Zanim wyślesz setne CV

Autorka bloga HRM Lab, Kasia Urbaniak, poprosiła mnie o odpowiedź na kilka pytań na temat zastosowania technik sprzedaży (własnej osoby) w procesie poszukiwania pracy. Sęk w tym, że chyba jestem osobą dość gadatliwą, bo końcem końców wyszedł z tego spory wywiad, który po kilku kosmetycznych poprawkach i uzupełnieniach ośmielam się tu przedrukować:

Katarzyna Urbaniak: Gdy staramy się o pracę, jaki wpływ mają na kreowanie naszego wizerunku takie narzędzia jak CV oraz list motywacyjny?

Tomasz Łysakowski: Obydwa dokumenty mają zachęcić pracodawcę, żeby nas zaprosił na rozmowę kwalifikacyjną – i tylko tyle. Potem, na samej rozmowie wszystko, co mieliśmy w CV, przestanie być ważne – pamiętajmy jednak, że jeśli „przynęta” nie będzie wystarczająco dobra, do rozmowy w ogóle nie dojdzie. Moment, w którym pracodawca ogląda nasze CV, można porównać do sytuacji sprzedaży, z tym że sprzedajemy w nim nie jakiś mniej lub bardziej abstrakcyjny produkt, tylko spotkanie ze sobą jako kandydatem na określone stanowisko. Dlatego trzeba tu zastosować techniki, które pozwolą nam wywrzeć na odbiorcę odpowiedni wpływ perswazyjny i przekonać go, że jeśli nie da nam szansy, popełni niewybaczalny błąd. Techniki muszą być tym silniejsze od „zwykłych” sprzedażowych, że nas samych w chwili pierwszego przeglądania życiorysu nie ma na miejscu. Jest tylko nasze CV.

Potem, kiedy osobiście przekroczymy próg pokoju bądź biura, całą sytuację sprzedaży będzie trzeba zacząć od początku, tyle że tym razem sprzedawać będziemy korzyści nie ze spotkania z nami, ale z zatrudnienia właśnie nas. I tu musimy pierwsze wrażenie robić całkowicie od początku, ba, to ono właśnie będzie na dłuższą metę decydujące. Człowiek zawsze bardziej jest przywiązany do tego, co widzi i słyszy podczas rozmowy oko w oko, niż do tego co kiedyś napisano w życiorysie – w którym zresztą, jak wiadomo, ludzie nagminnie kłamią. A przynajmniej wyolbrzymiają swe zalety i osiągnięcia.

KU: Czyli można powiedzieć, że CV to takie nasze opakowanie?

: Tak, to nasza reklama, przekaz autopromocyjny, który wysyłamy do pracodawcy. Skuteczność CV można dziś porównać do skuteczności ulotek, które ludzie znajdują za szybą samochodu. Ogółem na rynku pracy więcej jest szukających zatrudnienia, niż tych którzy tę pracę oferują – dlatego to ci pierwsi muszą bardziej się starać. I dlatego ich pozycja przetargowa np. przy negocjacjach płacowych jest dziś tak bardzo słaba.

Nieco inaczej sprawa wygląda jeśli chodzi o wysokiej klasy specjalistów. Znają tę sytuację np. firmy informatyczne, które często i po pół roku szukają osób na konkretne stanowiska. Na ogół są to stanowiska nieźle płatne, sęk w tym, że dobrych deweloperów czy testerów oprogramowania wciąż w Polsce zbyt mało, nic więc dziwnego, że przebierając w ofertach z uposażeniem, które nawet nie śni się absolwentowi kierunku humanistycznego, jeszcze marudzą.

KU: Jak sądzisz jakie CV jest bardziej skuteczne kreatywne, innowacyjne czy może takie w prostej formie?

: Ogółem to zależy: od charakteru pracy i oczekiwanego od nas poziomu kreatywności. Inne CV wyślemy starając się o posadę kasjerki w banku, inne zaś, pisząc do dyrektora kreatywnego dużej agencji, by przyjął nas na stanowisko copywritera. Inna rzecz to fakt, że nasze CV zawsze będzie jednym z wielu i jeśli chcemy, by się wyróżniło, musimy przewidzieć, co zrobią inni kandydaci. Jeśli jutro Gazeta Wyborcza w swoim dodatku „Praca” opublikuje artykuł o tym, że maksymalnie kreatywne, niecodzienne i kolorowe CV jest bardziej skuteczne i bardziej przyciąga uwagę pracodawców od szarego, szybko taki życiorys straci jakąkolwiek skuteczność, dlatego, że każdy kandydat będzie się starał być na siłę kreatywny. Pracodawca zwróci wtedy uwagę na życiorys szary i standardowy, bo właśnie ten będzie wyróżniał się na barwnym i upstrzonym tle. W efekcie, jak zawsze, wygra osoba, która najtrafniej przewidzi zachowania innych. Choć z drugiej strony takie osoby dość rzadko szukają pracy – najczęściej same sobie tworzą stanowisko, po prostu rozkręcając własny biznes.

KU: A jakie są typowe błędy, które popełniamy pisząc CV?

: Najważniejsze jest, żeby poprzez CV pokazać, jakie korzyści osiągnie pracodawca z zatrudnienia nas. Ludzie się często chwalą rzeczami zupełnie dla pracodawcy nieistotnymi. Do rzadkości nie należą też błędy ortograficzne. CV powinno być naszą ofertą handlową, stworzoną właśnie na potrzeby danego stanowiska, a nie seryjnie rozsyłanym spisem naszych cech i dokonań, z których 90 procent nie ma związku z ofertą, na którą odpowiadamy.

