Wrzesień 2007 - archiwum

Źródła płci

Zapowiadają mi się dziś dwa programy o kobiecości i – pośrednio – również o męskości. Pierwszy to Studio TVP Kultura o 19:30. Honory gospodarza spełniał będzie Jerzy Sosnowski, zaś gośćmi, oprócz mnie, będą Agnieszka Graff, Katarzyna Moczulska i Tomasz Jastrun. Temat niecodzienny: femme fatale w kulturze.

Drugi gościnny występ będzie miał miejsce w TOK FM o 21:00, w programie psychologicznym „Lustro”. Tym razem będzie głównie twarda socjobiologia – tytułem wprowadzenia parę słów zatem o tym, jak dziś psychologia ewolucyjna płeć ujmuje, i dlaczego.

Zacząć należy od stwierdzenia, że – jak uważają socjobiolodzy – niemal wszystkie obserwowane biologiczne różnice między płciami są prostą konsekwencją asymetrii inwestycji rodzicielskich. Asymetria ta widoczna jest u prawie wszystkich gatunków rozmnażających się płciowo i zaznacza się już na poziomie gamet. Obrazowo opisuje ją tam Steven Pinker w Jak działa umysł:

Plemnik jest mały i tani, organizm może więc równie dobrze wyprodukować ich wiele, dać im zewnętrzny motor, by szybko dostały się do jaja, i narząd, który wypuszczają w drogę. Jajo jest duże i cenne, a więc organizm powinien dać mu fory, zaopatrując je w żywność i ochronną powłokę. To sprawia, że jajo jest jeszcze droższe, aby więc chronić inwestycję, organizm wy ewoluował narządy, dzięki którym zapłodnione jajo może rosnąć wewnątrz ciała i absorbować jeszcze więcej pożywienia; nowy potomek jest wypychany na zewnątrz dopiero wtedy, kiedy jest dość duży, by przetrwać. Te struktury zwane są męskimi i żeńskimi narządami rozrodczymi.

Robert Trivers w szeroko cytowanym artykule Parental investment and sexual selection jako pierwszy postawił tezę, iż wszystkie znaczące różnice (tak fizyczne, jak i psychiczne) między płciami mogą być konsekwencjami tych pierwszych różnic w inwestycji, które pociągnęły za sobą – bo pociągnąć musiały – następne. Charakter inwestycji (energia, czas, ryzyko, pokarm) ma w takim wypadku drugorzędne znaczenie: chodzi przede wszystkim o fakt, że skoro przedstawiciel jednej z płci już na początku więcej inwestuje, relatywna wartość potomka jest dla niego wyższa (bo więcej zainwestował), dlatego również łatwiej będzie się godził z kolejnymi inwestycjami. Dla Triversa nie grało roli pytanie, czy decyzje tak zachowującej się jednostki byłyby wynikiem zastosowania przemyślanej strategii, czy instrukcji, która znalazła się w DNA za sprawą doboru naturalnego – wystarczyło mu stwierdzenie, że tak po prostu wynika z modelu. Skoro zaś natura, jak to ujął swego czasu Richard Dawkins, nie znosi rozrzutności, asymetria inwestycji bardzo szybko musiała również wymusić na przedstawicielach mniej inwestującej płci tendencję do unikania inwestycji, a na przedstawicielach płci więcej inwestującej – tendencję do wyszukiwania takich partnerów, którzy nie będą się od inwestycji uchylali – i tak dalej.

Ta nierówność inwestycji doprowadziła w gatunku ludzkim do ogromnej asymetrii w kwestii potencjału rozrodczego mężczyzn i kobiet. Przeciętna kobieta, choćby nie wiadomo jak się starała, nie jest w stanie urodzić w ciągu życia więcej niż 30 dzieci. Tymczasem pojedynczy samiec homo sapiens może w ciągu życia zapłodnić praktycznie nieskończenie wiele samic (jak obliczyli specjaliści, przeciętny mężczyzna w trakcie jednej ejakulacji wyrzuca z siebie ilość plemników wystarczających do zapłodnienia połowy płodnych obywatelek Stanów Zjednoczonych), na skutek czego inne samce pozostać mogą bez partnerek – i potomstwa. Historycznie rodziło to ogromną konkurencję między samcami, dla których gra w ewolucję ma u większości gatunków charakter zero-jedynkowy: zwycięzca pozostawia wielu potomków z różnymi samicami, przegrany umiera bezpotomnie.

