Krótki komentarz w temacie dzisiejszych rewelacji Gazety Wyborczej w kwestii inwigilacji dziennikarzy przez państwowe służby specjalne za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Zacznę od tego, że nie chciałbym, by ktokolwiek odniósł wrażenie, iż usprawiedliwiam paranoicznych polityków, którzy – bez względu na barwy polityczne – często i chętnie wykorzystują służby specjalne do zbierania materiałów na niewygodnych dziennikarzy (lub w ogóle na jakichkolwiek obywateli – inwigilacja państwa powinna być ograniczona do sytuacji uzasadnionych podejrzeń, że obywatel szpieguje na rzecz obcego państwa lub uczestniczy w przestępczości zorganizowanej). Sęk w tym, że nagłośnienie całej sprawy w tym momencie przez GW bardzo brzydko mi pachnie, i to nie tylko dlatego, że – jak podejrzewam – moment starannie wybrano tak, by maksymalnie zaszkodzić PiS-owi (oraz pomóc Platformie) w nadchodzących wyborach samorządowych. Do całej sprawy i sposobu jej przedstawienia przez Wyborczą mam bowiem znacznie poważniejsze zastrzeżenia, niż to, ze na termin nagłośnienia sprawy wpłynęły sympatie polityczne redakcji.

Po pierwsze: braki w rzetelności w przedstawieniu faktów. Z danych, przedstawionych przez GW wynika – jeśli dobrze się w nie wczytać – że nie zawsze i nie wszystkich dziennikarzy z listy inwigilowały wyłącznie władze PiS-owskie: np. Monikę Olejnik z równym zapałem podsłuchiwała po dojściu do władzy Platforma Obywatelska. W artykule mimochodem o tym wspomniano, ale w żaden sposób nie wpłynęło to na czarno-biały przekaz końcowy zaserwowany opinii publicznej: „PiS inwigilował dziennikarzy”.

Po drugie: sugestie, że wspomniane działania były czymś wyjątkowym. Tymczasem nie jest to bynajmniej pierwsza sprawa nękania obywatela, ba, nawet dziennikarza przez polskie organy administracji w ciągu ostatnich lat: do takich zdarzeń w naszym „państwie prawa” dochodzi bowiem jeśli nie często, to przynajmniej od czasu do czasu. Ba, ich bohaterami także bywali dziennikarze z pierwszych stron gazet. Najgłośniejsze tego rodzaju zdarzenie miało miejsce przed trzema laty (znów pod rządami PO) przy próbie uwięzienia Tomasza Sakiewicza. Przypomnijmy: warszawski sąd chciał redaktora naczelnego Gazety Polskiej wsadzić do kratki na 48 godzin, by zabezpieczyć jego obecność na rozprawie z powództwa cywilnego w procesie, który wytoczyła dziennikarzowi TVN. I wsadziłby, gdyby telewizja sama w ostatniej chwili nie wycofała powództwa.

Przy pozbawianiu wolności podsłuchiwanie to mimo wszystko pikuś, mimo to w 2007 Gazeta jakoś niespecjalnie broniła „nie-swojego” Sakiewicza przez aresztem. Dlatego teraz jej lamenty nad podsłuchiwaniem „swoich” mnie nie przekonują.

Po trzecie: wiążące się z poprzednim podwójne standardy. Zachowanie redaktorów Gazety z ostatnich tygodni sugeruje, że muszą oni głęboko wierzyć, iż dziennikarze są jedyną grupą obywateli, którym powinna przysługiwać ochrona przed prześladowaniem przez państwo. Kilka dni temu aktualny, niepisowski rząd pogwałcił prawa obywatelskie wielu przedsiębiorców w sposób, którego nie można porównywać z delikatną „opieką”, jaką w czasach tzw. kaczyzmu służby specjalne roztoczyły nad niektórymi nad dziennikarzami. Ze sprzedawcami legalnych do poprzedniej soboty produktów rozprawiano się jeszcze przed uchwaleniem delegalizującego obrót nimi prawa, metodami wprost wziętymi z putinowskiej Rosji. Czy dziennikarze GW upomnieli się wówczas w obronie zamykanych przez władze sklepów i puszczanych z torbami przedsiębiorców? Gdzie tam, głośno sekundowali poczynaniom służb, ba, wcześniej sami pomagali rozkręcić ogólną histerię, która miała pomóc rządowi w rozprawie z tegorocznymi kozłami ofiarnymi.

Jest jeszcze jeden kontekst, w którym dzisiejsze biadolenie GW o krzywdzie, jaka działa się kilku osobom, bo nie mogły swobodnie rozmawiać przez telefon (jak wynika z artykułu, większość inwigilowanych zdawała sobie sprawę, że ma podsłuchy), po prostu nie trzyma się kupy. Zwłaszcza że biadoli pismo, które po 1989 konsekwentnie broniło byłych esbeków i ludzi poprzedniego systemu przed próbami rozliczenia ich za represje wobec działaczy opozycji z lat 70-tych czy 80-tych. Represje, w skład których – przypomnijmy – oprócz inwigilacji wchodziło także bicie, wyrzucanie z pracy, zamykanie w więzieniach i obozach internowania, a czasami – jak w przypadku górników z kopalni Wujek, Stanisława Pyjasa czy księdza Popiełuszki – także mordowanie.

Droga redakcjo Gazety Wyborczej, czyżby w sytuacji, gdy władza bierze się nie za robotników, studentów, księży czy przedsiębiorców, lecz za dziennikarzy, gruba kreska nie była już najlepszym możliwym rozwiązaniem?

5
Leave a Reply

avatar
3 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
caddicusTomek ŁysakowskiMcKamnezTweets that mention “Gazeta Wyborcza” przeciw grubej kresce - Tomasz Łysakowski -- Topsy.com Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
trackback

[…] This post was mentioned on Twitter by Tomasz Łysakowski, Tomasz Łysakowski. Tomasz Łysakowski said: Nie uwierzycie: "Gazeta Wyborcza" przeciw grubej kresce – http://bit.ly/9TFclx […]

McKamnez
Gość
McKamnez

Zasadniczo masz rację. Jednak w dwóch ostatnich akapitach to już poleciałeś. Byli esbecy, inaczej niż PiS, nie aspirowali do powrotu do władzy. Nie mówiąc już o tym, że krzywda ofiar SB nigdy nie była podważana przez GW. Rozliczenia sprawców to co innego.

caddicus
Gość
caddicus

Władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje w sposób absolutny

Wydaje się, że w te chwili władza PO nie dość, że jest zdemoralizowana poprzez władanie kolejnymi obszarami życia społecznego, to jeszcze wyznacza nowe niskie standardy władania. Pycha i buta wyzierają z każdego kąta.
Mało tego… media wtórują demoralizowaniu społeczeństwa przez aktualną władzę. Sposób działania rządu i poziom poparcia dla władzy przypomina pod pewnymi aspektami to, co czyni Putin w Rosji.