Jeśli wysyłasz list motywacyjny i CV, nie powinieneś się zniechęcać, nawet jeśli nie dostajesz odpowiedzi już na dwudzieste z rzędu. Aktualna sytuacja na rynku pracy jest dziś taka, że np. absolwenta kierunku humanistycznego większość pracodawców nie zatrudni nawet za darmo – bo po co? Ale na świecie bywa jeszcze gorzej: w Hiszpanii standardem powoli staje się, że to pracodawca pobiera opłatę od osoby po studiach, która chce u niego pracować – czy jak to się ładnie nazywa, odbywać praktyki. Młody Hiszpan woli w takim układzie nie pracować i pozostawać na utrzymaniu rodziców, Polak – kończy pracując poniżej swoich kwalifikacji (choćby na przysłowiowym zmywaku) lub za niezadowalającą pensję.

KU: A z czego to wynika?

: Choćby z tego, co ludzie wybierają idąc na studia. Bardzo popularne do niedawna w Polsce kierunki humanistyczne nie były, nie są i nigdy nie będą kierunkami perspektywicznymi. Dlaczego? Dlatego, że pracodawca płaci za korzyści. Informatyk napisze mu program, inżynier – zaprojektuje most, spawacz i operator dźwigu będą go budować. Co jednak może mu zaproponować osoba po kulturoznawstwie? De facto nie potrafi niczego, czego nie zrobiłaby i osoba bez studiów: na uczelni nie nauczyła się żadnego przydatnego fachu, ba, nawet jej wiedza o człowieku (którą często się chlubi) jest zapewne mniejsza niż wiedza dwudziestopięciolatka, który od sześciu lat prowadzi własną firmę.

Po drugie, nawet jeśli założymy, że osoba po studiach humanistycznych ma pewną wiedzę, za którą pracodawca mógłby zapłacić (np. jest absolwentem filologii lub lingwistyki), trzeba jeszcze wziąć pod uwagę liczbę osób na rynku pracy z podobnymi kwalifikacjami. W efekcie pozycja przetargowa absolwenta sinologii jest wielokrotnie wyższa od pozycji absolwenta anglistyki. Język chiński to bowiem potrzebny język, którego niewielu w Polsce zna, a anglistów mamy już teraz na rynku pracy nadpodaż.

Ogółem, jesli ktoś jeszcze nie zaczął studiować lub jest na wczesnym etapie edukacji, niech szybko zaczyna drugi kierunek, najlepiej mający najwięcej wspólnego z matematyką. Jedyny kierunek humanistyczny, który bym w tej chwili polecał, to wspomniana sinologia – lub inna rzadka filologia. Rynek kontaktów z Chinami będzie rósł, a język uchodzi w Polsce za trudny, więc jest pewność, że nawet za 5 lat będzie niewielu ludzi z takim wykształceniem.

KU: Czyli nie ma szans dla osób z wykształceniem humanistycznym na rynku pracy?

: Nie do końca. Sam jestem po studiach humanistycznych, a na brak zajęć nie narzekam. Tylko że nie pracuję od 9 do 17, na umowę o pracę. Mam własną firmę, którą zresztą trzeba zajmować się nie przez 40, a przez 80 godzin tygodniowo. Z drugiej strony jest jednak kontrola nad tym, co się robi, świadomość, że pracuje się dla siebie, no i całkiem niezłe pieniądze.

Osobom z wykształceniem humanistycznym odradzałbym marnowanie czasu na poszukiwanie dobrze płatnej, zgodnej z ich kwalifikacjami pracy „u kogoś”. Socjologów czy psychologów mamy dziś w Polsce nadpodaż. Większość ludzi po tych studiach nie ma więc siły przetargowej, która pozwoliłaby im przebić się lub wynegocjować z pracodawcą godziwe pieniądze. Tymczasem wiele takich osób ma pomysły, które mogą okazać się żyłami złota. Wystarczy podjąć wyzwanie i zamiast rozsyłać setki CV pomyśleć o własnym biznesie.

Konsulting za miliony

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, na co pójdą pieniądze m.in. z podniesionego VAT-u, zalecam lekturę serwisu Służby Cywilnej. Można tam znaleźć m.in. takie kwiatki:

W dniu 26 sierpnia 2010 r. została podpisana umowa pomiędzy Kancelarią Prezesa Rady Ministrów a KONSORCJUM FIRM: PSDB Sp. z o.o. oraz WYG INTERNATIONAL Sp. z o.o. (…) Przedmiotem zamówienia będzie realizacja usług w zakresie analizy mechanizmów podejmowania decyzji w administracji rządowej, w tym roli niezależnego doradztwa w  procesie decyzyjnym, oraz opracowania i wdrożenia mechanizmów współpracy administracji rządowej z instytucjami zajmującymi się badaniami w zakresie spraw publicznych (…). Wartość zamówienia to 2 745 000,00 zł brutto.

(źródło: http://www.dsc.kprm.gov.pl/aktualnosci.php?id=9&look=438)

Wiem, konsulting kosztuje – sam od czasu do czasu konsultuję i doradzam. Kosztowny konsulting to jednakże usługa, w ramach której ekspert dostarcza konkretnej wiedzy, dzięki której firma lub instytucja zwiększa zyski lub rozwiązuje trapiący ją problem. Państwo nie jest po to, by generować zyski, więc powód pierwszy odpada. Jeśli chodzi o powód drugi, każdy przytomny obywatel od lat widzi, że problemem Polski nie jest brak wiedzy urzędników o tym, w jaki sposób podejmują oni decyzje. Prawdziwe bolączki administracji rządowej – z których większość jej pracowników doskonale zdaje sobie sprawę, bo najczęściej były one dla nich powodami wyboru tej właśnie ścieżki życiowej – to przerost zatrudnienia, kawa i internet w godzinach pracy, brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje, nepotyzm i kolesiostwo przy rozdzielaniu stanowisk i zleceń finansowanych z budżetu oraz mała odporność elementów systemu na naciski o charakterze lobbingowym i korupcyjnym. Eksperci za darmo powtarzają to od lat kolejnym rządom w prasie, radiu, telewizji i internecie, rządy wszakże mają inne priorytety, niż zmiana wygodnego dla siebie i swoich ludzi stanu rzeczy. Tymczasem pieniądze z podnoszonych podatków na coś trzeba wydawać, więc zleca się kolejne kosztowne analizy, a potem się wdraża lub udaje, że się wdraża (za porównywalne lub większe pieniądze) w życie ich zalecenia. Tak czy siak, system pozostaje bez zmian.