Jeszcze ciekawiej wygląda jednak sytuacja dla drugiej z płci. Jak dowodzi Pinker:

Rozrodczy sukces samców zależy od tego, z iloma samicami kopulują, ale rozrodczy sukces samic nie zależy od tego, z iloma samcami kopulują. To powoduje, że samice są bardziej wybredne. Samce zalecają się do samic i kopulują z każdą, która im na to pozwoli. Samice starannie oglądają samców i kopulują tylko z najlepszymi: tymi, którzy mają najlepsze geny, są najbardziej chętni i zdolni do karmienia i ochrony jej potomstwa oraz tymi, których wybierają inne samice.
Męska konkurencja i żeński wybór są powszechne w świecie zwierzęcym. Darwin zwrócił uwagę na te dwa zjawiska, które nazwał doborem płciowym, ale zastanawiało go, dlaczego samce mają konkurować, a samice wybierać, zamiast odwrotnie. Teoria rodzicielskiej inwestycji rozwiązuje tę zagadkę. Płeć, która inwestuje więcej, wybiera; płeć, która inwestuje mniej, konkuruje. Przyczyną różnic między płciami jest więc różnica ich inwestycji. Wszystko inne – testosteron, estrogeny, penisy, pochwy, chromosomy Y, chromosomy X – jest wtórne. Samce konkurują, a samice wybierają tylko dlatego, że nieco większa inwestycja w jajo (charakterystyczne dla samicy) zostaje zwielokrotniona przez inne reprodukcyjne obyczaje zwierzęcia.

Przedstawiciele obu płci, zapytani o to, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner, jakie cechy powinien posiadać idealny związek, ile czasu powinno się ze sobą „chodzić” przed pójściem do łóżka, czy i w jakim wypadku uzasadniona może być zdrada lub wymuszenie seksu etc., udzielają zupełnie innych, czasami wykluczających się odpowiedzi – kto chce je zobaczyć, niech zajrzy do Ewolucji pożądania Bussa. Te preferencje dyktują zaś to, co widzimy w przekazach medialnych i reklamowych. Ale o tym, co widzimy, porozmawiamy sobie dopiero wieczorem.

Nowe, tańsze Euro

Warszawie trafiło się właśnie kolejne Euro, tym razem w wersji homo. Stolica Polski została wybrana przez organizatorów Europride’u (największej w Europie parady gejów, lesbijek, biseksualistów i całej reszty, krótko po angielsku określanej słowem transgender) na miejsce imprezy w 2010.

Europride to nie byle przemarsz – w tym roku w paradzie w Madrycie wzięło udział ok. 2 miliony ludzi, głównie turystów z całej Europy. Co więcej, frekwencja na imprezie wykazuje tendencję wzrostową: rok wcześniej w Londynie bawiło się ok. 1,5 miliona osób. Rząd wielkości podobny do tego, czego Warszawa może spodziewać się po Euro 2012: przyjazd choćby tylko miliona turystów, z których każdy zostawia w klubach, hotelach i restauracjach co najmniej 200-500 euro… Jak by nie liczyć, okazuje się, że stolica może w ciągu paru dni zarobić na imprezie kilka miliardów złotych. I to bez prawie żadnych wydatków własnych (posprzątanie trzech ulic kosztuje nieskończenie mniej, niż nowy stadion czy nowa linia metra).

Pojawia się jednak pytanie, czy i w jakim stopniu rządzonej przez Hannę Gronkiewicz-Waltz Warszawie uda się wykorzystać tę nieoczekiwaną szansę na darmową promocję i łatwy zarobek. I czy miasto zdoła na dobre zaistnieć w świadomości tych zachodnich turystów, którzy do tej pory nie postawiliby nogi w uważanej za ultrakonserwatywny zaścianek Polsce.

Co wygra: zdrowy, kapitalistyczny rozsądek czy duszna ideologia?

Konserwatyzm a zanik mózgu

Przez tysiące lat ludzie nie potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego osoby starsze są statystycznie znacznie bardziej konserwatywne niż ich dzieci lub wnuki. Dziś, dzięki pewnemu australijskiemu naukowcowi, zagadka w końcu wydaje się rozwiązana: przyczyną jest najprawdopodobniej degeneracja płatów czołowych w mózgu.

Od dawna wiadomo, że ludzki mózg w miarę starzenia się traci na wadze i zmniejsza rozmiary. Poszczególne jego części kurczą się (a czasami nawet zanikają) w różnym stopniu i różnym tempie. Dotyczy to także jednej z najważniejszych, jeśli chodzi o świadomość, struktury mózgowia: płatów czołowych.

