Archiwum dla słowa kluczowego: Psychologia

Święta jako źródło cierpień?

Wieczór w Radiu Dla Ciebie sprzed dwóch godzin, i moja obrona Wielkanocy przed Robertem Łuchniakiem. Kto posłucha, dowie się ponadto, jak przeżyć przedświąteczne jajeczko w pracy i niedzielno-poniedziałkową wyżerkę z rodziną, co zrobić, by po drodze nie utyć, i w jaki sposób we wtorek wrócić do pracy wypoczętym i pełnym zapału:

Syn w obronie matek

Modelowe wystąpienie publiczne: Zach Wahls, 19-letni student University of Iowa, kontra lokalni politycy, zdeterminowani, by uchwalić prawo, które uprzykrzy życie kolejnej grupie obywateli.

Trzyminutowe przemówienie Wahlsa miało miejsce 1 lutego w Izbie Reprezentantów stanu Iowa, w trakcie konsultacji obywatelskich na temat zgłoszonej przez Republikanów poprawki do stanowej konstytucji, której celem jest zmiana definicji małżeństwa (ze związku dwóch osób na związek „kobiety i mężczyzny”). Poprawka ma nikłe szanse, by wejść w życie, gdyż stanowy Senat wciąż kontrolują Demokraci. Ba, po dwukrotnym uchwaleniu przez obie izbie parlamentu w dwóch następujących po sobie latach, zmianę konstytucji w Iowa muszą dodatkowo przyjąć obywatele w referendum. Gdyby jednak Republikanom jakimś cudem udało się spełnić te wszystkie warunki, pary jednopłciowe w Iowa straciłyby (przynajmniej na pewien czas) prawo do zawierania małżeństw.

Gwoli wyjaśnienia: mieszkający w Iowa geje i lesbijki mogą legalizować swe związki na zasadach identycznych z heteroseksualistami od wiosny 2009, kiedy to stanowy Sąd Najwyższy jednogłośnie orzekł, że wcześniej obowiązujący zakaz małżeństw jednopłciowych łamie gwarantowaną w konstytucji zasadę równości obywateli wobec prawa. Gdybyż polskie sądy były równie odważne…

Wyrok, wprowadzający Sodomę i Gomorę w samym sercu konserwatywnej Ameryki, wywołał furię fundamentalistów religijnych i zapowiedzi rychłej kary boskiej. Ta co prawda nie nastąpiła (trudno uznać za nią kryzys, który dotknął USA jeszcze przed przyznaniem gejom i lesbijkom równych praw w Iowa), niemniej wybory w listopadzie 2010 wygrali w Stanach (z przyczyn związanych nie tyle z kwestiami LGBT, ile ze wspomnianym już kryzysem) Republikanie. Głównie za sprawą atrakcyjnych haseł ekonomicznych, ale kto by dziś o tym pamiętał?

Jak zawsze i wszędzie, znacznie atrakcyjniejszą opcją niż uzdrawianie finansów publicznych, redukowanie wydatków czy obniżanie podatków, okazała się bowiem dla polityków legislacyjna nagonka na mniejszości (uniwersalny kozioł ofiarny). Gdzie się tylko da, niedawni zwolennicy ograniczania ingerencji rządu w sprawy obywateli, forsują dziś ograniczanie praw Latynosów (zaostrzanie praw przeciw nielegalnym emigrantom, walka z używaniem języka hiszpańskiego w miejscach publicznych) i mniejszości seksualnych. Dość wspomnieć, że poprawki konstytucyjne zakazujące małżeństw jednopłciowych przeszły właśnie w parlamentach w Indianie i Wyoming. Skończyć z udzielaniem ślubów gejom i lesbijkom chcą nawet Republikanie w hiperlibertariańskim, nowoangielskim New Hampshire. Czyż w zestawie mogło więc zabraknąć konserwatystów z rolniczego Iowa?

Cała rozróba w Iowa, od początku obliczona przede wszystkim na efekt (od początku wiadomo było, że prawo nie ma szans w tej sesji, czego to jednak polityk nie zrobi, by pokazać wyborcom, że coś robi?) odbiła się jednak konserwatystom mocną czkawką właśnie za sprawą Wahlsa i jego krótkiego arcydzieła współczesnej retoryki. Nagranie poruszającego wystąpienia szybko zawojowało YouTube’a i Facebooka, a samemu autorowi przyniosło niespodziewane i bezprecedensowe (bo pozytywne) publicity. Dość wspomnieć, że w ciągu kilku dni od wizyty w stanowym parlamencie wystąpił na żywo w niemal wszystkich ogólnoamerykańskich serwisach informacyjnych, gdzie musiał m.in. odpowiadać na pytania o plany polityczne. Aktualnie odbywa małe tournee po liberalnych talk showach – jako żywy symbol tego, czym dla dzieci kończy się homorodzicielstwo.

W ten sposób jedno krótkie wystąpienie w prowincjonalnym parlamencie wywołało lawinę, która – jak wszystko na to wskazuje – może zmienić postrzeganie gejów, lesbijek i ich dzieci w mniej im dotąd przychylnej części Stanów Zjednoczonych. Jeszcze do niedawna, kiedy przeciętny, konserwatywny mieszkaniec Środkowego Zachodu i Południa (w miastach Północy i na Zachodnim Wybrzeżu geje od lat są już widoczni) myślał o osobach LGBT, przed oczami stawała mu przegięta ciotka, banda wąsatych skórzaków z Village People lub dwie próbujące się objąć tłuste lesbijki. Bez względu na to, czy te stereotypy odpowiadały rzeczywistości, czy nie, ich siła była nie do przecenienia. Dla przeciętnego człowieka, nawet jeśli sam ma nadwagę i nosi wąsy, takie obrazy nie są atrakcyjne. Trudno się więc dziwić, że w konsekwencji ich zakorzenienia, większość Amerykanów wciąż nie widzi problemu w odmawianiu „odmieńcom” równych praw: są inni, brzydcy lub choćby obleśni, więc w zgodzie ze znanym psychologom efektem aureoli przypisuje się im inne negatywne cechy (rozwiązłość, AIDS, postawę roszczeniową, chęć zniszczenia amerykańskiego stylu życia i rodziny) i chętnie dyskryminuje.

Podłoże dyskryminacji ma charakter kulturowy i religijny (wrogowie równych praw dla gejów i lesbijek – w tym także prawa do uprawiania seksu – chętnie podpierają się potępiającymi stosunki męsko-męskie ustępami ze swych świętych ksiąg), sęk jednak w tym, że Ameryka to kraj formalnie laicki, więc prawo nie powinno w nim bazować ani na Piecioksięgu, ani na Szariacie. Konserwatyści argumentują zatem, że ograniczać prawa par jednopłciowych trzeba przede wszystkim ze względu na dzieci, toż bowiem wiadomo, że dziecko wychowywane przez dwie matki lub dwóch ojców, jeśli nawet jakimś cudem nie zarazi się homoseksualizmem (w konsekwencji czego zostałoby skazane na wieczne męki w piekle – bo przecież Pan Bóg gejów nie lubi), to na pewno skończy jako wyrzutek, kryminalista lub osoba głęboko upośledzona społecznie.

Nic dziwnego, że przy takim nastawieniu nagłośnione w mediach wystąpienie Zacha musiało wywołać – i wywołało – w konserwatystach za oceanem głęboki szok. Oto zobaczyli młodego człowieka, który – mimo że wyrastał w rodzinie homoseksualnej – jest przystojny i elokwentny, mówi w sposób jasny, logiczny i wyrazisty, może pochwalić się osiągnięciami, o których większość mogłaby tylko marzyć dla swych dzieci, a przede wszystkim nie boi się stanąć przed światem w obronie swych prześladowanych rodziców. Jednym słowem dziecko, które każdy chciałby mieć. I młody człowiek, którego rodziny i domu nikt, kto o sobie dobrze myśli, nie będzie chciał skrzywdzić.