I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie milczenie mediów w kwestii kosztów usług takich jak ta. Dwa i siedem dziesiątych miliona złotych to blisko trzy razy więcej niż w 2006 wydano na dworzec we Włoszczowie – inwestycję, która dla politycznych przeciwników PiS stała się symbolem rozrzutności władzy w czasach rządów Kaczyńskiego. Mimo że od utraty władzy przez PiS upłynęły już 3 lata, dworzec nadal służy mieszkańcom regionu. Ba, całkiem niedawno zwiększono liczbę zatrzymujących się na nim pociągów.

Ciekawe, ile osób za kilka lat będzie korzystać z tych analiz mechanizmów podejmowania decyzji w administracji rządowej (tudzież analiz roli niezależnego doradztwa w procesie decyzyjnym), za które płacimy dziś miliony jako podatnicy (jakby nam nie wystarczyło płacić za same decyzje). Nie mówiąc już o tym, że nie wiadomo, czy w ogóle ktokolwiek kiedykolwiek te analizy przeczyta.

Najciekawsze jednak jest pytanie, dlaczego gazety, telewizje, stacje radiowe i portale, które 4 lata temu tak pilnie śledziły każdą wydaną przez rząd złotówkę, nabrały w sprawach takich jak ta wody w usta. Bo nie uwierzę, że wszystkie dostały własne, równie intratne zlecenia na analizy.

Jak kłamią urzędy skarbowe

W Rzeczpospolitej artykuł o uldze meldunkowej, z którego mimochodem dowiadujemy się, jak to urzędnicy skarbówki wprowadzają w błąd podatników, by skłonić ich – wbrew obowiązującemu prawu i wyrokom sądowym – do płacenia wyższych podatków:

Żona naszego czytelnika przez telefon dowiedziała się o tym, że będzie musiała zapłacić podatek dochodowy od sprzedanego kilka tygodni wcześniej mieszkania, które stanowiło wspólny majątek małżonków. I to już w kilka tygodni po zawiadomieniu urzędu skarbowego o przysługującym jej (wraz z mężem) prawie do zwolnienia z opodatkowania dochodów uzyskanych ze sprzedaży lokalu z powodu tzw. ulgi meldunkowej.
– Zadzwoniła do niej pani z urzędu skarbowego, która zatroskanym tonem powiadomiła ją o tym, że nie ma prawa do ulgi, skoro w mieszkaniu zameldowany był tylko mąż. I w związku z tym w zeznaniu za 2010 r. ma zapłacić podatek – opowiada czytelnik.
Jego telefon do urzędu nic nie dał.
– Usłyszałem, że jeśli mam wątpliwości, to powinienem wystąpić o interpretację przepisów. Tyle że ja nie mam żadnych wątpliwości. Bo przepisy mówią wyraźnie, że ulga przysługuje obojgu małżonkom.

„Przepisy” to art. 21 ust. 1 pkt 126 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych w brzmieniu obowiązującym od 1 stycznia 2007 r. do 31 grudnia 2008 r., dotyczący osób, które w czasie jego obowiązywania nabyły nieruchomości. Artykuł przewidywał zwolnienie takich osób z podatku od dochodu ze sprzedaży lokalu, jeśli było się w nim zameldowanym co najmniej 12 miesięcy przed datą sprzedaży. Prawo do zwolnienia jest prawem nabytym przez ówczesnych właścicieli, z którego mogą korzystać do dziś – i chętnie to robią. Urzędy skarbowe nie lubią jednak patrzeć, jak koło nosa przechodzą im większe sumy legalnie niezapłaconych podatków, więc kombinują, jak mogą, by wymusić na obywatelu ich zapłacenie. Nawet wprowadzając go w błąd co do obowiązujących przepisów lub wydając decyzje pozostające z nimi w sprzeczności.

To ostatnie – jeśli podatnik ma jaką taką znajomość prawa podatkowego i zaczyna dochodzić swych praw w sądzie – zwykle kończy się dla fiskusa przegranym procesem. Jak wylicza autorka artykułu w Rzeczpospolitej, w ciągu ostatniego roku takie korzystne dla podatników orzeczenia wydały m.in. wojewódzkie sądy administracyjne w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu, Olsztynie i – aż trzy razy – WSA w Gdańsku (trochę nam to mówi o polityce informacyjnej pomorskiego fiskusa). Urzędy przegrywały – oczywiście również na koszt podatnika, bo kosztów sądowych oraz odszkodowań za złe decyzje i wprowadzające w błąd rady nie płacą z własnych kieszeni urzędnicy, tylko budżet państwa (czyli także Ty, Czytelniku).

To zresztą budzi zdziwienie, bo nie od dziś wiadomo, że pracownicy urzędów skarbowych dostają nagrody i premie, jeśli dzięki nim budżet państwa zarobi dodatkowe pieniądze. Dlaczego zatem mają nie płacić, jeśli budżet państwa traci?

