pamiec

Alkohol wspomaga pamięć?

Do niedawna powszechnie sądzono, że wpływ alkoholu na pamięć zawsze jest negatywny. Nowe badania wskazują, że w pewnych warunkach... alkohol może pomagać w uczeniu się i zapamiętywaniu. ...

spac3

Co brak snu robi mózgowi

Do niedawna naukowcy sądzili, że nawet długie okresy bez snu można po prostu odespać – i wszystko wróci do normy. Nowe badania pokazują, jak bardzo się mylili. ...

dlubacz

Nadgodziny a radość życia

Amerykanin jest szczęśliwy, gdy pracuje, Europejczyka na ogół praca czyni nieszczęśliwym – to wnioski z badań, których autorem jest Adam Okulicz-Kozaryn, polski ekonomista pracujący na University of Texas w Dallas. Artykuł, opublikowany właśnie w Journal ...

dex

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od ...

quirk

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które ...

Prokreacja

Prokreacja jako obowiązek

Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym tygodniu władza rozpoczęła dyskusję o nowym podatku, tym razem od braku dzieci. Debatę zainicjował w „Fakcie” poseł Mieczysław Kasprzak (PSL) taką oto deklaracją: Jesteśmy za podatkiem od bezdzietności. Nie może ...

bombo1

Słodycze źródłem agresji

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal ...

przemoc

Przemoc na ekranie – fakty i mity

Są na świecie rzeczy,‭ ‬w które ludzie po prostu wierzą,‭ ‬bez względu na to,‭ ‬czy określają się jako wierzący,‭ ‬czy nie.‭ ‬Także wtedy,‭ ‬gdy mienią się racjonalnymi naukowcami.‭ ‬Przykładem takiej wiary jest choćby przekonanie o ...

Cena sumienia

Choć wolimy nie przyjmować tego do wiadomości, nasze sumienie ma swą cenę – takie niezbyt odkrywcze wnioski można wysnuć z badania, przeprowadzonego przez Oriel FeldmanHall na Uniwersytecie w Cambridge. Co zaskoczy wielu, to fakt, że – jak pokazało to samo doświadczenie – u 90 procent z nas cena ta wcale nie jest wysoka.

Badanie, o którym doniosło w kwietniu Science News, wzorowane było na sławnym eksperymencie Milgrama. Jak wie każdy adept psychologii, w oryginalnym badaniu uczestnicy, siedząc w pokoju z eksperymentatorem, wymierzali wstrząsy elektryczne osobom, które nieprawidłowo odpowiadały na zadawane przez nich pytania. Doświadczenie, którego celem było sprawdzenie podatności ludzi na wpływ autorytetu, przyniosło bardzo niepokojące wyniki – większość badanych była gotowa wymierzyć maksymalny, potencjalnie śmiertelny wstrząs nieznanej osobie, tylko dlatego, że w tym samym pokoju znajdował się ekspert w kitlu bądź uniformie, który kazał kontynuować procedurę.

Oriel FeldmanHall nie badała jednak uległości wobec tytułów i uniformów, lecz skłonność ludzi do samooszukiwania się. Dlatego uczestników badania podzielono na dwie grupy.

Członkom pierwszej grupy po prostu zadawano pytania. Mieli określić, czy – czysto hipotetycznie – byliby w stanie kopać hipotetycznym prądem innych ludzi w sytuacji hipotetycznego badania. Większość pytanych – 64 procent – zapewniała, że nie zgodziłaby się na zadawanie bólu hipotetycznemu bliźniemu, nawet gdyby w grę wchodziłyby jakieś hipotetyczne pieniądze.

Wrażliwość i empatia kończyły się jednak, gdy pieniądze z hipotetycznych stawały się realne. W drugiej grupie uczestnikom kazano wymierzać rzeczywiste wstrząsy elektryczne; co więcej, dowiadywali się, że za zaaplikowanie wstrząsu elektrycznego dostaną pieniądze. Nieduże, jak na warunki brytyjskie: za najsilniejszy wstrząs płacono 1 funta, czyli 4 złote z hakiem. Rażący prądem mógł też wymierzać rażonemu mniejsze wstrząsy za mniejsze stawki.

Jak się okazało, nawet niewielka gratyfikacja finansowa wystarczyła, by opory moralne po prostu wyparowały. I to z prawie kazdego. Aż 96 procent badanych, którym zapłacono, zdecydowało się kopać prądem innych ludzi, ba, większość robiła to nawet wtedy, gdy mogła oglądać na ekranie reakcje kopanych na aplikowane przez siebie wstrząsy.

Oczywiście, naprawdę w badaniu nikt nie cierpiał, a reakcje nagrano wcześniej z profesjonalnymi aktorami. Jednak uczestnikom pokazywano te nagrania, informując, że przedstawiają one ich ofiary w rzeczywistym czasie – i nie wydaje się, by większość w to watpiła.

Co ciekawe, od tego, co pokazywało nagranie, zależała… kwota, z którą uczestnik średnio kończył grę. Maksymalnie mógł wymierzyć 20 wstrząsów, więc ktoś, kto zawsze aplikowałby prąd o najsilniejszym natężeniu, mógł zarobić 20 funtów. I tyle mniej więcej zarabiał, gdy w ogóle nie widział drugiego człowieka.

Wystarczyło jednak pokazać uczestnikom drżącą rękę kopanego prądem, a suma, z którą średnio wychodzili z badania, spadała do 15,77 funtów. Jeszcze większe opory moralne wzbudzało oglądanie wykrzywionej bólem twarzy ofiary – przeciętny uczestnik wypracowywał wówczas marne 11,55 funta. Nie zmienia to faktu, że większość badanych nawet wówczas była w stanie zadawać ból, chociaż – jak widać po kwocie – nieco mniej srogi.

Trudno zatem zaprzeczyć, że czasami odzywa się w nas sumienie – zwłaszcza jeśli patrzymy w oczy osobie, którą krzywdzimy. Zadajmy sobie jednak pytanie, czy nie wystarczyłoby, by nam wtedy po prostu badacz podniósł stawkę.

W końcu z tego, że nie zrobisz czegoś za 4 złote, wcale nie wynika, że nie zrobisz tego za 4 tysiące lub 4 miliony. Zwłaszcza gdy w grę nie wchodzą wyzwania sprawnościowe, lecz etyczne.

Alkohol wspomaga pamięć?

Każdy, komu choć raz urwał się film po zalaniu robaka zbyt wieloma procentami, przyjmie to doniesienie z niedowierzaniem. Właściwie nie trzeba nawet upijać się do nieprzytomności, by wiedzieć, że picie i pamiętanie nie idą w parze. Powszechnie wiadomo, że alkohol upośledza pamięć semantyczną, epizodyczną i faktograficzną (dlatego, mimo że w małych dawkach bywa przyjemny i pobudzający, już po skonsumowaniu jego średniej ilości trudniej nam zdać egzamin, przypomnieć sobie imię znajomego czy znaleźć kluczyki do samochodu). Co do mniej zbadanego wpływu etanolu i jego roztworów na inne rodzaje pamięci, z rozpędu przyjmowano do niedawna, że również nie jest pozytywny.