Taka konfrontacja musi wywołać spory dysonans poznawczy. Ludzie kierujący się w życiu przesądami i uprzedzeniami często nie przyjmują do wiadomości tego, co nie zgadza się z ich światopoglądem, jeśli zostanie im to podane jako sucha informacja. Zach Wahls i jego matki to jednak osoby z krwi i kości. Ba, cały przekaz otaczający rodzinę musi w przeciętnym, zwłaszcza biedniejszym Amerykaninie budzić żywe emocje i silną identyfikację: biologiczna matka chłopca jest ciężko chora, przybrana matka jest aktualnie bezrobotna, i tylko dzięki temu, że stan Iowa uznaje ich małżeństwo, ma prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Nadzieją rodziny jest syn – All American Boy, o którym teraz mówi cały kraj.

Co z tego mówienia wyniknie, zobaczymy. W międzyczasie pozostaje trzymać za kciuki za chłopaka i jego mamy – i czekać na polskiego Zacha. Nad Wisłą, gdzie postrzeganie gejów i lesbijek niespecjalnie odbiega od wzorców z Południa USA, środowisko LGB i ich najbliższych wciąż reprezentują „odmieńcy” typu egzaltowanego, wiecznie prześladowanego Biedronia czy poprzekłuwanego w różnych otworach Piroga – jednym słowem typy ludzkie, które statystyczny Polak omija na ulicy szerokim łukiem. Dopóki to się nie zmieni, dopóki symbolem walki o równe prawa gejów, lesbijek i ich dzieci nie stanie się ktoś, kogo ten Polak chętnie zobaczyłby wśród swoich przyjaciół i najbliższych, ba, do kogo chciałby, by były podobne jego dzieci, próżno czekać na zmianę postaw wobec gejów i lesbijek i idącą za nią legalizację związków jednopłciowych.

Wady i zalety wymiany obrączek

Żenić się, czy nie? Radzą Maria Czubaszek i Tomasz Łysakowski.

 

Czkawka po dopalaczach

Gdyby wnioski na temat tego, co się dzieje w Polsce, wyciągać z tego, co pokazują i piszą w mediach, trzeba by uznać, że – przynajmniej od tygodnia – naród nad Wisłą żyje głównie dopalaczami. Dla niezorientowanych: chodzi o różnorakie legalne dotąd środki, od mało groźnej szałwii, przez sproszkowanego muchomora czerwonego (swoją drogą, ciekawe, czy policja planuje naloty na lasy, w których grzyb ten w tym momencie dość obficie owocuje?), po rozmaite chemiczne związki o mniej lub bardziej psychodelicznym charakterze, których jedynym wspólnym mianownikiem jest fakt, że rząd, przy czynnym wsparciu zaprzyjaźnionych koncernów medialnych, wybrał je sobie na kozła ofiarnego w nadchodzącej kampanii samorządowej.

Akcja pod względem pi-arowskim została przygotowana bez zarzutu: najpierw dostaliśmy ostrą nagonkę medialną, wywołaną kilkoma przypadkami hospitalizacji nastolatków, ponoć po dopalaczach (bez wyróżniania konkretnej substancji i sprawdzenia, jak często młodzi ludzie lądują w szpitalach po przedawkowaniu alkoholu czy np. po wypadkach na deskorolkach czy motocyklach, o niebo bardziej – według tej logiki – zasługujących na delegalizację?), następnie pikiety rodziców przed sklepami z dopalaczami (mało kto podkreślał w wiadomościach, że pikietowali głównie radni PO) i akcje modlitewne młodzieży o delegalizację obrotu tymi substancjami (do których, o dziwo, wzywały media mało z konserwatyzmem kojarzone), wreszcie premier zapowiedział rozprawę ze sklepami „w sposób brutalny” i policję wysłał, by w weekend sklepy pozamykała.

Większość akcji, jak wydaje się już dziś, nie do końca została jednak umocowana w istniejącym prawie, skarb państwa czekają długie procesy ze strony właścicieli sklepów, najpierw w Polsce, a potem pewnie też w Strasburgu. Znając życie, sprawy będą jedna po drugiej wygrywane, a odszkodowanie, jak zwykle, zapłaci nie premier Tusk i nie zarząd PO, tylko budżet skarbu państwa – czyli my, podatnicy (nawiasem mówiąc, kto jeszcze pamięta wakacyjne podwyżki VAT-u i innych danin?). Sklepy też (choć może pod inną nazwą) wrócą, w tej czy innej postaci: liczba rzeczy i substancji, które młodzi ludzie są w stanie zjeść, wciągnąć lub wstrzyknąć sobie tylko po to, by zrobić wrażenie na kolegach bądź „zaliczyć kolejny zjazd”, jest właściwie niewyczerpana. Choć zapewne ich właściciele dla świętego spokoju poczekają z ponownym otwarciem do listopadowych wyborów, które… no jak Państwo sądzicie, kto wygra?

Na przystawkę program o psychologii używania przez młodzież substancji psychoaktywnych z piątkowego Radia Dla Ciebie:

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które znajdziemy na okładce, książka nie traktuje o żadnej nowej dyscyplinie naukowej, a tym bardziej paranaukowej. Przeciwnie, przy bliższych oględzinach okazuje się być sprawnie napisaną antologią mało znanych, za to często bardzo ważnych badań z zakresu psychologii.

Opisane eksperymenty w oczach autora (i zapewne także większości czytelników) mają jedną wspólną cechę: ludziom, którzy pierwszy raz o nich usłyszą, na ogół wydadzą się „dziwne”: wydumane, naciągane, niepotrzebne, przekombinowane czy odjechane (wiele z opisanych eksperymentów otrzymało IgNoble’a, inne miałyby na niego wielkie szanse, gdyby jurorzy nagrody się o nich dowiedzieli). Oczywiście, nie znaczy to wcale, że badania te były niepotrzebne: znaczna ich część podważa nasze codzienne wierzenia i utrwalone sądy o świecie, zwłaszcza jeśli dają wyniki, których nie tylko nikt się nie spodziewa, ale które nawet mało kto potrafi wytłumaczyć.

Jedno z takich badań Wiseman przeprowadził osobiście na zlecenie Brytyjskiego Towarzystwa Krzewienia Nauki (BAAS) w 2001 roku. Dotyczyło astrologii finansowej, młodej paradyscypliny, która cieszyła się wówczas w UK sporym zainteresowaniem graczy giełdowych. Według jej twórców i promotorów, przyszłość przedsiębiorstwa, tak jak i przyszłość człowieka, zapisano w gwiazdach. Odpowiednio przeszkolony astrolog może (posiłkując się datą i godziną założenia spółki oraz rozmaitymi ascendentami) ten zapis odczytać i przewidzieć na jego podstawie bliższą i dalszą przyszłość firmy, także na rynku papierów wartościowych.

Weisman postanowił sprawdzić, jaką rzeczywistą skuteczność mają tego rodzaju przepowiednie. Zaprojektowane przez niego badanie miało porównać trafność, z jaką ruchy na giełdzie i przyszłe zyski przewidywać będą: profesjonalny astrolog finansowy, uznany doradca inwestycyjny i czteroletnie dziecko. Każdy z uczestników badania miał otrzymać 5 000 funtów, które następnie miał zainwestować na giełdzie zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą, tak by uzyskać jak najwyższe zyski. Po tygodniu planowano przeliczyć wartość aktywów i wyłonić zwycięzcę: gracza, który uzyskał najlepszy wynik finansowy.

Jeszcze przed rozpoczęciem właściwego badania pojawił się jednak mały problem – ale oddajmy głos Weismanowi:

Niełatwo znaleźć astrologa gotowego do wzięcia udziału w tego rodzaju badaniu. Znaczna większość nie ma ochoty na poddanie swoich przewidywań testowi, a pozostali rzadko zgadzają się na warunki typowe dla eksperymentu naukowego. W tym przypadku po wykonaniu kilkudziesięciu telefonów znaleźliśmy kobietę zawodowo zajmującą się astrologią finansową, która przyjęła wyzwanie. Jak wyjaśniła, nasz projekt wydał jej się okazją do dobrej zabawy.