Jeszcze większe zdziwienie budzi jednak fakt, że społeczeństwo – które obiektywnie nie jest niczym innym niż zbiorowością obywateli, z których większość płaci podatki – takie sytuacje pokornie znosi. Polski fiskus jest niemal podręcznikowym przykładem tego, jak system podatkowy nie powinien wyglądać: prawo jest skomplikowane, przepisy – miejscami sprzeczne, procedury – nieprzejrzyste. Decyzje podejmowane są arbitralnie przez urzędników, którzy wiedzą, że nawet jeśli straci na nich i obywatel, i państwo, i tak sami nie poniosą za nie żadnych negatywnych konsekwencji. Ludzie są tego tego wszystkiego w pełni świadomi: głośno oburzają się, czytając doniesienia o przekraczaniu przez urzędników swych uprawnień, cieszą się, gdy jakiś kolejny pokrzywdzony podatnik wygrywa proces z próbującym odebrać mu dorobek życia fiskusem, ba, sami spędzają mnóstwo czasu, energii i pieniędzy na kombinacje, dzięki którym nie oddadzą państwu jakiejś kolejnej części swojego majątku. Mimo to całego systemu ani myślą zmieniać.

Masochizm?

Zgony w Sanepidzie

U Roberta Gwiazdowskiego bilans ostatniego roku rządów Donalda Tuska z genialnym wstępniakiem o krokach, które nie zawsze prowadzą do celu. Błyskotliwy ekonomista wyjaśnia w nim m.in. dlaczego – wbrew temu, co zdają się sądzić niektórzy dziennikarze i komentatorzy – zdanie „Rząd wreszcie coś robi” wcale nie musi być dla władzy komplementem.

Pięć akapitów dalej omawia Gwiazdowski głębokie (choć niedostrzegane przez wielu) reformy, które w wyniku śmiałych posunięć koalicji PO-PSL wstrząsnęły polskim rynkiem pracy:

Aktywizacja zawodowa rządowi udała się w dwóch punktach: po pierwsze w zwiększeniu aktywności biurokracji na skutek zwiększenia ilości biurokratów, a po drugie w dziedzinie aktywizacji młodych ludzi, których znowu więcej (po chwilowym spadku w 2009 roku) wyjeżdża do Anglii.
Na szczęście biurokraci piją w pracy dużo kawy, siedzą w Internecie i obchodzą coraz to czyjeś imieniny. Dlatego bardzo dobrze, że rząd nie zwiększa wydajności pracy administracji publicznej – zważywszy, że ich praca polega głównie na przeszkadzaniu przedsiębiorcom.

Rząd widać z góry wiedział, co Gwiazdowski napisze, bo akurat w ostatnich dniach zauważalnie (by nie powiedzieć: brutalnie) zwiększył aktywność biurokratów w stosunku do przedsiębiorców: 1000 zamkniętych sklepów, 5000 tysięcy nowych bezrobotnych i przymknięcie drugiego w historii (po Klusce) „polskiego Chodorkowskiego” to nie takie hop siup. Tylko patrzeć, jak w Sanepidzie dojdzie do pierwszych zgonów z przepracowania…

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które znajdziemy na okładce, książka nie traktuje o żadnej nowej dyscyplinie naukowej, a tym bardziej paranaukowej. Przeciwnie, przy bliższych oględzinach okazuje się być sprawnie napisaną antologią mało znanych, za to często bardzo ważnych badań z zakresu psychologii.

Opisane eksperymenty w oczach autora (i zapewne także większości czytelników) mają jedną wspólną cechę: ludziom, którzy pierwszy raz o nich usłyszą, na ogół wydadzą się „dziwne”: wydumane, naciągane, niepotrzebne, przekombinowane czy odjechane (wiele z opisanych eksperymentów otrzymało IgNoble’a, inne miałyby na niego wielkie szanse, gdyby jurorzy nagrody się o nich dowiedzieli). Oczywiście, nie znaczy to wcale, że badania te były niepotrzebne: znaczna ich część podważa nasze codzienne wierzenia i utrwalone sądy o świecie, zwłaszcza jeśli dają wyniki, których nie tylko nikt się nie spodziewa, ale które nawet mało kto potrafi wytłumaczyć.

Jedno z takich badań Wiseman przeprowadził osobiście na zlecenie Brytyjskiego Towarzystwa Krzewienia Nauki (BAAS) w 2001 roku. Dotyczyło astrologii finansowej, młodej paradyscypliny, która cieszyła się wówczas w UK sporym zainteresowaniem graczy giełdowych. Według jej twórców i promotorów, przyszłość przedsiębiorstwa, tak jak i przyszłość człowieka, zapisano w gwiazdach. Odpowiednio przeszkolony astrolog może (posiłkując się datą i godziną założenia spółki oraz rozmaitymi ascendentami) ten zapis odczytać i przewidzieć na jego podstawie bliższą i dalszą przyszłość firmy, także na rynku papierów wartościowych.

Weisman postanowił sprawdzić, jaką rzeczywistą skuteczność mają tego rodzaju przepowiednie. Zaprojektowane przez niego badanie miało porównać trafność, z jaką ruchy na giełdzie i przyszłe zyski przewidywać będą: profesjonalny astrolog finansowy, uznany doradca inwestycyjny i czteroletnie dziecko. Każdy z uczestników badania miał otrzymać 5 000 funtów, które następnie miał zainwestować na giełdzie zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą, tak by uzyskać jak najwyższe zyski. Po tygodniu planowano przeliczyć wartość aktywów i wyłonić zwycięzcę: gracza, który uzyskał najlepszy wynik finansowy.

Jeszcze przed rozpoczęciem właściwego badania pojawił się jednak mały problem – ale oddajmy głos Weismanowi:

Niełatwo znaleźć astrologa gotowego do wzięcia udziału w tego rodzaju badaniu. Znaczna większość nie ma ochoty na poddanie swoich przewidywań testowi, a pozostali rzadko zgadzają się na warunki typowe dla eksperymentu naukowego. W tym przypadku po wykonaniu kilkudziesięciu telefonów znaleźliśmy kobietę zawodowo zajmującą się astrologią finansową, która przyjęła wyzwanie. Jak wyjaśniła, nasz projekt wydał jej się okazją do dobrej zabawy.