Mogą to zmienić wyniki badań zespołu profesora Hitoshi Morikawy z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Badacze ustalili, że regularne spożywanie napojów alkoholowych zwiększa (a nie, jak do niedawna sądzono, zmniejsza) plastyczność synaps w obszarach mózgu odpowiedzialnych za uczenie się i zapamiętywanie.

Wyniki takie sugerują, że twierdzenie, iż po alkoholu uczymy się i pamiętamy gorzej – choć bywa prawdziwe – bynajmniej nie musi zawsze obowiązywać. Potwierdzają tę tezę m.in. wcześniejsze badania z Nowej Zelandii, w których odkryto, że u szczurów, w których diecie znalazły się niewielkie ilości alkoholu (odpowiadające jednej szklance piwa u człowieka), aktywizuje się gen zwiększający wydajność pamięci. Dotyczyło to przede wszystkim pamięci wzrokowej i emocjonalnej. W badaniu wyszło oczywiście, że pozytywny wpływ alkoholu ma swoje granice: gryzonie pijące dużo miały już problemy, i to nie tylko z zapamiętywaniem, ale nawet z rozpoznawaniem przedmiotów. Problemy znikały jednak nawet u nich, gdy w grę zaczynały wchodzić przykre emocje: nawet u mocno rozpitych szczurów polepszała się pamięć… negatywnych zdarzeń z przeszłości.

Profesor Morikawa jest więc mocno przekonany, że picie (przynajmniej to umiarkowane: ale trudno przecież w przyrodzie o rzeczy, które będąc dobrymi w małych i średnich ilościach, nie szkodziłyby w nadmiarze) raczej stymuluje obszary mózgu odpowiedzialne za uczenie się i pamięć. Tyle że nie chodzi o uczenie się świadome (czyli takie, z jakim masz do czynienia, gdy siedzisz na wykładzie lub czytasz podręcznik), lecz o pamięć emocji, a zwłaszcza automatyzmy i skojarzenia, które utrwalają się w naszym mózgu w sytuacjach społecznych niejako przy okazji.

Ta zdolność alkoholu (i innych używek zwiększających w mózgu podaż dopaminy – hormonu motywacji i dobrego samopoczucia) może częściowo odpowiadać za siłę, z jaką substancje te uzależniają. Dopamina to przecież – jak zauważa Morikawa – przede neuroprzekaźnik pamięci. Jej zwiększona aktywność wzmacnia synapsy, które są aktywne w czasie jego obecności. Gdy pijemy alkohol (lub przyjmujemy narkotyki takie jak kokaina czy amfetamina), najwyraźniej nasz mózg tworzy podświadome skojarzenia między tymi środkami, a przyjemnością, którą odczuwamy – przyjemnością, której źródłem może być tymczasem człowiek, z którym świetnie nam się rozmawia lub miejsce, w którym jesteśmy. Oczywiście, być może w samej przyjemnej sytuacji znaleźliśmy się dlatego, że jakaś substancja poluzowała nas (lub zmotywowała) na tyle, żeśmy gdzieś poszli lub zaczęli z kimś rozmawiać – nie zmienia to jednak faktu, że etanol nie musi być w pełni i wyłącznie odpowiedzialny za dobre samopoczucie, które nasz mózg z automatu zaczyna łączyć z piciem.

W rzeczywistości zatem alkoholicy czy narkomani wcale nie muszą być uzależnieni od przyjemności, jaką daje im środek odurzający. Wystarczy, że będą uzależnieni od innych środowiskowych, psychologicznych i behawioralnych czynników powodujących uwalnianie się dopaminy do mózgu. Prawdopodobnie jednak ich mózg, właśnie za sprawą tejże dopaminy, będzie się w stanie upojenia uczył zbyt szybko i zbyt wybiórczo, by rozróżnić te niuanse – i całe dobre samopoczucie przypisze wypitej, wciągniętej lub wstrzykniętej substancji.

W efekcie z badań teksańskich naukowców wywieść można dość przewrotny wniosek: są sytuacje, w których alkohol działa pozytywnie na zapamiętywanie – zwłaszcza emocji i skojarzeń – i, niestety, dlatego właśnie powinniśmy się go bać.

Czego nie da ci Apple

Dlaczego używam Linuxa i (rozciągając analogię) sam wszystko robię w css-ach tej strony? Odpowiedź znalazłem właśnie na Reddicie:

Unia podniesie ceny mieszkań

Nie jestem na czasie ze wszystkimi unijnymi aktami prawnymi, więc dopiero dziś się dowiedziałem z Rzeczpospolitej, że w połowie zeszłego roku Rada Unii Europejskiej (w tym premier Donald Tusk za pośrednictwem odpowiedniego ministra) i Parlament Europejski (w tym wielu polskich deputowanych) zgodnie uznały, że nie tylko ceny cukru, ale i ceny mieszkań są w Polsce (tudzież tym razem także w całej reszcie Unii) zbyt niskie. I dlatego należy je podnieść poprzez wyśrubowanie kosztów projektowania, ekspertyz, materiałów i samej budowy (wszystko będzie musiało być absolutnie energooszczędne), a przy okazji zadbać o to, by każdy nowowybudowany blok mieszkalny w UE miał własny kompostownik (obowiązkowo z małą trzódką) lub przynajmniej ze trzy wiatraki i tuzin rowerków:

Budowanie domu będzie droższe. Za dwa lata wejdzie w życie część unijnych przepisów, zgodnie z którymi będziemy musieli budować energooszczędnie, a nie z byle jakich materiałów. Natomiast po 2020 roku nowe domy będą musiały charakteryzować się niemal zerowym zużyciem energii. (…) Chodzi o konsekwencje dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/31/UE z 19 maja 2010 roku w sprawie charakterystyki energetycznej budynków, która weszła w życie 7 sierpnia 2010 roku (DzUrz UE L z 18 czerwca 2010 r., nr 153, poz. 13). (…) Od 9 lipca 2013 r. stosowane będą przepisy prawa, zgodnie z którymi nowe budynki będą musiały spełniać minimalne wymagania dotyczące charakterystyki energetycznej. (…)

Źródłem oszczędności ma być obniżenie zużycia energii w celach ogrzewania, chłodzenia, wentylacji, ciepłej wody i oświetlenia. Jak dodaje ekspert Rzeczpospolitej, Wojciech Wachacki, zmiana przepisów dotknie nie tylko domy świeżo wznoszone, ale również te poddawane remontom i zmieniające właścicieli (lub choćby najemców):

Nowe świadectwa charakterystyki energetycznej (…) będą obowiązkowo wydawane dla budynków lub modułów budynków, które są wznoszone, sprzedawane lub wynajmowane nowemu najemcy. (…)

Podobne wymagania będą dotyczyły również już istniejących budynków, a także ich modułów, w przypadku wykonywania ważniejszych renowacji, czyli takich, w których całkowity koszt prac renowacyjnych związanych ze ścianami zewnętrznymi lub systemami technicznymi budynku przekracza 25 proc. wartości budynku lub w których renowacji podlega ponad 25 proc. powierzchni ścian zewnętrznych.