Płaty czołowe są ściśle związane z intelektualnym i emocjonalnym funkcjonowaniem człowieka, można powiedzieć, iż właściwie kierują naszym świadomym, intencjonalnym zachowaniem. Ich uszkodzenia lub zaburzenia u dorosłych osobników prowadzą przeważnie do osłabienia kontroli emocjonalnej, wybuchów niekontrolowanej agresji i zachowań zbliżonych do psychopatii. Ludzie z wadliwie funkcjonującymi płatami mają problemy z oceną skutków swoich poczynań, często są zbyt pewni siebie, popadają w huśtawkę emocjonalną, mogą również wykazywać skłonność do napadów lękowych, oschłości, narzekania i wtrącania się w nie swoje sprawy. Czyli tego, co od zarania dziejów konstytuuje konserwatyzm.

Płaty czołowe pełnią dwie, zasadnicze funkcje: planują i koordynują działania podejmowane przez jednostkę oraz hamują impulsy z niższych partii mózgu (samokontrola). Skoro zatem to od płatów czołowych zależy panowanie nad sobą i kontrola zarówno myśli, jak i zachowań, jasne jest, iż ludzie, u których następuje degeneracja tych partii mózgu, będą mieli problemy z samokontrolą i wybuchami agresji. W październikowym numerze Current Directions in Psychological Science australijski uczony William von Hippel opisuje, w jaki sposób atrofia płatów czołowych prowadzi u niektórych starszych osób do uprzedzeń wobec grup innych niż własna, skłonności do wtrącania się w cudze sprawy oraz częstszego narzekania, także na czasy współczesne i upadek obyczajów.

Badania (zarówno von Hippela, jak i te wcześniejsze) pokazują, że np. w USA Biali w podeszłym wieku znacznie bardziej stereotypowo odbierają grupy mniejszościowe, np. Czarnych, niż młodsi przedstawiciele rasy kaukaskiej, nawet jeśli bardziej niż młodsi starają się nie być rasistami. Naukowcy przypuszczają, iż jest tak dlatego, że osoby starsze nie kontrolują w pełni swych reakcji, co z kolei może być spowodowane właśnie osłabionym hamowaniem impulsów w płatach czołowych.

Ta sama przypadłość może mieć związek z przystosowaniem społecznym starszych ludzi. Okazuje się, że w miarę starzenia się coraz częściej wtrącają się w życie prywatne innych osób (niekoniecznie nawet bliskich), także wtedy, gdy zdają sobie sprawę, że nie należy tego robić i że druga strona nie chce „pomocy”. Wadliwe działanie płatów czołowych sprawia bowiem, iż nawet jeśli znają reguły funkcjonowania społecznego, nie są się w stanie zmotywować do ich przestrzegania – zwłaszcza że przy okazji zaczynają sądzić, iż (choćby ze względu na wiek i doświadczenie) wszystko wiedzą lepiej i dlatego otoczenie powinno postępować dokładnie według ich instrukcji.

Jakby tego było mało, ludzie starsi wykazują z wiekiem coraz bardziej narastającą skłonność do rozmyślań nad tym, jak bardzo świat zszedł na psy. Filtry poznawcze (na co dzień sprawiające, że znacznie szybciej zapominamy rzeczy złe niż dobre, co chronić ma nasz dobrostan psychiczny) sprawiają, że idealizują oni przeszłość i – co za tym idzie – przeważnie postrzegają ją jako znacznie atrakcyjniejszą od teraźniejszości. W połączeniu z pogłębiającą się skłonnością do depresji (z wiekiem obniża się w ludzkim mózgu poziom niemal wszystkich neuroprzekaźników, także odpowiedzialnej za nastrój serotoniny) owocuje to skłonnością do narzekania na upadek dzisiejszych obyczajów i przemożną chęcią spowolnienia zmian, którym ulega świat, a których przeważnie w ogóle się nie rozumie.

Pedofilia rozszyfrowana?

Science Daily i BBC News donoszą o opublikowanych kilka dni temu w amerykańskim czasopiśmie Biological Psychiatry wynikach mało na pierwszy rzut oka ciekawego badania, w którym porównywano fale mózgowe pedofilów i niepedofilów podczas oglądania materiałów erotycznych. Mimo że w badaniu wyszło to, czego każdy by się spodziewał, wnioski z eksperymentu mogą w przyszłości zrewolucjonizować nasze podejście do kwestii zapobiegania przestępczości seksualnej wobec dzieci.