Chętny do sprawdzenia swych umiejętności analityk inwestycyjny znalazł się znacznie szybciej (wystarczyło kilka telefonów). Trzecim uczestnikiem została czteroletnia córka znajomej Weismana, Tia. Po skompletowaniu uczestników rozpoczęto właściwy eksperyment:

Każdy z uczestników mógł zainwestować pieniądze w dowolną ze stu największych firm notowanych na brytyjskiej giełdzie papierów wartościowych. Po drobiazgowej analizie dat utworzenia przedsiębiorstw pani astrolog szybko zdecydowała się na akcje kilku spółek z różnych branż, między innymi telekomunikacyjnej i zaawansowanych technologii (Vodafone, Emap, Baltimore Tech i Pearson). Profesjonalny inwestor, czerpiąc z bogatego siedmioletniego doświadczenia zawodowego, postawił na branżę telekomunikacyjną (Vodafone, Marconi, Cable & Wireless i Prudential).
Chcieliśmy, aby Tia wskazała swoje typy w sposób całkowicie losowy. Dziewczynka chętnie zgodziła się na zmyślną metodę wyboru, w której wykorzystaliśmy drabinę i wielką płachtę papieru. W rezultacie 15 marca 2001 roku o godzinie jedenastej pięćdziesiąt pięć znalazłem się na szczycie niemal dwumetrowej drabiny w marmurowym holu Barclay’s Stockbrokers. Poniżej czekali cierpliwie Tia i niewielka widownia złożona z czołowych brytyjskich inwestorów. Jedną ręką trzymałem się kurczowo drabiny, w drugiej dzierżyłem sto maleńkich karteczek papieru; na każdej z nich znajdowała się nazwa jednej z firm. Równo z wybiciem dwunastej podrzuciłem wysoko w powietrze karteczki, które zaczęły opadać, wirując, ku ziemi. Tia złapała cztery z nich i podała je swojej mamie, która ogłosiła, że jej córka zainwestuje pieniądze w znany bank (Bank of Scotland), konsorcjum popularnych napojów (Diageo), grupę świadczącą usługi finansowe (Old Mutual) i jedną z największych sieci supermarketów (Sainsbury). Widzowie zaczęli bić brawo, a Tia dygnęła przed niewielką, choć przyjaźnie nastawioną widownią.

Badanie było zabawne i sympatyczne, kiedy jednak po pewnym czasie jedna z wiodących brytyjskich firm inwestycyjnych, Barclay’s Stockbrokers, dokonała wyceny tych portfeli, wszystkim poza Tią mocno zrzedły miny:

Po upływie tygodnia (…) sprawdziliśmy [po raz pierwszy] wyniki. Przez kilka poprzednich dni na giełdzie występowały wyjątkowo silne zawirowania, a obroty sięgające miliardów dolarów obniżyły drastycznie wartość największych koncernów na świecie. Co ciekawe, krachu nie przewidział żaden z naszych ekspertów, nic zatem dziwnego, że cała trójka straciła część pieniędzy. Najgorzej poszło specjalistce od astrologii finansowej, której przepowiednie oparte na układzie planet doprowadziły do straty wynoszącej 10,1 procent. Zawodowy inwestor zajął drugie miejsce z stratą 7,1 procent, a na czele stawki znalazła się Tia, której portfel skurczył się zaledwie o 4,6 procent. (…)
Ponieważ tydzień to w świecie finansów niezbyt odległa perspektywa, postanowiliśmy kontynuować eksperyment przez następny rok. Kolejnych dwanaście miesięcy okazało się trudnym okresem dla światowych finansów – indeks giełdowy spadł o 16 procent. Niemal rok po pierwszym eksperymencie poprosiliśmy Barclay’s Stockbrokers o ponowne obliczenie wartości portfeli trójki uczestników. Tym razem różnice okazały się jeszcze większe. Zawodowy inwestor stracił 46,2 procent funduszy. Specjalistka od astrologii finansowej poradziła sobie znacznie lepiej, choć i ona zanotowała stratę – 6,2 procent. Pierwsze miejsce ponownie zajęła Tia, której mimo powszechnych spadków udało się uzyskać 5,8 procent zysku.

Nie są to wyniki odosobnione. W 1993 szwedzki dziennik Expressen przydzielił pulę 1250 dolarów pięciu doświadczonym inwestorom i szympansowi o imieniu Ola. Pieniądze mogły zostać przeznaczone wyłącznie na akcje spółek notowanych na sztokholmskiej giełdzie papierów wartościowych. Inwestorzy wybierali firmy kierując się swą najlepszą wiedzą, Ola zdecydował, rzucając strzałkami w tarcze z nazwami spółek. Po miesiącu gazeta porównała zyski i straty uczestników: Ola uzyskał lepszy wynik niż którykolwiek z ludzkich uczestników. Pod wpływem tego i podobnych badań Frederic S. Mishkin jeden z rodziałów swego podręcznika „The economics of money, banking, and financial markets” zatytułował wprost „Should you hire an ape as your investment adviser?” („Czy powinieneś w roli doradcy inwestycyjnego zatrudnić małpę?”).

Te wyniki szokują. Przede wszystkim dlatego, że sugerują, iż potencjalny sukces na giełdzie jest odwrotnie proporcjonalny do wiedzy na temat rynku akcji. Gdyby brać je absolutnie poważnie, trzeba by uznać, że dla giełdowego gracza pójście do wróżki lub astrologa z pytaniem o to, w co zainwestować, jest (przynajmniej w aspekcie długofalowym) bardziej racjonalnym posunięciem niż pójście do analityka finansowego lub powierzenie swoich pieniędzy kierowanemu przez takich analityków funduszowi inwestycyjnemu. I że jeszcze racjonalniejsze będzie po prostu zapytanie o zdanie dziecka lub szympansa.