 (…)

Prawdziwe piekło na rynku mieszkaniowym zacznie się jednak w Unii po 2020 roku, kiedy to w ogóle zakaże się budowania na jej terenie państw członkowskich budynków, które nie byłyby samowystarczalne energertycznie.

Najbardziej restrykcyjne przepisy, a więc te dotyczące konieczności zapewnienia, aby budynek charakteryzował się niemal zerowym zużyciem energii, dotyczą budynków nowych (…) i będą (…) obowiązywać (…) od 31 grudnia 2020 r. Polska i inne państwa UE są zobowiązane do zapewnienia, aby od tej daty nowe budynki miały niemal zerowe zużycie energii. (…)

Zmiany będą szczególnie odczuwalne dla indywidualnych, małych i średnich inwestorów, którzy będą musieli się liczyć z koniecznością uwzględnienia wymagań energetycznych przy planowaniu inwestycji. Zważywszy że budynki wznoszone po 2020 roku będą musiały się charakteryzować niemal zerowym zużyciem energii, a ponadto energia przez nie zużywana będzie musiała pochodzić w dużej mierze ze źródeł odnawialnych (wiatru, promieniowania słonecznego, z biomasy, wysypisk śmieci, oczyszczalni ścieków itp.), proces budowlany może się okazać dużo bardziej kosztowny.

Pełne wejście w życie nowej dyrektywy oznaczać będzie nie tylko ruinę przemysłu energetycznego (są jeszcze w Polsce jakieś kopalnie do zamknięcia?), ale i fakt, że np. w zimnej, pozbawionej geotermii i położonej na równinach Polsce praktycznie każdy wznoszony budynek będzie musiał mieć własną małą elektrociepłownię, bądź czerpiącą energię z wiatru (na promienie słoneczne przez pół roku ciężko liczyć), bądź spalającą śmieci i odchody mieszkańców, bądź wreszcie – jeśli pozostałe źródła energii zawiodą lub nie wystarczą – wykorzystującą energię motoryczną mieszkańców. Mały rowerek w każdym pokoju i pedałowanie po pięć godzin dziennie przy okazji rozwiążą inny bolesny problem współczesnej cywilizacji: rosnący odsetek populacji z nadwagą i otyłością.

Za co, jestem pewien, ludy Unii długo będą wdzięczne swym rządom i eurokratom.

Święta jako źródło cierpień?

Wieczór w Radiu Dla Ciebie sprzed dwóch godzin, i moja obrona Wielkanocy przed Robertem Łuchniakiem. Kto posłucha, dowie się ponadto, jak przeżyć przedświąteczne jajeczko w pracy i niedzielno-poniedziałkową wyżerkę z rodziną, co zrobić, by po drodze nie utyć, i w jaki sposób we wtorek wrócić do pracy wypoczętym i pełnym zapału:

Co brak snu robi mózgowi

Wielkanoc przyszła, co oznacza, że po raz pierwszy od kilku miesięcy udało się ostatniej nocy przespać pełne 8 godzin. Motywację do spania miałem niemałą: wczoraj w pociągu z Warszawy natknąłem się w lutowym Świecie Nauki (stołeczne dworce obfitują w stoiska ze starymi numerami tych popularnych czasopism, których redakcje z niejasnych dla mnie przyczyn pozwalają na takie psucie rynku) na fascynujący artykuł o wpływie zmian stref czasowych oraz niedostatecznego i nieregularnego snu na funkcjonowanie pamięci i koncentrację.

Punktem wyjścia artykułu były badania Lance’a Kriegsfelda z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Naukowiec badał skutki rozregulowania rytmu biologicznego (wywoływanego m.in. przez nieregularne spanie), zaczynając od zjawiska znanego niemal każdemu podróżującemu na duże dystanse: jet lagu.

Od dawna wiedziano, że przelot samolotem na inny kontynent skutkuje zaburzeniami samopoczucia i snu. Zaburzenia są przeważnie tym większe, im strefa czasowa, do której trafiliśmy, jest bardziej oddalona od tej, z której rozpoczęliśmy podróż. Przy niewielkich różnicach istotny jest też kierunek podróży: gdy lecimy na Zachód (i cofamy zegarki) łatwiej nam się przystosować do nowej godziny (czyli przedłużyć sobie dobę), niż gdy lądujemy na Wschodzie i musimy naszą dobę skrócić.

Zespół niekomfortowych objawów, towarzyszących zmianom czasu, Amerykanie nazywali jet lag. Od dawna wiadomo, że w jego skład wchodzą zaburzenia pamięci i trudnościa z koncentracją. Bardzo podobne objawy notują ludzie cierpiący na zaburzenia snu (na czele z trapiącą blisko 1/3 populacji bezsennością) oraz osoby prowadzące nieregularny tryb życia, pracujący na nocne zmiany etc., naukowcy nie bez racji uważają więc od pewnego czasu, że oba zjawiska mogą mieć podobną etiologię.

Jet lag i zaburzenia snu odbijają się nie tylko na funkcjach poznawczych. Już jakiś czas temu dowiedziono, że u ludzi rozstrojenie rytmu dobowego zwiększa m.in. prawdopodobieństwo cukrzycy, chorób sercowo-naczyniowych, nadciśnienia (i to nawet gdy nie odpędzamy Hypnosa szóstą z rzędu kawą), ba, może nawet skutkować problemami z płodnością.

Wróćmy jednak do badania – i gryzoni. Kriegsfeld wywoływał u samic chomików zaburzenia rytmu dobowego, analogiczne do tych, jakie odczułby człowiek po podroży z Nowego Jorku do Paryża i z powrotem. Rytm dobowy zwierząt był zmieniany dwa razy w tygodniu przez okres czterech tygodni.

Zgodnie z oczekiwaniami badacza, chomiki szybko popadły w stan zmęczenia i dezorientacji, który w miarę trwania badania się pogłębiał. Po miesiącu, gdy eksperyment dobiegał końca, miały już problemy z uczeniem się najprostszych zadań.

