Archiwum dla słowa kluczowego: Public Relations

Sukces w stylu prezydenta

Pełny rok upływa dziś od dnia, w którym Bronisław Komorowski zasiadł w Belwederze jako prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. By rzecz uczcić, portal WP.PL zamówił u mnie analizę medialnego wizerunku jubilata, która poszła jako opis fotografii podsumowujących pierwszy rok prezydentury. Nie wiem, ile te zdjęcia powiszą na portalu, więc tradycyjnie archiwizuję to, co moje:

Choć media bezlitośnie wytykały mu liczne wpadki, to w wyborach prezydenckich zagłosowało na niego prawie 9 milionów obywateli, a po 365 dniach sprawowania urzędu pozostaje liderem w rankingach zaufania. W świetle ostatniego badania CBOS ufa mu aż 66% badanych. W czym tkwi tajemnica sukcesu? (…)

Premierowi Donaldowi Tuskowi (…) choć zajmuje drugie miejsce wśród najbardziej lubianych polityków (51%), (…) Polacy nie ufają (29% – to trzecia pozycja w rankingu). Z kolei liderowi opozycji Jarosławowi Kaczyńskiemu ufa i nie ufa odpowiednio – 27 i 56% Polaków. W przeciwieństwie do premiera i szefa PiS, którzy są raczej oschli wizerunkowo, Bronisław Komorowski nie należy do polityków „groźnych”. – Prezydent nie wywołuje kontrowersji. Nie ma dużego elektoratu negatywnego. Nawet wśród swoich przeciwników budzi dosyć przyjazne uczucia, tak jak niegdyś Jacek Kuroń. [Dość wspomnieć choćby kultowe konto na Twitterze KomorowskiPL i kreowany na nim satyryczny obraz sympatycznego prostaczka - TŁ] – mówi Tomasz Łysakowski, ekspert ds. marketingu politycznego.

- Prezydent nie jest człowiekiem antypatycznym, w przeciwieństwie do znacznej części naszych polityków. Politycy w Polsce nie wzbudzają zaufania. Poczciwość, jowialność, pogodne usposobienie i nieco rubaszne poczucie humoru to atuty Komorowskiego – stwierdza ekspert (…).

Prezydentowi zdarzyło się już wyprowadzać Polskę z NATO, sugerować, że Barack Obama jest rogaczem, obrażać poznaniaków, krakowian i Szkotów, czy podsiadać Angelę Merkel, ale to wszystko nie wpłynęło negatywnie na jego postrzeganie przez Polaków. – Choć ma korzenie arystokratyczne to nie zachowuje się niczym królowa brytyjska, jest „swoim chłopem”. Przeciętny Polak może się z nim utożsamiać – jego gafy w niczym nie przeszkadzają, zresztą na tle innych polityków-kombinatorów [to wrażenie prostoty, ba, może nawet pewnej naiwności] wypada bardzo dobrze – komentuje Tomasz Łysakowski.

Bronisław Komorowski postawił na wizerunek „zwyczajnego” prezydenta. - Jest bezpośredni, nie buduje wokół siebie muru, który odgradzałby go od społeczeństwa – uważa Tomasz Łysakowski. W jego ocenie taka strategia może być bardzo skutecznym przekazem marketingowym. - Na tym swój sukces wyborczy zbudował George W. Bush. Nie uchodził za intelektualistę, a jego gafy były kultowe, co nie przeszkodziło mu dwa razy z rzędu wygrać wyborów – zauważa ekspert ds. marketingu politycznego.

A jaką pierwszą damą jest Anna Komorowska? Początki nie były łatwe. Tabloidy wytykały jej nadprogramowe kilogramy i niedbały wygląd. Innym razem przyłapały, jak sama dźwiga ciężkie zakupy w koszyku w jednej ręce, a w drugiej ciężkie butle z wodą – aż 15 litrów naraz! Zdaniem naszego rozmówcy, choć budziło to kontrowersje, z pewnością gospodarność żony prezydenta ujęła wielu Polaków. – To, że prezydentowa sama robi zakupy, dobrze o niej świadczy. [Przeciętny Polak widząc te zdjęcia, musiał dojść do wniosku, że w przeciwieństwie do większości polityków, Komorowska zna życie, ceny w sklepach i ciężar codziennych zakupów. - TŁ] Zastanawiać można było się tylko, dlaczego nie pomagały jej dzieci, czy funkcjonariusze BOR, którzy jej towarzyszyli – zauważa ekspert. – Polki patrząc na nią, wiedzą, że prezydentowa, która dźwiga sama, zrozumie ich problemy – dodaje. (…)

Szef PiS Jarosław Kaczyński głośno kwestionuje legitymację Bronisława Komorowskiego do sprawowania urzędu. (…) Czy okazywane prezydentowi przez Kaczyńskiego lekceważenie mu szkodzi? Zdaniem Łysakowskiego, skutek jest wręcz odwrotny. [To już w głównym tekście się nie znalazło, ale wprost stwierdziłem, że znacznej części Polaków wystarczy informacja, że JK kogoś nie lubi, by z automatu tę osobę pokochać - TŁ] – Komorowski, który wobec takich zachowań prezesa PiS, sam nie okazuje mu niechęci, pokazuje, że jako prezydent potrafi wznieść się ponad personalne animozje. Polakom się to podoba, co znajduje wyraz w sondażach – mówi.

A najlepsze, że mimo całej tej spolegliwości i wizerunkowej normalności, Bronisław Komorowski nie jest ani trochę nudny. Kto wie, czy to właśnie nie ze względu na dostarczające pożywki mediom i blogerom wpadki: bul przy nadzieji, artykuł o RBN z Wikipedii czy kieliszek królowej Szwecji. To właśnie dzięki nim przeciętny zjadacz chleba (zwłaszcza gdy mu nie do końca po drodze z ortografią, wiedzą politologiczną i etykietą dworską) odbiera prezydenta jako podobnego mu „swego gościa” z sąsiedztwa.

W efekcie w przeciwieństwie do większości aktorów sceny politycznej, Bronisław Komorowski jawi nam się przede wszystkim jako człowiek. Tak jak my, niewolny od wad i przywar, ale przecież w głębi duszy chcący jak najlepiej.

Public relations na Wiejskiej

Moje przemyślenia na temat przeprowadzki premiera do gmachu Sejmu, które opublikowały wczoraj TOK FM i gazeta.pl. Fragmenty tradycyjnie opatrzone unikalnym (tylko tu dostępnym) dodatkowym komentarzem:

Donald Tusk planuje od najbliższego posiedzenia Sejmu do końca roku urzędować w gabinecie sejmowym na Wiejskiej, a nie w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. – To jest po prostu informacja, która nie podniesie w żaden sposób notowań premiera czy PO – uważa Tomasz Łysakowski, ekspert ds. marketingu politycznego. [Wiem, wyszło mi dość kategorycznie - ale nie oszukujmy się, notowania PO dawno już przestały być bezpośrednio zależne od kolejnych posunięć błyszczącego medialnie szefa rządu. Znacznie mocniej wpływają na nie dziś kolejne odcinki seriali "Palikot Forever After" czy "Wszyscy ludzie Jarosława".]

W połowie przyszłego tygodnia premier Donald Tusk przeprowadza się [tak, właśnie w ten sposób to początkowo ogłoszono!] do jednego z gabinetów sejmowych po to, by pilnować prac nad 40 rządowymi projektami ustaw, które trafiły do Sejmu. – Pomijając posiedzenia Rady Ministrów codziennie będę w Sejmie, także będziecie mogli monitorować moje działania na rzecz pracy nad pakietem ustaw. To jest dla mnie naprawdę śmiertelnie poważne zadanie. Do Gwiazdki zdążymy z większością projektów – mówił w sobotę dziennikarzom premier. Później sprecyzował, że na Wiejskiej będzie pojawiał się tylko w czasie posiedzeń Sejmu (czyli kilka razy w miesiącu). [Jedno wystąpienie i dwie wykluczające się wersje tego, co pan premier będzie robił... Gdyby to była konferencja Kaczyńskiego, mielibyśmy w mediach powtórkę z rozrywki po "Nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe" - ale na szczęście Donald Tusk z mediami żyje dobrze...]

- Polacy już się przyzwyczaili do PR-owskich zabiegów premiera – ocenia Tomasz Łysakowski, ekspert ds. wizerunku politycznego. – W tym momencie przeprowadzka premiera do Sejmu to jest po prostu informacja, która nie podniesie w żaden sposób notowań premiera czy PO, chyba że jakieś niesamowite ustawy będą wychodzić z Sejmu pod wpływem tego, że premier się tam znajdzie – uważa ekspert.

Przenosiny premiera na Wiejską związane są z tzw. jesienną ofensywą legislacyjną PO, którą Donald Tusk zapowiedział jeszcze na wakacjach. Do końca listopada Platforma chce uchwalić rekordową liczbę ponad 40 ustaw. [Do tej rewelacji podejdę, jak mój biblijny imiennik: uwierzę, gdy zobaczę] (…)

Tomasz Łysakowski zwraca uwagę, że do opinii publicznej przedarło się hasło opozycji i niektórych mediów, że „rząd nic nie robi”. Wyborcy uwierzyli jednak, że rząd zacznie reformować państwo, gdy prezydentem zostanie Bronisław Komorowski. [Niestety, w tekście nie zmieściła się uwaga, że pierwszych reform, podwyższających rekordowe i tak podatki, doczekali się Polacy nader szybko] Teraz premier musi udowodnić, że jego rząd coś robi, stąd decyzja, by częściej pojawiać się w Sejmie. – Ten zabieg nie będzie źle odebrany, choć to zależy też od tego, jakie konkretnie ustawy przejdą – podkreśla Łysakowski.

Nowy Piłsudski?

Wczoraj niepopularny gbur, dziś mąż stanu na miarę Piłsudskiego – a wszystko dzięki jednemu przemówieniu. Eryk Mistewicz analizuje w „Dzienniku” metamorfozę, jaką na naszych oczach przechodzi właśnie Lech Kaczyński i pokazuje, w jaki sposób polityk, którego działania na arenie międzynarodowej jeszcze niedawno przypominały Polakom taniec słonia w składzie porcelany, nagle wyrósł na symbol polskiej racji stanu i wyraziciela nastrojów społecznych (kto nie wierzy, niech zajrzy choćby do niemoderowanej, więc na oko miarodajnej, dyskusji na Wykopie):

Eryk Mistewicz: Prezydent na pewno wsłuchał się w głosy Polaków, którzy chcieliby widzieć w polityku drugiego Piłsudskiego, którzy czekają na twardego przywódcę, na konkretne działania, a to na pewno może mu pomóc w walce o prezydenturę. Politycy rozchwiani, zachowawczy i pasywni w opinii publicznej, i to nie tylko w Polsce, przegrywają. Ludzie nie uważają ich za facetów z klasą. (…) Jeżeli Tusk nie zauważy, że Polacy wolą spędzać wieczory przy świeczkach bez gazu i benzyny w samochodach, za to z silnym wyrazistym przywódcą, to w naturalny sposób przegra. Żaden naród nie lubi polityków, którzy w sytuacjach trudnych chowają się do szafy.
Marcin Graczyk: Czy jednak wizja przymusowych wieczorów przy świecach nie przerazi Polaków?
E.M.: Mam wrażenie, że nie. Każda wypowiedź polityka PO mówiącego, że Lech Kaczyński, oceniając sytuację w Gruzji, przesadził, zestawiona z obrazem filmowym dochodzącym do nas z Kaukazu wchodzi w totalny dysonans u odbiorcy. Ludzie widzą obrazy wojny, które do nich przemawiają. Widać krew, zgliszcza, umierające dzieci. Reakcja ludzi w takim wypadku zawsze jest emocjonalna. Kto pójdzie za tymi emocjami, ten wygra.

I Kaczyński idzie. A my widzimy jego metamorfozę, choć bez metamorfozy – bo prezydent cały czas pozostaje sobą. Na poziomie czystej semantyki „uparty” to przecież to samo, co „stanowczy”. Tylko że z tym drugim na ogół się zgadzamy, a z tym pierwszym – nie.

Blogi rządzą (w Dwójce)

Coś mnie tknęło po publikacji wczorajszego postu, przewertowałem więc archiwalne „Pytania na śniadanie”. I solidnie się zdziwiłem, gdyż okazało się, że detronizację profesjonalnych dziennikarzy przez blogerów… nieopatrznie wyprorokowałem już pół roku temu:

Istota rzecznictwa

Ewa Sowińska o swym jakże specyficznym parciu na szkło:

Zesztywniałam w obecności kamery i mikrofonów i zaczęłam pleść cokolwiek. Nie znoszę kamer, mikrofonów, dostaję wysypki na ich widok. Pustka w głowie i strach w oczach. I przez to zawsze staram się unikać dziennikarzy.

Co by nie powiedzieć, najlepsza rekomendacja dla rzecznika. Nawet po odwołaniu z funkcji reprezentanta praw dziecka, wróżę pani S. wielką karierę w branży PR.

Byle nazwisk nie przekręcali

We wtorek, w ramach Celebrity Deathmatch w radiu VOX FM (który to program przewrotnie ktoś kiedyś nazwał W dobrym tonie) wystąpiłem w audycji z dominikaninem Marcinem Dąbkowiczem. Miało być o plotce, nieoczekiwanie tymczasem skończyło się… sporem o naturę ludzką.

Pojedynek mistrzowsko poprowadziła Iwona Schymalla, a sędziowała błyskotliwie Lidia Stanisławska (przy okazji: autorka tytułowego bonmotu). Mimo obecności dam w studiu, generalne starcie okazało się nie do uniknięcia, choć nastąpiło dopiero w drugiej połowie. Kto wygrał, osądźcie sami:

Rżenie na antenie

W polskim dyskursie publicznym zagościł właśnie nowy rodzaj argumentacji ad personam: rżenie. Jego pionierem jest znany dziennikarz telewizyjny Tomasz Lis.

Lis rżał w piątek rano w TOK FM, przedrzeźniając rżącą według niego prowadzącą „Forum” (TVP) Joannę Lichocką. Rżenie bardzo się spodobało obecnym w studiu, czemu trudno się dziwić – program prowadził znany z osobliwych sądów Jacek Żakowski:

[audio src="http://bi.gazeta.pl/im/5/4451/m4451545.mp3"]

Trudno zaprzeczyć, że dziennikarstwo wzniosło się tym samym na poziom wyższy niż komukolwiek się dotychczas śniło. Czekam teraz na moment, w którym pan Żakowski będzie zagrzewał rozmówców do parodiowania (pomysł podsunął mi właśnie poniżej Tuje) Adama Michnika. Dodajmy, że pole do popisu jest tu znacznie większe niż w przypadku Lichockiej, bo i wada wymowy o niebo ciekawsza.

Do niesamowitego poziomu kultury polskich dziennikarzy ludzie jednak już dawno się przyzwyczaili, zatem na wyskok Lisa mało kto zwróciłby uwagę, gdyby sprawy nie wzięli w swoje ręce znajomi Lichockiej (czystym przypadkiem niemal bez wyjątku prawicowi publicyści) i nie wysmażyli takiego listu:

W piątkowej porannej dyskusji w Radiu TOK FM doszło do niemającego precedensu zachowania Tomasza Lisa. Publicysta Polsatu posunął się do wulgarnego przedrzeźniania kobiety, naszej koleżanki Joanny Lichockiej.
Nie spotkało się to z żadną reakcją prowadzącego dyskusję Jacka Żakowskiego, który zachęcał jeszcze do tak ordynarnego zachowania. Nie nastąpiła także żadna reakcja ze strony uczestniczących w dyskusji Tomasza Wołka i Jacka Rakowieckiego.
Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury. Trudno nam znaleźć odpowiednie słowa na wyrażenie naszego niesmaku i oburzenia.

List podpisali: Paweł Lisicki, Piotr Gabryel, Tomasz Sobiecki, Dominik Zdort, Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Igor Janke, Paweł Bravo i Agnieszka Rybak z „Rzepy”; Stanisław Janecki i Dorota Kania z „Wprost”; Piotr Zaremba, Piotr Gursztyn, Michał Karnowski z „Dziennika”; Jacek Karnowski i Amelia Łukasiak z TV Puls; Dariusz Wilczak z „Newsweeka”; Dorota Gawryluk z Biznes TV; Barbara Rogalska z SDP; szef Polskiego Radia Krzysztof Czabański; Kuba Strzyczkowski i Anita Gargas z TVP; Piotr Skwieciński z PAP, Łukasz Warzecha z „Faktu” i Kuba Sufin z TVN24.pl. Dziennikarze chcieli zapewne dobrze, niemniej wyszedł im przekaz zalatujący seksizmem (w czym wulgarne przedrzeźnianie kobiety jest gorsze od wulgarnego przedrzeźniania mężczyzny?), amnezją (Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury – tymczasem obrażające ówczesnego ministra Roman, przestań pieprzyć padło z ust dziennikarza w Zetce zaledwie dwa i pół miesiąca temu; tyle że wtedy dziennikarz obraził polityka, a nie innego dziennikarza, a solidarność zawodowa to w Polsce rzecz święta) i hipokryzją (ilu z podpisanych protestowało po małpie w czerwonym?). W końcu czego się nie robi dla koleżanki…

Pytanie tylko, czy sama koleżanka tego chciała. Joanna Lichocka to jedna z najlepszych dziennikarek „Rzeczpospolitej”. W analizach politycznych na głowę bije nie tylko swych redakcyjnych kolegów Semkę czy Zdorta, ale i samego Lisa. Jakoś trudno mi wyobrazić sobie zatem, by ta inteligentna kobieta stała za burzą, która w jej imieniu urządzili Lisicki i spółka, burzą, która przynieść musiała łatwe do przewidzenia skutki.

Dziennikarze opublikowali list w „Rzeczpospolitej”. Agora wyczuła okazję do pognębienia wrogów ideologicznych i przedruk wrzuciła na pierwszą stronę portalu gazeta.pl razem z nagraniem z TOK FM. Efekt taki, że wiele osób, które nie czytają na co dzień Rzepy i nie oglądają „Forum”, dziś dopiero dowiedziało się o istnieniu Joanny Lichockiej – i to od razu w kontekście jej prokaczyńskich uczuć religijnych i copywrightu na wydawanie z siebie dziwnych dźwięków. Od razu przypomina się tu kawałek Czerwonego Tulipana: Od przyjaciół, Boże, strzeż. Z wrogami sobie poradzę.

Tak czy owak antykaczyzm znów odniósł nad kaczyzmem (nic to, że wydumanym) moralne zwycięstwo. I teraz rży radośnie…

Ograniczenia pi-aru

Maria pozwoliła zawiązać sobie oczy chusteczką i usiadła na taborecie, wyciągając szyję; sądziła, że zostanie, jak to było w zwyczaju we Francji, ścięta mieczem. Ale kat z pomocnikiem podnieśli ją i zmusili do uklęknięcia na poduszce, po czym popchnęli tak, że głowa królowej znalazła się na pniu, a ramiona, rozkrzyżowane, podtrzymywał pomocnik. W okropnej ciszy słychać było głos skazanej, powtarzający w pośpiechu: „In Te, Domine, speravi, ne me confundas in aeternum”. Hrabia Shrewsbury drżącą dłonią dał znak. Jeszcze rozlegały się słowa: „In manus Tuas…”, gdy zabrzmiał głuchy cios siekiery.

Tak zaczyna się u biografistki Marii Boguckiej opis śmierci Marii królowej Szkotów. Wydarzenie miało miejsce 420 lat temu, 8 lutego 1587 i posłużyło za inspirację setek powieści, dziesiątków filmów i przynajmniej jednego kultowego słuchowiska radiowego.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że egzekucja Marii Stuart w rzeczywistości wcale nie trwała krócej, niż u Pythonów. Kat, najwyraźniej zestresowany faktem, że oto ścina głowę koronowaną, za pierwszym razem w ogóle nie trafił toporem w szyje – tylko w barki. Zdenerwowany, próbował poprawić jeszcze dwa razy, głowa jednak ciągle trzymała się i wrzeszczała, a ciało rzucało się na wszystkie strony, co uniemożliwiało zadanie precyzyjnego cięcia. Zrobił się harmider, część (nielicznych) widzów natychmiast bowiem dopatrzyła się w zajściu palca Opatrzności Bożej, a część ingerencji Szatana – tak czy owak salę wypełniły histeryczne krzyki. A Maria wciąż się miotała. W końcu, już w morzu krwi, dorżnięto nieszczęśnicę znalezionym naprędce tępym nożem, co jednak wcale nie skończyło awantury. Ledwie bowiem ciało przestało się ruszać i publika zamarła, w powietrzu rozległ się przeciągły, ostry pisk. W tym samym momencie spod sukni Marii wyskoczył, skomląc przeraźliwie, mały pies. Schowany między kolejnymi warstwami sukien, towarzyszył swej pani w drodze pod topór. Teraz, oszalały z przerażenia, biegał wokół zwłok i zawodził wniebogłosy…

Opisy śmierci sławnych osób publicznych i historycznych, a nawet bohaterów mitycznych, zawsze przykuwały uwagę mas. Zwłaszcza jeśli były powody, by wierzyć, że śmierć była bohaterska i niezasłużona, a jej ofiara niewinna (lub święta) i atrakcyjna. Nie musiała to być nawet atrakcyjność fizyczna: Jan Paweł II był dla Polaków nie mniej atrakcyjny niż księżna Diana dla Brytyjczyków tylko i wyłącznie za sprawą niepospolitej charyzmy. Marii Stuart, za życia ani nie takiej pięknej (chyba że na tle dzieci Katarzyny Medycejskiej, wśród których się wychowywała), ani nieprzesadnie świętej (ze Szkocji do Anglii przegnano ją po tym, jak zleciła zamordowanie drugiego męża, a następnie – w ramach odpłaty – poślubiła mordercę), trafiła się jednak po śmierci okazja niesamowitego publicity. Król Hiszpanii Filip II, szykując się do rozprawy z Anglią, użył wszystkich propagandowych mocy, by maksymalnie nagłośnić ścięcie kobiety, której zresztą prywatnie szczerze nie znosił. Tym sposobem wkrótce po egzekucji zaroiło się w Europie od broszur poświęconych pasji pięknej i świętej katolickiej Królowej, która nie wyrzekła się wiary, za co poniosła męczeńską śmierć z ręki protestanckiego potwora zwanego Elżbietą angielską. O tym, że potwór ten był bliską krewną tudzież szwagierką arcykatolickiego monarchy (przyrodnia siostra Elżbiety, Krwawa Mary, była rodzoną ciotką i pierwszą żoną Filipa), nikt oczywiście nie wspominał.

W ten sposób królowa Szkotów – mimo że za życia niezbyt skora do przestrzegania przykazań (zwłaszcza piątego, szóstego i ósmego) i ścięta nie za wiarę, lecz za spiskowanie – stała się powszechnie znaną męczennicą i trafiła do powszechnej świadomości, gdzie do dziś siedzi.

Co ciekawe, Filipowi hiszpańskiemu cały ten drogi szum wokół śmierci szkockiej kuzynki (w ówczesnej Europie wszyscy władcy byli ze sobą spokrewnieni – ojciec Elżbiety i babka Marii też byli rodzeństwem) nie przyniósł najmniejszego pożytku: pół roku po egzekucji Marii resztki rozbitej przez wiatr i Anglików Armady (która miała przeprowadzić inwazję na Wyspy) gniły na dnie Atlantyku, Elżbieta zaś nad Tamizą dalej w najlepsze ścinała poddanych. Pamięć o staraniach Habsburga przetrwała jednak w pewnej ludowej sentencji, którą ośmielę się przytoczyć na zakończenie:

Gdy flota kiepska i wezbrane morze,
Nawet najświętszy PR nie pomoże.

Snickers i włosy wyrwane z klaty

Nie trzeba dziś być muzułmańskim czy katolickim radykałem, by mieć fioła na punkcie wizerunku swego boga, proroka, zmarłego papieża czy czego się tam jeszcze chce. Jak się okazuje, w Stanach Zjednoczonych wystarczy być homoseksualnym aktywistą, z obsesją na punkcie wizerunku gejów w mediach.

Jak to jest zadrzeć z kimś takim, dowiedział się właśnie Mars Incorporated, znany także w Polsce producent karmy dla zwierząt i wyrobów cukierniczych. Zaczęło się od tego, że w trakcie niedzielnego Super Bowl w telewizji można było zobaczyć taką oto reklamę Snickersa:

W środowisku organizacji LGBT natychmiast zawrzało. Główny zarzut: faceci po zetknięciu się ustami zamiast paść sobie w ramiona i cieszyć się świeżo odkrytą seksualnością, próbują odzyskać „utraconą” męskość (jakby jedno przeczyło drugiemu). Już takie postawienie problemu to według części komentatorów wyraz głębokiej homofobii. Ale to tylko początek. Niektóre co bardziej biedroniowate stworzenia krzyczą wprost, że reklamą tą Mars Inc. nawoływał do mordowania przedstawicieli mniejszości – w końcu filmik zawiera elementy przemocy; co więcej, bohaterowie przemoc tę kierują przeciw samym sobie, i to zaraz po „homoseksualnym pocałunku”. Nic dziwnego, że co bardziej wojowniczy aktywiści straszą Marsa bojkotem przysięgając, iż, póki firma nie przeprosi, do ust nie wezmą już nie tylko Snickersa, ale nawet niewinnego MilkyWaya.

Patrzę na to wszystko i wyjść nie mogę ze zdumienia. Bo jeszcze bym rozumiał, gdyby przeciw reklamie protestował jakiś związek zawodowy mechaników lub instytucja broniąca praw ludzi upośledzonych umysłowo (przedstawicieli tych grup społecznych faktycznie pokazano w filmie w jak najgorszym świetle), nie mówiąc o jakiejś organizacji broniącej wizerunku facetów jako takich (za każdym razem, gdy pojawia się reklama z niedostatecznie pozytywnie przedstawionymi kobietami, reakcje feministek nie każą na siebie długo czekać)… Ale geje? Toż ich w tym filmie na dobrą sprawę w ogóle nie ma… Są tylko dwaj uprzedzeni do gejów troglodyci, z których zresztą reklama bezceremonialnie kpi.

Kto by się jednak tym przejmował? Mars to bogata korporacja, której zależy na dobrej opinii i która właśnie dlatego nie pożałuje kilku dolarów na „wspieranie dyskryminowanej mniejszości”. Skończy się zatem jak zwykle: zarobi grupka żyjących z własnej orientacji frustratów. Stracą – i to właśnie na wizerunku – przeciętni geje. Ci, którzy setnie się bawią, oglądając Super Bowl tudzież mało ambitne reklamy w przerwach, i nie marzą o tym, by w ramach walki o równe prawa kneblować myślących inaczej.

.

Jarosław śnieżkiem prószy z niebiosów…

Olgierd wytropił, że WO rozpracował artykuł, który w „Dzienniku” popełnił ostatnio o towarzyszu premierze Michał Karnowski:

Stewardessa podaje ciepły posiłek. Ale Jarosław Kaczyński nie zdąży już go zjeść, zdąży połknąć tylko kilka kęsów. Za chwilę samolot podchodzi do lądowania. Jest 18.40. Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie – trzy godziny po północy. Czeka go jeszcze lektura wieczornych raportów dziennych, kilka spotkań i potwierdzenie harmonogramu na jutro. Na sam koniec, już w domu, lektura dokumentów lub książki. (…)
Wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera. I chyba w akcie wdzięczności za ciepłe przyjęcie, chwilę później na konferencji prasowej zorganizowanej w jednej z wojnickich fabryk wśród pachnących farbą, dopiero co wyprodukowanych maszyn drukarskich, wygłosił, po raz pierwszy tak szczerze, swoje credo: Postawiliśmy na zwykłą Polskę. (…)
Bo kiedy Jarosław Kaczyński stoi przed wąską grupą, doskonale wie, co powiedzieć. Biznesmenom z Wojnicza dał krótki i treściwy wykład na temat sposobów zdobywania unijnych pieniędzy (…). Prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej w Bochni, gdzie pojechał po zakończeniu spotkania w Wojniczu, treściwą definicję własnego stosunku do lustracji. Plus napomnienie, by IPN realizował ją “odpowiedzialnie”. ”I tak właśnie pracujemy” – odpowiedział Kurtyka.

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno Polacy śmiali się czytając o rozmowach Putina z narodem, w trakcie których wszystkowiedzący rosyjski przywódca w carskim stylu rozwiązuje problemy starannie wybranych poddanych. I że Mistrz Ildefons „Zimę z wypisów szkolnych” napisał ponad siedemdziesiąt lat temu:

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą -
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.

A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla ciebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.

A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.

Hej, tam w Warszawie jest pan minister
siwy i taki miły,
przez okno rzuca spojrzenia bystre,
bo chce, by dla ciebie były
zimą sopelki, śniegi i lody:
wszystkie zimowe wygody.

Jeżeli tedy sanki usłyszycz
i dzwonki ich tajemnicze,
wiedz: to minister w skupionej ciszy
nacisnął taki guziczek,
że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią
nad miastem i nad wsią.

Komu pomógł Kononowicz?

Takiej promocji jeszcze nie było. Kilka dni przed wyborami polski Internet zawojowały spoty „rzetelnego kandydata na prezydenta Białegostoku, Krzysztofa Kononowicza”. Linki do filmów na YouTube można było znaleźć na co drugim blogu, powstało hasło na Wikipedii i trzy strony poświęcone rezolutnemu kandydatowi, a na allegro pojawił się kultowy sweterek mało oryginalne wzorki. Skończyło się tym, że spoty Kononowicza w najlepszym czasie za darmo emitował TVN, o fenomenie napisały „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek”, a w internetowych rankingach niezborny kandydat otrzymywał po dziewięćdziesiąt kilka procent poparcia. Sukces medialny nie przełożył się jednak na rzeczywiste poparcie i końcem końców Kononowicz dostał w wyborach niecałe 2 proc. czyli 1676 głosów, o wiele za mało, by przejść do drugiej tury. Jego komitet Podlasie XXI Wieku też żadnego kandydata do żadnej z rad nie dał rady wprowadzić. Z dużej chmury mały deszcz?

Ano nie do końca. Dzięki towarzyszącym spotom artykułom prasowym cała Polska ma dziś szansę poznać człowieka, który stoi za Kononowiczem i jego sukcesem medialnym. Tak jak Lepper miał swojego Tymochowicza, a Marcinkiewicz – Ciesiołkiewicza, tak i Kononowicz ma bowiem Czeczetkowicza – człowieka, który go odkrył, wystawił w wyborach, zaprowadził do studia TV Jard, a potem wkleił nakręcony materiał na YouTube’a. Jak donosi dzisiejsza „Rzeczpospolita”, postać to nad wyraz ciekawa:

Nazwa komitetu [Podlasie XXI Wieku] brzmi niewinnie. Jego lider to szef skrajnych narodowców. Nie prowadził kampanii. Wystarczył klip z Kononowiczem.
Czeczetkowicz: 30 lat, długie włosy. Były lider zespołu RPOi. W wyborach do Sejmu z list Polskiej Partii Narodowej dostał 200 głosów. Karierę zaczynał w Młodzieży Wszechpolskiej. Dziś mówi o wszechpolakach: – Mięczaki i karierowicze. Oni nie są nawet narodowcami.
Czeczetkowicz nie ukrywa poglądów: – Idziemy jak falanga. Jak walec. Policja i ABW, jak esbeckie psy, nas ścigają. To wszystko trzeba rozwalić.
Człowiek, który wymyślił Kononowicza, jest oskarżony przez prokuraturę o nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym. Jego plan był prosty: gdyby wygrał Kononowicz, on zostałby wiceprezydentem. – Telewizja nas bojkotowała, radio olało. Internet okazał się najbardziej demokratyczny – przyznaje Czeczetkowicz. – Otwiera nam drzwi – i to jest w porządku. Chcieliśmy wykorzystać demokrację. Dlaczego mielibyśmy tego nie zrobić?
Przyznaje: jeśli już demokracja wniosłaby go do władzy, chciałby ją obalić. Dlaczego? – Bo dopuszcza wszystkich. Jest jak dziwka.

Sytuacja okazuje się jednoznaczna: pozbawiony skrupułów narodowiec znajduje bezrobotnego biedaka i robiąc z niego pośmiewisko promuje swe ugrupowanie w Sieci. Tymczasem polskie media, zwłaszcza te liberalne i politycznie poprawne, zamiast rozdzierać szaty robią mu darmową kampanię. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że przez swe otoczenie Kononowicz jest uważany za osobę poczciwą acz ograniczoną umysłowo:

– Kto go podpuszcza, to on to serio bierze. Zrobi wszystko, co mu się podpowie. W Starosielcach a to go żenią, a to namawiają do innych głupot. Wstyd, że biednego w durnia robią – mówi jedna z sąsiadek.
Inna jest bardziej powściągliwa: – Krzysztof nie jest agresywny, tylko zatrzymany w rozwoju. Ojciec taki sam był. (…)
Kononowicz jest ufny. Nie rozumie procedur wyborczych. Był przekonany, że może dostać 300 procent głosów. Nawet kiedy już było wiadomo, że ma niespełna 2 procent, wciąż wierzył, że przejdzie do drugiej tury.

Zastanawiam się, jak teraz czują się ludzie kilka dni temu deklarujący, że – gdyby mogli – bez zmrużenia oka zagłosowaliby na kandydata w swetrze. Czy nadal klaszczą, bo ubaw przedni? I czy gdyby Kononowicz miał np. widoczne oznaki zespołu Downa lub innej przypadłości, z której polityczna poprawność na co dzień zakazuje się wyśmiewać, klaskaliby równie głośno?

Ukąszenie heglowskie

Prekursor marksizmu, postmodernizmu i reszty współczesnego dyskursu humanistycznego Georg Wilhelm Friedrich Hegel, gdy mu powiedziano, że fakty zaprzeczają temu, co w swych filozoficznych dziełach wypisuje, odrzekł podobno: Tym gorzej dla faktów. Słowa myśliciela okazały się uniwersalną inspiracją: służyły jako motto Leninowi i komunistom, Wellsowi, Sartre’owi i innym sterowanym z Moskwy pożytecznym idiotom, a nawet wyruszającym na Saddama neokonserwatystom Busha juniora. Nic dziwnego, że i Platforma Obywatelska postanowiła oprzeć na nich swój powyborczy PR.

Zaczęło się od tego, iż sąd uznał, że platformowi reklamiarze ludzi oszukiwali w spocie „Oszukali”. Nie pierwszy raz PO minęła się z prawdą – już kilka tygodni temu starannie wysmażony raport o mediach okazał się takim stekiem bzdur, że trzeba było mydlić ludziom oczy zapewnianiem, że niegotowy wyciekł. Wtedy jednak Rokita uszy tulił i przyznawał, że w raporcie pełno rzeczy niestosownych. Teraz Tusk idzie w zaparte:

Szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk przeprosił wyborców na antenie Radia Zet za „pewną nieścisłość” w spocie wyborczym Platformy pt. „Lodówka – oszukali”. Jednak jego zdaniem, „co do zasady, ten spot mówi dość ponurą prawdę.”

Stwierdzenie w jednym ciągu wypowiedzi, że ktoś skłamał, ale „co do zasady” powiedział prawdę, to konstrukcja logiczna przechodząca moje zdolności pojmowania. Lecz cóż, do pana Donalda intelektualnie prawdopodobnie równie daleko mi, jak do Hegla, tedy niezdolność zrozumienia tego bez wątpienia niezwykle głebokiego spostrzeżenia wcale mnie nie załamuje, jeno napełnia jeszcze większym uznaniem dla Geniusza Kaszub.

Zwłaszcza, że możliwości intelektualne szefa PO na tym wcale się nie kończą. Przy okazji Tusk zaznaczył, że uzasadnienie sądu „jest jednoznaczne, w tym sensie, że sąd uznał, że Gazeta Wyborcza oraz inne źródła, które podajemy w tym spocie nie są wystarczająco pewne i wiarygodne, żeby tak precyzyjne procenty podawać”. Aż drżę na myśl, jakie zdolności do autosugestii muszą drzemać w człowieku, który zdołał przekonać samego siebie, że Wyborcza w kwestii PiS-u jest źródłem pewnym i wiarygodnym… Hegel może się schować.

Myśliciel dnia