany przez długo chodzące ze sobą pary, gdy np. trzeba zaciągnąć pożyczkę na kupno mieszkania. W cywilizowanych krajach coraz częściej dzieci robią sobie na własną rękę korzystające z banków spermy samotne kobiety po trzydziestce lub korzystające z pomocy odpowiednich ośrodków panie po sześćdziesiątce, które nie chcą stracić biologicznej szansy na potomstwo lub po prostu chcą „to” przeżyć jeszcze raz. Wszystko to pokazuje, że drogi małżeństwa i prokreacji już się rozeszły, przynajmniej w naszej części świata. Udawanie, że się tego nie dostrzega, nic tu nie zmieni.

Poza tym dochodzą dochodzi jeszcze pewien ważny fakt, o którym przeciwnicy małżeństw jednopłciowych wolą nie wspominać: homoseksualiści mogą mieć dzieci. Większość z nich, wbrew temu, w co wierzą konserwatyści, nie jest bezpłodna. Ze zrozumiałych względów łatwiej zostać rodzicem lesbijce niż gejowi (kobiecie w ostateczności wystarczy do tego facet i słoiczek), jeśli jednak ktoś ma parę znajomych lesbijek, które akurat poszukują dawcy nasienia, lub kasę na „matkę zastepczą”, płeć też przestaje być problemem.

Osób, które wspólnie z partnerem tej samej płci wychowują dzieci, też z roku na rok jest na świecie coraz więcej. Nie są to dzieci wspólne, ale nietrudno znaleźć na Zachodzie parę lesbijek z dwójką dzieci, po jednym na każdą z mamuś. Nierzadko taka para wychowuje takie dzieci na zmianę z ojcem lub parą ojców, przeważnie gejów. Niektóre państwa zauważają, że czasy się zmieniają (od niedawna możliwość posiadania przez dziecko trzech równoprawnych rodziców dopuszcza Kanada – w styczniu 2007 sąd apelacyjny prowincji Ontario uznał, że dziecko, które już ma dwóch legalnych „z automatu” rodziców: biologiczną matkę i jej żonę, ma prawo do posiadania trzeciego rodzica: biologicznego ojca), inne chowają głowę w piasek i udają, że problem nie istnieje. Co ciekawe, sam fakt istnienia dzieci z więcej niż dwojgiem rodziców wytrąca z rąk argumenty tym, którzy utrzymują, iż dziecko wychowywane w rodzinie jednopłciowej jest z definicji pokrzywdzone, gdyż nie styka się z wzorcami reagowania właściwego dla płci rodzica, którego nie ma. Według przeciwników wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe, ludzie dorastający w takich rodzinach, oprócz tego, że bez wątpienia byliby homoseksualistami, mogliby też być w przyszłości równie upośledzeni społecznie, jak ci wychowywani przez samotne matki lub samotnych ojców. Argument ten nie ma jednak żadnego naukowego potwierdzenia: z licznych badań wynika, że ani dziewczynki wychowywane przez jedną lub dwie mamusie nie wyrastają na lesbijki, ani chłopcy z jednym lub dwoma ojcami – na gejów; ich kompetencje społeczne też średnio nie odbiegają od kompetencji społecznych ich wychowywanych w heteroseksualnych rodzinach rówieśników.

Przeciwnicy homorodzicielstwa powinni już teraz zacząć się zastanawiać, co robić z dziećmi z dwoma biologicznymi rodzicami tej samej płci, których już niedługo może być na świecie całkiem sporo. Rozwój genetyki jest nieubłagany. W 2003 chińscy naukowcy stworzyli pierwszy płód, który miał trzech rodziców: 2 matki i ojca. Od tego czasu doświadczenie powtórzono kilkakrotnie w laboratoriach brytyjskich, choć – z uwagi na potencjalne protesty religijnych ekstremistów – bez szczególnego rozgłosu. Zwłaszcza że wiele rządów pod wpływem antynaukowej ofensywy fundamentalistycznych organizacji (by wspomnieć choćby Kościół katolicki, walczący z badaniami nad zarodkami i zapłodnieniem nie mniej zajadle, niż 5 wieków temu walczył z badaniami gwiazd i planet – czasy się zmieniają, jednak nienawiść do wiedzy w największej zarabiającej na głupocie instytucji świata trwa w najlepsze). Niewykluczone zatem, że za kilka lat będą się rodziły dzieci genetycznie posiadające także dwóch tatusiów – i pojawi się pytanie, dlaczego państwo zakazuje takim tatusiom, którzy przecież wychowują swoje biologiczne potomstwo, zawarcia małżeństwa, które właśnie ochronie potomstwa ma służyć. Nie mogę się doczekać, by usłyszeć, jakie argumenty wtedy pojawią się w ustach dyżurnych wrogów szczęścia własnych bliźnich.