Wniosek Kriegsfelda był prosty: każda powtarzająca się zmiana rytmu dobowego może prowadzić do zakłóceń funkcji poznawczych. Na oko nie ma w tym dziwnego, o badaniu szybko by więc zapomniano, gdyby nie to, co nastąpiło potem.

Do tej pory sądzono, że nawet długie okresy odmawiania sobie snu można po prostu odespać – i że po takiej regeneracji praca umysłu wraca do normy. Sensowne wydawało się oczekiwanie czegoś podobnego w stosunku do zmian rytmów dobowych. Tymczasem w badaniu Kriegsfelda upośledzenie chomiczych funkcji poznawczych nie ustąpiło po przerwaniu eksperymentu – a przynajmniej nie od razu. Mimo że gryzonie mogły już sypiać regularnie, zaburzenia pamięci i koncentracji utrzymywały się u nich przez następny miesiąc.

Ba, kiedy po miesiącu porównano mózgi chomików poddanych zmianom rytmów z mózgami zwierząt z grupy kontrolnej, zaobserwowano jedną, za to dość szokująca różnicę w strukturze mózgu zwanej hipokampem. Tak u chomika, jak u człowieka, hipokamp odgrywa kluczową rolę w zapamiętywaniu, jest również jedną z niewielu części mózgu, w których właściwie przez cały czas zachodzi namnażanie się komórek i neurogeneza. Samice chomików o zmienianym wcześniej rytmie dobowym jeszcze w miesiącu po zakończeniu badania miały w hipokampie o połowę mniej nowych neuronów, niż te z grupy kontrolnej. Identyczne wyniki uzyskano także u samic, którym – by wyeliminować zakłócający wpływ hormonów – usunięto wcześniej nadnercza i jajniki.

Naukowcy do dziś nie wiedzą zatem, za pomocą jakiego mechanizmu zmiany rytmu dobowego (i ogólnie nieregularny sen) wywołują u chomików czy ludzi obniżenie wydajności hipokampu i idące za nim problemy z koncentracją, potwierdzają jednat to, co i bez nich wielu przeczuwało: jeśli chcemy poprawić działanie własnego mózgu (nie mówiąc o obniżeniu prawdopodobieństwa cukrzycy i bezpłodności), powinniśmy sypiać regularnie. I najlepiej nocą.

A jeżeli już nie da się nocą (bo mamy sesję, ważny projekt do skończenia lub pracujemy na nocną zmianę), to przynajmniej w pomieszczeniu na tyle wyciemnionym, by przekonać nasz organizm, że z rytmem dobowym wciąż wszystko w porządku.

Nadgodziny a radość życia

Amerykanin jest szczęśliwy, gdy pracuje, Europejczyka na ogół praca czyni nieszczęśliwym – to wnioski z badań, których autorem jest Adam Okulicz-Kozaryn, polski ekonomista pracujący na University of Texas w Dallas. Artykuł, opublikowany właśnie w Journal of Happiness Studies, odbił się już szerokim echem w świecie, choć mało w których relacjach można doczytać, co według autora jest powodem tak rożnego stosunku do pracy i szczęścia po obu stronach Atlantyku.

Badania pokazały kilka rzeczy. Po pierwsze, że Amerykanie pracują więcej od Europejczyków (średnio obywatel USA pracuje o półtora raza więcej od przeciętnego Niemca, Francuza czy Włocha). Po drugie, są od Europejczyków szczęśliwsi, ba, ich poczucie szczęścia nie zmniejsza się, gdy szef dokłada im nadgodzin – bez względu na ilość czasu spędzanego w pracy, za bardzo szczęśliwych uważa się aż 43 procent Amerykanów.

Europejczycy okazują się znacznie mniej szczęśliwi od kuzynów zza oceanu, i to nawet gdy nic nie robią lub pracują mało (do 17 godzin w tygodniu). Za bardzo szczęśliwych uważa się wówczas 28 procent – to mniej niż dwie trzecie w stosunku do wyniku uzyskanego w Ameryce. Naprawdę tragicznie robi się jednak w Europie, gdy jej mieszkańcom każe się więcej pracować więcej – odsetek usatysfakcjonowanych z życia spada wówczas aż do marnych 23 procent. Jeśli w tym wszystkim z czegokolwiek można się cieszyć, to chyba tylko z faktu, że Okulicz-Kozaryn nie porównał mieszkańców Europy z Chińczykami.

Media, które doniosły o wynikach badania, próbowały wyjaśniać tę dysproporcję różnicami w mentalności, oczekiwaniami społecznymi i wzorcami korzystania z wolnego czasu. W jednym z artykułów pojawiło się nawet stwierdzenie, jakoby Europejczycy pracowali po to, by żyć, podczas gdy Amerykanie najwidoczniej żyją, by pracować. Tymczasem już na wstępie autor pracy zasugerował najbardziej oczywiste wyjaśnienie fenomenu: najprawdopodobniej Europejczykom obrzydzają pracę (oraz ogólnie czynią ich mniej szczęśliwymi od Amerykanów) przede wszystkim podatki tudzież wszelkie inne podobne im składki a la ZUS. Dość wspomnieć, że w niektórych państwach Starego Kontynentu obywatel oddaje politykom i urzędnikom nawet do 80 procent owoców swej pracy.

W Europie panuje system socjalny, by nie powiedzieć socjalistyczny. Ideałem jest równość, rozumiana jako dążenie urzędników do tego, by każdy obywatel bez względu na to, czy i jak pracuje, miał tyle samo pieniędzy. W tym jakże idealistycznym systemie, im więcej pracujesz, tym więcej płacisz podatków, m.in. na tych, którzy ci te pieniądze zabierają, i na tych, którym pracować się nie chce. Po drugiej stronie jest oczywiście znacznie przyjemniej: im mniej pracujesz, tym więcej dostajesz od polityków i urzędników z tego, co państwo zabiera tym, którzy pracują.

System powyższy działa w Europie nie tylko na poziomie jednostek, ale i całych narodów (Niemcy utrzymujący nierobotnych Greków). Jest też jedną z głównych zasad funkcjonowania Unii Europejskiej, kuriozalnej organizacji międzynarodowej, która pieniędzmi ściągniętymi z obywateli państw członkowskich płaci producentom żywności z tychże państw… za jej nieprodukowanie.

Czyż można się dziwić, że w takiej sytuacji praca przestaje się ludziom kojarzyć ze szczęściem i spełnieniem życiowych marzeń, a zaczyna być uważana za niewolniczą harówkę, której owoce tak czy owak zostaną obywatelowi odebrane przez urzędników, a potem przejedzone polityków, ich pociotków i innych obiboków? I że ciągle jednym z głównych marzeń co pracowitszych i obrotniejszych mieszkańców krajów takich jak Polska pozostaje emigracja za ocean?