Badanie było proste, wręcz banalne: naukowcy pokazywali badanym materiały pornograficzne z udziałem dorosłych i na bieżąco za pomocą rezonansu magnetycznego śledzili to, co się działo w ich mózgach. A działo się sporo, choć nie u wszystkich i nie wszędzie.

Obszarem, w którym występowały największe różnice między osobami gustującymi w dzieciach i gustującymi w dorosłych, było, tak jak spodziewali się badacze, podwzgórze – obszar podkorowy, który kontroluje m.in. reakcje bezwiedne organizmu oraz stanowi centrum kontroli popędu seksualnego i ośrodek przyjemności. Zwłaszcza to ostatnie w kontekście pedofilii może być niezwykle ważne. Naukowcy dawno już odkryli, że drażnienie szczurom ścieżek przyjemności sprawia, że nie myślą one o niczym innym. Mogą nie jeść, nie spać i nie spółkować – wystarczy im jedynie sama stymulacja rzeczonych obszarów. Według badaczy także u ludzi impulsy wysyłane przez podwzgórze nie poddają się racjonalnej kontroli kory mózgowej – dlatego większość z nas robi rzeczy, które sprawiają przyjemność (nie zawsze związane z seksem – pomyślmy o zwykłym obżarstwie) nawet jeśli zdaje sobie sprawę z tego, że w przyszłości będzie z tego powodu cierpieć.

W badaniu Waltera i jego grupy okazało się, że pedofile mieli znacznie niższy poziom aktywacji neuronów w podwzgórzu niż amatorzy seksu z osobami dorosłymi. Dorosła pornografia najwyraźniej po prostu ich nie podniecała – albo podniecała tylko w ograniczonym stopniu.

Wyniki nie przynoszą na pierwszy rzut oka nic nowego: jeśli ktoś szuka seksu z dziećmi, i to za cenę popadnięcia w konflikt z prawem, sensowne wydaje się oczekiwanie, że dorośli będą go podniecać znacznie mniej niż osobę, która seksu z dziećmi nie szuka. Ot, tautologia. Znaczenie eksperymentu może jednak leżeć gdzie indziej. Jeżeli uda się potwierdzić jego wyniki oraz pójść dalej i pokazać, że podwzgórza pedofilów reagują na dziecięcą pornografię podobnie, jak podwzgórza reszty na pornografię dorosłą, otworzy się ogromne pole dla działań prewencyjnych w tej dziedzinie. Niewykluczone, że już za parę lat profilaktycznie będzie się skanować podwzgórza wszystkim kandydatom na księży, katechetów, nauczycieli, opiekunów i terapeutów dziecięcych, zanim dopuści się ich do pracy z najmłodszymi. Technologia pozwoli również badać rodziców, wzbudzających podejrzenia co do tego, czy cichaczem nie napastują swych pociech, i określić, czy osoba, na komputerze której znaleziono pedofilskie materiały, rzeczywiście mogła z nich korzystać. Biorąc pod uwagę podejście społeczne do zjawiska pedofilii, z wątpliwościami natury prawnej i moralnej szybko ludzie sobie poradzą. W końcu tam, gdzie w grę wchodzi dobro dzieci (czyli bezpieczeństwo przekazania dalej kopii własnych genów), kryteria utylitarne biorą górę u wszystkich gatunków.

Sekrety autoprezentacji

Kolejny podcast ze mną: „Masz wiadomość” (Radio BIS) z ostatniej nocy. Temat: mówienie i wystąpienia publiczne, zwłaszcza pod kątem przełamywania tremy. Drugim gościem jest tym razem Daniel Bordman. Wprowadzenie i prowadzenie: Bartek Panek.

 

Kij ma dwa końce

Prawo i Sprawiedliwość ma nowy spot reklamowy (powszechnie znany już jako „Mordo ty moja!”), koncentrujący się wokół walki z korupcją. Spot, dodajmy, równie kontrowersyjny, co… wieloznaczny.

Kontrowersje dotyczą przede wszystkim linii argumentacji. Po kilku gestach w stosunku do Platformy (takich jak ogłoszenie LiD-u głównym wrogiem w kampanii), które jednak nie spotkały się z odzewem, PiS postawił na starą, sprawdzoną już w poprzednich wyborach strategię: generowanie i wykorzystywanie podziałów i resentymentów. Biedni nie lubią bogatych, okradani – złodziei. Przekonać człowieka, że jest biedny dlatego, że owoce jego pracy kradną biznesmeni i politycy, nie jest zaś wcale trudno. Każdy z nas ma wbudowane w psychikę silne mechanizmy obronne, które sprawiają, że łatwiej mu uwierzyć, że świat przeciw niemu spiskuje, niż że sam jest życiowym niedołęgą.