Kluczem jest prawdopodobnie losowość. Wybór dokonany przez astrologa ma większe szanse być wyborem losowym niż wybór dokonany przez analityka, bo ten pierwszy na ogół mniej wie o rynkach finansowych, niż ten drugi. Decyzja dokonana przez małe dziecko lub zwierzaka jest tymczasem już czysto losowa. Jeżeli w kolejnych eksperymentach okazuje się bardziej trafna (= przynosi większe pieniądze), niż wybory analityków i astrologów, oznaczać to może, że istnieje jakiś czynnik zakłócający, wystepujący u dorosłych ludzi i sprawiający, że dokonywane przez nich wybory mają mniejsze szanse przynieść zysk, niż wybory czysto losowe. Takim czynnikiem mogłaby być na przykład wiedza o funkcjonowaniu giełdy.

Przy bliższym spojrzeniu okazuje się jednak, że być może graczom wcale nie musiałaby szkodzić wiedza o tym, co dzieje się na giełdzie, tylko jej charakter. Być może szkodzi w grze giełdowej przede wszystkim ta wiedza, którą dzielimy z innymi grających (jeśli nie mamy żadnych dodatkowych informacji). Jeżeli bowiem przyjmiemy, że w swych racjonalnych wyborach gracze kierują się dostępnymi im w danej chwili informacjami, a informacje pochodzą na ogół z tych samych źródeł (głównie z mediów), musimy uznać, że wszyscy interesujący się giełdą gracze powinni en masse podejmować podobne decyzje. Robiąc tak, wpadają jednak w pułapkę: nie od dziś wiadomo, że na giełdzie prawdziwe pieniądze robi się nie na kupowaniu tego, co aktualnie kupują inni (i co z tego tylko powodu ma na ogół w tym momencie zawyżoną cenę), lecz na kupowaniu tego, co dziś wyprzedają, a co jutro znacznie drożej od nas kupią. Tylko skąd czerpać wiedzę o tym, na co jutro polecą inwestorzy?

Na pewno nie z mediów (a przynajmniej nie z tych mainstreamowych – bo nasi konkurenci, czyli ci, których musimy ograć, by wygrać, też mają do nich dostęp). Jeśli w środkach masowego przekazu pojawia się jakaś informacja (np. że dana firma podpisała korzystny kontrakt), dowiadują się o tym wszyscy. Tysiące drobnych ciułaczy i maklerów obracających większymi kwotami podejmuje potem łatwą do przewidzenia decyzję: kupuje akcje dobrze wspomnianej firmy. Być może na tym zarobią, być może nie, na pewno nie będą to jednak aż tak złoty interes, jaki w chwili, gdy wykupują wspomniane akcje, robi ich aktualny właściciel. Wcale nierzadko jest to ktoś, kto miał dostęp do wspomnianej informacji, zanim stała się ona publicznie dostępna.

Wiedza o tym, co się dzieje na giełdzie przynosi zatem swym posiadaczom korzyści tylko wtedy, gdy wybiega w przyszłość – lub po prostu gdy jest jest unikalna. Jeżeli już dziś mamy informacje, które inni giełdowi gracze będą mieli dopiero jutro, możemy uprzedzić ich krok i zarobić. Jeśli tak nie jest, nawet jeśli wydaje nam się, że mamy wszystkie możliwe informacje, jesteśmy tylko jednostką w równie dobrze poinformowanym stadzie i jako tacy podlegamy zachowaniom stadnym (czyli jednym słowem: to na nas zarobią). Oczywiście, w czasie hossy możemy zyskiwać na zachowaniach stadnych. Niemniej nigdy nie będzie to zysk porównywalny z zyskiem rekinów, które kontrolują przepływ informacji.

Nie ma przy tym znaczenia, jaki jest dokładnie charakter informacji, ani skąd ona pochodzi: czy od teścia bratowej – polityka lub urzędnika – który wie, kto za dwa tygodnie wygra intratny przetarg (bo sam już podjął decyzję, ale wciąż jej nie ogłosił), czy od kolegi, którego matka jest prezesem dużej spółki. Zasada jest jasna: informacja (przynajmniej dopóki nie opublikują jej gazety) rozchodzi się w społeczeństwie falowo: zawsze jest ktoś, kto ma ją przed innymi. I niewielu z tych, którzy dostaną przeciek, będzie się w stanie oprzeć pokusie jego wykorzystania. Oczywiście, wykorzystywanie informacji poufnych jest na większości giełd zakazane – sęk w tym, że dopóki akcjami danej spółki nie handluje jej prezes lub urzędnik zaangażowany w przetarg (względnie ich najbliższa rodzina i powinowaci), rzecz jest praktycznie nie do wyśledzenia.

Podsumowując: większość inwestorów giełdowych dysponuje porównywalną wiedzą, na skutek czego na swoich operacjach zarabia (lub – w trakcie bessy– traci) porównywalne, przeważnie niewielkie pieniądze. Prawdziwe interesy na giełdzie robią jednak nie ci, którzy z owczym pędem biegną tam, gdzie inni, lecz ci, którzy dziś wiedzą, gdzie jutro pobiegnie reszta. Oczywiście, dostępem do informacji, która dopiero w przyszłości stanie się publiczna, cieszy się tylko niewielu. Badania Wisemana i innych pokazują, że jeśli nie należymy do tego szczęśliwego grona, najlepszą strategią, jaką możemy przyjąć grając, są wybory czysto losowe. Te bowiem, w przeciwieństwie do posunięć doświadczonych analityków i inwestorów, bazujących na powszechnie dostępnych (także innym analitykom i inwestorom) informacjach, nie są przewidywalne. A skoro nie są przewidywalne, nie dają tak szerokich możliwości zarabiania tym, którzy wczoraj już znali kierunek, w którym jutro pobiegną stada maklerów.