Szkolenia z kuszenia…

Trzydniowe szkolenia dla kobiet, jak być boginią domową, trening męstwa dla mężczyzn, ekspresowy kurs inteligencji towarzyskiej za – bagatela – 3 tys. zł od osoby? Te i inne przykłady niecodziennych ofert edukacyjnych wygrzebali w internecie prowadzący „Sprawy z PLUSEM”. I poprosili o wyjaśnienie, czym kierują się ludzie, decydujący się na udział w takim treningu, oraz garść zaleceń co do tego, czym w idealnej sytuacji winni się kierować.

Szkolenia mają wiele cech, które sprawiają, że na ogół jest bardziej skuteczne, niż lekcja w szkole czy przeczytanie książki. Po pierwsze: w przeciwieństwie do zajęć szkolnych, jest (na ogół) dobrowolne, ba, najczęściej nawet trzeba za nie zapłacić. A nie od dziś wiadomo, że gdy za daną rzecz lub usługę wydajemy pieniądze (zwłaszcza spore), mamy do niej zupełnie inne podejście, niż do czegoś, co dano nam za darmo: zaczynamy to cenić.

Po drugie, gdy w coś inwestujemy, nie chcemy, by nam się zainwestowana suma zmarnowała. Załóżmy, że pewnego dnia postanawiam, że będę dwa razy w tygodniu chodzić na siłownię. W dniu, w którym postanowienie podejmuję, mam zapewne całkiem spory zapał i mocne przekonanie, że ten zapał utrzymam przynajmniej przez najbliższe miesiące. Niestety, prawdopodobnie już po dwóch tygodniach moja motywacja do katowania się na ławce i rowerku będzie znacznie mniejsza, ba, zapewne po drodze pojawią się inne, bardziej priorytetowe zajęcia i aktywności. I tym sposobem wszystko skończy się na dobrych chęciach…

Mogę jednak pójść nieco inną drogą i w chwili, gdy moja motywacja jest wysoka, podjąć inwestycję. Jeśli w pierwszym tygodniu kupię karnet na siłownię, prawdopodobnie będę czuł wewnętrzną potrzebę jego wykorzystania, połączoną z chęcią redukcji dysonansu po jego zakupie (tym większego, im większą sumę na karnet wydałem). Moja inwestycja nie może się przecież zmarnować, zwłaszcza że została dobrze ulokowana (cały czas, nawet w chwilach zmniejszonej motywacji jestem przekonany o zdrowotnych korzyściach z ćwiczeń na siłowni).

Na tej samej zasadzie szkolenia (zwłaszcza te, za które sami zapłacimy, lub na które zostaniemy wysłani w ramach nagrody) są skuteczniejsze od standardowej edukacji – jesteśmy na nich bardziej zmotywowani, by się czegoś nauczyć. A to już czasami połowa sukcesu.

Trzeci powód popularności wspomnianych treningów to fakt, że w przeciwieństwie do zajęć, jakie pamiętamy ze szkoły, mają na ogół jasne dla nas cele. W szkole uczyliśmy się mnóstwa rzeczy z przekonaniem, że nigdy nam się nie przydadzą. Na szkolenie idziemy, żeby nauczyć się właśnie tego, czego potrzebujemy.

Czwarta i najważniejsza bodaj przyczyna, to praktyczny wymiar zajęć. Bardzo często ludzie ogólnie wiedzą, że coś należy zrobić, ale nie mają pojęcia, jak to zrobić. Chciałbym dobrze gotować, ale jak w ogóle się do tego zabrać? Super byłoby być bardziej pewnym siebie, panować nad stresem i dobrze zarządzać własnym czasem (np. dzwonić i wychodzić do klienta zamiast plotkować ze współpracownikami, buszować po sieci lub gapić się w profil na Facebooku), ale jak podwyższyć swą motywację lub sprawić, by czas nie uciekał mi przez palce? Wiedza, jak to osiągnąć, może zresztą być mi teoretycznie znana, sztuka panowania nad sobą (i innymi) to jednak przeważnie kwestia praktyki. A do tej mimo wszystko łatwiej dochodzić na treningu pod okiem doświadczonego trenera, niż po prostu w życiu metodą prób i błędów.

Kolejna rzecz to strach, trema i brak pewności siebie. Czasami ludzie nawet wiedzą, jak coś zrobić, ale się boją to zrobić. Często na samą myśl, że musieliby coś wykonać lub napisać, odczuwają paraliż. I tu szkolenia przydają się przede wszystkim, zwłaszcza że – jeśli mają charakter praktyczny – nie ma na nich zmiłuj: zadania (nawet najbardziej niekomfortowe, jak występ przed kamerą i zmierzenie się z własnym rzeczywistym wizerunkiem) trzeba wykonywać, bo przecież patrzy trener i patrzą inni. Kiedy jednak już się do czegoś zbierzemy, najczęściej okazuje się, że wcale nie było tak straszne, jak nam się początkowo wydawało. Ba, jeśli trafimy na dobrego nauczyciela, przy okazji może nawet nauczymy się sami siebie równie skutecznie motywować w przyszłości.

Oczywiście, wiele szkoleń oferowanych na pęczniejącym rynku, to hucpa, obliczona przede wszystkim na wydrenowanie portfela klienta. Dlatego ostrożnie należy podchodzić do ofert, w których obiecuje się nam rozwiązanie wszelkich życiowych problemów lub nauczenie rzeczy tak niezdefiniowanych lub ciężkich do nauczenia (bo np. są raczej cechami osobowości niż kompetencjami) jak męstwo czy charyzma. Dobrze również przed szkoleniem sprawdzić kompetencje trenera, poznać jego referencje, ba, jeśli to możliwe nawet spróbować zobaczyć go w akcji.

Zanim zdecydujemy się na szkolenie, powinniśmy również dowiedzieć się, np. pytając sprzedawcę, czego po kolei będziemy się uczyć i w jaki sposób. Jeśli sprzedawca nie chce nam tego wprost wyjaśnić lub odpowiada nam używając psychobełkotu (bądź jakiegokolwiek języka, którego nie rozumiemy), może lepiej dać sobie spokój z akurat tym kursem i szukać dalej. Jak w każdej dziedzinie, także w szkoleniach nie należy się decydować na produkt, którego działania nie rozumiemy, zwłaszcza jeśli nie potrafi nam go wytłumaczyć (bo np. też nie rozumie) sam sprzedawca. Wbrew powszechnemu mniemaniu trening nie zawsze czyni mistrzem. Jest tak tylko wtedy, gdy trenujemy umiejętności rzeczywiście nam potrzebne, poruszając się w sensownym paradygmacie. I oczywiście pod okiem innego mistrza.