Psychologia psychologią, trudno jednak zaprzeczyć, że jeśli chodzi o skalę korupcji w czasach poprzednich ekip, spot wydaje się dość realistyczny (co zresztą wcale nie musi o Kaczyńskich dobrze świadczyć, w końcu opozycji też się w nim „smaruje”). Problematyczna jest tylko jego adekwatność w stosunku do aktualnie rządzących, wyrażona w finałowym „Wiem, k…, że nie biorą”. Cóż, do dziś wydawało mi się, że nieudana akcja CBA i rzeczy, które potem usłyszeliśmy z ust Ziobry i taśm prokuratury, pokazują coś zupełnie przeciwnego: nawet jeśli premier i jego ukochany minister są czyści jak łzy, uczciwość i nieprzekupność ludzi, którymi się otaczają, raczej nie odbiega drastycznie od średniej ogólnopolskiej.

Treść spotu pozwala także na inną, niezamierzoną interpretację. Jeszcze na początku lipca i Lepper, i Kaczmarek byli członkami rządu Jarosława Kaczyńskiego. Trudno w takiej sytuacji nie żywić wątpliwości, czy fraza NIEDAWNO TEMU W POLSCE aby na pewno odnosi się do mało już pamiętanych rządów przedpisowskich…

Nienawiść w dobrym tonie

Najlepsze kawałki z wczorajszego „W dobrym tonie” w radiu VOX FM, poświęconego przemocy, agresji i nienawiści. W studiu ja, etyk eksminister Magdalena Środa i teolog prowadzący Bogdan Sadowski:

Krzyżówki i krzyżowcy

Zjednoczone Królestwo znów w awangardzie. Już niedługo w brytyjskich laboratoriach powstaną pierwsze hybrydy ludzi i innych zwierząt. Tak, tak, słowo innych jest tu szczególnie ważne (a mało które medium o tym wspomina), bo Homo sapiens należy właśnie do królestwa zwierząt (typ – strunowce, podtyp – kręgowce, gromada – ssaki, rząd – naczelne, nadrodzina – małpy człekokształtne, rodzina – człowiekowate). Główna instytucja nadzorująca badania nad ludzkimi zarodkami na Wyspach, HFEA (The Human Fertilisation and Embryology Authority), zgodziła się właśnie, by naukowcy mogli w celach badawczych tworzyć takie stworki, o ile tylko wcześniej uzyskają stosowną licencję.

Hybrydy nie będą tworzone wyłącznie dla widzimisię naukowców. Posłużą przede wszystkim do badań nad chorobami Alzheimera i Parkinsona, dziś de facto nieuleczalnymi. Zarodki-hybrydy produkowane będą poprzez wszczepianie zawierającego DNA ludzkiego jądra komórkowego (pozyskiwanego np. z komórek skóry) do krowiego, świńskiego lub króliczego jaja, z którego wcześniej usunie się materiał genetyczny. Uzyskany w ten sposób zarodek będzie w niemal 100 procentach tworem ludzkim, przy okazji zaś badacze będą mogli na nim eksperymentować do woli – toż bowiem nawet największy zwolennik świętości ludzkiego życia będzie miał problemy z uzasadnieniem, dlaczego coś, co powstało z kawałka paznokcia i króliczej komórki jajowej, miałoby posiadać duszę.

Docelowy brak dylematów etycznych pójdzie zapewne w parze z obniżką kosztów tworzenia takich embrionów. Szybko stanie się zapewne możliwa ich produkcja na skalę przemysłową – pozyskiwanie komórek jajowych zwierząt domowych jest bowiem znacznie łatwiejsze (krowy czy królicy nie trzeba pytać o zgodę) i – co za tym idzie – tańsze niż ludzkich jajeczek. Trudno w tej chwili nawet wyobrażać sobie, w jakim stopniu badania na komórkach macierzystych pochodzących z takich zarodków przyczynią się w przyszłości do poszerzenia naszej wiedzy o człowieku i, co za tym idzie, pokonania wielu nieuleczalnych lub śmiertelnych dziś chorób.

