Choć wolimy nie przyjmować tego do wiadomości, nasze sumienie ma swą cenę – takie niezbyt odkrywcze wnioski można wysnuć z badania, przeprowadzonego przez Oriel FeldmanHall na Uniwersytecie w Cambridge. Co zaskoczy wielu, to fakt, że – jak pokazało to samo doświadczenie – u 90 procent z nas cena ta wcale nie jest wysoka.
Badanie, o którym doniosło w kwietniu Science News, wzorowane było na sławnym eksperymencie Milgrama. Jak wie każdy adept psychologii, w oryginalnym badaniu uczestnicy, siedząc w pokoju z eksperymentatorem, wymierzali wstrząsy elektryczne osobom, które nieprawidłowo odpowiadały na zadawane przez nich pytania. Doświadczenie, którego celem było sprawdzenie podatności ludzi na wpływ autorytetu, przyniosło bardzo niepokojące wyniki – większość badanych była gotowa wymierzyć maksymalny, potencjalnie śmiertelny wstrząs nieznanej osobie, tylko dlatego, że w tym samym pokoju znajdował się ekspert w kitlu bądź uniformie, który kazał kontynuować procedurę.
Oriel FeldmanHall nie badała jednak uległości wobec tytułów i uniformów, lecz skłonność ludzi do samooszukiwania się. Dlatego uczestników badania podzielono na dwie grupy.
Członkom pierwszej grupy po prostu zadawano pytania. Mieli określić, czy – czysto hipotetycznie – byliby w stanie kopać hipotetycznym prądem innych ludzi w sytuacji hipotetycznego badania. Większość pytanych – 64 procent – zapewniała, że nie zgodziłaby się na zadawanie bólu hipotetycznemu bliźniemu, nawet gdyby w grę wchodziłyby jakieś hipotetyczne pieniądze.
Wrażliwość i empatia kończyły się jednak, gdy pieniądze z hipotetycznych stawały się realne. W drugiej grupie uczestnikom kazano wymierzać rzeczywiste wstrząsy elektryczne; co więcej, dowiadywali się, że za zaaplikowanie wstrząsu elektrycznego dostaną pieniądze. Nieduże, jak na warunki brytyjskie: za najsilniejszy wstrząs płacono 1 funta, czyli 4 złote z hakiem. Rażący prądem mógł też wymierzać rażonemu mniejsze wstrząsy za mniejsze stawki.
Jak się okazało, nawet niewielka gratyfikacja finansowa wystarczyła, by opory moralne po prostu wyparowały. I to z prawie kazdego. Aż 96 procent badanych, którym zapłacono, zdecydowało się kopać prądem innych ludzi, ba, większość robiła to nawet wtedy, gdy mogła oglądać na ekranie reakcje kopanych na aplikowane przez siebie wstrząsy.
Oczywiście, naprawdę w badaniu nikt nie cierpiał, a reakcje nagrano wcześniej z profesjonalnymi aktorami. Jednak uczestnikom pokazywano te nagrania, informując, że przedstawiają one ich ofiary w rzeczywistym czasie – i nie wydaje się, by większość w to watpiła.
Co ciekawe, od tego, co pokazywało nagranie, zależała… kwota, z którą uczestnik średnio kończył grę. Maksymalnie mógł wymierzyć 20 wstrząsów, więc ktoś, kto zawsze aplikowałby prąd o najsilniejszym natężeniu, mógł zarobić 20 funtów. I tyle mniej więcej zarabiał, gdy w ogóle nie widział drugiego człowieka.
Wystarczyło jednak pokazać uczestnikom drżącą rękę kopanego prądem, a suma, z którą średnio wychodzili z badania, spadała do 15,77 funtów. Jeszcze większe opory moralne wzbudzało oglądanie wykrzywionej bólem twarzy ofiary – przeciętny uczestnik wypracowywał wówczas marne 11,55 funta. Nie zmienia to faktu, że większość badanych nawet wówczas była w stanie zadawać ból, chociaż – jak widać po kwocie – nieco mniej srogi.
Trudno zatem zaprzeczyć, że czasami odzywa się w nas sumienie – zwłaszcza jeśli patrzymy w oczy osobie, którą krzywdzimy. Zadajmy sobie jednak pytanie, czy nie wystarczyłoby, by nam wtedy po prostu badacz podniósł stawkę.
W końcu z tego, że nie zrobisz czegoś za 4 złote, wcale nie wynika, że nie zrobisz tego za 4 tysiące lub 4 miliony. Zwłaszcza gdy w grę nie wchodzą wyzwania sprawnościowe, lecz etyczne.















Każdy, komu choć raz urwał się film po zalaniu robaka zbyt wieloma procentami, przyjmie to doniesienie z niedowierzaniem. Właściwie nie trzeba nawet upijać się do nieprzytomności, by wiedzieć, że picie i pamiętanie nie idą w parze. Powszechnie wiadomo, że alkohol upośledza pamięć semantyczną, epizodyczną i faktograficzną (dlatego, mimo że w małych dawkach bywa przyjemny i pobudzający, już po skonsumowaniu jego średniej ilości trudniej nam zdać egzamin, przypomnieć sobie imię znajomego czy znaleźć kluczyki do samochodu). Co do mniej zbadanego wpływu etanolu i jego roztworów na inne rodzaje pamięci, z rozpędu przyjmowano do niedawna, że również nie jest pozytywny.
Wielkanoc przyszła, co oznacza, że po raz pierwszy od kilku miesięcy udało się ostatniej nocy przespać pełne 8 godzin. Motywację do spania miałem niemałą: wczoraj w pociągu z Warszawy natknąłem się w lutowym Świecie Nauki (stołeczne dworce obfitują w stoiska ze starymi numerami tych popularnych czasopism, których redakcje z niejasnych dla mnie przyczyn pozwalają na takie psucie rynku) na fascynujący artykuł o wpływie zmian stref czasowych oraz niedostatecznego i nieregularnego snu na funkcjonowanie pamięci i koncentrację.
Wybrano najgorszą opcję. Trzeba zrobić wszystko, by uniknąć chaosu politycznego i gospodarczego, który może teraz nastąpić – stwierdziła premier Islandii Jóhanna Sigurðardóttir (do niedawna znana światu głównie z faktu bycia pierwszą wyoutowaną lesbijką na stanowisku szefa rządu suwerennego państwa) na widok wstępnych wyników sobotniego referendum. Islandczycy odrzucili w nim wynegocjowane przez gabinet Jóhanny porozumienie, zobowiązujące ich do zapłacenia Wielkiej Brytanii i Holandii 5 miliardów dolarów. To część pieniędzy, które rządy obu krajów zwróciły tym swym obywatelom, którzy w 2008 r. ucierpieli na upadku funduszu Icesave.