Najśmieszniejsze, że cała ta rewolucja nastąpi bez wzbudzającego największe kontrowersje przyznawania gejom i lesbijkom prawa do adopcji, którego zresztą sami zainteresowani, jeśli wyłączyć pojedyncze wyjątki, wcale się nie domagają. Homoadopcja służy dziś właściwie tylko i wyłącznie podsycaniu niechęci do gejów w społeczeństwie (chcą dzieci, więc pedofile), gdy tymczasem znakomita większość ludzi (a homoseksualiści nie są tu wcale wyjątkami) ani myśli adoptować cudze dzieci (i inwestować tym samym własne środki w sukces reprodukcyjny innych osobników), jeśli tylko może sobie pozwolić na własne. Ewolucja od początku życia na Ziemi karze takie zachowania bezlitośnie: geny frajera, który zajmuje się nie swoim potomstwem, szybko zostają wyparte przez geny spryciarzy, którzy są w stanie podrzucać społeczeństwu swe „kukułcze jaja”.

To, o co chodzi gejom i lesbijkom na całym świecie, to rozwiązania prawne, które umożliwiłyby zauważenie przez prawodawcę istnienia jednopłciowych rodzin z dziećmi – i ułatwienia im życia, choćby przez dopuszczenie prawnej możliwości posiadania przez dziecko dwóch rodziców tej samej płci (co, jak pokazuje przykład kanadyjski, wcale nie musiałoby wykluczać posiadania trzeciego rodzica płci odmiennej). Wbrew pozorom rodzin, które by na tym skorzystały, wcale nie jest ich w Polsce mało, rzadko jednak ujawniają się przed urzędami z obawy przed problemami, które mogłyby mieć w państwie, którego politycy zastanawiają się aktualnie, w jaki sposób zakazać homoseksualistom chodzenia na basen. Zwłaszcza z dziećmi.

Parada nierówności

Jutro Parada Równości – doroczny marsz, który osoby homo-, bi- i transseksualne urządzają w ramach walki o prawa równe tym, którymi cieszą się rządzący w Polsce heteroseksualiści. Z tej okazji dziś (dla laików i nie tylko) post o bodaj najważniejszym z praw, o które walczą mniejszości seksualne: prawie do zalegalizowanie związku z ukochaną osobą. Czyli do zawarcia małżeństwa (choć niekoniecznie pod tradycyjną nazwą).

Małżeństwo na pierwszy rzut oka wydaje się ludziom bardziej kwestią psychologiczną lub symboliczną, niż prawno-ekonomiczną. Pozory nie do końca odpowiadają faktom: wystarczy, że tylko jedna osoba w związku pracuje, by para hetero, wiążąc się świętym węzłem małżeńskim, była sobie w stanie zredukować o połowę ilość płaconych podatków – zabieg, o którym nie może w Polsce marzyć żadna para homo. A przywileje małżeństw nie kończą się na podatkach… Są jeszcze tak „mało istotne” rzeczy, jak ustawowe dziedziczenie wypracowanych razem dóbr, wspólność majątkowa, prawo do opieki nad chorym towarzyszem życia lub wspólnie wychowywanym dzieckiem jednego z partnerów, renta po tragicznie zmarłym partnerze i inne „drobiazgi”, bez których załatwienia życie partnerów, zwłaszcza gorzej usytuowanych, może zmienić się w gehennę. Oczywiście, część tych rzeczy naprawdę kochająca się para tej samej płci może sobie załatwić podpisując pewną liczbę umów cywilnoprawnych i latając z nimi po urzędach pocztowych, bankach i notariuszach (jeśli tylko ma na to pieniądze). Tyle że wszystko to wymaga poświęcenia czasu i środków – tymczasem heteroseksualiści wszelkie przewidziane w kodeksach prawa dotyczące partnerów dostają hurtowo i jednorazowo, mówiąc sobie tak przed księdzem lub urzędnikiem. Co znamienne, ułatwienie życia 4 procentom populacji w żaden, najmniejszy nawet sposób, nie wpłynie – bo wpłynąć nie może – na sytuację zwykłej, heteroseksualnej rodziny. Kobiety i mężczyźni w parach heteroseksualnych wzajemną atrakcyjność, chęć legalizacji związku czy pragnienie posiadania dzieci odczuwają niezależnie od tego, czy urzędy państw, w których mieszkają, pozwalają parom homo brać śluby, czy nie. Ludzie tak samo zakochują się w sobie w Chinach, Indonezji, Estonii, Kamerunie, jak w Holandii czy Hiszpanii – są wszak ludźmi. Za instynkty i zachowania takie jak miłość odpowiadają neuroprzekaźniki występujące w mózgu każdego człowieka niezależnie od kultury.