Nic dziwnego, że decyzję brytyjskich władz natychmiast skrytykowała od wieków najbardziej zainteresowana tym, by ludzie jak najmniej wiedzieli i jak najwięcej cierpieli, instytucja świata – Kościół katolicki. Główny argument przeciw ma, jak zwykle, charakter teologiczny: Watykan twierdzi, że mieszanie komórek różnych gatunków jest sprzeczne z naturą. Oczywiście sprzeczność ta dotyczy tylko gatunku Homo sapiens – historycznie Stolica Apostolska nie walczyła jakoś ani z krzyżowaniem przez ludzi koni z osłami (od starożytności znanym jako niezawodna metoda produkcji mułów), ani z wymianą DNA między różnymi gatunkami bakterii, do czego zresztą regularnie dochodzi w naturze – np. w naszych jelitach. Tym razem jednak w grę wchodzi ludzki DNA (co z tego, że zbudowany z tych samych zasad, co koński, ośli i bakteryjny), nic więc dziwnego, że przewodniczący Papieskiej Akademii Życia (piękna orwellowska nazwa instytucji, która zajmuje się m.in. propagowaniem nieużywania prezerwatyw w krajach, w których szaleje epidemia HIV) biskup Elio Sgreccia nazwał natychmiast decyzję Brytyjczyków potwornym aktem przeciwko ludzkiej godności. Dlaczego ślinienie się człowieka w zaawansowanym stadium Alzheimera miałoby być wyrazem ludzkiej godności, a walka z chorobą – potwornym przeciw niej aktem, Kościół nie tłumaczy. Bo przecież wie, że owieczki, przyzwyczajone do wyłączania logiki tam, gdzie zaczyna się wiara, i tak nie zapytają.

Satyra w Trzeciej RP

W „Rzeczpospolitej” wspominki o cenzurze. Janusz Rewiński opowiada Jackowi Cieślakowi, jak od kuchni wyglądało zdjęcie programu „Ale Plama” z anteny TVN:

Rewiński: Odeszliśmy na własną prośbę, ale przecież poszło o to, że politycy wyegzekwowali lojalność od stacji, której dali koncesję, bo nic w naszym kraju, a zwłaszcza w polityce, nie dzieje się przypadkowo.
Cieślak: Jaką lojalność ma pan na myśli?
R: (…) Kiedy padło pytanie, jak przedłużyć panowanie dynastii Kwaśniewskich, Marek Ungier rzucił koncepcję z Jolantą, królową Polski. Powstała charytatywna fundacja, pojawiły się plakaty w szpitalach, pani kopała piłkę na stadionach, uczestniczyłem w tym, bo mnie zapraszano. Eros Ramazzotti przyjeżdżał i śpiewał. Zaczęły się występy w Dobrym Sercu TVN. I ludzie pięknie to przyjmowali. (…)
C: A pan?
R: Poczułem się zaprzęgnięty do rydwanu pani Joli. Pani Jolanta zaczęła występować w naszym programie! (…) To było tak sprytnie zrobione, że pojawiała się w czasie przerwy na reklamy. (…) Pani Jola nie zawsze mogła być w telewizji o godzinie 17, kiedy emitowano „Ale plama”. Mogła być wcześniej lub później, dlatego zmieniano nam pory emisji, o czym nie wiedzieliśmy. Ktoś nam o tym życzliwie doniósł, więc zapytaliśmy, o co chodzi. (…) Mogłem znieść jak moją inteligencję robił na szaro właściciel, ale jak zajął się tym szeregowy pan, który wciskał mi, że żaba jest szorstkowłosa, tylko trzeba to dojrzeć (…), oszukać się nie dałem. Już wiedziałem, że pani Jola nie może być w TVN o 17, bo wyjechała kopać piłkę na stadionie.

Nie znaczyło to, oczywiście, że Rewiński i Piasecki nie mogli z Jolanty żartować – o ile tylko nie przekraczali pewnych granic:

Prezydentowa nie była jednak największym problemem. Znacznie bardziej dawała się Rewińskiemu i Piaseckiemu we znaki Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, pod wodzą Danuty Waniek roszcząca sobie prawo do decydowania, z czego Polacy mogą się śmiać, a z czego nie:

Kiedy zaczęło być gorąco z orlenami i benzynami, jak gazety zaczęły pisać, że pan prezydent, jadąc przez Bielsko-Białą, spotkał się z kim trzeba, skomponowaliśmy piosenczynę „Czerwone macki nad polską benzyną” z pointą „Najwięcej zyska na tym Kulczyk z Gudzowatym”. (…) I pani Danuta Waniek poprosiła o taśmę z nagraniem. To napisaliśmy drugą pioseneczkę: „Pani Danucie Waniek bardzo się podobało nasze śpiewanie”. Usłyszeliśmy, żeby jej nie puszczać. (…) Czyli pani Danuta była już świętą krową.