Chętny do sprawdzenia swych umiejętności analityk inwestycyjny znalazł się znacznie szybciej (wystarczyło kilka telefonów). Trzecim uczestnikiem została czteroletnia córka znajomej Weismana, Tia. Po skompletowaniu uczestników rozpoczęto właściwy eksperyment:

Każdy z uczestników mógł zainwestować pieniądze w dowolną ze stu największych firm notowanych na brytyjskiej giełdzie papierów wartościowych. Po drobiazgowej analizie dat utworzenia przedsiębiorstw pani astrolog szybko zdecydowała się na akcje kilku spółek z różnych branż, między innymi telekomunikacyjnej i zaawansowanych technologii (Vodafone, Emap, Baltimore Tech i Pearson). Profesjonalny inwestor, czerpiąc z bogatego siedmioletniego doświadczenia zawodowego, postawił na branżę telekomunikacyjną (Vodafone, Marconi, Cable & Wireless i Prudential).
Chcieliśmy, aby Tia wskazała swoje typy w sposób całkowicie losowy. Dziewczynka chętnie zgodziła się na zmyślną metodę wyboru, w której wykorzystaliśmy drabinę i wielką płachtę papieru. W rezultacie 15 marca 2001 roku o godzinie jedenastej pięćdziesiąt pięć znalazłem się na szczycie niemal dwumetrowej drabiny w marmurowym holu Barclay’s Stockbrokers. Poniżej czekali cierpliwie Tia i niewielka widownia złożona z czołowych brytyjskich inwestorów. Jedną ręką trzymałem się kurczowo drabiny, w drugiej dzierżyłem sto maleńkich karteczek papieru; na każdej z nich znajdowała się nazwa jednej z firm. Równo z wybiciem dwunastej podrzuciłem wysoko w powietrze karteczki, które zaczęły opadać, wirując, ku ziemi. Tia złapała cztery z nich i podała je swojej mamie, która ogłosiła, że jej córka zainwestuje pieniądze w znany bank (Bank of Scotland), konsorcjum popularnych napojów (Diageo), grupę świadczącą usługi finansowe (Old Mutual) i jedną z największych sieci supermarketów (Sainsbury). Widzowie zaczęli bić brawo, a Tia dygnęła przed niewielką, choć przyjaźnie nastawioną widownią.

Badanie było zabawne i sympatyczne, kiedy jednak po pewnym czasie jedna z wiodących brytyjskich firm inwestycyjnych, Barclay’s Stockbrokers, dokonała wyceny tych portfeli, wszystkim poza Tią mocno zrzedły miny:

Po upływie tygodnia (…) sprawdziliśmy [po raz pierwszy] wyniki. Przez kilka poprzednich dni na giełdzie występowały wyjątkowo silne zawirowania, a obroty sięgające miliardów dolarów obniżyły drastycznie wartość największych koncernów na świecie. Co ciekawe, krachu nie przewidział żaden z naszych ekspertów, nic zatem dziwnego, że cała trójka straciła część pieniędzy. Najgorzej poszło specjalistce od astrologii finansowej, której przepowiednie oparte na układzie planet doprowadziły do straty wynoszącej 10,1 procent. Zawodowy inwestor zajął drugie miejsce z stratą 7,1 procent, a na czele stawki znalazła się Tia, której portfel skurczył się zaledwie o 4,6 procent. (…)
Ponieważ tydzień to w świecie finansów niezbyt odległa perspektywa, postanowiliśmy kontynuować eksperyment przez następny rok. Kolejnych dwanaście miesięcy okazało się trudnym okresem dla światowych finansów – indeks giełdowy spadł o 16 procent. Niemal rok po pierwszym eksperymencie poprosiliśmy Barclay’s Stockbrokers o ponowne obliczenie wartości portfeli trójki uczestników. Tym razem różnice okazały się jeszcze większe. Zawodowy inwestor stracił 46,2 procent funduszy. Specjalistka od astrologii finansowej poradziła sobie znacznie lepiej, choć i ona zanotowała stratę – 6,2 procent. Pierwsze miejsce ponownie zajęła Tia, której mimo powszechnych spadków udało się uzyskać 5,8 procent zysku.

Nie są to wyniki odosobnione. W 1993 szwedzki dziennik Expressen przydzielił pulę 1250 dolarów pięciu doświadczonym inwestorom i szympansowi o imieniu Ola. Pieniądze mogły zostać przeznaczone wyłącznie na akcje spółek notowanych na sztokholmskiej giełdzie papierów wartościowych. Inwestorzy wybierali firmy kierując się swą najlepszą wiedzą, Ola zdecydował, rzucając strzałkami w tarcze z nazwami spółek. Po miesiącu gazeta porównała zyski i straty uczestników: Ola uzyskał lepszy wynik niż którykolwiek z ludzkich uczestników. Pod wpływem tego i podobnych badań Frederic S. Mishkin jeden z rodziałów swego podręcznika „The economics of money, banking, and financial markets” zatytułował wprost „Should you hire an ape as your investment adviser?” („Czy powinieneś w roli doradcy inwestycyjnego zatrudnić małpę?”).

Te wyniki szokują. Przede wszystkim dlatego, że sugerują, iż potencjalny sukces na giełdzie jest odwrotnie proporcjonalny do wiedzy na temat rynku akcji. Gdyby brać je absolutnie poważnie, trzeba by uznać, że dla giełdowego gracza pójście do wróżki lub astrologa z pytaniem o to, w co zainwestować, jest (przynajmniej w aspekcie długofalowym) bardziej racjonalnym posunięciem niż pójście do analityka finansowego lub powierzenie swoich pieniędzy kierowanemu przez takich analityków funduszowi inwestycyjnemu. I że jeszcze racjonalniejsze będzie po prostu zapytanie o zdanie dziecka lub szympansa.

Kluczem jest prawdopodobnie losowość. Wybór dokonany przez astrologa ma większe szanse być wyborem losowym niż wybór dokonany przez analityka, bo ten pierwszy na ogół mniej wie o rynkach finansowych, niż ten drugi. Decyzja dokonana przez małe dziecko lub zwierzaka jest tymczasem już czysto losowa. Jeżeli w kolejnych eksperymentach okazuje się bardziej trafna (= przynosi większe pieniądze), niż wybory analityków i astrologów, oznaczać to może, że istnieje jakiś czynnik zakłócający, wystepujący u dorosłych ludzi i sprawiający, że dokonywane przez nich wybory mają mniejsze szanse przynieść zysk, niż wybory czysto losowe. Takim czynnikiem mogłaby być na przykład wiedza o funkcjonowaniu giełdy.

Przy bliższym spojrzeniu okazuje się jednak, że być może graczom wcale nie musiałaby szkodzić wiedza o tym, co dzieje się na giełdzie, tylko jej charakter. Być może szkodzi w grze giełdowej przede wszystkim ta wiedza, którą dzielimy z innymi grających (jeśli nie mamy żadnych dodatkowych informacji). Jeżeli bowiem przyjmiemy, że w swych racjonalnych wyborach gracze kierują się dostępnymi im w danej chwili informacjami, a informacje pochodzą na ogół z tych samych źródeł (głównie z mediów), musimy uznać, że wszyscy interesujący się giełdą gracze powinni en masse podejmować podobne decyzje. Robiąc tak, wpadają jednak w pułapkę: nie od dziś wiadomo, że na giełdzie prawdziwe pieniądze robi się nie na kupowaniu tego, co aktualnie kupują inni (i co z tego tylko powodu ma na ogół w tym momencie zawyżoną cenę), lecz na kupowaniu tego, co dziś wyprzedają, a co jutro znacznie drożej od nas kupią. Tylko skąd czerpać wiedzę o tym, na co jutro polecą inwestorzy?

