Archiwum dla słowa kluczowego: Socjobiologia

Studniówkowy PR

Sequel wpisu na blogu o psychologii ewolucyjnej zachowań okołostudniówkowych. Temat przewodni to tym razem studniówki-bale, organizowane w luksusowych hotelach, które powoli wypierają tradycyjne doroczne potańcówki w salach gimnastycznych. Czy to źle, że wypierają, czy dobrze, zapytał mnie w TVN Warszawa Igor Sokołowski.

Socjobiologia seksu z nastolatką

Nic tak nie kręci ostatnio mediów w Polsce, USA i Francji, jak seks dorosłego mężczyzny z trzynastoletnią dziewczynką. Wszystko za sprawą bardzo znanego reżysera, któremu na starość przychodzi odpowiedzieć za pewien grzech młodości (jeśli można tak nazwać okolice czterdziestki). Z tej okazji opowiemy dziś sobie o tym, co dokładnie ciągnie niektórych statecznych, ustawionych panów w sile wieku do podlotków – i dlaczego.

Nim przejdę do właściwych rozważań, pragnę jednak wyraźnie zaznaczyć, że żadna część tego wpisu nie ma na celu obrony tych, którzy dopuszczają się z nieletnimi czynów zagrożonych sankcją prawną. Wbrew temu, co na filmach amerykańscy adwokaci próbują wmówić sędziom przysięgłym, zrozumieć to wcale nie znaczy usprawiedliwić. Mogę doskonale rozumieć motywy X-a, który napadł na bank (chciał być bogatszy), za plecami żony związał się z kochanką (rozpowszechniona wśród wielu gatunków skłonność samców do kumulacji samic) czy jako polityk załatwił swojej córce intratną posadę w państwowym przedsiębiorstwie (biologiczny imperatyw dbania o własne geny), ale to wcale nie znaczy, że mam ich traktować bardziej pobłażliwie. Większość ludzi chciałaby mieć dużo pieniędzy, co jednak wcale nie przekłada się u nich na okradanie banków; gros mężczyzn lubi seks – ale to nie znaczy, że kopulują z każdą chętną kobietą i gwałcą każdą, która stawia opór. Jeśli ktoś powyższych hamulców nie ma, powinien ponosić tego konsekwencje (choć zupełnie innym problemem jest tu adekwatność kary: już Rzymianie wiedzieli, że chcącemu nie dzieje się krzywda, zatem ściganie Polańskiego przez pół życia za czyn, co do którego ciężko nawet stwierdzić, czy ofierze – dla której nie był to pierwszy stosunek i którą reżyserowi na seks podesłała własna matka – w jakikolwiek sposób zaszkodził, może się niektórym wydawać absurdem; tylko że – tu uwaga do artystów i ludzi kultury – jak nam się jakiś przepis prawny nie podoba, warto go zwalczać w ogóle, a nie wyłącznie wtedy, gdy za jego naruszenie przymkną nam kolegę).

Dla psychologa ewolucyjnego ludzie są przede wszystkim zwierzętami. Jak wszystkie inne zwierzęta mają więc genetycznie zakodowane instynkty, sprawiające, że odczuwają głód, kiedy organizmowi zaczyna brakować energii (lub przynajmniej gdy do mózgu dochodzą – nie zawsze prawdziwe – informacje, że zgromadzonym w postaci tłuszczu zasobom energii grozi wyczerpanie), pragnienie (gdy mózg uznaje, że w organizmie jest za mało płynów), czy zmęczenie i senność (gdy mózg lub reszta organizmu potrzebują regeneracji). Jednym z takich instynktów jest popęd do rozmnażania się – niezmiernie ważny, gdyż tylko dzięki niemu człowiek jest w stanie przekazać dalej swój materiał genetyczny.

Teraz parę słów o wymaganiach i preferencjach, jakie mężczyźni historycznie (nasze potrzeby seksualne nie ukształtowały się wczoraj – odpowiadają za nie miliony lat doboru naturalnego na afrykańskich stepach) wykazywali w stosunku do potencjalnych partnerek, tak w związkach stałych, jak i przelotnych. Zgodnie zarówno z dzisiejszą wiedzą psychologów ewolucyjnych, jaki i z sądami potocznymi, nie są one zbyt skomplikowane, ba, na rynku nie brakuje też przystępnie napisanych podręczników akademickich („Psychologia ewolucyjna” Davida M. Bussa, „Kobiety i mężczyźni: Odmienne spojrzenia na różnice” Bogdana Wojciszkego), jak i publikacji popularnonaukowych („Ewolucja pożądania” Bussa, „Mózg i płeć” Debory Blum, „Geny a charakter” Deana Hamera, „Czerwona królowa” Matta Ridleya), których twierdzenia w interesującej nas materii pozwolę sobie tu pokrótce streścić.

Zatem od początku: to, co najbardziej wpływa na postrzeganą atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny, to według socjobiologów przede wszystkim szeroko rozumiane wyznaczniki zdrowia i płodności przyszłej partnerki – cechy, które miały mężczyznę upewnić, że kandydatka na żonę lub partnerkę urodzi mu dużo dzieci. Jak pokazują badania międzykulturowe zespołu Bussa, mężczyźni w wielu zróżnicowanych społecznościach zwracają uwagę przede wszystkim na takie cechy potencjalnej partnerki, jak budowa ciała, piersi, bioder, czy (uwaga!) sygnały świadczące o wieku kobiety.

Psychologowie ewolucyjni nie mają problemu z określeniem przyczyn tego zjawiska. W naszej ewolucyjnej przeszłości, aby mężczyzna mógł odnieść sukces reprodukcyjny (czyli jak najwydajniej przekazać dalej swe geny), potrzebował kobiety zdolnej do urodzenia maksymalnej liczby dzieci. Śmiało można powiedzieć, że w społeczeństwach pierwotnych czy nawet znanych nam pierwszych cywilizacjach, im więcej potomstwa kobieta mogła wydać na świat, tym większa była jej wartość na rynku matrymonialnym – czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, wartość rozrodcza. Trudno zaś nie zauważyć, że np. trzynastolatka ma wyższą wartość rozrodczą niż trzydziestolatka – ta pierwsza ma przecież przed sobą czas na urodzenie statystycznie większej liczby dzieci. Dlatego nie dziwi nikogo, że zanim ludzkość wpadła na pomysł, że dobro dziecka należy chronić także w sferze seksualnej, związki takie jak małżeństwo dorosłego Jagiełły z dwunastoletnią Jadwigą, uznawano za absolutną normę.

Dokładne wytyczne, jakie w mózgach większości mężczyzn zakodowały geny w materii wyboru partnerki, skrupulatnie wyliczył Steven Pinker w „Jak działa umysł”:

Czego powinni szukać mężczyźni u kandydatki na żonę? Pomijając wierność, która jest gwarancją ich ojcostwa, kobieta powinna być zdolna do urodzenia tylu dzieci, ile to możliwe (tak zostały skonstruowane nasze skłonności: nie znaczy to jednak, że mężczyźni dosłownie chcą mnóstwa niemowlaków). Powinna być płodna, co znaczy, że powinna być zdrowa i dojrzała, ale przed okresem przekwitania. (…) W małżeństwie liczy się, ile potomków mąż może oczekiwać od żony na dłuższą metę. Ponieważ kobieta może urodzić i wykarmić piersią jedno dziecko co kilka lat, a liczba jej płodnych lat jest ograniczona, im młodsza panna młoda, tym większa przyszła rodzina. Dotyczy to nawet najmłodszych żon, mimo że nastolatki są nieco mniej płodne niż kobiety po ukończeniu dwudziestego roku życia.

Co znamienne, zaraz potem zauważa Pinker, że ta potępiana i wyśmiewana skłonność mężczyzn do młodszych partnerek przewrotnie wynika… z faktu, że ludzkie samce partycypują w opiece nad potomstwem:

Jakby na przekór teorii, że „mężczyźni są szujami”, zamiłowanie do powabnych młodych dziewcząt mogło ewoluować w służbie małżeństwa i ojcostwa, a nie przygodnych romansów. Wśród szympansów. gdzie rola ojca kończy się wraz z kopulacją, niektóre z najbardziej pomarszczonych i obwisłych samic są najbardziej seksowne.

Jednostkowe przypadki nie musiały, oczywiście, potwierdzać statystyki ogólnej. Wystarczyło jednak, by mężczyźni wiążący się z młodszymi kobietami zostawiali choćby trochę więcej dzieci niż ci wolący panie dojrzałe, by w perspektywie dziesiątków i setek tysięcy lat to ich geny wygrały i zdominowały populację.

Tym, którzy chcieliby wyliczance Pinkera zarzucić, że to wyjaśnianie ex post, psycholog ewolucyjny David Buss podaje w „Psychologii ewolucyjnej” dalsze dowody pośrednie:

Po pierwsze, mężczyźni odpowiadający na ogłoszenia matrymonialne częściej są zainteresowani tymi kobietami, które deklarują, że są młode i atrakcyjne fizycznie. Po drugie, mężczyźni na całym świecie poślubiają kobiety średnio o 3 lata od nich młodsze; mężczyźni, którzy rozwodzą się i żenią powtórnie, wybierają jeszcze młodsze kobiety. Średnia różnica wieku przy powtórnym małżeństwie wynosi 5, a przy trzecim – 8 lat. Po trzecie, kobiety poświęcają dużo energii na poprawienie swojego wyglądu, co świadczy o tym, że męskie preferencje wpływają na ich zachowanie. Po czwarte, kobiety w walce z rywalkami posługują się często takimi metodami, jak kwestionowanie ich urody (…). Metody te są skuteczne, ponieważ godzą w czuły punkt męskich oczekiwań względem stałej partnerki.