Nie ma też jak dotąd dowodów na twierdzenie, że pozwolenie gejom i lesbijkom na rejestrowanie związków, a nawet na zawieranie małżeństw, wywiera jakikolwiek wpływ na małżeństwa żyjących wokół heteroseksualistów, ich trwałość czy pożycie. W żadnym z państw, w których zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe, ani nie skoczyła w konsekwencji tego posunięcia krzywa rozwodów, ani nie zmalał przyrost naturalny.. Ba, jeśli przyjrzeć się bliżej, wychodzi, że w bardziej konserwatywnych Stanach Zjednoczonych (na 50 stanów same sex marriages legalne są tylko w jednym; większość stanów nie dopuszcza nawet związków partnerskich) rozwodzi się znacznie wyższy procent wstępujących w związki małżeńskie, niż w liberalnej, uznającej małżeństwa jednopłciowe Kanadzie. Zachodnioeuropejskie kraje akceptujące związki partnerskie, np. Wielka Brytania czy Francja, notują znacznie wyższy przyrost naturalny niż walczące z takimi rozwiązaniami Rosja czy Łotwa. Hiszpania i Polska jeszcze niedawno miały porównywalną liczbę mieszkańców – dziś w zlaicyzowanym, odchodzącym od katolicyzmu Królestwie Juana Carlosa mieszka ok. 8 milionów ludzi więcej, niż w forsującej wartości chrześcijańskie Rzeczypospolitej Giertycha i Kaczyńskich.

Najważniejszym argumentem tych, którzy odmawiają parom męsko-męskim i damsko-damskim prawa do zawarcia związku, jest powtarzane w kółko zaklęcie: Małżeństwo jest i zawsze było związkiem mężczyzny (w domyśle jednego) i (również jednej) kobiety. Zaklęcie to, choć robi furorę wśród homofobów po obu stronach Atlantyku, podejrzane wyda się każdemu, kto choć trochę orientuje się w historii i antropologii, tudzież w tym, co aktualnie dzieje się na świecie. Zdarzało się bowiem i wciąż zdarza (np. na Bliskim Wschodzie czy wśród mormonów), że małżeństwo łączy więcej niż dwie osoby: czymże bowiem są związki poligamiczne, jeśli nie stadłami jednego mężczyzny z większą liczbą kobiet, które to kobiety dzieląc ze sobą łoże i mężczyznę, znajdują się de facto także ze sobą w czymś w rodzaju związku małżeńskiego… W czystej formie małżeństwa dwóch osób tej samej płci istniały poza tym w różnym czasie w niejednej kulturze. W starożytnym Rzymie cesarze i dostojnicy poślubiali czasami eunuchów (zrobili to m.in. Neron i Dioklecjan). Cesarz Heliogabal miał kilkunastu mężów, których wybierał sobie spośród najprzystojniejszych i najbardziej męskich atletów, co nie przeszkadzało mu jednocześnie mieć też kilku żon. Nawet Juliusz Cezar oskarżany był o to, że dla pieniędzy poślubił w młodości bogatego patrycjusza (tak czy owak nie był mu chyba zbyt wierny, skoro mówiono wtedy w Rzymie o późniejszym zdobywcy Galii „żona wszystkich mężów i mąż wszystkich żon”). Przejściowe małżeństwa między starszymi mężczyznami a wchodzącymi w życie młodzieńcami istniały w kongijskim plemieniu Azande i w chińskiej prowincji Fucien, zawierali je też czasami północnoamerykańscy szamani. Współcześnie małżeństwa jednopłciowe są dopuszczalne i uznawane przez państwo za równorzędne małżeństwom osób odmiennej płci w Holandii, Belgii, Hiszpanii, Kanadzie i Republice Południowej Afryki. Można je również zawierać w amerykańskim stanie Massachusetts, uznaje je również na swoim terytorium państwo Izrael. Co więcej, kolejne państwa rozważają ich legalizację: w tym momencie są to Argentyna, Szwecja, Norwegia, Islandia oraz stany Kalifornia, Connecticut i Rhode Island. Zrównane lub prawie zrównane prawnie z małżeństwami związki partnerskie istnieją m.in. we wszystkich krajach skandynawskich, w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii, Szwajcarii, Luksemburgu, Czechach, Słowacji, Andorze, Meksyku oraz w wielu stanach amerykańskich i brazylijskich. Wreszcie uznane przez państwo konkubinaty osób tej samej płci, nawet bez wymogu ich rejestracji, cieszą się ograniczonymi prawami w krajach takich jak Węgry, Chorwacja, Portugalia, Kolumbia, Włochy i Australia (we wszystkich tych państwach myśli się aktualnie także nad wprowadzeniem związków partnerskich). Jeśli dodamy do siebie liczbę obywateli wymienionych krajów, okaże się, że w tym momencie co szósty mieszkaniec globu mieszka w państwie, które na całości lub części swego terytorium uznaje małżeństwa, związki lub choćby konkubinaty dwóch osób tej samej płci. Co więcej, małżeństw jednopłciowych, nawet tam, gdzie nie są legalne, udzielają niektóre Kościoły protestanckie, czego przykładem United Church of Christ i prawie wszystkie odłamy judaizmu reformowanego. Jak zatem jasno widać, współcześnie nie istnieje nic takiego jak jeden obowiązujący absolutnie i powszechnie heteroseksualny model małżeństwa i rodziny.