Rozgoryczenie satyryka nietrudno zrozumieć. Obdarzony niezbyt wielkim poczuciem humoru obóz Kwaśniewskiego dał mu się we znaki nie tylko w TVN-ie:

C: Lubił pan telewizję prezesa Roberta Kwiatkowskiego?
R: Położył na półkę na dwa i pół roku drugą część serialu „Tygrysy Europy”. Jerzy Gruza chodził po przyjęciach, podglądał naszą elytę polityczną oraz biznesową i śmiał się z pańci, która chciała być hrabiną oraz poznańskiego studenta prawa, który został milionerem. A że pani została w filmie zidentyfikowana i koleżanki zaczęły sobie z niej robić jaja – zaprotestowała. Słyszałem, że byznesmen przyszedł do Olka i powiedział, żeby prezes Robert Kwiatkowski nie kręcił drugiej serii, bo śmieją się z żony, a żona mu płacze. Dalej było jak w czeskim filmie. W telewizji panowała dwuwładza. Kwiatkowski był od Olka, a Pachowski od Millera. I zanim Kwiatkowski wrócił z 790 festiwalu, gdzie nic nie rozumiejąc, jadł ostrygi, chłopcy tak obeszli Pachowskiego, że serial został skierowany do realizacji. Producent dokończył go za swoje pieniądze, bo pan Kwiatkowski jemu i aktorom nie zapłacił. Film poszedł na antenie dopiero, jak Kwiatkowski przestał być prezesem.

Rewiński nie byłby jednak sobą, gdyby poprzestał na soczystych anegdotkach o postkomunistach, i nie pokazał, że ich polityczni konkurenci nie byli ani trochę lepsi:

C: A czy była cenzura solidarnościowa?
R: Graliśmy w Teatrze Komedia sztukę Jonasza Kofty i Stefana Friedmana „Fachowcy”. Przyszli na spektakl działacze w biało-czerwonych szalikach, ciotki rewolucji i mówili, że śmiejemy się z polskiego robotnika. Totalna paranoja. Odwiedzali nas związkowcy z Huty Warszawa i sugerowali, że teatr musi działać na zasadach demokratycznych, wszyscy aktorzy mieli mówić tyle samo tekstu. Były głosowania w sprawie repertuaru. Szewcy, krawcy, technicy mieli więcej głosów niż aktorzy. (…)
C: A czasy AWS?
R: Był koncert „Skrzydła połamane” w Sali Kongresowej, realizowany dla Dwójki Niny Terentiew. Solidarnościowa tkanina zaczęła się pruć, Marian Krzaklewski nie dawał rady, i napisałem piosenkę o polskiej zawiści. Nina nie puściła. Spytałem dlaczego. A wiesz, bo to nie pasowało. Pani redaktor pilnowała, żeby nie podpaść Marianowi.

Aż dziw, że w takich warunkach duet Rewiński-Piasecki był w stanie wypuszczać takie perełki, jak „Poseł specjalnej troski” lub „Nicea albo śmiech”:

Rżenie na antenie

W polskim dyskursie publicznym zagościł właśnie nowy rodzaj argumentacji ad personam: rżenie. Jego pionierem jest znany dziennikarz telewizyjny Tomasz Lis.

Lis rżał w piątek rano w TOK FM, przedrzeźniając rżącą według niego prowadzącą „Forum” (TVP) Joannę Lichocką. Rżenie bardzo się spodobało obecnym w studiu, czemu trudno się dziwić – program prowadził znany z osobliwych sądów Jacek Żakowski:

[audio src="http://bi.gazeta.pl/im/5/4451/m4451545.mp3"]

Trudno zaprzeczyć, że dziennikarstwo wzniosło się tym samym na poziom wyższy niż komukolwiek się dotychczas śniło. Czekam teraz na moment, w którym pan Żakowski będzie zagrzewał rozmówców do parodiowania (pomysł podsunął mi właśnie poniżej Tuje) Adama Michnika. Dodajmy, że pole do popisu jest tu znacznie większe niż w przypadku Lichockiej, bo i wada wymowy o niebo ciekawsza.