Oczywiście, jak zauważa ten sam autor w „Ewolucji pożądania”, dana nastolatka może okazać się bezpłodna i nie urodzić żadnego dziecka, a trzydziestopięciolatka mimo swego wieku może jeszcze wydać na świat przynajmniej pół tuzina potomków. Statystycznie jednak wśród naszych przodkiń liczba potencjalnych dzieci odwrotnie korelowała z wiekiem i nasi praojcowie musieli to brać pod uwagę. W każdym razie ci, którzy nie brali, nie są naszymi praojcami.

Rzeczywista wartość rozrodcza kobiety ma jednak to do siebie, że nie jest wprost zauważalna. Kobieta wyglądająca na młodą i zdrową może być w istocie bezpłodna lub rodzić dzieci z obciążeniami genetycznymi. O wszystkim tym mężczyzna nie może się dowiedzieć z jej wyglądu – czasami nie wie o tym sama kobieta. Niemniej, jak dodaje Buss, nasi przodkowie musieli polegać na jakichś pośrednich i łatwo dostrzegalnych wskazówkach co do rzeczywistej zdolności reprodukcyjnej kobiety. Najlepszymi kandydatami na takie wskaźniki były zaś młodość i zdrowie. Nawet dziś kobieta stara czy chora ma znacznie mniejsze szanse na wydanie na świat potomka niż młoda i zdrowa. W czasach naszej ewolucyjnej historii szanse kobiet starszych (co wtedy oznaczało przekroczenie 30-tki) czy chorych, zarówno na potomstwo, jak i na samo przeżycie, były tymczasem drastycznie mniejsze mniejsze niż współcześnie. Trudno się w takim razie dziwić, że nasi praojcowie na partnerki seksualne brali je w ostatniej kolejności.

Jak się to wszystko jednak ma do sprawy Polańskiego – zapytasz zapewne czytelniku – skoro wiemy, że reżyser nie spółkował z nastolatką po to, żeby mieć potomstwo, ba, podjął nawet pewne środki zaradcze (seks analny), by tego uniknąć. Tu znów wkracza Pinker, który – tym razem w kultowej książce „Tabula rasa: Spory o naturę ludzką” – bardzo przystępnie wyjaśnia to, przechodząc od genów do błyskotliwej teorii bliższych i dalszych celów adaptacyjnych:

Wszystko to nie oznacza, że ludzie w sensie dosłownym dążą do kopiowania swoich genów. Gdyby nasz umysł działał w taki właśnie sposób, to mężczyźni ustawialiby się w kolejkach do banków spermy, a kobiety płaciłyby za możliwość oddawania własnych komórek jajowych bezpłodnym parom. Można jednak wnioskować, że dziedziczne systemy służące do uczenia się, myślenia i odczuwania mają taką konstrukcję, jaka na ogół sprzyjała przetrwaniu i bardziej skutecznej reprodukcji w środowiskach, w których ewoluowali nasi przodkowie. Ludzie lubią jeść, a w świecie pozbawionym barów szybkiej obsługi motywowało ich to do odżywiania się, nawet jeśli nigdy nie myśleli o jedzeniu w kategoriach jego wartości odżywczej. Ludzie uwielbiają seks i kochają dzieci, a w świecie, w którym nie znano antykoncepcji, te upodobania wystarczyły, aby geny mogły same zatroszczyć się o siebie.
Różnica między mechanizmami, które w danej chwili (w czasie rzeczywistym) popychają organizmy do działania, a tymi, które kształtowały organizmy w toku ewolucji, jest tak istotna, że doczekała się naukowego nazewnictwa. Przyczyna bliższa (proximate cause) to mechanizm uruchamiający konkretne zachowania w czasie rzeczywistym, na przykład głód czy pożądanie, które popychają ludzi do jedzenia i uprawiania seksu. Przyczyna dalsza (ultimate cause) to motyw adaptacyjny, leżący u źródeł danej przyczyny bliższej, na przykład potrzeby odżywienia organizmu i rozmnażania się, pod których wpływem ewoluowały w nas popędy głodu i pożądania seksualnego. Rozróżnienie między przyczynami bliższymi a dalszymi jest niezbędne do tego, abyśmy mogli zrozumieć samych siebie, wyznacza ono bowiem odpowiedź na wszelkie pytania typu: „Dlaczego ten człowiek postąpił w taki, a nie inny sposób?” Rozważmy prosty przykład. Na poziomie przyczyn dalszych ludzie uprawiają seks, żeby się rozmnażać (bo przyczyną dalszą współżycia seksualnego jest reprodukcja), ale na poziomie przyczyn bliższych mogą robić wszystko, co w ich mocy, żeby nie doszło do zapłodnienia (bo przyczyną bliższą uprawiania seksu jest przyjemność).

I tyle o jawnych i ukrytych motywach Polańskiego, gdy zrywał trzynastoletni owoc. O intencjach i motywach samego owocu napiszę już wkrótce.

Skąd się biorą single

Sobotnie, specjalne „Lustro”: specjalne, bo w studiu – oprócz mnie i Julii Zabojszcz – znany seksuolog, dr n. med. Wiesław Czernikiewicz. No i niecodzienna rozmowa o różnicach między płciami (tudzież o tym, czy we współczesnym świecie lepiej być męskim mężczyzną, kobiecą kobietą, czy może czymś pomiędzy), o której klimacie niech zaświadczy poniższy fragment:

Dr Wiesław Czernikiewicz: Dlaczego w tej chwili jest takie mnóstwo singli, proszę pani?
Julia Zabojszcz: Bo nie potrafią sobie znaleźć partnerów na ich poziomie… szczególnie kobiety.
DWC: O, szczególnie kobiety… (…)
JZ: Kobiety zrobiły bardzo duży skok edukacyjny, natomiast mężczyźni gdzieś tam zostali na starym pułapie.
DWC: Cały problem – ja mówię, wie pani, sprowadzając to do takiego wymiaru troszkę prześmiewczego – więc cały problem w tym, że kobiety nauczyły się czytać. No i mamy kłopot.

A tu cała politycznie niepoprawna dyskusja:

Następny program ze mną w Toku (tym razem o języku) dziś o 22:00. Zapraszam do słuchania.

Wyścig szczurów

Rywalizacja – dlaczego tak bardzo ją cenimy we współczesnym świecie? Czy ma więcej wad czy zalet? Czy można bez niej żyć, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Na te i inne pytania odpowiadałem prawie dwa tygodnie temu w „Lustrze” Julii Zabojszcz. Jak zwykle wrzucam rzecz z opóźnieniem, standardowo życząc mocnych wrażeń w trakcie słuchania:

Komu zaś tych wrażeń ciągle mało, niech zasiądzie dziś przed telewizorem o 10:50 i włączy Dwójkę. Tym razem w Pytaniu na śniadanie rozmawiamy o blogach i powodach ich pisania.

Agresja jako przyjemność

Dlaczego oglądanie scen przemocy i podejmowanie zachowań agresywnych jest dla sporej liczby ludzi (zwłaszcza mężczyzn) takie przyjemne? Badacze powoli odnajdują kolejne kawałki układanki, z której wynika, że nasz mózg traktuje agresję jako nagrodę, i reaguje na nią podobnie jak na jedzenie, seks i używki. Co więcej, natura nagradza ludzi agresywnych nie tylko (dostrzegalnym zwłaszcza w czasach historycznych i opisywanym już tu szeroko) większym sukcesem reprodukcyjnym, ale i (jak wskazują najnowsze badania) dłuższym życiem. Nic, tylko się kłócić – i oglądać jatki.

Najnowsze wiadomości z frontu badań ostatecznie pogrążają nasz wizerunek ludzi jako istot stworzonych do życia w zgodzie i harmonii. Choćby dlatego, że – jak się okazuje – ludzie ugodowi żyją statystycznie krócej. Naukowcy z University of Michigan upublicznili ostatnio wstrząsające wyniki trwających 17 lat badań na małżeństwach. Pokazują one, że w stadłach, w którym małżonkowie zamiast kłócić się, tłumią swoje emocje, ryzyko przedwczesnego zgonu jest aż dwukrotnie wyższe, niż w związkach, w którym partnerzy nie boją się głośno upominać się o swoje. Efekt był istotny nawet po uwzględnieniu takich czynników, jak wiek, waga, ciśnienie krwi czy nałogi.

Skąd aż taka różnica? Toż to raczej stres kojarzył nam się dotąd z krótszym życiem (ciśnienie, zawały, skłonność do sięgania po używki w celu rozładowania napięcia). Naukowcy badający problem często nie brali jednak do tej pory pod uwagę faktu, że nasze umysły ewoluowały w środowisku, w którym zachowania agresywne były korzystne, zwiększały bowiem szanse przetrwania organizmu, jak również szanse, że zostawi on liczne potomstwo. Nie było więc powodu, by w naszym mózgu nie wytworzyły się mechanizmy nagradzające za takie zachowania, mechanizmy, z których na ogół doskonale zdajemy sobie sprawę (któż nie czuje przyjemności, gdy dokopie wrogowi?). Dotyczy to oczywiście nie tylko ludzi – od dawna wiadomo, że odczucia te nie są obce np. myszkom. Dzięki pomysłowemu badaniu zespołu uczonych z Vanderbilt University (również USA), którego wyniki ogłoszono w tym tygodniu, wiemy zresztą wreszcie, dlaczego tak się dzieje.

Badanie były dość skomplikowane. Badacze zaczynali od tego, że w jednej klatce trzymali mysią parkę (samca i samicę), w drugiej – parę innych osobników. Gdy już myszki zżyły się ze sobą, naukowcy zabierali samicę z pierwszej klatki samicę i umieszczali tam mysz z drugiej klatki. Natychmiast dochodziło do krwawego konfliktu o terytorium, poza wypadkami w których… myszom podano leki tłumiące wrażliwość receptorów dopaminy. Natychmiast traciły wówczas zainteresowanie intruzem i walką o swoje.

Fakt, że taki efekt przyniosło zablokowanie właśnie dopaminy, nie jest tu bez znaczenia. Ten neuroprzekaźnik popularnie nazywany jest przecież „hormonem szczęścia”: jego obecność w synapsach w części mózgu zwanej jądrem półleżącym przegrody odpowiada u ssaków (czyli także ludzi) za odczuwanie przyjemności i euforii. Praktycznie wszystkie substancje i czynności, od których się uzależniamy, działają właśnie (pośrednio lub – jak kokaina – bezpośrednio) na stężenie dopaminy na tych „ścieżkach przyjemności”. Odstawienie używki lub przerwanie aktywności wywołuje z kolei obniżenie stężenie dopaminy w jądrze półleżącym, co na zewnątrz objawia się kompulsywną chęcią dostarczenia do mózgu kolejnej dawki dopaminy. Czy ta chęć objawia się głodem narkotycznym, czy tęsknotą za nieobecną ukochaną osobą (miłość to dla mózgu kolejny naturalny narkotyk), to już sprawa drugorzędna. Jedno jest pewne: jeśli przy jakiejś aktywności w mózgu angażuje się dopamina, mamy do czynienia z dużą przyjemnością, ale i sytuacją, w której od czegoś trudno się powstrzymać. Do opisu reakcji agresywnych pasuje to, jak ulał, nieprawdaż? Tak to też widzi jeden z autorów badania, prof. Craig Kennedy (cyt. za onetem):

Agresja występuje u wszystkim niemal kręgowców. Konieczna jest do uzyskania i zachowania niezbędnych do przeżycia dóbr, takich jak pożywienie, terytorium czy partner. (…) Dowiedzieliśmy się z tych doświadczeń, że osobnik może celowo dążyć do agresywnych zachowań w relacjach z innymi, wyłącznie dlatego, iż jego mózg odbiera to jako nagrodę.

Wniosek z tego wszystkiego dla wielu będzie dość smutny: nie jesteśmy aniołami i – bez względu na to, ile by nam rodzice, księża czy nauczyciele nie wmawiali, że należy być miłym dla wszystkich, wybaczać krzywdy, a w skrajnych wypadkach nawet nadstawiać drugi policzek – raczej nimi nie zostaniemy. Przynajmniej dopóki ktoś nam przy użyciu farmakologii lub neurochirurgii nie wyłączy możliwości odczuwania przyjemności.

Socjobiologia studniówki

Na internetowych stronach dziennika Polska dostępny jest już wywiad o studniówkach z piątkowego Magazynu, który przeprowadził (zgadnijcie z kim) Konrad Dulkowski. Wywiad dość obszerny, więc tradycyjnie przytaczam ciekawsze kawałki:

K.D.: Ludzie narzekają, że muszą się zapożyczać tylko po to, aby ich dorastające dziecko mogło pójść na bal studniówkowy. To jakiś chory przymus, (…) wyścig snobów: kto będzie miał droższą sukienkę albo kto w bardziej luksusowej restauracji zorganizuje zabawę.
T.Ł.: Natura wyposażyła nas w mechanizm nieustannej walki o jak najlepszą pozycję w grupie. To pozostałość po czasach, gdy reputacja przekładała się na wymierne nagrody ewolucyjne. Ten, kto miał wyższą pozycję w stadzie, miał lepszy dostęp do pożywienia. Dłużej żył, miał więcej dzieci, a więc większą szansę przekazania dalej swych genów. Ponieważ dzisiaj zmieniły się warunki, w jakich egzystujemy, miejsce korzyści ewolucyjnych zajęły nagrody psychologiczne.
K.D.: Takie jak satysfakcja, że udało nam się zostać królową czy królem studniówkowego balu.
T.Ł.: A tym samym zdobyliśmy w grupie wyższy status. Przy czym każda płeć zdobywa go na swój sposób. Zacznijmy od tego, że pozycja społeczna zależy w dużej mierze od atrakcyjności seksualnej. Jednak inaczej oceniają ją kobiety, a inaczej mężczyźni. Udowodniono, że dla mężczyzny nie ma znaczenia, w co kobieta jest ubrana. Tak samo będzie mu się podobała (lub nie) naga, jak w stroju podkreślającym kształty. Natomiast w ocenie kobiet mężczyzna w garniturze jest znacznie wyżej oceniany niż ten sam, ale nagi czy w kombinezonie roboczym. Bo ubranie wskazuje na jego zamożność, a im więcej ma pieniędzy, tym lepiej będzie mógł zabezpieczyć potencjalne potomstwo.
K.D.: Tylko co ma do tego studniówka?
T.Ł.: Bale zawsze pełniły funkcję tańca godowego, choć dziś nie przekłada się to wprost na rozrodczość, a raczej na budowanie prestiżu. Dlatego kobiety idąc na bal, będą inwestować w kosmetyczkę i solarium, bo świeża, rumiana skóra jest oznaką zdrowia. Wyeksponują też cechy świadczące o innych zdolnościach reprodukcyjnych, jak np. stosunek obwodu talii do bioder. Mądrze uczynią, inwestując w sukienkę podkreślającą tę cechę, lecz już jej marka czy cena będzie zapewne dla partnera obojętna. Natomiast mężczyzna lepiej zrobi, gdy włoży markowy garnitur lub wynajmie limuzynę, by zawieźć swą partnerkę na bal.
K.D.: Nie rozumiem jednego: po co nam budowanie prestiżu w środowisku, z którego już wychodzimy. Co innego, gdyby taki bal odbywał się na początku szkoły.
T.Ł.: Doświadczenie wskazuje, że często po skończeniu liceum nadal funkcjonujemy w tej samej grupie rówieśniczej. Nawiązane kontakty i zdobyty status społeczny mogą więc zaowocować lepszym startem w dorosłe życie.
K.D.: Horrendalne wydatki na studniówkę mają być inwestycją w przyszłość?
T.Ł.: I to opłacalną. Gdyby tak nie było, ludzie już dawno zaprzestaliby płacić za bale studniówkowe. Zresztą, o co tyle krzyku z tymi studniówkami? Przecież nikt nie krytykuje wystawnych wesel, a dopiero one nie służą niczemu więcej poza podkreśleniem prestiżu rodzin państwa młodych. Przypomina to funkcjonującą u niektórych plemion Indian Ameryki Północnej instytucję potlaczy. Wydający przyjęcia są w stanie zadłużyć się na imprezę i prezenty dla gości, a potem jeszcze zniszczyć publicznie to, czego się nie zje, byleby pokazać wszystkim, jak bardzo są zasobni. (…)
K.D.: Nie każdego jednak stać, by uczestniczyć w takich zawodach. Biedniejsi mają prawo czuć się pokrzywdzeni, bo studniówka miała być zabawą, a stała się targowiskiem próżności.
T.Ł.: Właśnie ta możliwość „pokazania się” sprawia, że studniówka jest tak bardzo atrakcyjna! (…)
K.D.: Widzę tu pewną niekonsekwencję: przez całą szkołę tłumaczy się dzieciom, że najważniejsze są wartości duchowe, a na koniec organizuje się paradę snobizmu.
T.Ł.: Jak się ludzi pyta, co jest dla nich ważne przy wyborze partnera, to – oczywiście – mówią, że cechy charakteru, inteligencja. Ale w rzeczywistości okazuje się, że mężczyźni pożądają kobiet atrakcyjnych fizycznie bez względu na poziom ich inteligencji. Inteligencja partnerki staje się ważna dopiero, gdy planujemy związek długotrwały. Ale i taka partnerka powinna być jednak przede wszystkim atrakcyjna fizycznie. Podobnie dzieciom robi się w szkołach wodę z mózgu, wmawiając, że ludzie nie różnią się między sobą, mają takie same szanse etc. Z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej to nie do końca prawda. Ludzie znacznie się różnią pod względem zdolności, są mądrzejsi i głupsi, a co więcej, liczy się nie tylko to, jaki jesteś wartościowy wewnętrznie, ale też to, jaki jesteś zamożny i w co ubrany. Od wyboru partnera po rozmowę kwalifikacyjną każdy z nas jest oceniany. I sam ocenia – właśnie na podstawie pierwszego wrażenia. Przymioty wewnętrzne zaczynają się liczyć dopiero wtedy, gdy z kimś się na dłużej wiążemy.
K.D.: To wszystko nie znaczy jednak, że te biologiczne mechanizmy kierujące zachowaniem mają się nam podobać. Od tego jest szkoła, by wpajać normy bardziej pożądanych społecznie zachowań. (…)
T.Ł.: Jeżeli wprowadzi przepis, by nie przechodzić na czerwonym świetle, to większość ludzi będzie skłonna się podporządkować, bo nie gwałci to ich natury. Ale co stało się z próbą wprowadzenia prohibicji w Stanach Zjednoczonych? Otóż okazało się, że skłonność do używek jest tak głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze, że narzucona norma okazała się w praktyce martwa. Podobnie ma się sprawa zakazów seksualnych. W niektórych krajach islamskich zdrada jest karana śmiercią, a jednak nadal ludzie wplątują się w romanse pozamałżeńskie. Choć to pozornie zupełnie nieracjonalne – ryzykować życiem za chwilę przyjemności.
K.D.: I podobnie pokaz bogactwa na studniówkach jest zgodny z ludzką naturą, więc oznacza, że należy przyjąć to za coś zwyczajnego?
T.Ł.: Ubolewanie nad naturalną potrzebą „pokazywania się” jest podszyte hipokryzją. Zwłaszcza że wzrost gospodarczy zależy właśnie od takich zachowań. Gdyby ludzie nie kupowali sobie nowych ubrań, nie byłoby iluś tam miejsc pracy i wszyscy w związku z tym mielibyśmy mniej pieniędzy. Nie ma zatem co narzekać na konsumpcjonizm. Tym bardziej że konsumpcja to nie tylko te ubrania i świecidełka. Konsumujemy również dobra niematerialne, np. gdy idziemy do teatru albo kupujemy książkę. Społeczeństwa niekonsumpcjonistyczne to po prostu społeczeństwa biedne.(…)
K.D.: Do czasu, gdy to one staną przed problemem, że nie mają tyle pieniędzy, by dać swojemu dziecku na studniówkę, a tym samym zapewnić mu odpowiedni status społeczny.
T.Ł.: Problem wykluczenia społecznego będzie istniał zawsze (…). Tak już po prostu jest w naturze. W czasie toków pawi samiec z czterema piórami na krzyż zapewne czuje się niekomfortowo, jeśli w okolicy jest samiec z okazalszym ogonem. Tylko że jeśli wyrwiemy temu drugiemu te piękne pióra lub zabronimy wszystkim pawiom nosić ogony – wtedy niekomfortowo będą czuć się wszystkie.

Adopcja, in vitro i geny

Ostatni tekst, poświęcony kuriozom, które nasi biskupi opowiadają na kazaniach o zapłodnieniu in vitro, wywołał spore kontrowersje. W dyskusjach, tak na WordPressie, jak i na Salonie, powtarzało się zwłaszcza najważniejsze chyba w tym kontekście pytanie: po co w ogóle w ramach drogiej i moralnie wątpliwej procedury tworzyć nowe istoty ludzkie, skoro na świecie już żyją zastępy sierot, czekających na nowy dom i nowych rodziców, którzy pokochają je, jak własne dzieci. Odpowiedź, paradoksalnie, wcale nie jest trudna.

Na początek należy stwierdzić rzecz podstawową: niezależnie od tego, co chcielibyśmy o sobie myśleć, jesteśmy przede wszystkim stworzeniami biologicznymi. Nie możemy wyjść poza ograniczenia, które narzuca nam nasza fizjologia i skomplikowane algorytmy sterujące naszymi popędami. Odczuwamy potrzebę jedzenia (zwłaszcza pokarmów słodkich, tłustych i słonych) – i jemy, nawet jeśli mamy nadwagę i zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy schudnąć. Zasypiamy, gdy jesteśmy zmęczeni, nawet gdy robimy wszystko, by nie zasnąć. Angażujemy się w zachowania seksualne z przygodnymi partnerami, nawet jeśli kochamy swego współmałżonka, chcielibyśmy spędzić z nim resztę życia i wiemy, że krótkiego wyskoku będziemy później długo żałować. No i wreszcie chcemy (zwłaszcza gdy jesteśmy kobietami) mieć dzieci. Najlepiej (zwłaszcza gdy jesteśmy mężczyznami) własne.

Z zapanowaniem nad wyżej wymienionymi instynktami mamy (na ogół) olbrzymie problemy – tak jakby (jeśli posłużyć się metaforą komputera) za ich uruchamianie i wygaszanie odpowiadały oddzielne „programy”, poza kontrolą tego, co uznajemy za świadomy „system operacyjny”. Możemy na pewnym poziomie doskonale wiedzieć, że powinniśmy kogoś (dziecko, partnera) kochać, miłość jest jednak emocją, a emocje jako takie nie poddają się kontroli rozsądku. To już raczej rozsądek daje się czasami ponosić emocjom…

Tym, co nami steruje, nie jest bowiem jakaś abstrakcyjna, nie wiadomo skąd się biorąca wolna wola, tylko (nierzadko ze sobą sprzeczne) instrukcje płynące z naszych genów, sprawiające, że na ogół nie tylko wyglądamy, jak nasi rodzice, ale i dzielimy z nimi gusty, poziom aspiracji, czy nawet skłonność do popadania w konflikt z prawem. Instrukcje te zakodowane są w każdej komórce naszego ciała w długiej, skręconej cząsteczce DNA. Cząsteczka taka składa się z czterech typów zasad, które układają się w samodzielne kawałki zwane właśnie genami. Każdy gen zawiera przepis na to, jak ma zostać w przyszłości zbudowane określone, kodowane przez niego białko. Cały materiał genetyczny, zlokalizowany w jądrze komórkowym i mitochondriach, mieści w sobie informację na temat wszystkich białek budujących organizm, którego częścią jest dana komórka. Białka te z kolei determinują niemal wszystkie fizyczne i psychiczne cechy organizmu, od budowy wątroby zaczynając, na skłonności do schizofrenii kończąc.

Już na początku lat sześćdziesiątych młody biolog z Oksfordu William D. Hamilton, odkrył, że jeśli za jednostki kluczowe dla procesu reprodukcji uznać geny, a nie całe organizmy, wówczas zachowania altruistyczne (nad którymi wcześniej długo się głowili badacze chcący wytłumaczyć w kategoriach biologicznych takie zjawiska, jak pomoc sąsiedzka i opieka rodzicielska) zaczynają mieć głęboki sens ewolucyjny. Zwłaszcza jeśli chodzi o altruizm w stosunku do osób z nami spokrewnionych, z którymi z definicji dzielimy przecież znaczną część genów. Przy okazji udowodnił Hamilton, że to nie całe organizmy (czy nawet gatunki) walczą o swe przetrwanie i rozprzestrzenienie się w populacji, ale indywidualne geny. Na przykładzie bezpłodnych, za to dużo pracujących i często poświęcających życie dla reszty wspólnoty robotnic pszczół i mrówek, pokazał, że dobór naturalny faworyzuje cechy, dzięki którym geny organizmu są przekazywane następnym pokoleniom niezależnie od tego, czy dany organizm bezpośrednio płodzi potomstwo. Choć bowiem robotnice umierają bezpotomnie, ich praca przyczynia się do tego, że mają coraz więcej sióstr, z którymi są spokrewnione bliżej, niż z własną matką.

Dobór naturalny, któremu podlegają geny (jedne niosą bowiem bardziej użyteczne informacje, niż inne, przez co zwiększają szanse przetrwania swoich posiadaczy) tak „zaprogramował” (biorę w cudzysłów, bo nie było tu mowy o intencjonalnym działaniu, tylko o trwającej miliony lat selekcji, w trakcie której wygrywają najlepsze zestawy genów) wszystkie żywe istoty na Ziemi, by dbały przede wszystkim o przetrwanie i reprodukcję własnego materiału genetycznego. Wehikułami tego materiału są ludzie, zwierzęta, rośliny, bakterie, wirusy – co nie zmienia jednak faktu, że istota informacji genetycznej sprowadza się do czterech zasad obecnych w DNA.

Według Davida Bussa ogłoszenie teorii Hamiltona zrewolucjonizowało biologię ewolucyjną i zapoczątkowało nowy sposób myślenia o doborze naturalnym – już nie z punktu widzenia gatunku lub jednostki, lecz z punktu widzenia genu. W swej „Psychologii ewolucyjnej” streszcza Buss ten sposób rozumowania następująco:

Gdybyś byt genem, co sprzyjałoby twojemu przetrwaniu i reprodukcji? Po pierwsze, dbałbyś o to, aby ciało, w którym rezydujesz, miało się jak najlepiej (przetrwanie). Po drugie, starałbyś się samodzielnie wytworzyć jak najwięcej swoich kopii (reprodukcja). Po trzecie, dbałbyś o przetrwanie i reprodukcję organizmów noszących w sobie twoje kopie (dostosowanie włączne). Geny, oczywiście, nie myślą, nie mają świadomości ani nie planują. Są jednak podstawową jednostką dziedziczenia, która w procesie reprodukcji nie podlega żadnym zmianom. Zmiany adaptacyjne nawarstwiają się dzięki procesowi dostosowania włącznego. Geny, które zwiększają szansę swojego sukcesu reprodukcyjnego, zastąpią inne geny, wywołując zachodzące w czasie zjawisko ewolucji.

W ujęciu Hamiltona dobór naturalny działa i może działać tylko na poziomie jednostki i jej genów. Nie wyklucza to działań altruistycznych, zwłaszcza w odniesieniu do jednostek posiadających te same geny, takich jak potomstwo, rodzeństwo lub krewni, tudzież również w stosunku do jednostek, co do których można oczekiwać, że się odwdzięczą – na tym jednak lista się zamyka. Jednostki, których DNA kodował niepohamowany altruizm wobec obcych, w toku ewolucji były bowiem bezlitośnie eksploatowane przez swych bardziej egoistycznych współplemieńców, przez co miały znacznie mniejsze szanse na przekazanie dalej swych genów. Dlatego dziś troszczymy się przede wszystkim o własnych krewnych i rodzinę. No i o znajomych, przyjaciół etc. – czyli tych, którzy w dziejach naszego gatunku mieli największe szanse nam się zrewanżować.

Największą rolę w przekazywaniu informacji genetycznej odgrywało jednak według Hamiltona potomstwo. Opiekę rodzicielską, którą wszystkie organizmy – poza przybranymi i adopcyjnymi rodzicami u ludzi – otaczają tylko swoje dzieci (lub dzieci, co do których sądzą, iż są ich – casus ofiar kukułek), angielski badacz uznawał za szczególny przypadek opieki nad organizmami, które z większą dozą prawdopodobieństwa niż inne posiadają te same geny. Według Hamiltona jednostka może zwiększyć reprodukcję swoich genów zarówno jeśli sama płodzi potomstwo, jak i wtedy, gdy pomaga przetrwać i spłodzić potomstwo swoim siostrom, braciom, kuzynom czy dalszym krewnym. Każde z moich dzieci ma ze mną dokładnie 50 procent wspólnych genów, podobnie jak każde z moich rodziców. Jednak mój rodzony brat czy rodzona siostra dzielą ze mną statystycznie także po 50 procent genów, stąd siostrzeniec lub bratanica będzie ze mną równie spokrewniony, co wnuk lub wnuczka (25 proc. wspólnych genów). Prawdopodobieństwo, że wszyscy ci krewni noszą w sobie kopie genów mego organizmu, jest znacznie większe, niż prawdopodobieństwo, że nosi je w sobie spotkany na ulicy Kowalski. Nic więc dziwnego, że o wiele większa jest szansa, że zajmę się płaczącym w nocy własnym dzieckiem, wnukiem lub choćby kuzynem niż że będę trwonił siły i czas inwestując w cudze geny.

Jak zauważa Buss, spojrzenie na ewolucję z perspektywy genu otworzyło przed biologami ogromne możliwości. Możliwe stało się przeformułowanie naszego myślenia o psychologii rodziny, altruizmie, pomaganiu innym, tworzeniu się grup, a nawet o agresji – i wyjaśnienie, dlaczego rzeczy w tych dziedzinach mają się tak, jak się mają. Wcześniej naukowcy po prostu uznawali, że ludzie i inne stworzenia po prostu muszą opiekować się własnym (ale już niekoniecznie cudzym) potomstwem, sprzyjać tym, których uznają za swoich i w najlepszym razie podchodzić nieufnie do tych, których uznają za obcych. Dzięki teorii Hamiltona, rozwiniętej później i usystematyzowanej przez takich badaczy, jak George C. Williams, Robert Trivers czy Richard Dawkins możliwe stało się odpowiedzenie na pytanie, dlaczego tak jest. I dlaczego większość par, które teoretycznie nie mogą mieć potomstwa, walczy za wszelką cenę o to, by mieć jednak dzieci własne, a nie adoptowane. Czy tego chcemy, czy nie, niechęć do bycia eksploatowanym przez nosicieli obcego DNA mamy bowiem po prostu w genach.

 

 

Płeć, mózg i biologia

Niedawny tekst o autyzmie nieoczekiwanie wywołał gorącą dyskusję, skoncentrowała się ona jednak nie tyle na samym schorzeniu, ile na biologicznych i kulturowych uwarunkowaniach płci. Obiecałem wówczas, że następny post poświęcony będzie w całości różnicom między mężczyznami a kobietami. Wbrew pozorom i „postępowej” indoktrynacji, prowadzonej na niektórych wydziałach humanistycznych, różnice te istnieją: badania i metaanalizy psychologów ewolucyjnych, neurologów i genetyków wskazują, że biologicznie warunkowana płeć wpływa na to, w jaki sposób myślimy, uczymy się, widzimy, słyszymy, odbieramy bodźce dotykowe, smaki i zapachy, porozumiewamy się, walczymy, kochamy, odnosimy sukcesy i ponosimy porażki.

Najciekawsze (i jednocześnie najbardziej kontrowersyjne, choć z drugiej strony już nieco zdezaktualizowane) kompendium na temat różnic międzypłciowych w budowie i funkcjonowaniu mózgu wyszło po polsku w 1993. Chodzi oczywiście o kultową „Płeć mózgu”. Autorzy książki, Anne Moir i David Jessel, opisują setki badań świadczących o tym, że mężczyźni i kobiety różnią się dość drastycznie… właściwie od chwili narodzin. Już kilka godzin po przyjściu na świat dziewczynki są bardziej wrażliwe na dotyk niż chłopcy. Od pierwszych dni są bardziej skłonne do komunikowania się z innymi żywymi istotami. Jedno z badań, przeprowadzone na kilkudniowych niemowlętach, wykazało, że dziewczynki spędzają prawie dwa razy więcej czasu niż chłopcy na utrzymywaniu kontaktu wzrokowego z milczącym dorosłym. Co więcej, przyglądają się także dłużej, kiedy dorosły mówi. Chłopcy przyglądali się tyle samo, niezależnie od tego, czy dorosły mówił, czy też nie; w ogóle zwracali większą uwagę na bodźce wizualne, niż dźwiękowe. Podobne, wspierające tezy Moir i Jessela wyniki dla dzieci dwunastomiesięcznych uzyskali całkiem niedawno Svetlana Lutchmaya, Simon Baron-Cohen i Peter Raggatt.

Jeszcze większe różnice wyżej wspomniana trójka uczonych odkryła w testach kompetencji werbalnej. Co więcej, według Moir i Jessela jednotygodniowa dziewczynka, w przeciwieństwie do chłopca, potrafi odróżnić płacz innego dziecka od hałasu o podobnej sile. Małe panie od kołyski gaworzą przede wszystkim do ludzi lub innych istot żywych. Większość chłopców na pierwszy rzut oka wydaje się równie gadatliwa, jednak aktywność tę przejawiają w równym stopniu do zabawek lub innych martwych przedmiotów. Dziewczynkom zdarza się to również, ale – jak twierdzą autorzy „Płci mózgu” – znacznie rzadziej.

W wieku czterech miesięcy dziewczynki są w stanie odróżnić fotografie znanych im osób od fotografii nieznajomych – umiejętność, którą chłopcy nabędą znacznie później. Lutchmaya, Baron-Cohen i Raggatt ustalili w ramach jednego ze wspomnianych już badań, że jednoroczne dziewczynki spędzają więcej czasu na obserwowaniu matki niż jednoroczni chłopcy. A gdy tak małym dzieciom pozwoli się wybierać film do oglądania, dziewczynki dłużej patrzą na obrazy twarzy ludzkich, podczas gdy chłopcy skłaniają się ku filmom o samochodach.

Wymienione różnice nie zanikają po okresie niemowlęcym – wręcz przeciwnie. Im dziecko większe, tym bardziej zaznacza się jego płeć, bez względu na to, jak bardzo jego rodzice starają się temu przeciwdziałać:

Chłopcy są nieustannie zafascynowani rozbieraniem rzeczy na części, montowaniem, rozwalaniem, pragną zawłaszczać i posiadać różne przedmioty. Dziewczynki fascynują się ludźmi, a zabawki traktują jak przedmioty zastępujące ich. Dlatego istnieją inne zabawki dla każdej płci. Chłopcom kupujemy modele traktorów, a dziewczynkom lalki (…).
Wszyscy rodzice są tego świadomi. Z przerażeniem patrzą, jak ich syn przekształca każdy kij w miecz albo w pistolet, podczas gdy ich córka pieści każdy martwy obiekt niczym lalkę. W liście pewnej kobiety, opublikowanym przez „Independent” 2 listopada 1992 roku, czytamy: „Chciałabym, aby ktoś bardziej wykształcony wytłumaczył mi, dlaczego, gdy położę moje bliźniaki na dywanie i poustawiam wokół pełno zabawek, chłopiec oczywiście wybiera samochód albo pociąg, a dziewczynka lalkę albo misia” (Matt Ridley, „Czerwona królowa. Płeć a ewolucja natury ludzkiej”).

W okresie wczesnego dzieciństwa sposób zabawy jest u obu płci odmienny. (…) Chłopcy znikają na placu zabaw, gdy tylko powiedzą matce „do widzenia” w drzwiach przedszkola (co zajmuje dziewczynkom przeciętnie 92,5 sekundy, a chłopcom 36 sekund). Tam bawią się energiczniej i zajmują znacznie większą przestrzeń do zabawy niż dziewczynki. W sali przedszkolnej chłopcy znacznie chętniej budują konstrukcje z klocków, bawią się wszelkimi rodzajami pojazdów – w gruncie rzeczy wszystkim, co działa, obojętne, czy jest to klamka do drzwi, czy kontakt elektryczny. Dziewczynki chętniej wybierają zabawy na siedząco. (…)
Dziewczynki powitają nowo przybyłe do grupy dziecko – niezależnie od jego płci – najprawdopodobniej przyjaźnie i z ciekawością; chłopcy z obojętnością. Jeżeli „nowy” przyłączy się do zabaw grupy chłopców, wywoła to ich irytację; w grupie dziewcząt będzie on zapewne mile widziany.
W wieku lat czterech chłopcy i dziewczynki na ogół bawią się już oddzielnie, ustanowiwszy własną formę dziecięcej segregacji płciowej. Chłopcy zazwyczaj nie przejmują się tym, czy lubią każdego z osobna członka bandy – przyjmuje się go, jeśli jest z niego w zabawie pożytek. Dziewczynki wykluczają swoje koleżanki, bo „one są niemiłe”. Dziewczynki przyjmują do swojej grupy młodsze dzieci; chłopcy próbują przyłączyć się do grup dzieci starszych. Dziewczynki znają i pamiętają imiona towarzyszy zabawy, chłopcy często ich nie znają lub nie pamiętają.
Chłopcy wymyślają opowiadania pełne walki, napięcia i czarnych charakterów. Opowieści dziewczynek koncentrują się na domu, przyjaźni, emocjach. Chłopiec opowie historię o rabusiu, dziewczynki natomiast opowiedzą tę samą historię z punktu widzenia ofiary.
Zabawy chłopców są brutalne i gwałtowne, cechują je: kontakt cielesny, nieprzerwana aktywność, konflikty, potrzeba większej przestrzeni, dłuższy czas zaangażowania, przy czym miarą sukcesu zabawy jest aktywny kontakt z pozostałymi uczestnikami, rezultat jest jasno określony i wyraźnie wiadomo, kto wygrał, a kto przegrał. Typowe zabawy dziewczynek opierają się na kolejności uczestnictwa, ściśle zdefiniowanych etapach gry i współzawodnictwie pośrednim. Gra w klasy to idealna zabawa dla dziewczynek, chłopcom natomiast odpowiada berek
(Moir, Jessel, „Płeć mózgu. O prawdziwej różnicy między mężczyzną a kobietą”).

Opisywane przez badaczy wyodrębnialne i mierzalne rozbieżności w reakcjach i preferencjach ilustrują podstawową różnicę między mózgami nowo narodzonych dzieci: przewagę chłopców pod względem orientacji przestrzennej i większą sprawność dziewcząt w sferze werbalnej (mówienie, pisanie, nauka języka ojczystego i języków obcych). Znana badaczka mózgu Doreen Kimura w książce „Płeć i poznanie” za przyczynę tego uważa biologicznie uwarunkowane różnice w budowie mózgu dziewcząt i chłopców. Jak pokazują badania, dziewczynki (a później również kobiety) mają m.in. większe zagęszczenie neuronów w części płata skroniowego decydującej o umiejętnościach posługiwania się mową. Znacznie większe w stosunku do całkowitej objętości mózgowia i bardziej rozwinięte jest również u kobiet spoidło wielkie (ciało modzelowate – duża wiązka aksonów łącząca obie półkule kory mózgowej). Średnio u płci pięknej zawiera ono aż 23 proc. więcej neuronów, co prawdopodobnie służy lepszej komunikacji pomiędzy półkulami. Już u małych dziewczynek obie półkule mózgowe znacznie lepiej się komunikują. Zdaniem Kimury to tu kryje się tajemnica kobiecej intuicji oraz większej empatii, wrażliwości i zdolności do nowych warunków środowiskowych.

Co więcej, same półkule mózgowe okazują się odmiennie zorganizowane u przedstawicieli obu płci. Kimura i Harshman dowiedli już w latach 80-tych, że funkcje mózgu odnoszące się do mechanizmów językowych, takich jak gramatyka, ortografia czy fonetyka, są odmiennie zlokalizowane, w zależności od płci: u mężczyzn funkcje z przodu i z tyłu lewej półkuli mózgowej, u kobiet – z przodu lewej półkuli.

Przedstawiciele obu płci różnią się nawet samą zasadą podziału pracy mózgu. U chłopców (a potem i mężczyzn) półkule mózgowe posiadają ściśle określone, sztywne funkcje: w półkuli lewej znajdują się ośrodki mowy, myśli twórczej i analizy, podczas gdy półkule prawa zawiera ośrodki aktywności niewerbalnej czy postrzegania geometrycznego i przestrzennego. U dziewczynek podział nie jest tak ostry, zwłaszcza że – z powodu większych rozmiarów ciała modzelowatego – obie półkule znacznie lepiej się ze sobą komunikują. To prawdopodobnie odpowiada za zagadkowe rozbieżności w kompetencjach: więcej mężczyzn niż kobiet jest leworęcznych, więcej kobiet słyszy równie dobrze z obu stron, podczas gdy u mężczyzn lepiej ze słyszeniem radzi sobie prawe ucho, etc. Mężczyźni z uszkodzeniami prawej półkuli źle sobie radzą z testami dotyczącymi orientacji przestrzennej. Identyczne uszkodzenie u kobiet upośledza wykonywanie tych czynności tylko w niewielkim stopniu. Prawdopodobieństwo występowania trudności językowych jest trzykrotnie większe u mężczyzn niż u kobiet, jeśli uszkodzenie wystąpi w ściśle określonym obszarze lewej półkuli w mózgu.

Dysproporcje notuje się również w budowie poszczególnych części mózgu. Jill M. Goldstein ze współpracownikami odkryła, że znaczna część odpowiedzialnych za procesy poznawcze rejonów kory czołowej jest większa u kobiet, podobnie jak część kory limbicznej biorącej udział w reakcjach emocjonalnych. Tymczasem mężczyźni cieszą się większymi płatami ciemieniowymi – obszarem mózgu, który odpowiada za procesy orientacyjne w przestrzeni (przypominają się tutaj stare, politycznie niepoprawne obserwacje, wedle których mężczyźni lepiej czytają mapy i mają mniej problemów z prowadzeniem samochodu). Panowie mogą się również pochwalić proporcjonalnie większym ciałem migdałowatym – częścią układu limbicznego odpowiedzialną za reakcje emocjonalne, także o charakterze agresywnym. Pobudzenie ciała migdałowatego przenosi u zwierząt informacje o ładunku emocjonalnym, zwłaszcza negatywnym. W takim układzie trudno się dziwić, że mężczyźni na ogół częściej wybuchają gniewem (zwłaszcza na innych mężczyzn, ewentualnie na długoletnie partnerki) i mają większe szanse zrobić sobie nawzajem przy tym krzywdę, niż na przykład dwie wściekłe na siebie kobiety.

Komu tego mało, niech zajrzy do polecanych tu książek i linkowanych artykułów. Gwarantuję, że w trakcie lektury nie raz się zdziwi, jak wiele z tego, co tak łatwo tłumaczymy wpływami kultury, okazuje się mieć korzenie w naszej biologii.

Dwa końce autyzmu

W sobotę 1 grudnia rozpoczął się Europejski Tydzień Autyzmu – ciąg organizowanych w różnych miastach imprez mających promować wiedzę o tej niezwykłej chorobie. A właściwie nie o chorobie, lecz o kategorii chorób, bo autyzm to zbiorcza nazwa kilku związanych ze sobą (ale tylko do pewnego stopnia) i wykazujących pokrewne objawy osiowe schorzeń. Najbardziej znanym z nich jest autyzm dziecięcy – zaburzenie rozwojowe, powodowane przez wrodzone (i najprawdopodobniej w dużej części genetycznie uwarunkowane, choć badacze nie wykluczają wpływu innych czynników – choćby niektórych leków przyjmowanych przez kobietę w okresie ciąży) nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu. Objawia się daleko idącymi problemami w porozumiewaniu się z otoczeniem i kontaktach społecznych i zaczyna dawać się człowiekowi we znaki na wczesnych etapach rozwoju. To właśnie tę jednostkę chorobową mamy na myśli najczęściej, gdy mówimy o autyzmie.

Etiologia schorzenia wywoływała i wywołuje kontrowersje. Początkowo uważano, że autyzm wszczepia dziecku odrzucająca (nawet podświadomie!), nadmiernie zdystansowana lub chłodna emocjonalnie matka. Dziecko, jak postulowali zorientowani środowiskowo badacze, tracić miało zdolność do nawiązywania kontaktu z otoczeniem na skutek dorastania w próżni emocjonalnej. Strach myśleć, ile kobiet, którym zdarzyło się urodzić autystyka, odchodziło potem latami od zmysłów obwiniając się o to, co „zrobiły” swemu dziecku. Pytanie zresztą, jaką miały alternatywę, skoro w tym samym czasie ci sami psychologowie rozwojowi z kamienną twarzą głosili, że matka emocjonalnie nazbyt zaangażowana niechybnie wpędzi dziecko w homoseksualizm i wszelkie możliwe nerwice. Największym desperatkom pozostawał jeszcze złoty środek, czyli łagodne lub ostre traktowanie dziecka w zależności od tego, jak się zachowuje: psychoterapeuci obiecywali wtedy schizofrenię.

Dziś wiadomo, że przyczyny autyzmu mają przede wszystkim charakter organiczny. W grę wchodzą tu zresztą zarówno geny (z chorobą wiąże się pewne warianty genów występujących na chromosomach 3, 4, 7 i 11), jak i uszkodzenia mechaniczne płodu (skrócenie pnia mózgu w trakcie rozwoju płodowego, niedotlenienie mózgu w czasie porodu itp.), a nawet infekcje (kandydoza). Jakiś czas temu gwałtowny wzrost zachorowań na autyzm wśród małych dzieci w Stanach Zjednoczonych skojarzono z rozpowszechnieniem szczepionek przeciw odrze, śwince i różyczce. Do autyzmu u szczepionych dzieci miał się przyczyniać w tym wypadku thiomersal – stabilizator używany do przedłużenia trwałości szczepionek, zawierający m.in. szkodliwą dla człowieka rtęć. Sprawą zajmował się nawet Kongres USA – trzeba jednak jasno powiedzieć, że badania kliniczne nigdy związku między thimerosalem i autyzmem ostatecznie nie potwierdziły. Ale też trudno wyobrazić sobie takie badania, głównie ze względów etycznych – wymagałyby bowiem powtórnego przetestowania substancji na dzieciach…

Coraz większą popularnością cieszy się jednak wśród badaczy (zwłaszcza ewolucyjnie nastawionych) teza, iż istnienie autyzmu może być wynikiem z dawna w biologii dowiedzionych (choć wciąż nieprzyjętych do wiadomości przez wielu uwielbiających zaprzeczać faktom humanistów) różnic między płciami. Zwłaszcza różnic w budowie mózgu, przekładających się na róznie rozwijające się u obu płci zdolności językowe i matematyczno-przestrzenne oraz kompetencje społeczne i emocjonalne.

Zacznijmy jednak od początku – czy może raczej wróćmy do sprawy thiomersalu. Wcale nierzadko zdarza się, że leki lub szczepionki na pewne choroby powodują skutki uboczne, tak jak we wskazanym przykładzie z dziećmi (jeśli przyjęlibyśmy, że jest prawdziwy). Jeśli skutki te są gorsze od samej choroby, rozwiązanie jest oczywiste: lek należy wycofać. Najczęściej jednak reakcje są nieprzyjemne, ale nie szkodzą zdrowiu: wtedy do pacjenta należy decyzja. Tak jest np. z litem, który standardowo dostają chorzy na chorobę afektywną dwubiegunową (według dawnej nomenklatury: psychozę maniakalno-depresyjną), a którego przyjmowanie jest wyjątkowo uciążliwe. Lit powoduje stałe pragnienie, drżenie rąk, częste oddawanie moczu, wzrost masy ciała, zmniejszenie koordynacji mięśniowej, letarg, zaburzenia myślenia i upośledzenie pamięci krótkotrwałej (niezła litania, co?). Ponadto przyjmować trzeba go w ściśle określonych dawkach o dokładnej porze, w zbyt małym stężeniu jest bowiem nieskuteczny, w zbyt dużym – silnie toksyczny. Przed pojawieniem się fluoksetyny (Prozacu) i jej podobnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny leki antydepresyjne wywoływały suchość w ustach, permanentne zmęczenie, zawroty głowy, nieostre widzenie, zaparcia, a u mężczyzn zaburzenia erekcji. Dla wielu staruszków zażycie Viagry może skończyć się śmiercią. Mimo to na świecie nie brakowało i nie brakuje amatorów czy to niebieskich pastylek, czy to wcześniej wymienionych psychotropów.

Takiego coś za coś nie musimy zresztą wcale szukać w świecie medycyny, sami nosimy bowiem w swoim DNA miliony podobnych kompromisów. Wrodzoną chorobę płuc i jelit, mukowiscydozę (której ślady odkryli badacze m.in. w szczątkach Chopina, dzięki czemu wiemy dziś, że to wcale nie z powodu gruźlicy największy polski kompozytor pluł krwią przez większość życia) łączy na przykład osobliwy związek z durem brzusznym. Ta gwałtownie przebiegająca, przypominająca zatrucie z gorączką i wysypką choroba wywoływana jest przez zakażenie pałeczką salmonella typhi. Choroba była kiedyś szeroko rozpowszechniona, mimo że zakażenie człowieka wcale nie jest dla bakterii prostą sprawą. Ludzkie DNA w swym chromosomie 7 (który, jak wszystkie inne chromosomy, mamy dwa egzemplarze: po jednym od mamy i od taty) zawiera gen CFTR, który występuje w dwóch głównych wersjach: zwykłej i zmutowanej. Pałeczka duru brzusznego potrzebuje dwóch zwykłych wersji genu CFTR, żeby dostać się do komórki, które zakazi; zmieniona wersja, w której brakuje trzech „liter” DNA, nie nadaje się do tego. Wystarczy mieć jeden zmutowany we właściwym miejscu fragment chromosomu, by być odpornym na zakażenie pałeczką. Ergo: przed wynalezieniem antybiotyków posiadanie odpowiednio zmienionego genu decydowało więc o życiu i śmierci. Nic dziwnego, że zmutowany gen rozprzestrzeniał się w populacji.

Rozprzestrzeniał się – ale tylko do pewnego stopnia. Każda osoba posiadająca dwa zestawy zmienionych genów może mieć bowiem stuprocentową pewność, że… zachoruje na mukowiscydozę. W czasach historycznych ludzie, którzy odziedziczyli dwie zmienione wersje, mieli szczęście, jeśli w ogóle dożyli dorosłości, zmieniony gen nigdy nie więc mógł się przesadnie rozpowszechnić. Dla ludzi, którzy posiadali go w dwóch egzemplarzach był wszak znacznie bardziej niebezpieczny niż pałeczki salmonella typhi.

Nie mniej skomplikowany jest zestaw czynników, który doprowadził do wykształcenia się u człowieka aż czterech grup krwi. Pod koniec lat osiemdziesiątych odkryto, że ludzie z grupą krwi 0 są znacznie bardziej podatni na cholerę. Z kolei ludzie z grupami krwi A, B i AB różnią się pod względem odporności na ataki przecinkowca cholery. Najodporniejsi są ci, którzy mają grupę AB, po nich idą ludzie z grupą A i za nimi ci z grupą B. Niektórzy badacze utrzymują wręcz, że ludzie z grupą krwi AB mogliby bezpiecznie pić wodę nawet ze ścieków Kalkuty, gdyby nie to, że oprócz bakterii Vibrio pełno w niej innych żyjątek. Żeby świat nie był jednak za prosty, posiadacze grupy krwi 0 są bardziej odporni na malarię i pewne rodzaje raka – dlatego też proporcja grup krwi w populacji zmienia się w zależności od tego, jakie choroby aktualnie członków owej populacji dziesiątkują.

Być może podobny rachunek ewolucyjny stoi za autyzmem. Od początku wiadomo, że schorzenie to dotyka przede wszystkim chłopców (stanowią oni ok. 80 procent autystyków). Wiele anegdot krąży również o tzw. sawantach – osobach o bardzo niskim ilorazie inteligencji, dysponujących jednocześnie niezwykłymi zdolnościami umysłowymi, takimi jak fotograficzna pamięć, zdolności artystyczne lub muzyczne czy umiejętność dokonywania w głowie skomplikowanych, niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi obliczeń (zapytany sawant jest nam w stanie w mgnieniu oka podać dzień tygodnia sprzed 300 lat lub wyrecytować dowolnie długi ciąg liczb pierwszych, nawet jeśli nigdy wcześniej o nich nie słyszał). Wśród sawantów również dominują (w proporcji 3:1) mężczyźni. Zdolności charakterystyczne dla sawantów obserwuje się (w różnym nasileniu) u co dziesiątej osoby dotkniętej autyzmem.

Analizując upośledzenia autystyków (przede wszystkim w dziedzinie emocjonalnej, Społecznej i językowej), jak i charakter zdolności sawantów, niektórzy badacze doszli do niezbyt poprawnego politycznie wniosku, że mózg autystyka to po prostu… mózg „hipermęski” (przynajmniej w sferze poznawczej), w którym zabrakło pewnych „hamulców”. Ich ścieżkę rozumowania trudno zdyskredytować z powodów innych niż ideologiczne. Nie od dziś wiadomo, że mózgi mężczyzn są statystycznie bardziej ścisłe i analizujące od mózgów kobiet: wystarczy sprawdzić, jak rozkładają się proporcje płci studentów na kierunkach humanistycznych i na kierunkach inżynierskich, by nie mieć wątpliwości, że w kulturze takiej jak nasza, na równi zachęcającej chłopców i dziewczynki do poszerzania wiedzy w obu dziedzinach, różnice te muszą być uwarunkowane genetycznie. Na związek schorzenia z różnicami międzypłciowymi w tych dziedzinach wskazują m.in. badania nad frekwencyjnością „dorosłej” formy autyzmu – zespołu Aspergera. Jak pokazuje Matt Ridley w Nature via Nurture, jest dwa razy bardziej prawdopodobne, że ojciec lub dziadek osoby z zespołem Aspergera był inżynierem niż że wykonywał jakikolwiek inny zawód. Ridley dodaje, że w testach na zachowania autystyczne naukowcy (w oryginale scientists – chodzi zatem przede wszystkim o przedstawicieli nauk ścisłych) osiągają znacznie wyższe wyniki niż nie-naukowcy, zaś spośród naukowców szczególnie wysokie wyniki osiągają (oprócz lekarzy) właśnie inżynierowie, matematycy i fizycy. Fakt, że w niektórych tych specjalnościach nadreprezentowani są mężczyźni, sam w sobie nie jest w stanie wytłumaczyć tej różnicy – w innych zdominowanych przez panów zawodach (wspomnijmy choćby mechaników samochodowych) nie obserwuje się analogicznych zależności. Jasne więc, że chodzi tu o pewne bardzo ścisłe funkcje mózgu. Aby jednak powiedzieć w tej kwestii coś naprawdę pewnego, należy poczekać na dalsze badania.