Na pewno nie z mediów (a przynajmniej nie z tych mainstreamowych – bo nasi konkurenci, czyli ci, których musimy ograć, by wygrać, też mają do nich dostęp). Jeśli w środkach masowego przekazu pojawia się jakaś informacja (np. że dana firma podpisała korzystny kontrakt), dowiadują się o tym wszyscy. Tysiące drobnych ciułaczy i maklerów obracających większymi kwotami podejmuje potem łatwą do przewidzenia decyzję: kupuje akcje dobrze wspomnianej firmy. Być może na tym zarobią, być może nie, na pewno nie będą to jednak aż tak złoty interes, jaki w chwili, gdy wykupują wspomniane akcje, robi ich aktualny właściciel. Wcale nierzadko jest to ktoś, kto miał dostęp do wspomnianej informacji, zanim stała się ona publicznie dostępna.

Wiedza o tym, co się dzieje na giełdzie przynosi zatem swym posiadaczom korzyści tylko wtedy, gdy wybiega w przyszłość – lub po prostu gdy jest jest unikalna. Jeżeli już dziś mamy informacje, które inni giełdowi gracze będą mieli dopiero jutro, możemy uprzedzić ich krok i zarobić. Jeśli tak nie jest, nawet jeśli wydaje nam się, że mamy wszystkie możliwe informacje, jesteśmy tylko jednostką w równie dobrze poinformowanym stadzie i jako tacy podlegamy zachowaniom stadnym (czyli jednym słowem: to na nas zarobią). Oczywiście, w czasie hossy możemy zyskiwać na zachowaniach stadnych. Niemniej nigdy nie będzie to zysk porównywalny z zyskiem rekinów, które kontrolują przepływ informacji.

Nie ma przy tym znaczenia, jaki jest dokładnie charakter informacji, ani skąd ona pochodzi: czy od teścia bratowej – polityka lub urzędnika – który wie, kto za dwa tygodnie wygra intratny przetarg (bo sam już podjął decyzję, ale wciąż jej nie ogłosił), czy od kolegi, którego matka jest prezesem dużej spółki. Zasada jest jasna: informacja (przynajmniej dopóki nie opublikują jej gazety) rozchodzi się w społeczeństwie falowo: zawsze jest ktoś, kto ma ją przed innymi. I niewielu z tych, którzy dostaną przeciek, będzie się w stanie oprzeć pokusie jego wykorzystania. Oczywiście, wykorzystywanie informacji poufnych jest na większości giełd zakazane – sęk w tym, że dopóki akcjami danej spółki nie handluje jej prezes lub urzędnik zaangażowany w przetarg (względnie ich najbliższa rodzina i powinowaci), rzecz jest praktycznie nie do wyśledzenia.

Podsumowując: większość inwestorów giełdowych dysponuje porównywalną wiedzą, na skutek czego na swoich operacjach zarabia (lub – w trakcie bessy– traci) porównywalne, przeważnie niewielkie pieniądze. Prawdziwe interesy na giełdzie robią jednak nie ci, którzy z owczym pędem biegną tam, gdzie inni, lecz ci, którzy dziś wiedzą, gdzie jutro pobiegnie reszta. Oczywiście, dostępem do informacji, która dopiero w przyszłości stanie się publiczna, cieszy się tylko niewielu. Badania Wisemana i innych pokazują, że jeśli nie należymy do tego szczęśliwego grona, najlepszą strategią, jaką możemy przyjąć grając, są wybory czysto losowe. Te bowiem, w przeciwieństwie do posunięć doświadczonych analityków i inwestorów, bazujących na powszechnie dostępnych (także innym analitykom i inwestorom) informacjach, nie są przewidywalne. A skoro nie są przewidywalne, nie dają tak szerokich możliwości zarabiania tym, którzy wczoraj już znali kierunek, w którym jutro pobiegną stada maklerów.

Tragedia, empatia i anonimowość

Po raz dziewiąty zbliża się rocznica największej tragedii w najnowszej historii Ameryki, tragedii, na którą w mniej niż pół roku po katastrofie w Smoleńsku, spojrzymy w Polsce zapewne nieco inaczej niż dotąd. 11 września 2001 r. terroryści islamscy zaatakowali World Trade Center. Zamach przeszedł do historii jako najbardziej krwawy (blisko 3 tysiące zabitych i ponad 6 tysięcy rannych) atak terrorystyczny w historii Ameryki, miał również szerokie reperkusje międzynarodowe: zaowocował zaostrzeniem amerykańskiej polityki granicznej w ramach tzw. wojny z terroryzmem oraz inwazją na Afganistan (i, nieco później, także na Irak). W konsekwencji przedłużającej się wojny domowej w obu krajach, liczba ofiar, które w sposób pośredni możemy przypisać zamachowi, dawno już przekroczyła milion (i wciąż rośnie wraz z każdym zabitym żołnierzem sił międzynarodowych). Do tego jednak szybko zdążyliśmy się przyzwyczaić, oglądając codzienne serwisy informacyjne. Ba, zamachy, do których po kilka razy w tygodniu dochodzi w Afganistanie (czy w innych zapalnych punktach świata, takich jak choćby Izrael i Palestyna), już nam się na tyle opatrzyły, że media nawet niespecjalnie palą się, by donosić o kolejnych, poza wypadkami, gdy akurat zginie jakiś Polak.

W tym ostatnim wypadku zwykle kończy się anonimowość ofiary. W mediach szybko pojawiają się drobiazgowe relacje z miejsca śmierci i z domu rodzinnego ofiary w Polsce, dzięki którym poznajemy drogę życiową zmarłego i mamy swój udział w bólu, który stał się udziałem rodziny i najbliższych. Niepostrzeżenie zmienia to zupełnie naszą percepcję tej konkretnej tragedii.

Nie bez przyczyny. Na poziomie poznawczym umysł ludzki potrafi operować na wielkich liczbach, ale nasz system emocjonalny nie bardzo sobie z nimi radzi. Hekatomby z ogromną liczbą ofiar to dla większości po prostu statystyki. Gdy dowiadujemy się, że gdzieś zginęło ileś osób, na ogół niespecjalnie nas to przejmuje. Czy tego chcemy, czy nie, nawet największe liczby nie robią na nas wrażenia, dopóki ktoś lub coś nie pomoże nam poznać tych, którzy zginęli. A nie poznamy ich, dopóki nie zobaczymy ich twarzy, nie poczujemy z nimi wspólnoty (bez znaczenia, czy będzie to wspólnota narodowa, etniczna, czy ogólnoludzka), nie wyobrazimy sobie przerażenia, jakie czuli w chwili śmierci i nie zobaczymy bólu ich bliskich.

W relacjach medialnych nastręcza to czasami niemałych problemów. Sztuką jest sprawić, by ofiary tragedii (zwłaszcza tragedii masowej) były odbierane przez widzów nie jako elementy smutnej, lecz anonimowej statystyki, ale jako osoby z krwi i kości. Weźmy choćby przykład holokaustu: kiedy słyszymy o 9 milionach żydowskich ofiar III Rzeszy, pierwsze, co się narzuca, to ogromna, niewyobrażalna liczba, właśnie przez swój ogrom dla większości zbyt abstrakcyjna, by wstrząsnąć emocjami. Kiedy jednak dowiadujemy się czegoś więcej o osobach takich, jak Petr Grinz (młody praski geniusz, który między 8 a 15 rokiem życia napisał pięć powieści, zaś w wieku 16 lat, już w obozie w obozie koncentracyjnym w Terezinie, opracował słownik czesko-esperancki, po czym zginął w komorze gazowej w Oświęcimiu), Anne Frank (autorka pisanych w ukryciu pamiętników, zmarła w wieku 15 lat w obozie koncentracyjnym) czy Bruno Schulz, odczuwamy autentyczny żal, smutek, a czasami nawet chęć zemsty na pośrednich i bezpośrednich sprawcach ich śmierci.