Aktywizacja pracodawców

Włączam rano TVP Info, a tam akurat materiał o aktywizacji bezrobotnych. Na początku przygnębiające dane na temat tego, ile jest w Polsce osób bez pracy. Następnie głos z offu stwierdził mądrze, że mimo sporych nakładów, przeznaczanych przez rząd na walkę z bezrobociem, bezrobotni wciąż niedostatecznie zaktywizowani. Zaraz potem słyszę (w pierwszej chwili sądząc. że się przesłyszałem) wyliczenie, ilu dokładnie urzędników brakuje w urzędach (znaczy na razie nie są jeszcze zatrudnieni, ale już zapewne niedługo będą – po coś się chyba w końcu takie materiały dziennikarzom zleca), żeby bezrobotnych, których państwo samo nie chce lub nie może zatrudnić na posadach urzędniczych, skutecznie aktywizować. Sam sobie dopowiadam, ile ich zatrudnienie będzie nas kosztować. Opisu aktywizacji niestety nie doczekałem, bo jako podatnika krew mnie zalała.

Politycy (a za nimi jak widać także dziennikarze) albo są tak naiwni, że nie dostrzegają, albo tak wyrachowani, że udają że nie dostrzegają tego, co o całej sprawie powiedziałby państwu nawet bystrzejszy dwunastolatek: nikt nie lubi być frajerem, i jeszcze za to płacić. Nawet najbardziej zaktywizowany bezrobotny nie znajdzie pracy, jeśli „aktywizujący go” politycy i urzędnicy zrobią równocześnie wszystko, żeby za pomocą fiskusa i ZUS-u przekonać przedsiębiorcę, by nikogo nie zatrudniał.

Może więc by tak dla odmiany poaktywizować pracodawców? Ot, choćby poprzez obniżkę kosztów pracy (zniesienie obowiązkowego ZUS-u?) lub redukcję podatków. Wiem, wiem, już teraz pracodawców aktywizuje nam Unia Europejska. Na przykład poprzez dotacje dla firm zarejestrowanych na obszarach wiejskich, jeśli kogoś zatrudnią – nawet jeśli będzie pracował w oddziale firmy w  mieście.

Problem w tym, że aktywizacja przedsiębiorców przez dotacje unijne unijne to błędne koło. Komisja Europejska jako żywo żadnych pieniędzy przecież nie kreuje (chciałoby się rzec: na szczęście). Wszystko, co na prawo i lewo rozdaje, musi więc komuś zabrać. W podatkach. Tych, które płacimy naszemu płacącemu Brukseli spory haracz rządowi. Pośrednio system taki skutkuje wysokim PIT-em, CIT-em i VAT-em w państwach członkowskich, nakręcając bezrobocie prawie tak skutecznie, jak złe prawo.

System dotacji ogólnie jest niewydajny – z kilku powodów. Po pierwsze, nie wszystkie wpłacone środki trafiają w nim z powrotem do płacących: całkiem sporą część funduszy zżera po drodze biurokracja. Po drugie, wcale nie jest powiedziane, że pieniądze te trafiają do lepszych czy bardziej konkurencyjnych przedsiębiorstw – przeważnie dostaje je ten, co napisał wniosek bardziej zgodny z wytycznymi lub spełniający widzimisię urzędnika. Po trzecie, i najważniejsze, dotacje osłabiają konkurencyjność całej gospodarki kraju. Przedsiębiorca, który otrzymuje eurodotację, może zaoferować produkt lub usługę taniej niż konkurencja (w sektorach takich jak szkolenia – nawet za darmo).  Jego konkurent, nawet jeśli początkowo oferował produkt znacznie lepszy (i na wolnym rynku wygrywał), jeśli nie dostanie dotacji, będzie musiał zamknąć biznes. Dla wielu graczy rynkowych (zwłaszcza ze znajomościami i dostępem do naprawdę dużych pieniędzy) taki stan rzeczy może być bardzo wygodny. Problem w tym, że gdy na rynku urzędnik z pieniędzmi ma więcej do powiedzenia niż płacący w sklepie konsument, jakość produktów leci na leb na szyję. A wraz z nią konkurencyjność gospodarki, finanse państwa i standard życia obywateli. Na własnej skórze odczuwają to dotknięte dziś problemami finansowymi i wysokim bezrobociem Grecja, Hiszpania i Portugalia, których gospodarki jeszcze dekadę temu rosły na unijnych dotacjach, jak na drożdżach.

Wracając do Polski i naszego bezrobocia, zapewniam, że przedsiębiorcy – zwłaszcza drobni, czyli ci, których w naszym kraju jest najwięcej, i którzy potencjalnie stanowią najliczniejszą grupę pracodawców – nie zawsze są tytanami, którzy wszystko chcą robić sami. Większości też nie chce się bawić w kombinowanie i poruszać się na granicy prawa, zatrudniając pracownika do stałej pracy na umowę zlecenie, czy nawet łamać prawo zatrudniając go na czarno. Jeszcze mniej jest jednak wśród nich frajerów, którzy przy każdej możliwej okazji będą się pozwalali golić politykom.

Zatem nie dziwmy się, że w państwie, które „aktywizuje” pracodawców karami finansowymi za zatrudnianie kogokolwiek, istnieje spore bezrobocie. I że każda złotówka wydana z naszych podatków na walkę z nim tworzy nowe miejsca pracy najwyżej na urzędniczych stołkach.

Drugie podejście

Wybrano najgorszą opcję. Trzeba zrobić wszystko, by uniknąć chaosu politycznego i gospodarczego, który może teraz nastąpić – stwierdziła premier Islandii Jóhanna Sigurðardóttir (do niedawna znana światu głównie z faktu bycia pierwszą wyoutowaną lesbijką na stanowisku szefa rządu suwerennego państwa) na widok wstępnych wyników sobotniego referendum. Islandczycy odrzucili w nim wynegocjowane przez gabinet Jóhanny porozumienie, zobowiązujące ich do zapłacenia Wielkiej Brytanii i Holandii 5 miliardów dolarów. To część pieniędzy, które rządy obu krajów zwróciły tym swym obywatelom, którzy w 2008 r. ucierpieli na upadku funduszu Icesave.

Po bankructwie Icesave, jego resztki przejął rząd islandzki. Wielka Brytania i Holandia uznały, że stanowi to wystarczającą podstawę, by domagać się kasy od obywateli skutego lodem kraju. A że oba państwa mają na rynkach finansowych (i ogólnie w polityce międzynarodowej) więcej do powiedzenia niż zbiedniała wyspa o potencjale ludnościowym połowy Luksemburga, rząd Sigurðardóttir skapitulował.

Nie skapitulowali jednak obywatele, w których widać odezwała się pradawna krew Wikingów. Mocne NIE płaceniu (w ratach rozłożonych na następne 35 lat) odległym sąsiadom zakreśliło w niedzielę na kartach do głosowania 60 proc. Islandczyków. Dla rządu zresztą to i tak pewien „postęp”: rok temu w podobnym głosowaniu przeciw oddawaniu pieniędzy opowiedziało się aż 93 proc. mieszkańców wyspy (2 proc. było za).