Gdybyśmy nawet założyli, że tradycyjnie małżeństwa były zawierane wyłącznie między kobietami i mężczyznami (co, jak już powiedziano, nie jest do końca prawdą), i tak z tego, że coś do tej pory jakoś wyglądało, nie wynika, że zawsze tak wyglądać musi. Tradycyjnie przez wiele tysięcy lat istniało na świecie społecznie aprobowane niewolnictwo – nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie powie dziś, że posiadanie i wykorzystywanie innych ludzi jest w porządku. Kobiety w tradycyjnych społecznościach wschodnich i zachodnich traktowane były jak zwierzęta lub przedmioty – współcześnie jednak większość cywilizowanego świata zgadza się, że jest to niedopuszczalne i piętnuje na swoim podwórku dyskryminację ze względu na płeć. Jeszcze na początku XX wieku w większości Stanów Amerykańskich czarny mężczyzna nie mógł poślubić białej kobiety – jednak regulacja ta wylądowała w śmietniku historii, gdy w powszechnej świadomości utrwaliła się świadomość faktu, że ludzie powinni być równi w obliczu prawa bez względu na kolor skóry.

Małżeństwo nie istnieje obiektywnie, jak np. welon czy obrączka – nie możemy go dotknąć, zmierzyć, zważyć. Jest prawnie usankcjonowaną umową między ludźmi – czyli istnieje tylko w takim zakresie, w jakim ludzie zgadzają się, że istnieje. Z tego, że jacyś ludzie 2 albo 3 tysiące lat temu umówili się, że będą nazywać małżeństwem tylko związek kobiety i mężczyzny, nijak nie wynika, że współcześnie musimy tych ustaleń przestrzegać. Nie kamienujemy już młodych żon tylko dlatego, że ich mężowie twierdzą, iż w chwili ślubu nie były dziewicami, jak to zwykli (za radą swego boga, zapisaną w Księdze Powtórzonego Prawa: 22,22-24) czynić Hebrajczycy; nie pozwalamy (przynajmniej rdzennym Polakom – prawodawcy nie wiedzą jednak wciąż, czy prawo to należy stosować w odniesieniu do Romów) na małżeństwa z małymi dziewczynkami, które były normą na ziemiach polskich 600 lat temu (dość wspomnieć casus Jadwigi i Jagiełły); nie palimy też kobiet na stosie tylko za to, że potrafią pływać. Trudno więc znaleźć powód, dla którego nie mielibyśmy zmienić swego stosunku do wymogu różnej płci osób zawierających małżeństwo. Wiele otaczających nas pojęć, których definicje biorą się z umowy między ludźmi, było w historii renegocjowanych. Przykładem pojęcia narodu (w naszym dzisiejszym rozumieniu wymysł XVI-wieczny; co ciekawe oznacza zbiór wysoce nieostry – vide sytuacja Kopernika i Chopina – i niestabilny: wspólnoty narodowe nierzadko pojawiają się i znikają wraz z państwami, jak to miało miejsce np. z Jugosłowianami, mogą też być tworzone sztucznie na mocy dekretów politycznych: Stalin podzielił swego czasu turkojęzycznych mieszkańców stepów Turkiestanu na Kazachów, Uzbeków, Turkmenów i Kirgizów, i tak już zostało), człowieka (bywało, że wielcy filozofowie na poważnie zastanawiali się, czy ludźmi są Czarni, Czerwoni, kobiety) czy obywatela (w I Rzeczypospolitej na przykład obywatelami byli tylko szlachetnie urodzeni – czyli 8 procent mieszkańców państwa, w III prawami obywatelskimi cieszą się niemal wszyscy), dlaczego by zatem nie renegocjować i zakresu znaczeniowego małżeństwa? Nikt z tego powodu nie umrze, nikomu nie spadnie stopa życiowa, za to kilka milionów Polaków przestanie czuć się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii.