Archiwum dla słowa kluczowego: Religia

Szariat w Zjednoczonym Królestwie

Wolność słowa zawsze miała swoją cenę. Choć nie zawsze była to cena aż tak wyśrubowana, jak dziś na Zachodzie. Na przykład w Stanach Zjednoczonych za samą zapowiedź spalenia Koranu trzeba dziś zapłacić władzom 180 000 dolarów bez względu na to, czy obietnicę się spełni, czy nie. Amerykanie pocieszają się jednak, że to i tak nic w porównaniu z rządzoną wedle praw szariatu Wielką Brytanią, gdzie za (nawet domniemane) spalenie świętej księgi muzułmanów ląduje się za kratkami:

Brytyjska policja zatrzymała sześć osób podejrzanych o podżeganie do nienawiści rasowej po pojawieniu się w internecie nagrania wideo, na którym widać grupę mężczyzn podpalających coś, co wygląda na egzemplarze Koranu.
– Zatrzymań dokonano po domniemanym spaleniu dwóch egzemplarzy Koranu w Gateshead (północny wschód Anglii) 11 września – powiedział rzecznik policji z Northumbrii. – Incydent ten zarejestrowano na wideo i rozpowszechniono w Internecie. (…)
Na nagraniu zamieszczonym na YouTube widać, jak sześciu młodych mężczyzn o twarzach zasłoniętych kapturami lub szalami leje benzynę na książkę i podpala ją, a następnie to samo robi z drugą książką.
Jeden z filmowanych mężczyzn na widok spalenia pierwszej książki wykrzykuje radośnie: „11 września, międzynarodowy dzień palenia Koranu!” i „Za chłopaków w Afganistanie!”.
Policja z Northumbrii podała, że pierwszych dwóch mężczyzn zatrzymano 15 września, a czterech następnych 22 września.

Nie ma na razie informacji, czy – w wypadku wyroku skazującego (który, biorąc pod uwagę obecność nagrań, wydaje się niemal pewny) – zbrodniarze zostaną przekazani władzom Afganistanu, czy też do ukamienowania (pierwszego w nowożytnej historii Wielkiej Brytanii!) dojdzie na miejscu.

Dziewictwo, kaganiec i knebel

Jak daleko można posunąć się w reklamie? Czy są granice, których nadawcy komunikatów (nie tylko reklamowych) nie powinni przekraczać? W programie Piotra Zworskiego „Twarzą w twarz” spieram się na ten temat z Juliuszem Braunem, byłym przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i aktualnym szefem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy. Punktem wyjścia dyskusji jest nieco już przebrzmiała kampania House’a „Strzeż mnie ojcze”.

Einstein o Bogu

Do domu aukcyjnego w Londynie trafił kilka dni temu list Alberta Einsteina do filozofa Erica Gutkinga. List, napisany 3 stycznia 1954 (rok przed śmiercią naukowca) w odpowiedzi na przysłany Einsteinowi przez Gutkinga egzemplarz książki „Choose Life: The Biblical Call to Revolt”, mocno wzbogaca naszą wiedzę na temat tego, w co właściwie wierzył największy fizyk wszechczasów. Jak się bowiem okazuje, wynoszony swego czasu pod niebiosa przez apologetów religii autor zdania „Nauka bez religii jest kaleką, religia bez nauki jest ślepa” (Die Naturwissenschaft ohne Religion ist lahm, die Religion ohne Naturwissenschaft ist blind) żywił prywatnie (przynajmniej pod koniec życia) znacznie mniej pojednawcze sądy na temat wiary w Boga i wszelkich systemów religijnych:

Słowo „Bóg” nie jest dla mnie niczym więcej, niż wyrażeniem, wytworem ludzkiej słabości, zaś Biblia – zbiorem poważanych, choć prymitywnych podań, które w dodatku są dosyć dziecinne. Nie zmieni tego żadna interpretacja, bez względu na to, jak subtelna by nie była. (…) Religia żydowska, tak jak inne religie, to dla mnie wcielenie najbardziej dziecinnych przesądów.

Mocne stwierdzenia, których nie powstydziłby się Dawkins w „Bogu urojonym” (już w pierwszym rozdziale cytujący przecież obficie Einsteina), pół wieku temu miały małe szanse na pojawienie się poza prywatną korespondencją – przede wszystkim ze względu na ducha czasów. Biorąc pod uwagę fakt, że w latach 50-tych nieprzystawanie do oczekiwań konserwatywnego, religijnego społeczeństwa nawet dla znanego naukowca mogło się skończyć katastrofą (dość wspomnieć zaszczutego za homoseksualizm ojca współczesnej informatyki, Alana Turinga), trudno się dziwić, że Einstein niezbyt często wyrażał osobiste poglądy na temat religii. Znacznie trudniej zrozumieć, dlaczego dotyczące tego zagadnienia fragmenty jego korespondencji musiały czekać na upublicznienie aż pół wieku…

Poczęci inaczej

Najciekawsze fragmenty prelekcji największych w Polsce autorytetów naukowych w kwestii zapłodnienia pozaustrojowego (znanych mediom również jako biskupi katoliccy), wygłoszonych 24-25 grudnia w ramach tzw. homilii bożonarodzeniowych i pasterkowych, z komentarzem ułatwiającym niezorientowanym zrozumienie nauki Kościoła w odniesieniu do dzieci poczętych inaczej:



Biskup płocki ksiądz doktor Piotr Libera:

Nad Betlejem nieustannie unosi się cień Heroda. Czy nie jest to szatańska zagrywka? Dać początek jednej istocie ludzkiej i równocześnie zniszczyć kilka lub kilkanaście innych żywych ludzkich zarodków! Oto dlaczego Kościół mówi zdecydowanie „nie” metodzie poczynania ludzkiego życia w laboratorium.

No właśnie. Lepiej żeby nie było żadnych dzieci, niżby miały być tylko niektóre. A swoją drogą, przyznać trzeba, że taki pęd do zrównania wszystkich w nieistnieniu bije na głowę nawet komunizm w wykonaniu Czerwonych Khmerów. Tamci wszak zabijali jedynie istoty niesłusznie (bo w niesłusznych sferach) urodzone (lub choćby poczęte). Biskup Libera domaga się tymczasem odebrania prawa do życia zygotom, które jeszcze nie powstały. Wystarczy duszpasterzowi, że – gdyby powstały – powstałyby w próbówce, co przecież zbrodnią jest znacznie większą, niż nie-bycie chłopem w rządzonej przez Pol Pota Kambodży.



Edward Materski:

Mamy z miłości ku przychodzącemu do nas Jezusowi przezwyciężyć mroki przeróżnych programów, które pod rozmaitymi pozorami chcą wprowadzić prawa uderzające w prawo do życia, od momentu jego poczęcia aż do naturalnej śmierci, w prawo każdego dziecka by wiedziało, że jest owocem miłości ojca i matki. Wszystkie dziedziny życia i społeczeństwa winny być oświecone wchodzącym słońcem, którym jest Jezus Chrystus. Niech nikt nie mówi: mnie to nie dotyczy, bo Chrystus przychodząc na świat związał się w pewien sposób z każdym człowiekiem.

Oczywiście. Także z niewierzącym. Nic dziwnego, że i ateistów powinny obowiązywać prawa Jezusowe. Takie jak prawo zabraniające robienia dzieci metodą inną niż ta, którą Jezus stosował z Marią Magdaleną. Każda inna droga reprodukowania swych genów nie ma przecież nic wspólnego z miłością. I basta, niedowiarku – toć nie uświadczysz na świecie większego autorytetu w dziedzinie kontrolowanego rozpłodu niż biskup-emeryt.



Arcybiskup lubelski ksiądz profesor Józef Życiński:

Do sprawy in vitro nie można podchodzić w ten sposób, jakby w grę wchodziły tylko marzenia o dziecku albo refundacja z Narodowego Funduszu Zdrowia. Tu chodzi o kulturę życia, której uczył Jan Paweł II. (…) To kwestia także kilku zarodków, które przy podporządkowaniu podobnych procedur zasadom komercji tworzone są w prawie każdej klinice, gdzie przeprowadza się podobne zapłodnienie, i później pozostają zamrożone w ciekłym azocie. My też byliśmy zarodkami. Nas też można było zamrozić.

Przedni pomysł i przyznajmy, że parom liczącym na dofinansowanie zapłodnienia in vitro pozostaje tylko żałować, że w odpowiednim czasie nie wprowadzono go w życie, tak w stosunku do arcybiskupa, jak i jego kolegów… By jednak ustrzec się przed podobnymi wpadkami w przyszłości, proponuję szybko manifestację pod hasłem: Zamroź embriona. To może być mały Życiński.

Egzorcyzmy pod Szczecinem

Lubisz kolor czarny? Oblałeś maturę z religii? Zamiast z własnym proboszczem wołałbyś spółkować z posłanką Senyszyn? Nie martw się. Już wkrótce Twe problemy przejdą do historii: w Puszczy Goleniowskiej powstaje (pod przepiękną nazwą „Oaza Maryi Królowej Światłości”) pierwszy w Polsce ośrodek leczenia opętanych. Za pomocą egzorcyzmów i innych metod nowoczesnej medycyny chrześcijańskiej będzie się w nim wyganiać Diabła z dusz ateistów, bezbożników, satanistów i wszystkich, którym nie podoba się to, co robi w Polsce Kościół katolicki. Czyli także takich jak Ty.

Nie wierzysz, że możesz być opętany? Toż właśnie czytasz bloga, którego autor, wedle pomysłodawcy utworzenia lecznicy (a swoją drogą, czy za pobyt tam będzie płacił NFZ?), księdza Andrzeja Trojanowskiego, spełnia najważniejsze kryteria opętania:

W swojej czteroletniej praktyce ks. Trojanowski wielokrotnie spotkał się z przypadkami demonicznego dręczenia, a także rzeczywistego opętania. Przez osoby nimi dotknięte działała szczególna nienawiść wobec wszystkiego, co święte. Niejednokrotnie objawiają one niezwykłe zdolności, jak (…) mówienie w nieznanych językach.

Jeśli ciągle jeszcze czytasz, nie oszukujmy się. Szatan zawładnął także Twoją duszą. Pakuj się zatem, druhu, i pod Szczecin. Ksiądz Andrzej czeka.

Biedroń, Dawkins i uczucia religijne

Obszerny wywiad na temat cenzury w Polsce, który można dziś przeczytać w „Życiu Warszawy”, zainspirowany tym, co ostatnio pisałem o protestach przeciw reklamie Red Bulla i o absurdalności wymogu odnoszenia się z szacunkiem do tego, w co wierzą inni ludzie, jak idiotyczne by to nie było…

Z Tomaszem Łysakowskim, medioznawcą, kulturoznawcą i blogerem, rozmawia Marcin Szymaniak

W filmiku reklamowym RedBulla do Maryi i małego Jezusa przychodzi nie trzech, lecz czterech króli, a ten czwarty przynosi pudełko z puszkami napoju. Reklamą zajęła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która otrzymała protesty „oburzonych wiernych”. Czy gdyby był Pan szefem telewizji, to puszczałby Pan ten filmik?

Wiele reklam powstaje tylko po to, by je zdjęto z możliwie jak największym hukiem. Gdybym jako widz zobaczył tę reklamę w TV, to w ogóle bym jej nie zarejestrował i nie pomyślał, że ona może obrażać jakieś uczucia religijne. Natomiast gdybym był szefem prywatnej telewizji, wziąłbym pod uwagę, że KRRiTV może mnie ukarać wysoką grzywną i mógłbym zrezygnować z jej emisji. Wiedziałbym zresztą, że firma, która tę reklamę wypuściła, i tak nieźle na niej zarobi. Zakazana, czyli kontrowersyjna reklama nabiera atrakcyjności, dzięki czemu w internecie obejrzy ją potem znacznie więcej osób. Firmy często wtedy same umieszczają reklamy np. na YouTube, aby pojawiły się one w jak największej ilości blogów i serwisów internetowych.

Może firma inspirowała też protest „oburzonych wiernych”?

Nie mówię, że zrobili to sami pracownicy RedBulla. Bo właściwie po co mieliby to robić? Gdy rozpowszechnia się w miarę kontrowersyjną reklamę, to można liczyć, że i tak znajdą się jacyś oburzeni, którzy napiszą skargę. Gdyby nie to, nikt by nie zwrócił na nią uwagi. A tak mamy efekt. W psychologii nazywa się to teorią reaktancji: jeżeli ktokolwiek
zakazuje nam czegokolwiek, to od razu chcemy tego spróbować.

W przypadku książki Roberta Biedronia o homoseksualizmie, której EMPiK odmówił w tym tygodniu promocji, też zadziała reaktancja?

Firma prywatna może sobie promować takie książki, jakie chce, a na miejscu Biedronia zacierałbym już ręce. To, co zrobił EMPiK, może być najlepszą promocją jego książki. Gdyby EMPiK zgodził się na jego spotkanie z czytelnikami, to informacja o książce ukazałaby się najwyżej na 20. stronie w lokalnym dodatku jakiegoś dziennika… Tymczasem dzięki EMPiK-owi Biedroń ma promocję na skalę krajową. Nie wiem nawet, czy nie było to celowo zaplanowane. Chociaż oczywiście mogę się mylić, bo ja wszędzie węszę spiski (śmiech). Sprowokowanie protestów i zakazów to w każdym razie świetna metoda marketingowa.

Wychodzi tu na jaw spora obłuda, bo przecież EMPiK jednocześnie mocno promuje antyreligijną książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony” – manifest współczesnego walczącego ateizmu.

Dawkins jest mniej znany, ale i tak lepiej się sprzeda niż Biedroń. Mamy już w Polsce sporą grupę ludzi, którzy go czytają i kupią każdą jego książkę, bo mają gwarancję, że zawsze dowiedzą się czegoś nowego. Biedronia zna oczywiście więcej osób, lecz jego książka nie będzie miała aż takiego wzięcia, ponieważ łatwo się domyślić, co w niej znajdziemy. Gdy ktoś jest tak przewidywalny, to zainteresowanie musi być mniejsze.

W każdym razie, czy to będzie Dawkins, Biedroń, czy RedBull zakazy mogą im tylko dodać atrakcyjności. Jedynie państwo w pełni totalitarne jest bowiem w stanie zupełnie zdusić pewne opinie, ale za cenę np. odcięcia obywateli od internetu. Tymczasem w państwie demokratycznym każda informacja, że chce się ludziom ograniczyć do czegoś dostęp, sprawia, iż staje się to bardziej ponętne.

Czasami jednak sprzeciw skutkuje w sposób pożądany przez protestujących. Rossmann wycofał właśnie ze swoich sklepów, po protestach polskich wiernych, papier toaletowy z napisami „Merry Christmas”.

To już naprawdę absurd! Niedługo niektórym nawet gwiazdka na papierze będzie się kojarzyć z Gwiazdą Betlejemską i sprzedawcy wycofają ze sklepów wszystkie papiery z gwiazdkami.

Inni z kolei w obawie przed sprzeciwem wycofują się ze śmielszych pomysłów. Na przykład partner znanego krytyka Tomasza Raczka początkowo planował wydać swą książkę z okładką przedstawiającą Chrystusa wystylizowanego na geja. Ostatecznie jednak rozmyślił się i powieść z tą okładką można kupić tylko przez internet.

O okładce w tej wersji w ogóle nie słyszałem. A to świadczy, że fundamentaliści katoliccy też o niej nie słyszeli – gdyby zaprotestowali, pewnie bym usłyszał. Stąd wniosek, że niedostatecznie to chyba nagłośniono. Gdyby ją nagłośnić, mogłoby być tak jak z filmem o Larrym Flincie. Mało kto obejrzałby ten film, gdyby nie awantura wokół plakatu promocyjnego z rozebranym Woodym Harrelsonem „ukrzyżowanym” na kobiecym łonie. Co prawda aktor mógł mieć po prostu w ten sposób ułożone ręce, ale wystarczył fakt, że niektórym skojarzyło się to z ukrzyżowaniem. Babcie przyszły pod kina z protestami, a tłumy ludzi kupowały bilety, mówiąc sobie: „Oho, ten film musi być naprawdę niezły, skoro nie chcą, byśmy go oglądali”.

Czy uważa Pan, że uczucia religijne powinny być w ogóle chronione przez prawo?

Nie. Ludzie wierzą w różne rzeczy, a one mają różny stopień prawdopodobieństwa. Jeżeli ktoś powie, że Ziemia jest płaska, to obrazi mój zdrowy rozsądek, ale nie uczucia religijne. Niektórzy wierzą jednak w zupełnie absurdalne rzeczy, np. że Ziemia jest płaska, jak powszechnie uważano w średniowieczu, albo że Bóg stworzył Ziemię sześć tysięcy lat temu razem ze wszystkimi kośćmi dinozaurów. I kiedy ktoś nazwie to absurdem, taki „wierzący” może przecież zarzucić mu obrazę uczuć religijnych! Te uczucia dotyczą takich rzeczy, które są albo niesprawdzalne, albo zostały sprawdzone i okazały się fałszywe. Niektórzy wierzący mówią, że obrażanie uczuć religijnych to tak, jakby ktoś komuś napluł na matkę. Jest jednak zasadnicza różnica: matka czy ojciec to osoby, które żyją bądź żyły, podczas gdy przedmiotem uczuć religijnych są pewne figurki czy symbole. I nie ma żadnych dowodów, że rzeczy, które mają symbolizować, naprawdę istnieją.

Czyli – jak mówi humorysta Patrick Condell – „absurdem jest oczekiwanie wierzących, iż niewierzący będą ich wierzenia traktować z większym szacunkiem, niż normalnie traktuje się gusta bliźnich w kwestii kroju spodni czy koloru czapki”?

Dokładnie tak. Niech pan zauważy, że nasze prawo nie traktuje równo wierzących i niewierzących. Ci ostatni nie mogą zażartować publicznie z religii, bo muszą się liczyć z oskarżeniem o obrazę uczuć. Wierzący mogą natomiast swobodnie powtarzać, że np. niewierzący pójdą do piekła. A to jest przecież sytuacja analogiczna do tej, kiedy ateista mówi, że katolik wierzy w głupoty.

Nasze państwo chroni jednak bardziej wierzących, bo utarło się, że mamy 90 proc. katolików. Nie bierze się pod uwagę, że do kościoła chodzi 40-50 procent ludzi, kilka procent to niewierzący i obojętni, a reszta to światopoglądowa szara strefa. Parę miesięcy temu media doniosły, że pewien mężczyzna został skazany w Polsce na pół roku więzienia w zawieszeniu za zamieszczenie w internecie obrazka Jezusa z wklejoną twarzą Stalina. W końcu nie trafił za kratki, ale sam wyrok dobrze ilustruje polskie absurdy w tej kwestii. Złodzieje i bandyci chodzą wolno, bo odracza się im procesy, a normalnego obywatela ściga się za to, że wrzucił do sieci jakiś fotomontaż.

Gore nam!

Na portalu gazeta.pl znalazłem przedruk opublikowanego pierwotnie w Die Zeit artykułu Josefa Joffego Klimatyzm – nowa świecka religia. I mocno się zdziwiłem, jako że dawno nie widziałem równie celnego podsumowania tego, co aktualnie zachodzi w przeżartych konsumpcją umysłach mieszkańców Europy i Ameryki Północnej, a co można streścić krótko jako… pędzącą lawinę nawróceń na nowe, coraz modniejsze wyznanie:

2000 lat po narodzeniu Chrystusa, a 1400 lat po Mahomecie nowa wiara ogarnia serca i umysły mieszkańców zachodniego świata. Owa religia to klimatyzm. (…) Tu każdy jest znawcą świętych pism, i każdy jest oświecony.

Oczywiście, oświecony tylko pod jednym warunkiem: że nie posiada wykształcenia kierunkowego w dziedzinie klimatologii. Dowodem wyznanie dwójki tegorocznych polskich pokojowych noblistów (tak, tak, Al Gore nie zgarnął całej kasy), czyli specjalistów z IPCC (Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu) Zbigniewa Kundzewicza i Piotra Tryjanowskiego. Dość nieoczekiwanie padło ono w wywiadzie, który dla Dużego Formatu przeprowadził z ekspertami Adam Kompowski:

Kundzewicz: Muszę powiedzieć, że klimat wciąga. Nie zawsze się nim zajmowałem, bo nie jestem z wykształcenia klimatologiem ani meteorologiem. Ale klimat, pogoda wpływa na nasze życie. (…)
Kompowski: A pan Piotr jest ornitologiem.
Tryjanowski: (…) To, że nie jesteśmy klimatologami, jest naszym atutem. Mamy inne spojrzenie, szersze.

Czytając to, nie nadążałem z przecieraniem oczu. Od biedy byłbym jeszcze w stanie znieść sytuację, w której ktoś się przyznaje, iż w dziedzinie, którą się zajmuje, nie jest specjalistą (doceniam, mimo wszystko, szczerość). Gdy jednak zaraz potem zaczyna ze swej ignorancji czynić cnotę, po prostu ręce opadają. Najgorsze jednak, gdy sobie człowiek uświadomi, że taki badacz właśnie za swój dorobek dostał Nobla. Jedyna pociecha, że nie w dziedzinie naukowej.

Fakt, że Nobel był nienaukowy, wydaje się tu zresztą symptomatyczny. Sam Joffe uważa klimatyzm za konkurencję nie dla normalnej nauki, lecz dla chrześcijaństwa – i przytacza na poparcie swej tezy szereg dowodów. Ot, choćby w Kalifornii ostatnio nawet Biblię na stolikach w pokojach hotelowych zastępuje się „Niewygodną prawdą” wspomnianego już noblisty Ala Gore’a. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że z innej książki owego mistrza fantastyki, przy którym schować mogą się nawet autorzy Pięcioksięgu, możemy się dowiedzieć m.in. ciekawych rzeczy o życiu, bodaj na Śląsku:

In some areas of Poland, children are regularly taken underground into deep mines to gain some respite from the buildup of gases and pollution of all sorts in the air. One can almost imagine their teachers emerging tentatively from the mine, carrying canaries to warn the children when it’s no longer safe for them to stay above the ground.
[W niektórych rejonach Polski dzieci są regularnie zabierane pod ziemię do głębokich kopalń, aby choć na chwilę odetchnąć od nagromadzonych w powietrzu gazów i zanieczyszczeń wszelkiego rodzaju. Możemy sobie wyobrazić ich nauczycieli, jak wychodzą niepewnie z kopalni, trzymając kanarki, aby ostrzec dzieci, że pozostawanie na powierzchni nie jest już dla nich bezpieczne.]

Mocne, nieprawdaż? Zwłaszcza te kanarki… Tak czy owak, czyta się to jednym tchem i aż dziw bierze, że niedoszły prezydent USA (w trakcie wyborów w 2000 przedstawiany jako inteligentniejszy od niewiedzącego, gdzie leży Słowenia, George’a W. Busha) nie dostał za swój dorobek Nobla także z literatury.

Kolejnym przytoczonym przez Joffego dowodem na religijny raczej niż naukowy charakter klimatyzmu jest fakt, że „naukowe” dzieła klimatystów mają na ogół formę nie raportów empirycznych, lecz proroctw. A to przecież od zarania dziejów znamionuje religijne formy wypowiedzi:

Wiara (…) potrzebuje swoich proroków, którzy (…) piętnować będą grzech, a głosić pokutę i nawrócenie. „Biada grzesznemu ludowi, narodowi pełnemu winy” – wołał prorok Izajasz. Jego słowa porównać można ze stwierdzeniem Ala Gore’a: „My, Amerykanie, zgrzeszyliśmy… Musimy odpokutować za grzechy, ofiarując w zamian wygody naszego życia.”

Gore prorokiem? Nie jest to ujęcie ani nowe, ani zaskakujące. Zaraz po rozdaniu pokojowych Nobli w tekście na Pardonie Rafał Madajczak (autor m.in. znanego bloga Piątej Władzy) nazwał ekswiceprezydenta „apostołem”:

Al Gore stał się kimś w rodzaju apostoła świeckiej cywilizacji Zachodu. Cywilizacji, w której wszystko – od niewierności po zmiany klimatu – jest chorobą, która czeka tylko na wynalezienie swojego lekarstwa. W tej wizji nie ma miejsca na pogląd, że klimat na ziemi po prostu cyklicznie się zmienia.

Każdy prorok czy apostoł, przekonujący daną społeczność do przyjęcia forsowanego przez siebie systemu wierzeń, posługuje się ściśle określoną retoryką. Nie jest ona na ogół zbyt skomplikowana (ma przecież trafić także do maluczkich) i bazuje przeważnie na starej metodzie kija i marchewki. W roli kija występuje zwykle straszenie, nawiązujące do najgorszych średniowiecznych tradycji, dla niepoznaki polanych jakimś nowoczesnym, pseudonaukowym sosem. Jak pokazuje Joffe, chodzi przede wszystkim o

wykreowanie apokaliptycznej wizji przyszłości – za przykład podać można chrześcijańską Apokalipsę św. Jana ze „spadającym z nieba ogniem”. (…) Religia oddziaływuje na człowieka, dotykając jego odwiecznych obaw, odwołując się do pierwotnych uczuć. Wiara już za czasów Mojżesza zyskiwała nowych wyznawców poprzez wywoływanie w nich śmiertelnego strachu, zsyłając na ziemię potop, suszę (za czasów pobytu Józefa w Egipcie) czy pożar (płonący miecz Michała Archanioła, zniszczenie Sodomy i Gomory). Składniki nowoczesnej apokalipsy w klimatyźmie wcale nie różnią się od biblijnych: podnosi się poziom wód morskich, tereny, które nie zostaną dotknięte przez katastrofalne powodzie niszczy susza, a resztę ziemi pustoszą huragany. (…)
Każda religia ma swoje znaki na niebie. O ziemskim katakliźmie pisał już św. Jan: „Słońce stało się czarne, księżyc przybrał barwę krwi.” Dziś znaki z nieba to codzienna prognoza pogody, w której tkwi tyle samo poetyckiej wolności, ile było jej w słowach proroka Izajasza czy autora ewangelii św. Jana.
Katastrofa klimatyczna to z jednej strony zbyt dużo, a z drugiej zbyt mało śniegu, za dużo deszczu, za dużo słońca, zbyt częste powodzie, a zarazem za mało wody. Wszystko to składa się na pojęcie klimatu, wszystko jest upomnieniem i znakiem ostrzegawczym.
Prorok słusznie się gniewa, ale w jego złości dostrzec też można odrobinę kuglarstwa, bo co będzie, jeżeli niedźwiedzie polarne w rzeczywistości nie wyginą, a Golfsztrom nie przestanie płynąć? Chodzi o ludzki strach i o głęboką wiarę. Te pierwotne instynkty stanowią punkt odniesienia i dzielą świat na wiernych i heretyków, członków społeczności i wygnańców. Sumienie triumfuje nad wiedzą, uczucie nad nauką.

Gdy już potencjalnych konsumentów naszych idei dostatecznie nastraszymy, przychodzi kolej na marchewkę: pokazanie, że zło wcale nie jest nieuchronne i że można go uniknąć wykonując pewne rytuały. I na tym polu, jak zauważa Josef Joffe, klimatyzm niespecjalnie różni się od znanych nam mono- i politeizmów:

Trzecim koniecznym filarem religii jest nadzieja i zbawienie. Biblijny deszcz siarki i ognia, który spadł z nieba, zmiótł z ziemi siły szatana. „Jezioro ognia” pochłonęło tylko tych, „którzy nie znaleźli się w Księdze Życia”. (…) Posłuszeństwo Bogu w judaizmie to podporządkowanie się boskiemu prawu, w katolicyzmie natomiast uniknąć piekła może ten, kto wyzna swoje grzechy, odprawi pokutę i przyrzeknie nawrócenie. A jak to wygląda w klimatyźmie?
Tu zbawiony może być każdy, kto nauczy się rezygnować z dóbr doczesnych, co w rzeczywistości jest również religijnym toposem. Prorok Izajasz grzmi: „Zniszczyliście winnicę, w waszych domach ukrytych jest mnóstwo przedmiotów, które zrabowaliście biednym.” Nowoczesny odpowiednik to wyzysk krajów trzeciego świata. Prorok ostrzega: nauczcie się pokory, „każdy człowiek musi pochylić głowę”, w przeciwnym wypadku „Pan zabierze wam wszelkie klejnoty”.
Dla wyznawców klimatyzmu grzechem jest bezgraniczna konsumpcja, która przez globalne ocieplenie prowadzi ludzkość do zagłady. Zrezygnujcie z nowomodnych zabawek: samochodów, podróży w dalekie zakątki świata, klimatyzacji, nie jedzcie mięsa. Zaniechajcie nadawania boskich cech wzrostowi gospodarczemu, pochylcie się ze skruchą przed matką naturą. Kupujcie odpusty z certyfikatem CO2!

Powie ktoś, że to, na co jacyś idioci wydają pieniądze, to wyłącznie ich sprawa. Sęk w tym, że w dzisiejszym świecie nadgorliwi wyznawcy w coraz większym stopniu zdobywają wpływ na życie publiczne i zaczynają do kupowania odpustów zmuszać również niewierzących. W Polsce nie odczuwamy jeszcze tego przymusu zbyt mocno, no, chyba że jesteśmy mieszkańcami Augustowa. Jak przymus wygląda w bardziej „cywilizowanych” częściach świata, można sobie jednak poczytać choćby u Starego Wiarusa. Znów zacytuję obficie, ale blog nie dość, że salonowy, to jeszcze niszowy, więc założę się, że mało który z moich czytelników na link do niego (na Hardkorze zamieszczony) klika… A jeśli nawet kiedyś kliknie, niezbyt prawdopodobne, że w lekturze wpisów dotrze aż do marca. W marcu tymczasem autor bloga, naturalizowany w Australii polski emigrant, wypuścił jeden z najlepszych felietonów: o paranoi klimatycznego fanatyzmu, która właśnie ogarnęła antypody:

Zieloni zeloci religii globalnego ocieplenia zajmują się ostatnio ze szczególną energią obmyślaniem rytualnych umartwień, do jakich należy mnie przymusić dla przebłagania planety. Jeśli planeta nie zostanie przebłagana, to moje pra-prawnuki, już za dwieście lat, mają przerąbane.
Obmyślanie nowych umartwień nie jest rzeczą prostą. Umartwienia powinny biczować i umartwiać wyłącznie mnie i innych wrednych kapitalistów, natomiast w żadnym wypadku nie mogą zawadzać budowie nowych elektrowni węglowych w Chinach, ani w jakikolwiek sposób zniechęcać ubogiego hinduskiego wieśniaka do posiadania czternaściorga dzieci. Chiny, Indie i cała Afryka mają dyspensę od Rady Ludowych Komisarzy Klimatycznych na dymienie, smrodzenie, grzanie i puszczanie bąków. Dyspensę dostały, bo są biedne, a co najważniejsze, nie są imperialistyczne, więc planeta im wybaczy. (…)
Tymczasem w Pierwszym Świecie trwają heroiczne deliberacje, jak by tu mnie zobowiązać ustawowo, pod karą grzywny i chłosty, abym nie brał prysznica dwa razy dziennie po dziesięć minut, jak do tej pory, ale raz na trzy dni przez półtorej minuty, pod specjalnym sitkiem za sto dolarów, stwarzającym wymyślne złudzenie, że leci z niego woda, podczas gdy faktycznie nie sposób się pod nim porządnie opłukać z mydła. (…) Mam się wyrzec burżujskiego zwyczaju podróżowania zabójczymi dla planety samolotami pasażerskimi. Tym samym mam się rytualnie uwięzić na kontynencie australijskim, połączonym z resztą świata, jeśli idzie o transport pasażerów, wyłącznie drogą lotniczą. (…)

Itepe, itede. Dokładny rejestr umartwień (a jest ich znacznie, znacznie więcej), którym powinien się poddawać statystyczny Australijczyk, na blogu Wiarusa. O ich czysto rytualnym, nie zaś praktycznym charakterze, najlepiej tymczasem świadczą wyliczenia pokazujące, jaki jest rzeczywisty wpływ 20 milionów Ozzich na efekt cieplarniany:

Jeśli cała Australia i Nowa Zelandia razem z całą ludnością i gospodarką znikną jutro rano z powierzchni ziemi, to emisja gazów powodujących efekt cieplarniany spadnie o całe 1.4%, i planeta będzie zbawiona.
Ale tylko przez dwa lata, do czasu uzupełnienia brakującego CO2 przez dynamicznie rozwijające się Chiny.

Najlepsze jednak, że po uzupełnieniu przez Chińczyków poziomu dwutlenku węgla i tak nic się nie stanie. A przynajmniej nic, do czego nie doszłoby i bez tego. Ziemia, która 100 lat temu (czyli w kategoriach planetarnych: dopiero co) wyszła z małej epoki lodowcowej, będzie się najprawdopodobniej rozgrzewać przez następne tysiąc lat. I nie zanosi się, by szamanizm w postaci niemycia się lub nielatania cokolwiek w tej kwestii zmienił.