Studia, po których najwięcej zarobisz

Trystero to blog, który polecam, komu tylko mogę – przede wszystkim za doskonałe analizy ekonomiczne, jak również za styl pisania i to zatrzęsienie genialnych wykresów (jak ja lubię wykresy!), takich jak te w dzisiejszej notce o tym, po których kierunkach w Stanach najlepiej się zarabia. Notki nie będę tu streszczał, każdy może sobie kliknąć na link i ją przeczytać, ale przed przekopiowaniem głównego wykresu po prostu nie mogę się powstrzymać:

najlepsze-kierunki2

Lista dotyczy tylko kierunków licencjackich, stąd nieobecność dość dobrze rokujących finansowo medycyny i prawa. Abstrahując od tego, można jednak jasno stwierdzić, że wspomniane na niej kierunki mają parę cech wspólnych. Po pierwsze: żaden nie ma nic wspólnego z humanistyką. Po drugie, wszystkie wymagają dobrej znajomości matematyki – tej samej, o prawo do niezdawania której rodzice przyszłych maturzystów toczą co roku walki z ministerstwem. Bo w końcu nie ma nic fajniejszego dla rodzica, niż pewność, że jego dziecko będzie w przyszłości biedne.

Efekt? Najczęściej wybieranymi studiami w 2008 roku były w Polsce prawo, psychologia i dziennikarstwo. Zaraz potem dreptały: bańka reklamowa pod tytułem „marketing i zarządzanie” (jak przyjemnie być narodem dyrektorów), przekazujące studentom odjechane ideologie jako wiedzę socjologia i politologia czy niczego sensownego nieuczące kulturoznawstwo (wiem, studia, na których w ramach zajęć ogląda się dzieła postimpresjonistów lub dyskutuje o Marksie, Derridzie i Naomi Klein, wydają się niektórym pociągające – tyle że na rynku pracy wiedza o tym, co Baudrillard miał na myśli pisząc o symulakrach, nie ma najmniejszej wartości, w przeciwieństwie do wiedzy o tym, jak zbudować most, podmienić fragment DNA w komórce lub zaprogramować bazę danych). W 2009, jak wszystko wskazuje, będzie podobnie, i to mimo faktu, że większość studiujących na niedających wiedzy (wyjątek prawo i – gdzieniegdzie – psychologia) i nierokujących wielkich perspektyw (jeśli – dotyczy tylko studentów prawa – nie ma się mamy notariusza lub wujka adwokata) kierunkach musi za tę przyjemność płacić z własnej kieszeni.

Tymczasem młody człowiek, który zdecyduje się na studiowanie takiej fizyki, nie dość, że ma pewność, że się dostanie na państwową uczelnię i nic nie zapłaci za studia (miejsc co roku jest więcej niż chętnych), to jeszcze może liczyć na stypendium motywacyjne od rządu: okrągłe 1000 zł (dość przyzwoita suma dla sporej liczby żaków), wypłacane co miesiąc za sam fakt bycia studentem (bez względu na średnią!). Dodajmy: studentem kierunku, po którym pracuje się w CERN-ie lub na kierowniczym stanowisku w centrali dużego banku, a nie – jak po kulturoznawstwie lub socjologii – na zmywaku w Londynie. A mimo to chętnych brakuje.

Ech, lubimy te zmywaki, lubimy…

Narkotyki: prawo a logika

W dyskusji pod poprzednim postem wytknęliście mi, że liczba ludzi cierpiących na skutek używania lub nadużywania jakiegoś narkotyku nie jest najlepszym miernikiem jego szkodliwośc w sytuacji gdy część tych substancji jest legalna, a część nie. Pogrzebałem więc w Sieci i znalazłem miernik, chyba najbardziej obiektywny, jak tylko się da: ranking szkodliwości środków psychoaktywnych.

Ranking, który ukazał się w zeszłym roku w American Scientist, jest dość prosty. Uznano, że substancja tym bardziej szkodliwa i toksyczna, im mniej jej wywołujących efekt dawek potrzeba, by zabić. Poniżej cały ranking po angielsku (do czytania od dołu):

Wyniki niejednego zaszokują: najbardziej niebezpiecznym narkotykiem jest co prawda heroina (5 dawek, a mimo to obrót makiem, z którego dość łatwo ją uzyskać, nie podlega takim obostrzeniom, co np. obrót konopiami indyjskimi), okazuje się jednak, że po piętach depczą jej specyfiki, których nikt nigdzie nie próbuje zakazywać: powszechnie używana w kuchniach gałka muszkatołowa oraz pospolity chwast bieluń (zwany przez nasze babcie czarcim zielem). Obie roślinki od zarania dziejów zażywane były w celach halucynogennych, gwarantowały bowiem przeżycia (dosłownie) z pogranicza śmierci. Ex aequo z bieluniem uplasował się azotyn izobutylu, czyli popularny poppers. Oprócz heroiny wszystkie wymienione specyfiki są w Polsce legalne: można je nabyć w sklepie spożywczym, sex shopie lub nawet zerwać na łące.

Legalny pozostaje również alkohol (7 miejsce, 10 dawek), który – jak wskazują badania – jest bardziej toksyczny od… kokainy (15 dawek). Najmniej groźnym narkotykiem okazuje się marihuana – żeby po niej umrzeć, należało by jej wypalić ponad 1000 skrętów. Podobną szkodliwością wykazuje się LSD oraz odpowiadająca za halucynogenność grzybków psylocybina. Wszystkie trzy najmniej toksyczne halucynogeny są oczywiście w Polsce zakazane.