To zresztą było przyczyną, dla której kwietniowa katastrofa smoleńska wywołała takie poruszenie i dla której długo będzie obecna w polskim dyskursie politycznym. Gdy rozbije się zwykły samolot pasażerski z blisko stu osobami na pokładzie, cierpią rodziny i najbliżsi, zaś media i obywatele całego kraju solidaryzują się z nimi przez kilka dni lub tygodni, ale potem wszyscy prócz najbliższych szybko zapominają – bo przychodzą nowe, nie mniej wstrząsające newsy o innych osobach, których nie znamy. Dla szarego widza każda informacja o dalszej lub bliższej katastrofie ma charakter mniej lub bardziej abstrakcyjny. Nie zna ofiar, więc mają one dla niego charakter anonimowy. Tymczasem w przypadku tragedii smoleńskiej anonimowych ofiar prawie nie było: nie wszyscy politycy, którzy znaleźli się na pokładzie Tu-154 byli lubiani i popularni, wystarczyło jednak, by Polacy znali ich z widzenia, by ich śmierć automatycznie przestała być anonimowa. Na skutek tego Smoleńsk stał się czymś na kształt polskiego World Trade Center: nie tylko w chwili samego zdarzenia niemal nikogo nie pozostawił obojętnym, ale i dziś, po pięciu miesiącach, wciąż rozpala emocje i kształtuje linie podziałów politycznych.

Podobnie, co ciekawe, w Stanach Zjednoczonych, ma się dziś rzecz z zamachami z 11 września. Dziewięć lat po zdarzeniu, wciąż nie cichną kontrowersje. Największe wzbudza aktualnie plan wybudowania w bezpośrednim sąsiedztwie zburzonych wież gigantycznego meczetu Cordoba Center. Według projektodawców miałby on promować porozumienie między religiami. Przeciwnicy budowy (którzy mają za sobą większość amerykańskiej opinii publicznej) widzą sprawę nieco inaczej: według nich rzeczywistym celem powstania meczetu ma być upamiętnienie największego triumfu, jaki religia proroka odniosła nad „niewiernymi” na ziemi amerykańskiej, projekt zatem to nic więcej niż policzek wymierzony amerykańskim chrześcijanom. Jak widać, spory o symbole religijne nie tylko w Polsce ogniskują się wokół tragedii narodowych.

Tragedia z 9 września 2001 jest dla Amerykanów podwójnie ważna także dlatego, że – jak katastrofa smoleńska dla Polaków – nie była anonimowa. Nie tylko dlatego, że zginęło w niej kilka znanych przeciętnemu Amerykaninowi osób, takich jak Barbara Olson – konserwatywna publicystka, prezenterka telewizji FOX News i jednocześnie żona jednego z doradców prezydenta George’a W. Busha. O to, by ofiary ataków nie były anonimowe, zadbała telewizja. W jaki sposób to zrobiła, można przekonać się, oglądając dwa świetne dokumenty, których emisję planuje 11 września kanał Discovery.

Pierwszy z nich, „Po upadku WTC” (’9/11: After the Towers Fell’) to film niezwykle dynamiczny. W zawrotnym tempie doświadczamy tego, co minuta po minucie było udziałem naocznych świadków, którzy 11 września znaleźli się w okolicach WTC w chwili pojawienia się obu samolotów. Wraz z gapiami i policjantami widzimy palące się i walące wieże, słyszymy wstrząsające nagrania z telefonów osób uwięzionych w środku, uciekamy przed chmurą pyłu po zawaleniu się pierwszej wieży, wreszcie wraz ze strażakami uczestniczymy w akcji ratunkowej i eksplorujemy zgliszcza. Czy tego chcemy, czy nie, stajemy się świadkami bezprecedensowego historycznego wydarzenia, uczestniczymy w nim – i wstrzymujemy dech, mimo że przecież dokładnie wiemy, jak ono się skończy.

Film zapada w pamięć przede wszystkim poprzez szczegóły, które – gdy o nich czytaliśmy lub słyszeliśmy 9 lat temu – nie wywoływały nawet dziesiątej części efektu, który wywołują tutaj, zarejestrowane na żywo lub opowiedziane przez bezpośrednich świadków. Przykładem może być mocny opis głuchego, miarodajnego stukotu, usłyszanego przez jednego ze świadków. Stukot nieoczekiwanie okazuje się odgłosem, jaki powstaje, gdy ciała ludzi wyskakujących z najwyższych pięter palącego się wieżowca roztrzaskują się o chodnik. Kolejną mocną scenę widzimy po zawaleniu się Południowej Wieży, gdy gigantyczna chmura pyłu, kurzu i szkła wznosi się i goni uciekających gapiów, zmiatając przy okazji wszystko na swej drodze. Bywalcom kin widok ten nieodmiennie skojarzy się z efektami specjalnymi z amerykańskich filmów, tu jednak wiemy, że to nie efekt specjalny: w środku właśnie zginęło ponad tysiąc osób.

Takie blisko godzinne nagromadzenie wstrząsających nagrań, przerywanych nie mniej wstrząsającymi relacjami, sprawia, że z całą mocą czujemy autentyzm wydarzenia, a jego bohaterowie – i ofiary – stają nam się niezwykle bliscy. Ich cierpienie przestaje być abstrakcyjne, staje się cierpieniem konkretnym i bliskim, przeżywanym równie mocno, co własne.

Jeszcze mocniej gra na tej nucie jednak drugi ze wspomnianych dokumentów: „Ostatnie telefony z WTC” (’9/11: Phone Calls from the Towers’). Bohaterami filmu są osoby, którym udało się na chwilę przed śmiercią w jednej z dwóch wież zadzwonić do najbliższych, oraz ci najbliżsi. Każdy fragment poświęcony jednej z ofiar rozpoczyna się od nagrania rozmowy, po którym następuje opowieść członków rodziny i bliskich o tym, kim był tragicznie zmarły. W trakcie opowieści widzimy zdjęcia i archiwalne filmy, co sprawia że znów stajemy się bezpośrednimi świadkami przejmującej ludzkiej tragedii.

To film bardzo smutny. Większość z dzwoniących wie, że zginie. Dzwonią nie po to, by błagać o pomoc, lecz by powiedzieć, że wciąż żyją, wyznać uczucie lub nawet pocieszyć tych, którzy najmocniej przeżyją ich stratę.

Naprawdę rozdziera jednak serce widok ich bliskich, którzy po latach często wciąż przeżywają na nowo śmierć rodzica, małżonka, dziecka. Nie tylko tych, którym ta tragedia zabrała radość i sens życia. Jeden z najbardziej poruszających momentów filmu to wypowiedź matki, która cieszy się, że swego wspaniałego syna, Stephena, miała obok siebie aż przez trzydzieści dwa lata: mimo że go już nie ma, za te lata zawsze będzie wdzięczna losowi.

Obydwa dokumenty zmieniają sposób widzenia tragedii sprzed dziewięciu lat. Po ich obejrzeniu ludzie, którzy zginęli wówczas, nigdy nie będą już dla nas elementami statystyki. Dzięki temu, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, stali się nam bliscy. Jesteśmy teraz naocznymi świadkami, tak ich życia, jak i ich przedwczesnej, wstrząsającej śmierci.

„Po upadku WTC” i „Ostatnie telefony z WTC” nie pozwalają przejść obojętnie wobec tragedii, o której wielu z nas niemal już zapomniało. Pomagają przypomnieć sobie, o co chodziło w późniejszej wojnie z terroryzmem i lepiej zrozumieć przemianę, która zaszła a w Ameryce i Amerykanach w ciągu ostatnich dziewięciu lat.

Oby i nasze tragedie narodowe doczekały się kiedyś podobnych dokumentów.

Psychologia fanklubu

Krótka rozmowa (w trzech aktach) z dzisiejszego Hyde-Parku (Polskie Radio Program 4) o fanklubach, ich genezie oraz mechanizmach psychologicznych, które stoją za tym, że fani i antyfani zjawisk wszelakich skrzykują się właśnie w internecie. Ostatnia odsłona o tym, kiedy pasja przeradza się w obsesję lub uzależnienie i w jaki sposób sobie z taką sytuacją radzić:

[audio src="http://90plan.ovh.net/~lysakows/media/fanklub.mp3"]

Słodycze źródłem agresji

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal of Psychiatry.