Szarlatan w sutannie

Na onecie przedruk artykułu z „The Independent” o ojcu Pio z Pietrelciny. Znany (także w Polsce) stygmatyk okazuje się w nim niezwykle barwną postacią – a wszystko dzięki badaniom włoskiego historyka Sergio Luzzatto, który w watykańskich archiwach znalazł dość kłopotliwe dla Kościoła materiały na temat kultowego zakonnika.

Jak się okazuje, już w latach 20-tych i 30-tych Stolica Apostolska miała poważne wątpliwości co do rzeczywistej natury wizji, objawień i stygmatów charyzmatycznego mnicha. Wzbudzały je na przykład rzeczy, które sam zainteresowany opowiadał o sobie: twierdził m.in. że ma zdolności telepatyczne i widzi przyszłość. Niemniej chyba najciekawsza była bilokacja. Ojciec Pio utrzymywał, że zdarza mu się przebywać w kilku miejscach jednocześnie, co zresztą skrzętnie potwierdzali wierni, donoszący o zauważeniu nieruszającego się z San Giovanni Rotondo zakonnika w Genui, Rzymie, Urugwaju czy Milwaukee. Tymczasem Święte Oficjum w Watykanie już w pierwszej połowie XX wieku podchodziło do tych rewelacji dość sceptycznie.

Oliwy do ognia dolewały rozchodzące się po Włoszech pogłoski o defraudacjach finansowych w coraz bogatszym za sprawą licznych datków klasztorze oraz o spółkowaniu dość młodego jeszcze wówczas zakonnika z fankami w konfesjonałach. To ostatnie zaowocowało nawet wydaniem przez papieża ojcowi Pio zakazu spowiadania i odprawiania mszy publicznie. W 1923 zakazano mu także zbliżania się do chłopców w przyklasztornej szkole (zgadnijmy, dlaczego).

Największe kontrowersje budziły jednak (i do dziś budzą) oskarżenia o sztuczne podtrzymywanie stygmatów. Ojciec Pio nie ukrywał, że wciąż jątrzące się rany (w których jednak, o dziwo, nigdy nie dochodziło do zakażeń) regularnie przemywa kwasem fenolowym. Związek ten, od dawna znany ze swych bakteriobójczych i grzybobójczych właściwości, przy wyższych stężeniach jest wysoce toksyczny w kontakcie ze skórą: powoduje m.in. oparzenia i martwicę. Zakonnik przyznał się do jego stosowania jeszcze w 1919, gdy przyłapano go na tym, że zlecił pielgrzymującej doń kuzynce aptekarza z Foggi zdobycie 100 mg sproszkowanego fenolu (później wielokrotnie zamawiał u niej większe ilości tej żrącej substancji).

Mimo tych wszystkich oskarżeń siła oddziaływania obrotnego mnicha nieprzerwanie rosła, a do klasztoru San Giovanni Rotondo z roku na rok pielgrzymowały coraz większe tłumy. Nic dziwnego, że po kilkudziesięciu latach walki z wiatrakami Kościół doszedł do wniosku, że bardziej opłaci się zaakceptować czarną owcę i włączyć ją do mainstreamu. W 1933 papież Pius XI odwołał wszystkie zakazy nałożone na ojca Pio, zaś jego następca, Pius XII zaczął wręcz zachęcać wiernych do pielgrzymek do bogobojnego biznesmena.

Potem już poszło z górki: kult jeszcze za życia przyszłego świętego z dnia na dzień się rozrastał, czego zresztą wcale nie przerwała śmierć zakonnika w 1969. Prawdziwego rozpędu nabrał jednak, gdy na tron Piotrowy wstąpił Jan Paweł II, znany entuzjasta ludowej religijności. W 1982 rozpoczęto proces beatyfikacyjny, w 1999 papież ogłosił ojca Pio błogosławionym, a w 2002 świętym. Dziś, jak wynika z sondaży, do operatywnego, acz martwego zakonnika modli się we Włoszech więcej ludzi niż do Jezusa i Maryi. I choć sam wątpliwy święty już nic z tego nie ma, dla Kościoła katolickiego długo jeszcze pozostanie prawdziwą żyłą złota.

Nierówne standardy

W „Tygodniku Powszechnym” wstrząsający artykuł o tym, ile się trzeba w Polsce nachodzić, chcąc dokonać oficjalnej apostazji (okropne słowo, brzmi jak połączenia aborcji z eutanazją) z Kościoła katolickiego. I to nie samemu, ale z dwoma świadkami – jedną osobę ksiądz może po prostu odesłać z kwitkiem. Co więcej, w większości przypadków nie wystarczy proste oświadczenie woli, że nie chce się napędzać kościelnych statystyk – trzeba mozolnie wytłumaczyć duchownemu, kiedy i w jakich okolicznościach straciliśmy wiarę (domyślnie przyjmuje się, że wszyscy Polacy wierzą w Boga) i wysłuchać wiązanki napomnień, której długość zależy od stopnia determinacji duszpasterza.

Przed przeczytaniem tego tekstu nigdy nie myślałem poważnie o występowaniu ze średniowiecznej instytucji, do której zapisano mnie bez mej wiedzy i zgody 28 lat temu. I to mimo faktu, że w myśl wszelkich znanych kryteriów jestem ateistą – choć przyznam, że nie lubię tu etykietek. W powszechnym odczuciu ateiści to przecież ludzie wierzący w nieistnienie Boga – tymczasem ja w nic takiego nie wierzę. Po prostu uważam (za Dawkinsem, ale nie tylko nim), że, jeśli chodzi o dzisiejszy stan wiedzy, z naukowego punktu widzenia znacznie bardziej prawdopodobne jest nieistnienie niż istnienie Istoty Najwyższej, która miałaby być jednocześnie wszechmocna, wszechwieczna, wszechwiedząca, wszechobecna, ale za to niewidzialna. Podobnie jak bardziej prawdopodobne jest nieistnienie niż istnienie krasnoludków czy Latającego Potwora Spaghetti. Gdyby jednak pewnego dnia pojawił się dowód empiryczny na to, że Bóg, krasnoludki lub Latający Potwór Spaghetti istnieją, przyjąłbym go do wiadomości i fakt istnienia uznał. Nie, nie uwierzyłbym – tak jak i dziś nie wierzę w rzeczy naukowo potwierdzone, tylko je po prostu wiem – lecz uznałbym rzecz za udowodnioną lub przynajmniej prawdopodobną.