Wielka Brytania (62 miliony mieszkańców) i Holandia (17 milionów) grożą teraz, że walkę z 300-tysięcznym kraikiem o sumę, jaką USA wydawały na tydzień wojny w Iraku, będą kontynuować przed wszelkimi możliwymi trybunałami międzynarodowymi, ba, w ramach retorsji ostatecznie zatrzasną przed Islandią drzwi 500-milionowej Unii Europejskiej. Do której, dodajmy, mieszkańcy wyspy w międzyczasie i tak stracili ochotę wchodzić. Bo i po co mieliby to robić? Islandia już jest w EEA i Schengen, dzięki czemu może korzystać z takich dobrodziejstw wspólnej Europy, jak wolny przepływ ludzi, towarów i usług, bez uiszczania Brukseli haraczu na wspólną politykę rolną czy zabójcze dla konkurencyjności gospodarczej eurodotacje.

Z drugiej strony jest jeszcze agencja Moody, która może obniżyć wyspie rating do poziomu Grecji i Portugalii (i to bez nadziei na kroplówkę z Niemiec)… A z czego jakikolwiek współczesny rząd przeżyje z dnia na dzień, gdy mu przestaną pożyczać?

Oto czym skutkuje durny pomysł, by oddać ludziom prawo głosu, zwłaszcza w kwestii tego, na co idą ich podatki. Jak zapytałby intelektualista pokroju profesora Króla: czy można spodziewać się, że prosty człowiek, kurczowo ściskający własny (coraz chudszy) portfel, zagłosuje w sposób równie dojrzały i dalekowzroczny, co zaprawiony w opróżnianiu mu tego portfela polityk? Polityk, który ma na ogół nie tylko dystans do sprawy – gdy podnosi rękę głosując, wydaje przecież nie swoje pieniądze – ale i doświadczenie płynące z faktu, że na ogół wydaje je latami (np. w Polsce kadencje są przeważnie czteroletnie, nie ma też limitów co do tego, ile razy można zasiąść w Sejmie, sejmikach czy radach) bez ponoszenia odpowiedzialności za aktualne decyzje. Jak pamiętamy, już w czasach madame de Pompadour brak kontroli podatników nad budżetem państwa gwarantował umiar w wydatkach rządzących. A i tak markiza, w przeciwieństwie do Hanny Gronkiewicz-Waltz, nie musiała z pieniędzy poddanych budować stadionów przegrywającym prawie każdy mecz klubom sportowym…

Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby rząd Donalda Tuska zapytał Polaków, czy chcą podwyżek VAT-u, zwiększenia akcyzy na benzynę lub ograniczenia przez cukrownie produkcji cukru, by mógł sobie wreszcie zdrożeć? Albo gdyby Unia Europejska organizowała referenda w sprawie krzywizny banana, miejsca produkcji oscypka bądź sprzedaży stuwatowych żarówek i termometrów z rtęcią? A przepraszam, Unia już eksperymentowała kiedyś z wolą ludu: przy okazji ratyfikacji eurokonstytucji. Niestety, lud Francji i Holandii miał czelność traktat w referendum odrzucić, kolejną wersję dokumentu profilaktycznie ratyfikowały więc już tylko parlamenty krajów członkowskich.

Wyjątkiem, jak pamiętamy, była wtedy Irlandia, gdzie z przyczyn wyższych referendum trzeba było jednak przeprowadzić. Wcześniejsze obawy okazały się uzasadnione: głupi obywatele pobłądzili i nowy traktat odrzucili, więc za karę musieli głosować do skutku. Dla świętego spokoju dokument przeszedł w drugim podejściu.

Ciekawe, w którym podejściu przejdzie islandzka spłata nieswojego zadłużenia…

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od mózgów psychopatów. Tym bardziej wiarygodny w swej roli, że – jak jakiś czas temu odkrył (i natychmiast ogłosił światu w Wall Street Journal) – sam ma mózg i geny, które predysponują go, by być jednym z nich.

Do odkrycia doszło – a jakże – za sprawą telewizji, a konkretnie audycji, w której profesor pochwalił się widzom tym, jak to w pewnym badaniu był w stanie poprawnie zidentyfikować 30 psychopatycznych morderców z próbki 70 przypadkowo dobranych osób, i to wyłącznie patrząc na skany ich mózgów.

Po programie zadzwoniła do Fallona własna matka:

- Oglądałam cię i muszę przyznać, że kiedy tak chodzisz, wykładając o psychopatycznych mordercach, brzmisz, jakbyś pochodził z całkiem normalnej rodziny. Widziałeś kiedyś swoje drzewo rodowe?

Profesor poczuł się zapewne w tej chwili jak Mortimer Brewster z „Arszeniku i starych koronek” na wieść o trucicielskich dokonaniach ciotek. Przy pierwszej możliwej okazji zasiadł do wertowania archiwów rodzinnych i odkrył, że jego bezpośredni przodek (ze strony ojca), Thomas Cornell został w 1673 roku powieszony za zamordowanie matki. Smaczku całej sprawie dodawała informacja, że było to pierwsze udokumentowane matkobójstwo w historii angielskich kolonii w Ameryce.

Sprawa zafascynowała profesora, więc kopał dalej. To, co ukazało się jego oczom, było dość przerażające: wśród antenatów znalazł aż 8 skazanych lub domniemanych morderców. Ostatnią czarną owcą w rodzinie była kuzynka prababki, Lizzie Borden, sądzona – i ostatecznie uniewinniona z powodu niewystarczających dowodów – za zarąbanie siekierą własnego ojca i macochy.

Zaniepokojony Fallon pobrał próbki DNA sobie i siedmiu innym członkom swej rodziny, a następnie poddał je analizie. Znalazł aż 12 genów, występujących statystycznie częściej u więźniów i osób ze skłonnością do przemocy. Obecność jednego z nich była szczególnie niepokojąca – chodziło o wariant genu monooksydazy A (MAO-A), zwany genem wojownika. MAO-A reguluje poziom serotoniny w mózgu, bezpośrednio wpływając na to, czy i kiedy czujemy się szczęśliwi oraz co i jak szybko może nas wyprowadzić z równowagi. W Stanach jego występowanie u młodych ludzi powiązano m.in. z przynależnością do gangów, częstotliwością sięgania po broń i skłonnością do zadawania bólu osobom, do których żywi się urazę.

Pojedyncze ze wspomnianych genów powtarzały się u całej rodziny, ale u Jamesa występowało jednocześnie aż pięć kluczowych wariantów – ze swych krewnych to on miał największe szanse zostać „urodzonym mordercą”.