Zespół z Uniwersytetu w Cardiff przebadał w latach siedemdziesiątych 17 500 dziesięciolatków. Dzieci podzielono na dwie grupy w zależności od deklarowanego spożycia słodyczy: te w pierwszej jadły cukierki codziennie, te w drugiej dostawały je rzadziej. W kolejnej turze badania, którą przeprowadzono w latach 2000-2009, sprawdzono, jaki odsetek przebadanych miał w wieku 34 lat za sobą wyrok skazujący za przestępstwo związane z użyciem przemocy. Następnie poszukano korelacji.

I tu niespodzianka. 69 procent skazanych okazało się bowiem byłymi łasuchami, podczas gdy w grupie nieskazanych ci, którzy w dzieciństwie dostawali co dzień cukierki, stanowili tylko 42 procent. Oczywiście, w obu grupach „słodyczowych” przeważali nieskazani (tak jak przeważają w całym społeczeństwie) – duża różnica między skazanymi i nieskazanymi była jednak – biorąc pod uwagę liczebność próby – istotna statystycznie.

Teraz pozostaje znaleźć teorię, która by to tłumaczyła (i, jak każda teoria naukowa, dawała w przyszłości podobne wyniki). Faworytką zespołu Moore’a jest teoria uczenia się, z naciskiem na uczenie się umiejętności oczekiwania na odroczoną gratyfikację (naukowa nazwa na zjawisko z pogranicza pokory, cierpliwości i zdolności do inwestowania). Ogólnie chodzi w niej o to, że gdy ktoś w dzieciństwie przyzwyczai się do tego, że różne rzeczy dostaje bez wysiłku i czekania, w życiu dorosłym będzie reagował agresywnie, gdy nie dostanie tego, co chce, albo gdy będzie musiał na to czekać. W efekcie zabierze to sobie siłą, ukradnie po kryjomu, pobije posiadacza lub – w ostateczności – wyładuje się na osobie trzeciej.

Na dobrą sprawę w zależność może być uwikłany także jakiś czynnik trzeci. Dzieci, które dostawały słodycze, mogły być generalnie bardziej rozpieszczane (cukierki nie są wtedy przyczyną, ale objawem drugiej zmiennej, którą stanowi rodzic spełniający wszelkie zachcianki swej pociechy) i to właśnie to (a nie samo pochłanianie węglowodanów czy czekanie na nagrody) mogło sprawić, że są dziś bardziej egotyczne i narcystyczne – od czego już tylko krok do agresji w stosunku do tych, którzy nie dostrzegają ich doskonałości. Z drugiej strony przekarmione czekoladkami dziecko miało większe szanse na nadwagę w życiu dorosłym, ta zaś w naszej ceniącej szczupłą sylwetkę kulturze może wywoływać frustrację, od której tylko krok do agresji… Te dwie teorie przychodzą do głowy jako pierwsze, ale przecież nie można wykluczyć także jakiegoś delikatnego związku między poziomem glukozy lub serotoniny (najedzone czekoladkami maluchy średnio były pewnie bardziej zadowolone od swych rówieśników) w mózgu w dzieciństwie, a późniejszym poziomem neuroprzekaźników lub budową synaps.

Na razie wiadomo więc tyle, że na dobrą sprawę nic nie wiadomo. Poza, oczywiście, tym, że jedzenie słodyczy za młodu zwiększa prawdopodobieństwo, że w sile wieku trafi się za kratki.

Socjobiologia seksu z nastolatką

Nic tak nie kręci ostatnio mediów w Polsce, USA i Francji, jak seks dorosłego mężczyzny z trzynastoletnią dziewczynką. Wszystko za sprawą bardzo znanego reżysera, któremu na starość przychodzi odpowiedzieć za pewien grzech młodości (jeśli można tak nazwać okolice czterdziestki). Z tej okazji opowiemy dziś sobie o tym, co dokładnie ciągnie niektórych statecznych, ustawionych panów w sile wieku do podlotków – i dlaczego.

Nim przejdę do właściwych rozważań, pragnę jednak wyraźnie zaznaczyć, że żadna część tego wpisu nie ma na celu obrony tych, którzy dopuszczają się z nieletnimi czynów zagrożonych sankcją prawną. Wbrew temu, co na filmach amerykańscy adwokaci próbują wmówić sędziom przysięgłym, zrozumieć to wcale nie znaczy usprawiedliwić. Mogę doskonale rozumieć motywy X-a, który napadł na bank (chciał być bogatszy), za plecami żony związał się z kochanką (rozpowszechniona wśród wielu gatunków skłonność samców do kumulacji samic) czy jako polityk załatwił swojej córce intratną posadę w państwowym przedsiębiorstwie (biologiczny imperatyw dbania o własne geny), ale to wcale nie znaczy, że mam ich traktować bardziej pobłażliwie. Większość ludzi chciałaby mieć dużo pieniędzy, co jednak wcale nie przekłada się u nich na okradanie banków; gros mężczyzn lubi seks – ale to nie znaczy, że kopulują z każdą chętną kobietą i gwałcą każdą, która stawia opór. Jeśli ktoś powyższych hamulców nie ma, powinien ponosić tego konsekwencje (choć zupełnie innym problemem jest tu adekwatność kary: już Rzymianie wiedzieli, że chcącemu nie dzieje się krzywda, zatem ściganie Polańskiego przez pół życia za czyn, co do którego ciężko nawet stwierdzić, czy ofierze – dla której nie był to pierwszy stosunek i którą reżyserowi na seks podesłała własna matka – w jakikolwiek sposób zaszkodził, może się niektórym wydawać absurdem; tylko że – tu uwaga do artystów i ludzi kultury – jak nam się jakiś przepis prawny nie podoba, warto go zwalczać w ogóle, a nie wyłącznie wtedy, gdy za jego naruszenie przymkną nam kolegę).

Dla psychologa ewolucyjnego ludzie są przede wszystkim zwierzętami. Jak wszystkie inne zwierzęta mają więc genetycznie zakodowane instynkty, sprawiające, że odczuwają głód, kiedy organizmowi zaczyna brakować energii (lub przynajmniej gdy do mózgu dochodzą – nie zawsze prawdziwe – informacje, że zgromadzonym w postaci tłuszczu zasobom energii grozi wyczerpanie), pragnienie (gdy mózg uznaje, że w organizmie jest za mało płynów), czy zmęczenie i senność (gdy mózg lub reszta organizmu potrzebują regeneracji). Jednym z takich instynktów jest popęd do rozmnażania się – niezmiernie ważny, gdyż tylko dzięki niemu człowiek jest w stanie przekazać dalej swój materiał genetyczny.

Teraz parę słów o wymaganiach i preferencjach, jakie mężczyźni historycznie (nasze potrzeby seksualne nie ukształtowały się wczoraj – odpowiadają za nie miliony lat doboru naturalnego na afrykańskich stepach) wykazywali w stosunku do potencjalnych partnerek, tak w związkach stałych, jak i przelotnych. Zgodnie zarówno z dzisiejszą wiedzą psychologów ewolucyjnych, jaki i z sądami potocznymi, nie są one zbyt skomplikowane, ba, na rynku nie brakuje też przystępnie napisanych podręczników akademickich („Psychologia ewolucyjna” Davida M. Bussa, „Kobiety i mężczyźni: Odmienne spojrzenia na różnice” Bogdana Wojciszkego), jak i publikacji popularnonaukowych („Ewolucja pożądania” Bussa, „Mózg i płeć” Debory Blum, „Geny a charakter” Deana Hamera, „Czerwona królowa” Matta Ridleya), których twierdzenia w interesującej nas materii pozwolę sobie tu pokrótce streścić.