Tymczasem istnienia żadnego z powyższych obiektów/zjawisk nigdy nie potwierdzono na drodze powtarzalnej obserwacji. Jak by bowiem nie patrzeć, fundamentalne dla chrześcijan dzieło dowodzące istnienia Boga, Biblia, wydaje się równie wartościowym materiałem empirycznym, co Baśnie braci Grimm. Trudno przecenić wpływ jednego i drugiego zbioru podań na naszą kulturę, trzeba być jednak nieukiem lub wariatem, by którykolwiek traktować jako źródło wiedzy o fizyce, astronomii, genetyce czy historii Wszechświata. Prawa rządzące rzeczywistością są bezlitosne: gadający wąż w Raju i rozstępujące się Morze Czerwone są równie prawdopodobne, co wróżka zamieniająca Kopciuszka w seksbombę czy żywa babcia Czerwonego Kapturka wyciągnięta z rozprutego brzucha Wilka. Fakt, że o babci i wróżce nie powstają dziś summy teologiczne, a o parze Pierwszych Rodziców – i owszem, niczego tu nie rozstrzyga: bredzić sobie każdy może o czym chce. Tylko dlaczego, u licha, wymagać od innych, by po zaświadczenia, że w te brednie nie wierzą, latali do centrów promocji przesądów? Czy przedszkola i żłobki wydają druczki potwierdzające, że się nie wierzy w bajki o Królewnie Śnieżce, a kina – że nie jest się wyznawcą Shreka?

Do wariatkowa, proszę

Ostatnie dni przyniosły dwa newsy, które każą się zastanowić nad tym, ile mamy jeszcze wolności słowa w Polsce. Pierwszy, szeroko dyskutowany: „Dziennik” opublikował treść pozwu Michnika przeciw Krasowskiemu. Drugi, mniej głośny, choć nie mniej złowrogi: 33-letni anglista został skazany na pół roku w zawieszeniu za umieszczenie w Internecie fotomontażu Jezusa z twarzą Stalina. A wszystko to w europejskim kraju, który chełpi się przestrzeganiem demokratycznych standardów, do których, jak wiemy, należą również gwarancje wolności słowa.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak osobliwie nasza sytuacja w tej dziedzinie może wyglądać dla osoby z zewnątrz. Otóż bezkarnie krytykować i wyśmiewać można sobie w Polsce właściwie tylko polityków, a i to nie wszystkich. Giertych i Wierzejski drwiny i szyderstwa przyjmują tak, jakby sprawiały im one przyjemność. Po Kaczyńskim najgorsze obelgi spływają jak po kaczce. Ale już taka Sobecka za „babsztyla” wytacza procesy, podobnie jak Hojarska za włosy na klacie. Znacznie bardziej od polityków wrażliwi na krytykę wydają się sami dziennikarze. Każdy może napisać sobie, co chce o Adamie Michniku lub Elizie Michalik, jeżeli jednak to, co napisze, nie spodoba się bohaterowi lub bohaterce artykułu, musi liczyć się z tym, że za kilka dni do drzwi może zapukać mu listonosz z wezwaniem z sądu. Najgorzej jest jednak z wolnością wypowiedzi na temat rzeczy, w które wierzą współobywatele. Absurdalność wierzenia nie gra roli (choć pewną rolę odgrywa publikacja, w której dany absurd pochodzi: za kpiny z prawd objawionych w Biblii łatwiej w Polsce zostać skazanym niż za kpiny z prawd objawionych w Koranie), chodzi tylko o to, by było to wierzenie w coś, co z naukowego punktu widzenia nie trzyma się kupy (jak widać, nasz prawodawca uznał, że nauka obroni się sama). Na przykład że świat został stworzony w sześć dni lub że pewien pan dwa tysiące lat temu trzy dni po śmierci wyszedł z grobu, po czym regularnie odwiedzał swoich znajomych, przenikając przez zamknięte drzwi ich domów.

Jakkolwiek mógłbym jeszcze zrozumieć, gdyby niedorzeczne prawo było przynajmniej konsekwentne i w ramach walki z obrażaniem uczuć religijnych tępiło rzeczy, które faktycznie mogą w religijność godzić (np. podręczniki do fizyki i biologii, uczące dzieci, że świat wcale nie powstał tak, jak utrzymuje Biblia, oraz że ludzie nie przenikają przez zamknięte drzwi), pomysł skupiania się w pierwszym rzędzie na integralności świętych obrazków (nie taki zresztą nowy – pamięta ktoś jeszcze procesy tygodnika „Wprost” za okładkę z Matką Boską Częstochowską w masce gazowej?) trudno uznać za coś innego niż szczyt paranoi. Jak każdy normalny człowiek, szanuję ludzi, którzy wymyślili rzeczy, w które wierzę, lub napisali ważne dla mnie książki. Karol Darwin, Richard Dawkins czy Steven Pinker znaczą dla mnie, jak podejrzewam, nie mniej, niż dla katolika Jezus Chrystus lub Maryja, czy dla muzułmanina Mahomet. Gdybym jednak pewnego dnia zaczął odczuwać potrzebę pójścia do sądu i domagania się ukarania kogoś za to, że zrobił karykaturę Darwina bądź fotomontaż z brzuchem Dawkinsa, prawdopodobnie natychmiast zadzwoniłbym po karetkę.

Po czym kazałbym się wieźć do najbliższego wariatkowa.


Kościół a seks z dziećmi

Czy wiecie, że:

  1. Pewien irlandzki mnich z zakonu norbertanów nazwiskiem Brendan Smyth zasłynął tym, że w ciągu pięćdziesięcioletniej (1945-1994) posługi w Dublinie, Belfaście i kilku miastach amerykańskich zgwałcił ok. 400 dzieci. Ojczulek miał niezłe chody u zwierzchników w swoim zakonie, którzy zresztą o jego słabości wiedzieli już w latach 40-tych, niemniej solidarnie trzymali buzie na kłódki. Ba, czasami nawet pomagali: gdy w parafii, w której zakonnik aktualnie “uczył”, wszystkie dostępne młode duszyczki były już zaliczone, przenosili delikwenta w nowe miejsce, gdzie mógł sobie używać do woli, a poprzednim ofiarom i ich rodzinom sobie znanymi sposobami zamykali usta. Aresztowanie rozrywkowego norbertanina w 1994 i jego kolejne sprawy sądowe (w 1994 skazano go za 17 gwałtów w Belfaście, w 1997 za 74 gwałty w Dublinie, końca innych procesów już nie dożył) wywołały niemały kryzys w katolickiej Irlandii – dość powiedzieć, że zaowocowały lawiną ujawnień kolejnych ofiar chuci duchowieństwa, upadkiem prawicowego rządu i spadkiem o niemal 20 procent frekwencji na niedzielnych mszach.