Zestawienie nie jest pełne. Nie ma w nim nikotyny, której dawka śmiertelna dla człowieka wynosi od 40 do 60 miligramów (20 razy mniej, niż w przypadku kokainy), najprawdopodobniej dlatego, że niewielu jest na świecie szaleńców zażywających czystą nikotynę. Nie ma również kofeiny (zabija 10 gramów), bo i jej przeważnie nie konsumujemy w czystej formie (50 filiżanek mocnej kawy wypić na raz niepodobna). Nawet bez ich uwzględniania wypada się jednak pochylić nad racjonalnością prawodawców, delegalizujących najmniej groźne substancje psychoaktywne i zupełnie nieinteresujących się obrotem tymi najgroźniejszymi.

Dziatki, dziadki i dziady

Jaką emeryturę dostaniesz, Polaku, za kilka lat, jeśli w porę nie umkniesz do Anglii lub Irlandii? Ano, wszystko wskazuje na to, że nie będzie to cacko z dziurką, jeno figa z makiem.

Głośno było jakiś czas temu o wypowiedziach naszego prezydenta, który prostodusznie przyznał w Londynie, że za chlebem z Polski wyjeżdżają m.in. ludzie bezradni (którym IV Rzeczpospolita musi potem pomagać) i kombinatorzy (którzy na obczyźnie świetnie zarabiają, a nad Wisłą wyłudzają świadczenia jako bezrobotni), z czego potem angielscy dziennikarze zrobili ubolewanie nad nieudolnością i cwaniactwem Polaków. Nowy sens był głupi i krzywdzący (nic dziwnego, że niektórzy emigranci do dziś protestują; szkoda jednak, że przeciw Kaczyńskiemu, a nie dziennikarzom „Financial Times” lub „Daily Mail”), zwłaszcza że ponad połowa młodych, wykształconych obywateli w Polsce rozważa emigrację lub już się na nią zdecydowała. Jak się wydaje, coraz bliżej nam do dnia, w którym w kraju rządzonym przez Bliźniaków pozostanie tylko garstka dziwaków. Dodajmy: dziwaków w dłuższej perspektywie biednych jak myszy kościelne – bo bez widoku na jakiekolwiek sensowne pieniądze na starość.

Według ekspertów najdalej za 9 lat Zakład Ubezpieczeń Społecznych (instytucja, która dbać ma o przyszłość uczciwych i wydajnych pracusiów, którzy w Ojczyźnie zostają) będzie li już tylko niemiłym wspomnieniem, podobnie jak i środki, które dziś doń wpłacamy licząc na przyszłe emerytury. W niewiele lepszej sytuacji znajdą się OFE, piramidki finansowe, na których usługi z przyczyn demograficznych pewnego dnia po prostu zabraknie w Polsce amatorów. Oto jak przyszłość polskiego systemu ubezpieczeń społecznych widzi człowiek chyba najlepiej w temacie poinformowany, szef Rady Nadzorczej ZUS-u Robert Gwiazdowski:

Drodzy Ubezpieczeni! (…) Politykom udało się wam wmówić, że jesteście „ubezpieczeni”, płacicie „składki” i w ten sposób „oszczędzacie” na własne emerytury. Tymczasem Wasze pieniążki, które co miesiąc pod przymusem i groźbą kary pozbawienia wolności są Wam pobierane pod mylącą nazwą „składki ubezpieczeniowej” są po prostu ordynarnym podatkiem celowym, przeznaczanym prawie w całości nie na Wasze przyszłe emerytury, tylko na wypłatę świadczeń dla aktualnie je otrzymujących emerytów i rencistów. W związku z tym w ZUS-ie nie ma w ogóle żadnych pieniędzy. Nie ma ich też w OFE. (…) 60% środków, które ZUS przekazuje do OFE, lokują one w „bezpiecznych” i „dobrze oprocentowanych” obligacjach skarbowych. A Skarb Państwa przekazuje je z powrotem do ZUS, żeby starczyło na dzisiejsze wypłaty. A i tak nie starcza, więc ZUS zaciąga kredyt komercyjny w bankach!!! A skąd będą pieniądze, na spłatę tych kredytów i na wykup obligacji??? Wy je zapłacicie moi drodzy ubezpieczeni i Wasze dziatki (o ile oczywiście zdecydujecie się je spłodzić) w postaci wyższych podatków w przyszłości. Bo skąd Skarb Państwa weźmie pieniądze na wykup tych „dobrze oprocentowanych” obligacji i na kolejną dotację do ZUS na spłatę zaciągniętych kredytów? Od „ubezpieczonych” podatników je weźmie. Zapłacicie więc odsetki od swoich własnych pieniędzy, które dziś są Wam odbierane na „ubezpieczenie”.
System państwowych ubezpieczeń emerytalnych to (…) „łańcuszek świętego Antoniego”. Płacimy dziś na emerytury naszych dziadków i rodziców w nadziei, że nasze dzieci i wnuki będą płaciły na nasze. Problem tylko w tym, że dzieci robimy coraz mniej – no bo przecież na swoje emerytury właśnie „oszczędzamy” w ZUS i w OFE. Więc po co nam dzieci? Nie mamy zresztą za dużo pieniędzy na ich utrzymanie, bo przecież połowę wynagrodzenia zabiera nam ZUS!!! A te, które w przypływie nierozwagi spłodziliśmy, posłuchały, zdaje się, rady Pana Prezydenta i „spieprzają” do Londynu.

Teraz już, moje drogie dziatki, dziadki i dziady, wiecie, dlaczego Pana Prezydenta słuchać trzeba. Pa, pa, pa.