Zatem od początku: to, co najbardziej wpływa na postrzeganą atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny, to według socjobiologów przede wszystkim szeroko rozumiane wyznaczniki zdrowia i płodności przyszłej partnerki – cechy, które miały mężczyznę upewnić, że kandydatka na żonę lub partnerkę urodzi mu dużo dzieci. Jak pokazują badania międzykulturowe zespołu Bussa, mężczyźni w wielu zróżnicowanych społecznościach zwracają uwagę przede wszystkim na takie cechy potencjalnej partnerki, jak budowa ciała, piersi, bioder, czy (uwaga!) sygnały świadczące o wieku kobiety.

Psychologowie ewolucyjni nie mają problemu z określeniem przyczyn tego zjawiska. W naszej ewolucyjnej przeszłości, aby mężczyzna mógł odnieść sukces reprodukcyjny (czyli jak najwydajniej przekazać dalej swe geny), potrzebował kobiety zdolnej do urodzenia maksymalnej liczby dzieci. Śmiało można powiedzieć, że w społeczeństwach pierwotnych czy nawet znanych nam pierwszych cywilizacjach, im więcej potomstwa kobieta mogła wydać na świat, tym większa była jej wartość na rynku matrymonialnym – czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, wartość rozrodcza. Trudno zaś nie zauważyć, że np. trzynastolatka ma wyższą wartość rozrodczą niż trzydziestolatka – ta pierwsza ma przecież przed sobą czas na urodzenie statystycznie większej liczby dzieci. Dlatego nie dziwi nikogo, że zanim ludzkość wpadła na pomysł, że dobro dziecka należy chronić także w sferze seksualnej, związki takie jak małżeństwo dorosłego Jagiełły z dwunastoletnią Jadwigą, uznawano za absolutną normę.

Dokładne wytyczne, jakie w mózgach większości mężczyzn zakodowały geny w materii wyboru partnerki, skrupulatnie wyliczył Steven Pinker w „Jak działa umysł”:

Czego powinni szukać mężczyźni u kandydatki na żonę? Pomijając wierność, która jest gwarancją ich ojcostwa, kobieta powinna być zdolna do urodzenia tylu dzieci, ile to możliwe (tak zostały skonstruowane nasze skłonności: nie znaczy to jednak, że mężczyźni dosłownie chcą mnóstwa niemowlaków). Powinna być płodna, co znaczy, że powinna być zdrowa i dojrzała, ale przed okresem przekwitania. (…) W małżeństwie liczy się, ile potomków mąż może oczekiwać od żony na dłuższą metę. Ponieważ kobieta może urodzić i wykarmić piersią jedno dziecko co kilka lat, a liczba jej płodnych lat jest ograniczona, im młodsza panna młoda, tym większa przyszła rodzina. Dotyczy to nawet najmłodszych żon, mimo że nastolatki są nieco mniej płodne niż kobiety po ukończeniu dwudziestego roku życia.

Co znamienne, zaraz potem zauważa Pinker, że ta potępiana i wyśmiewana skłonność mężczyzn do młodszych partnerek przewrotnie wynika… z faktu, że ludzkie samce partycypują w opiece nad potomstwem:

Jakby na przekór teorii, że „mężczyźni są szujami”, zamiłowanie do powabnych młodych dziewcząt mogło ewoluować w służbie małżeństwa i ojcostwa, a nie przygodnych romansów. Wśród szympansów. gdzie rola ojca kończy się wraz z kopulacją, niektóre z najbardziej pomarszczonych i obwisłych samic są najbardziej seksowne.

Jednostkowe przypadki nie musiały, oczywiście, potwierdzać statystyki ogólnej. Wystarczyło jednak, by mężczyźni wiążący się z młodszymi kobietami zostawiali choćby trochę więcej dzieci niż ci wolący panie dojrzałe, by w perspektywie dziesiątków i setek tysięcy lat to ich geny wygrały i zdominowały populację.

Tym, którzy chcieliby wyliczance Pinkera zarzucić, że to wyjaśnianie ex post, psycholog ewolucyjny David Buss podaje w „Psychologii ewolucyjnej” dalsze dowody pośrednie:

Po pierwsze, mężczyźni odpowiadający na ogłoszenia matrymonialne częściej są zainteresowani tymi kobietami, które deklarują, że są młode i atrakcyjne fizycznie. Po drugie, mężczyźni na całym świecie poślubiają kobiety średnio o 3 lata od nich młodsze; mężczyźni, którzy rozwodzą się i żenią powtórnie, wybierają jeszcze młodsze kobiety. Średnia różnica wieku przy powtórnym małżeństwie wynosi 5, a przy trzecim – 8 lat. Po trzecie, kobiety poświęcają dużo energii na poprawienie swojego wyglądu, co świadczy o tym, że męskie preferencje wpływają na ich zachowanie. Po czwarte, kobiety w walce z rywalkami posługują się często takimi metodami, jak kwestionowanie ich urody (…). Metody te są skuteczne, ponieważ godzą w czuły punkt męskich oczekiwań względem stałej partnerki.

Oczywiście, jak zauważa ten sam autor w „Ewolucji pożądania”, dana nastolatka może okazać się bezpłodna i nie urodzić żadnego dziecka, a trzydziestopięciolatka mimo swego wieku może jeszcze wydać na świat przynajmniej pół tuzina potomków. Statystycznie jednak wśród naszych przodkiń liczba potencjalnych dzieci odwrotnie korelowała z wiekiem i nasi praojcowie musieli to brać pod uwagę. W każdym razie ci, którzy nie brali, nie są naszymi praojcami.

Rzeczywista wartość rozrodcza kobiety ma jednak to do siebie, że nie jest wprost zauważalna. Kobieta wyglądająca na młodą i zdrową może być w istocie bezpłodna lub rodzić dzieci z obciążeniami genetycznymi. O wszystkim tym mężczyzna nie może się dowiedzieć z jej wyglądu – czasami nie wie o tym sama kobieta. Niemniej, jak dodaje Buss, nasi przodkowie musieli polegać na jakichś pośrednich i łatwo dostrzegalnych wskazówkach co do rzeczywistej zdolności reprodukcyjnej kobiety. Najlepszymi kandydatami na takie wskaźniki były zaś młodość i zdrowie. Nawet dziś kobieta stara czy chora ma znacznie mniejsze szanse na wydanie na świat potomka niż młoda i zdrowa. W czasach naszej ewolucyjnej historii szanse kobiet starszych (co wtedy oznaczało przekroczenie 30-tki) czy chorych, zarówno na potomstwo, jak i na samo przeżycie, były tymczasem drastycznie mniejsze mniejsze niż współcześnie. Trudno się w takim razie dziwić, że nasi praojcowie na partnerki seksualne brali je w ostatniej kolejności.

Jak się to wszystko jednak ma do sprawy Polańskiego – zapytasz zapewne czytelniku – skoro wiemy, że reżyser nie spółkował z nastolatką po to, żeby mieć potomstwo, ba, podjął nawet pewne środki zaradcze (seks analny), by tego uniknąć. Tu znów wkracza Pinker, który – tym razem w kultowej książce „Tabula rasa: Spory o naturę ludzką” – bardzo przystępnie wyjaśnia to, przechodząc od genów do błyskotliwej teorii bliższych i dalszych celów adaptacyjnych:

Wszystko to nie oznacza, że ludzie w sensie dosłownym dążą do kopiowania swoich genów. Gdyby nasz umysł działał w taki właśnie sposób, to mężczyźni ustawialiby się w kolejkach do banków spermy, a kobiety płaciłyby za możliwość oddawania własnych komórek jajowych bezpłodnym parom. Można jednak wnioskować, że dziedziczne systemy służące do uczenia się, myślenia i odczuwania mają taką konstrukcję, jaka na ogół sprzyjała przetrwaniu i bardziej skutecznej reprodukcji w środowiskach, w których ewoluowali nasi przodkowie. Ludzie lubią jeść, a w świecie pozbawionym barów szybkiej obsługi motywowało ich to do odżywiania się, nawet jeśli nigdy nie myśleli o jedzeniu w kategoriach jego wartości odżywczej. Ludzie uwielbiają seks i kochają dzieci, a w świecie, w którym nie znano antykoncepcji, te upodobania wystarczyły, aby geny mogły same zatroszczyć się o siebie.
Różnica między mechanizmami, które w danej chwili (w czasie rzeczywistym) popychają organizmy do działania, a tymi, które kształtowały organizmy w toku ewolucji, jest tak istotna, że doczekała się naukowego nazewnictwa. Przyczyna bliższa (proximate cause) to mechanizm uruchamiający konkretne zachowania w czasie rzeczywistym, na przykład głód czy pożądanie, które popychają ludzi do jedzenia i uprawiania seksu. Przyczyna dalsza (ultimate cause) to motyw adaptacyjny, leżący u źródeł danej przyczyny bliższej, na przykład potrzeby odżywienia organizmu i rozmnażania się, pod których wpływem ewoluowały w nas popędy głodu i pożądania seksualnego. Rozróżnienie między przyczynami bliższymi a dalszymi jest niezbędne do tego, abyśmy mogli zrozumieć samych siebie, wyznacza ono bowiem odpowiedź na wszelkie pytania typu: „Dlaczego ten człowiek postąpił w taki, a nie inny sposób?” Rozważmy prosty przykład. Na poziomie przyczyn dalszych ludzie uprawiają seks, żeby się rozmnażać (bo przyczyną dalszą współżycia seksualnego jest reprodukcja), ale na poziomie przyczyn bliższych mogą robić wszystko, co w ich mocy, żeby nie doszło do zapłodnienia (bo przyczyną bliższą uprawiania seksu jest przyjemność).

I tyle o jawnych i ukrytych motywach Polańskiego, gdy zrywał trzynastoletni owoc. O intencjach i motywach samego owocu napiszę już wkrótce.

Dzień Dobrej Wiadomości

Niemal każdy wie, że 8 marca to Dzień Kobiet, niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że dokładnie pół roku później przypada jeszcze sympatyczniejsze święto: Dzień Dobrej Wiadomości. Ja sam dowiedziałem się o nim dopiero wczoraj, gdy stawiłem się wczoraj wieczorem w Polskim Radiu Euro, by porozmawiać z Tomkiem Kosiorkiem o tym, dlaczego we współczesnych mediach dobra wiadomość jest aż takim rarytasem:

Depresja powakacyjna

31 sierpnia, ostatni dzień tradycyjnie rozumianych wakacji, przypadł w tym roku w poniedziałek. Oznacza to, że choć dzieci do szkół wybiorą się dopiero jutro (a studenci na uniwersytety dopiero za miesiąc), ich rodzice już dziś wracają do hal fabrycznych, kas sklepowych i za biurka. Nie wszyscy w podskokach: wielu na myśl o końcu wakacji i powrocie do miejsca pracy odczuwa obniżenie nastroju (w pełni uzasadnione, jeśli urlop był pełen wrazeń i przyjemności, a praca nudna, monotonna lub zbyt nisko płatna), apatię, załamanie lub agresję (wobec podwładnych, interesantów, czy nawet dzieci, które ciagle mają wolne). O tym, jak sobie z tym poradzić, zapytała mnie dziś rano w Radiu Dla Ciebie Joanna Ołdakowska:

Psychologia totolotka

Włosi oszaleli na punkcie totolotka. I trudno im się dziwić: do wygrania w najbliższy poniedziałek mają 136 milionów euro, czyli ponad 560 milionów naszych złotych. Marcin Szymaniak namówił mnie z tej okazji z tej okazji na mały wywiad, który poszedł w dzisiejszym numerze „Rzeczpospolitej”. Parę mych przemyśleń wyleciało z wersji ostatecznej (czemu trudno się dziwić, rozmowa trwała pół godziny, a zostały z niej cztery akapity), więc dodaję je tutaj w nawiasach:

Rz: Dlaczego w przypadku dużej kumulacji ludzie masowo wykupują losy, mimo że prawdopodobieństwo wygranej jest bliskie zeru?
: [...] Rzecz w tym, iż prawidłowo funkcjonujący człowiek [na ogół] myśli, że spotkają go rzeczy dobre. Ma nadzieję, że wygra [w totolotka], choć jest to absurdalne [a przynajmniej niezwykle mało prawdopodobne. Nie wierzysz, Czytelniku? No to wyobraź sobie, że zakreślasz na kuponie numerki 1, 2, 3, 4, 5, 6. I teraz odpowiedz mi: jak sądzisz, czy prawdopodobieństwo, że je trafisz jest większe, czy mniejsze, niż to, że trafisz zupełnie przypadkową kombinację liczb? Większość z nas odpowie, że taka kombinacja jest mniej prawdopodobna, tymczasem w rzeczywistości jest ona tak samo prawdopodobna jak każda inna. Gdy zdasz już sobie z tego sprawę, zrozumiesz, jak mało prawdopodobne jest wygranie w toto i dlaczego tak niewielu wygrywa. Mimo to jednak pozytywne myślenie przynosi nam sporo pożytków: dzięki niemu człowiek w ogóle podejmuje wyzwania.] Zakłada firmę, licząc na sukces, choć część takich przedsięwzięć kończy się klapą. [...] Gdyby nie ten efekt, firmy by nie powstawały, gospodarka by stanęła, społeczeństwo pogrążyłoby się w stagnacji.
Rz: Gdy stawka jest mniejsza, chętnych do gry nie ma jednak tak wielu.
: Standardowa wygrana nie działa na wyobraźnię, bo ludzie się do niej przyzwyczaili. Kierują się poza tym w pewnym sensie rachunkiem ekonomicznym. Czym innym jest zapłacić 2 zł i wygrać milion, a czym innym za te 2 zł dostać 100 milionów. Co można mieć za milion? W Polsce zwycięzca zmienia mieszkanie czy dom, kupuje nowe auto i dużo już mu z tego nie zostaje. Ze 136 milionami euro, tak jak dziś we Włoszech, zwycięzca jest już natomiast milionerem pełną gębą.
Rz: I żyje sobie w puchu, nie pracując, do końca swoich dni.
: Nie zawsze. Zdarzały się przypadki takich zwycięzców, którzy przepuścili wygraną i kiepsko skończyli.
Rz: Mieszkańcy Ficarry na Sycylii zbiorowo skreślili numery związane z Matką Boską, licząc na pomoc.
: To próba przechytrzenia rachunku prawdopodobieństwa [podobna innym zabiegom magicznym, które ludzie wykonują od zarania dziejów. Każdy taki zabieg ma to do siebie, że od czasu do czasu przynosi skutek. Jeśli tańczymy, by wywołać deszcz, zawsze jest szansa, że ten deszcz spadnie - tyle że dziś dzięki postępom nauki wiadomo już, że związek przyczynowo-skutkowy tu, łagodnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. To jednak nie przeszkadza niektórym wierzyć w taki lub podobny związek i uzasadniać swą wiarę anegdotycznymi przypadkami zaklęć, czarów i modlitw, które odniosły skutek. Na takiej ludzkiej łatwowierności zbudowały swój sukces m.in. sanktuaria, przyjmujące rocznie miliony pielgrzymów i mogące pochwalić się np. setką "cudów", udokumentowanych w ostatnich 50 lat. Ale na lekcjach religii nie uczy się statystyki]. Gdyby [mieszkańcy Ficarry] wygrali, byłoby to dla nich potwierdzeniem skuteczności tego zabiegu. Ale jeśli przegrają, na pewno nie osłabi to ich wiary. Prawdopodobnie uznają, że akurat w tej dziedzinie Matka Boska nie działa i na przyszłość będą chcieli pomóc sobie innym sposobem. Mogą na przykład zapytać o poradę wróżkę. Grający na loterii często tak robią, nie zwracając jakoś uwagi, że gdyby wróżka znała szczęśliwe numery, to sama skreśliłaby zakład i została milionerką.