     

  2. Inny, tym razem amerykański, pedofil-rekordzista, John J. Geoghan, przez 30 lat posługi kapłańskiej „zaliczył” przynajmniej 130 dzieciaków. Jego także uczynni zwierzchnicy po każdej większej wpadce przenosili do innej parafii, a sprawie ukręcali łeb. Ojciec John wpadł, gdy zaczął się dobierać do chłopców na przyparafialnym basenie. Bostońska archidiecezja do dziś negocjuje odszkodowanie, jakie wypłaci ofiarom Geoghana (ostatnio mówi się o 65 milionach dolarów).

     

  3. W październiku 2005 zakończyło się w Irlandii rządowe dochodzenie w sprawie molestowania dzieci w malutkiej wiejskiej diecezji Ferns. W stan oskarżenia postawiono 21 duchownych, którym zarzucono ponad 100 gwałtów na dzieciach płci obojga. Trzeba przyznać, że duszpasterze zadziwiali pomysłowością – np. w kościele parafialnym w Monageer urządzili sobie burdel, w którym nastoletnie dziewczynki gwałcili… na ołtarzu. Biskup, jak zwykle, o wszystkim wiedział, ale poprzestawał na delikatnych napomnieniach.

     

  4. Najdalej w miłości do dzieci posunął się południowoafrykański ksiądz, który w 2004 z dwoma wspólnikami zgwałcił i zamordował 8-letnią dziewczynkę. Tym razem hierarchowie nie próbowali wyciszać sprawy.

     

  5. W opublikowanym w lutym 2004 raporcie John Jay College na temat molestowania nieletnich w Kościele Katolickim wyliczono, że w latach 1950-2002 tylko w sądach amerykańskich o napastowanie seksualne dzieci oskarżono 4 392 księży. Wśród 10 667 procesujących się ofiar większość stanowili chłopcy, którzy w chwili popełnienia wobec nich przestępstwa mieli 11-14 lat. Najczęściej ministranci.

     

  6. Wielu znanych z niestandardowego libido amerykańskich duchownych miało polskie korzenie. Mimo to również woleli chłopców.

     

  7. W 2005 nowo wybrany papież Benedykt XVI zwrócił się do prezydenta Busha z prośbą o list żelazny na czas potencjalnej pielgrzymki do USA (planowanej na maj 2007), który by go, jako głowę państwa, uchronił od aresztowania, gdy tylko postawi stopę na amerykańskiej ziemi. Papież ma bowiem w Teksasie zaoczny proces o tajny list, który w roku 2001, jeszcze jako kardynał Ratzinger, wysłał do amerykańskich hierarchów. Zakazywał w nim władzom duchownym informowania władz świeckich o wynikach śledztw w sprawie pedofilii księży w przypadkach, w których nie upłynęło 10 lat od chwili, gdy ofiara osiągnęła pełnoletność. W USA namawianie do krycia przestępcy to nie przelewki – nic dziwnego, że Ojciec Święty chciał mieć pewność, iż po przybyciu do Ojczyzny Wolności nie trafi za kratki.

     

  8. Joseph R. ze swymi nakazami trzymania przez księży buzi na kłódkę wcale nie był pierwszy: w 1962 w Watykanie wydano dokument Instructio de modo procedendi in causis de crimine sollicitationis (przekład na angielski) w którym dla duchownych, którzy upubliczniliby przypadki molestowania seksualnego przez innych duchownych, przewidywano karę ekskomuniki. Instrukcję odkryto przypadkiem w roku 2003.

     

  9. W ukrywaniu (na poziomie centralnym) części przypadków molestowania przez księży z ostatnich trzech dekad oprócz aktualnego papieża uczestniczyć musiał (ze względu na piastowane stanowisko) przynajmniej jeden nasz rodak.

     

  10. W najnowszej (od dziś na półkach księgarń i kiosków) książce kardynała Dziwisza „Świadectwo”, opisującej kulisy życia w Watykanie w latach 1978-2005, nie ma o tym wszystkim ani słowa.

Profesorka prawa

Śmiałem się kiedyś, że czytać w Polsce nie potrafią posłowie i senatorki – a tu się okazało, że nawet będąc profesorem topowej uczelni (prawa na UW!) można nie radzić sobie z tekstem pisanym (w dodatku prawniczym). Cóż jednak rzec, bycie partyjną koleżanką profesora Niesiołowskiego zobowiązuje.

Niektórzy wciąż przecierają oczy. Na skutek (wytykanego dziś z satysfakcją nie tylko przez Galbę) antykorupcyjnego zacietrzewienia posłów PO (i, he he, SLD) poprzedniej kadencji, Hanna Gronkiewicz-Waltz 27 grudnia 2006 straciła fotel prezydenta Warszawy. Straciła cicho i bezboleśnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A teraz płacze.

Jak w Polsce wygląda znajomość i poszanowanie prawa przez zwykłych obywateli – od dawna wszyscy wiedzą. Tym razem możemy sobie jednak zobaczyć, jak prawo znają i szanują profesorowie prawa i prawodawcy: HGW odgraża się, że zajmowanego (jak wszystko wskazuje: nielegalnie) stanowiska po dobroci nie opuści (dziś twierdziła np. że w ogóle żadnego oświadczenia składać nie musiała, gdyż mąż działalność gospodarczą w stolicy co prawda „prowadzi”, ale jej nie „wykonuje” – tok rozumowania, który mi zalatuje kultowymi już „Paliłem, ale się nie zaciągałem” i „Donosiłem, lecz nikogo nie krzywdziłem”), tymczasem jej koledzy partyjni już przebąkują, że ustawa, którą napisali i uchwalili, jest bez wątpienia niekonstytucyjna, więc nie ma sensu jej przestrzegać. Jak by nie patrzeć, PiS-owi kroi się długie i mozolne wydłubywanie babiny z prezydenckiego stolca… Chyba że – jak w przypadku Wielgusa – pojawi się jakiś deus ex machina i znienacka pat rozwiąże.

Właściwie i tym razem mógłby to być Benedykt XIV. Po pierwsze: już zaprawiony w usuwaniu skompromitowanych ofiar losu z kolejnych warszawskich urzędów. Po drugie: kto jak kto, ale papież na pewno ma chody u dwóch duchów, które na co dzień doradzają byłej prezydent Warszawy: Ducha Świętego i ducha Jana Pawła II. Pozostaje tylko przekonać B16, by swe wpływy i umiejętności uruchomił.

W pielgrzymce błagalnej do Watykanu w pierwszej kolejności pobiegną zapewne co rozsądniejsi warszawscy studenci. PO (w okolicach wyborów partia młodych i wykształconych) po wyborach praktycznie zablokowała planowaną inwestycję w nowy kampus uniwersytecki na Polach Mokotowskich (projekt miał tylko jedną, za to fundamentalną wadę: w trakcie kampanii poparł go Marcinkiewicz). Nie przypuszczali chłopcy (i dziewczynka), że kolejne wybory za pasem…