Nic to jednak w porównaniu z wynikami, które przyniosły skany mózgu rodziny, które nastapiły po badaniach DNA. A właściwie jeden ze skanów, w mózgach swoich dzieci, matki i kuzynów nie odkrył bowiem Fallon śladu patologii. Szok przeżył, gdy zobaczył własne wyniki: jego czaszka skrywała modelowy mózg psychopaty, niemal identyczny z tymi, jakie profesor badał od ponad dwóch dekad. Kora oczodołowo-czołowa (orbitofrontal cortex), obszar mózgu odpowiedzialny za kontrolę impulsów i silnych emocji, była u niego silnie zredukowana i praktycznie nieaktywna. Gdyby Fallonowi w trakcie któregoś z jego licznych programów telewizyjnych pokazano zdjęcie takiego mózgu i kazano wskazać jego właściciela, obstawiałby lokatora celi śmierci w Teksasie.

Problem w tym, że profesor nie przypomina sobie, by kiedykolwiek skrzywdził choćby muchę. Przez całe życie nigdy z nikim się nie bił (nawet o kobietę – swą aktualną żonę poznał mając 12 lat), na palcach jednej ręki jest w stanie policzyć odbyte w życiu kłótnie, a jego współpracownicy zaświadczają, że na co dzień jest osobą miłą i uczynną. Wiem, wiem, bliscy tytułowego bohatera serialu „Dexter” (przynajmniej ci, którzy sami nie byli psychopatycznymi mordercami i nie zostali przez niego zabici) też zeznaliby podobnie, umówmy się jednak, że życie Fallona to mimo wszystko nie serial.

I dlatego coś było nie tak. Skoro w mózgach psychopatów i morderców oraz ich genotypach występowały zmiany, które stwierdził u siebie, nie mogły być to jedyne czynniki odpowiedzialne za ich zbrodnie. Musiało istnieć coś jeszcze. Tylko co? Tego profesor Fallon wciąż nie wiedział. Ale bardzo chciał się dowiedzieć.

Wrócił więc do swych przykurzonych archiwów badacza i zaczął analizę. Skoncentrował się na przebadanych przez siebie przestępcach o podobnej do niego budowie mózgu. Porównywał genotyp, dane biograficzne i środowiskowe. W końcu znalazł różnicę miedzy nimi a sobą, która mogła być rzeczywiście istotna. A przede wszystkim była oczywista.

Okazało się, że wszyscy skazani posiadający podobny do niego zestaw genów lub budowę mózgu padli dodatkowo w dzieciństwie ofiarą przemocy w domu lub środowisku, w którym dorastali. Oczywiście, nie od dziś wiadomo, że bycie taką ofiarą nie z każdego automatycznie zrobi kata – najwyraźniej jednak geny i mózgi potencjalnych psychopatów właśnie tego potrzebują, by wyrwać się spod kontroli norm moralnych i społecznych.

Profesor oczywiście na sto procent tego nie wie, bo nie przeprowadził stosownego badania ze ślepą próbą – i nigdy nie przeprowadzi. Idealne badanie tego rodzaju wymagałoby przynajmniej kilku dziesięciu par identycznych genetycznie bliźniąt jednojajowych. Część par musiałaby posiadać sprzyjający zestaw genów rozwojowi psychopatii, a część nie. Z każdej pary bliźniąt jedna osoba powinna następnie wychowywać się w rodzinie patologicznej, drugi bliźniak – w normalnej. Po osiągnięciu dojrzałości można by statystycznie porównać prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa. Jednym słowem badanie długie, trudne i nie do zaakceptowania przez jakąkolwiek komisję etyczną.

Profesor Fallon nigdy więc pewnie nie będzie wiedział na 100 procent, co sprawiło, że z genami gangstera i korą przedczołową niekontrolującego emocji psychopaty, stworzył stabilny dom, odniósł sukces w dziedzinie wymagającej umiarkowanego poziomu agresji i nigdy nikogo nie zabił. Mimo braku pewności oddycha jednak z ulgą, przekonany, że nie wszystko, co robimy, jest zdeterminowane przez zapisane w naszych genach przeznaczenie.

Aktywność mózgu jest nieskończoną grą naszych predyspozycji genetycznych i tego, co ogólnie zaprogramowany przez geny mózg napotka na swej drodze. James Fallon nie wyklucza, że gdyby urodził się w innym miejscu, wychowywał się w mniej przyjaznym domu lub w gorszej dzielnicy, bądź po prostu na swej drodze życiowej napotkał inne bodźce, być może siedziałby dziś w wiezieniu o zaostrzonym rygorze lub celi śmierci. Jednak jego losy przybrały zupełnie inny – lepszy – obrót. Z całego złowrogiego dziedzictwa przodków zostały profesorowi tylko ciarki, które – jak przyznaje – czasem gdy stoi przed lustrem przechodzą mu po plecach. Na myśl, że patrzy w oczy potencjalnego mordercy.

Biegły od Facebooka

Do czego w polskich sądach służą biegli, opłacani – jak wszystko w sferze publicznej w tym kraju – z naszych wciąż rosnących podatków, dowiadujemy się dziś z artykułu na gazeta.pl o procesie, który pewien mokotowski prominent z Platformy Obywatelskiej wytoczył za zasugerowanie na Facebooku, że uprawiał kumoterstwo, pozwalając, by powiązany z PO biznesmen zarabiał miliony na podnajmowaniu miejskich lokali prywatnym firmom:

Wczoraj przed sądem zaczął się proces w sprawie, która zaczęła się na Facebooku. - Sąd nie korzysta z tego portalu, więc nie do końca orientuje się w zasadach jego funkcjonowania – uprzedziła już na wstępie sędzia Justyna Koska-Janusz.

Karol El Kashif [warszawski aptekarz, oskarżony o zniesławienie byłego burmistrza Mokotowa - TŁ] wyjaśniał więc, co to jest „profil”, kto może zostać „znajomym” i do czego służy przycisk „Lubię to”. Ale też bronił się. (…) Podkreślił też, że w czasie, gdy zamieścił komiks na swoim profilu, dostęp do niego miały tylko osoby, które zaakceptował jako „znajomych”. – Oskarżyciel Jan Rasiński, włamując się na mój profil, naruszył moją prywatność – oświadczył El Kashif.

- Do czego miał się włamać? – spytała z niedowierzaniem sędzia. (…)

Gdy pod koniec dwugodzinnej rozprawy padło ze strony oskarżenia kolejne pytanie o funkcjonowanie serwisu społecznościowego, sędzia zaoponowała. – Jeśli sąd będzie chciał poznać głębiej zasady funkcjonowania portalu Facebook, powoła biegłego - stwierdziła Justyna Koska-Janusz.

Oczywiście, dopiero po zeznaniach biegłych (najlepiej profesorów informatyki), którzy wyjaśnią Wysokiemu Sądowi, co to jest komputer.