Po co mordujemy?

Lepiej późno niż wcale: zapowiadany dawno temu „Klub Trójki”, poświęcony książce Bussa „Morderca za ścianą”. Dla niezorientowanych: David Buss to jeden z najważniejszych amerykańskich psychologów ewolucyjnych, pomysłodawca i koordynator bodaj największych w historii badań na temat kobiecych i męskich preferencji wyboru partnera. Badania przeprowadziła w latach 1984-1989 na 37 kulturach (w tym również w Polsce) pięćdziesięcioosobowa armia psychologów (w tym Janusz Czapiński, Stanisław Mika i Ryszard Pieńkowski), a ich wyniki wstrząsnęły światem nauk społecznych. Pokazały bowiem ponad wszelką wątpliwość, że wbrew postulatom rozmaitej maści genderowców i innych deterministów społecznych, kobiety i mężczyźni wykazują stałe psychiczne cechy i preferencje bez względu na kulturę, w której przyszło im żyć. I w każdej kulturze obie płcie dość drastycznie się od siebie pod tym względem różnią.

W Polsce Buss znany jest przede wszystkim z podręcznika akademickiego Psychologia ewolucyjna oraz popularnonaukowych książek Ewolucja pożądania i Zazdrość – niebezpieczna namiętność. Wszystkie koncentrują się na różnicach między płciami w podejściu do seksu i wyboru partnera tudzież w strategiach funkcjonowania w związku. Morderca za ścianą, jak wskazuje sam tytuł, dość drastycznie zatem wyróżnia się tematyką – o czym więcej w rozmowie. Przy mikrofonach Jerzy Sosnowski, prof. Bogdan Wojciszke, prof. Wojciech Pisula i moja (skromna) osoba:


Byle nazwisk nie przekręcali

We wtorek, w ramach Celebrity Deathmatch w radiu VOX FM (który to program przewrotnie ktoś kiedyś nazwał W dobrym tonie) wystąpiłem w audycji z dominikaninem Marcinem Dąbkowiczem. Miało być o plotce, nieoczekiwanie tymczasem skończyło się… sporem o naturę ludzką.

Pojedynek mistrzowsko poprowadziła Iwona Schymalla, a sędziowała błyskotliwie Lidia Stanisławska (przy okazji: autorka tytułowego bonmotu). Mimo obecności dam w studiu, generalne starcie okazało się nie do uniknięcia, choć nastąpiło dopiero w drugiej połowie. Kto wygrał, osądźcie sami:

Źródła płci

Zapowiadają mi się dziś dwa programy o kobiecości i – pośrednio – również o męskości. Pierwszy to Studio TVP Kultura o 19:30. Honory gospodarza spełniał będzie Jerzy Sosnowski, zaś gośćmi, oprócz mnie, będą Agnieszka Graff, Katarzyna Moczulska i Tomasz Jastrun. Temat niecodzienny: femme fatale w kulturze.

Drugi gościnny występ będzie miał miejsce w TOK FM o 21:00, w programie psychologicznym „Lustro”. Tym razem będzie głównie twarda socjobiologia – tytułem wprowadzenia parę słów zatem o tym, jak dziś psychologia ewolucyjna płeć ujmuje, i dlaczego.

Zacząć należy od stwierdzenia, że – jak uważają socjobiolodzy – niemal wszystkie obserwowane biologiczne różnice między płciami są prostą konsekwencją asymetrii inwestycji rodzicielskich. Asymetria ta widoczna jest u prawie wszystkich gatunków rozmnażających się płciowo i zaznacza się już na poziomie gamet. Obrazowo opisuje ją tam Steven Pinker w Jak działa umysł:

Plemnik jest mały i tani, organizm może więc równie dobrze wyprodukować ich wiele, dać im zewnętrzny motor, by szybko dostały się do jaja, i narząd, który wypuszczają w drogę. Jajo jest duże i cenne, a więc organizm powinien dać mu fory, zaopatrując je w żywność i ochronną powłokę. To sprawia, że jajo jest jeszcze droższe, aby więc chronić inwestycję, organizm wy ewoluował narządy, dzięki którym zapłodnione jajo może rosnąć wewnątrz ciała i absorbować jeszcze więcej pożywienia; nowy potomek jest wypychany na zewnątrz dopiero wtedy, kiedy jest dość duży, by przetrwać. Te struktury zwane są męskimi i żeńskimi narządami rozrodczymi.

Robert Trivers w szeroko cytowanym artykule Parental investment and sexual selection jako pierwszy postawił tezę, iż wszystkie znaczące różnice (tak fizyczne, jak i psychiczne) między płciami mogą być konsekwencjami tych pierwszych różnic w inwestycji, które pociągnęły za sobą – bo pociągnąć musiały – następne. Charakter inwestycji (energia, czas, ryzyko, pokarm) ma w takim wypadku drugorzędne znaczenie: chodzi przede wszystkim o fakt, że skoro przedstawiciel jednej z płci już na początku więcej inwestuje, relatywna wartość potomka jest dla niego wyższa (bo więcej zainwestował), dlatego również łatwiej będzie się godził z kolejnymi inwestycjami. Dla Triversa nie grało roli pytanie, czy decyzje tak zachowującej się jednostki byłyby wynikiem zastosowania przemyślanej strategii, czy instrukcji, która znalazła się w DNA za sprawą doboru naturalnego – wystarczyło mu stwierdzenie, że tak po prostu wynika z modelu. Skoro zaś natura, jak to ujął swego czasu Richard Dawkins, nie znosi rozrzutności, asymetria inwestycji bardzo szybko musiała również wymusić na przedstawicielach mniej inwestującej płci tendencję do unikania inwestycji, a na przedstawicielach płci więcej inwestującej – tendencję do wyszukiwania takich partnerów, którzy nie będą się od inwestycji uchylali – i tak dalej.

Ta nierówność inwestycji doprowadziła w gatunku ludzkim do ogromnej asymetrii w kwestii potencjału rozrodczego mężczyzn i kobiet. Przeciętna kobieta, choćby nie wiadomo jak się starała, nie jest w stanie urodzić w ciągu życia więcej niż 30 dzieci. Tymczasem pojedynczy samiec homo sapiens może w ciągu życia zapłodnić praktycznie nieskończenie wiele samic (jak obliczyli specjaliści, przeciętny mężczyzna w trakcie jednej ejakulacji wyrzuca z siebie ilość plemników wystarczających do zapłodnienia połowy płodnych obywatelek Stanów Zjednoczonych), na skutek czego inne samce pozostać mogą bez partnerek – i potomstwa. Historycznie rodziło to ogromną konkurencję między samcami, dla których gra w ewolucję ma u większości gatunków charakter zero-jedynkowy: zwycięzca pozostawia wielu potomków z różnymi samicami, przegrany umiera bezpotomnie.

Jeszcze ciekawiej wygląda jednak sytuacja dla drugiej z płci. Jak dowodzi Pinker:

Rozrodczy sukces samców zależy od tego, z iloma samicami kopulują, ale rozrodczy sukces samic nie zależy od tego, z iloma samcami kopulują. To powoduje, że samice są bardziej wybredne. Samce zalecają się do samic i kopulują z każdą, która im na to pozwoli. Samice starannie oglądają samców i kopulują tylko z najlepszymi: tymi, którzy mają najlepsze geny, są najbardziej chętni i zdolni do karmienia i ochrony jej potomstwa oraz tymi, których wybierają inne samice.
Męska konkurencja i żeński wybór są powszechne w świecie zwierzęcym. Darwin zwrócił uwagę na te dwa zjawiska, które nazwał doborem płciowym, ale zastanawiało go, dlaczego samce mają konkurować, a samice wybierać, zamiast odwrotnie. Teoria rodzicielskiej inwestycji rozwiązuje tę zagadkę. Płeć, która inwestuje więcej, wybiera; płeć, która inwestuje mniej, konkuruje. Przyczyną różnic między płciami jest więc różnica ich inwestycji. Wszystko inne – testosteron, estrogeny, penisy, pochwy, chromosomy Y, chromosomy X – jest wtórne. Samce konkurują, a samice wybierają tylko dlatego, że nieco większa inwestycja w jajo (charakterystyczne dla samicy) zostaje zwielokrotniona przez inne reprodukcyjne obyczaje zwierzęcia.

Przedstawiciele obu płci, zapytani o to, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner, jakie cechy powinien posiadać idealny związek, ile czasu powinno się ze sobą „chodzić” przed pójściem do łóżka, czy i w jakim wypadku uzasadniona może być zdrada lub wymuszenie seksu etc., udzielają zupełnie innych, czasami wykluczających się odpowiedzi – kto chce je zobaczyć, niech zajrzy do Ewolucji pożądania Bussa. Te preferencje dyktują zaś to, co widzimy w przekazach medialnych i reklamowych. Ale o tym, co widzimy, porozmawiamy sobie dopiero wieczorem.