Do niesamowitego poziomu kultury polskich dziennikarzy ludzie jednak już dawno się przyzwyczaili, zatem na wyskok Lisa mało kto zwróciłby uwagę, gdyby sprawy nie wzięli w swoje ręce znajomi Lichockiej (czystym przypadkiem niemal bez wyjątku prawicowi publicyści) i nie wysmażyli takiego listu:

W piątkowej porannej dyskusji w Radiu TOK FM doszło do niemającego precedensu zachowania Tomasza Lisa. Publicysta Polsatu posunął się do wulgarnego przedrzeźniania kobiety, naszej koleżanki Joanny Lichockiej.
Nie spotkało się to z żadną reakcją prowadzącego dyskusję Jacka Żakowskiego, który zachęcał jeszcze do tak ordynarnego zachowania. Nie nastąpiła także żadna reakcja ze strony uczestniczących w dyskusji Tomasza Wołka i Jacka Rakowieckiego.
Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury. Trudno nam znaleźć odpowiednie słowa na wyrażenie naszego niesmaku i oburzenia.

List podpisali: Paweł Lisicki, Piotr Gabryel, Tomasz Sobiecki, Dominik Zdort, Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Igor Janke, Paweł Bravo i Agnieszka Rybak z „Rzepy”; Stanisław Janecki i Dorota Kania z „Wprost”; Piotr Zaremba, Piotr Gursztyn, Michał Karnowski z „Dziennika”; Jacek Karnowski i Amelia Łukasiak z TV Puls; Dariusz Wilczak z „Newsweeka”; Dorota Gawryluk z Biznes TV; Barbara Rogalska z SDP; szef Polskiego Radia Krzysztof Czabański; Kuba Strzyczkowski i Anita Gargas z TVP; Piotr Skwieciński z PAP, Łukasz Warzecha z „Faktu” i Kuba Sufin z TVN24.pl. Dziennikarze chcieli zapewne dobrze, niemniej wyszedł im przekaz zalatujący seksizmem (w czym wulgarne przedrzeźnianie kobiety jest gorsze od wulgarnego przedrzeźniania mężczyzny?), amnezją (Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury – tymczasem obrażające ówczesnego ministra Roman, przestań pieprzyć padło z ust dziennikarza w Zetce zaledwie dwa i pół miesiąca temu; tyle że wtedy dziennikarz obraził polityka, a nie innego dziennikarza, a solidarność zawodowa to w Polsce rzecz święta) i hipokryzją (ilu z podpisanych protestowało po małpie w czerwonym?). W końcu czego się nie robi dla koleżanki…

Pytanie tylko, czy sama koleżanka tego chciała. Joanna Lichocka to jedna z najlepszych dziennikarek „Rzeczpospolitej”. W analizach politycznych na głowę bije nie tylko swych redakcyjnych kolegów Semkę czy Zdorta, ale i samego Lisa. Jakoś trudno mi wyobrazić sobie zatem, by ta inteligentna kobieta stała za burzą, która w jej imieniu urządzili Lisicki i spółka, burzą, która przynieść musiała łatwe do przewidzenia skutki.

Dziennikarze opublikowali list w „Rzeczpospolitej”. Agora wyczuła okazję do pognębienia wrogów ideologicznych i przedruk wrzuciła na pierwszą stronę portalu gazeta.pl razem z nagraniem z TOK FM. Efekt taki, że wiele osób, które nie czytają na co dzień Rzepy i nie oglądają „Forum”, dziś dopiero dowiedziało się o istnieniu Joanny Lichockiej – i to od razu w kontekście jej prokaczyńskich uczuć religijnych i copywrightu na wydawanie z siebie dziwnych dźwięków. Od razu przypomina się tu kawałek Czerwonego Tulipana: Od przyjaciół, Boże, strzeż. Z wrogami sobie poradzę.

Tak czy owak antykaczyzm znów odniósł nad kaczyzmem (nic to, że wydumanym) moralne zwycięstwo. I teraz rży radośnie…

Medialne cynki

Dwa małe cynki dla tych, którym nie wystarczają filmiki z Hardkoru. Amatorzy psychociekawostek (jeśli są jacyś) mogą włączyć sobie Tok FM dziś po 21:00. W programie „Lustro” opowiadam tym razem o śmierci, odchodzeniu, przeżywaniu straty i innych smętnościach. Audycję polecam zwłaszcza osobom z depresją.

Komu zaś głos mój (lub grobowy klimat) nie wystarczy, może wziąć urlop w poniedziałek, zasiąść o 9:30 przed telewizorem i włączyć Dwójkę. „Pytanie na śniadanie” tym razem o emocjach (nie tylko serialowych), na pewno będzie więc znacznie goręcej…