pamiec

Alkohol wspomaga pamięć?

Do niedawna powszechnie sądzono, że wpływ alkoholu na pamięć zawsze jest negatywny. Nowe badania wskazują, że w pewnych warunkach... alkohol może pomagać w uczeniu się i zapamiętywaniu. ...

spac3

Co brak snu robi mózgowi

Do niedawna naukowcy sądzili, że nawet długie okresy bez snu można po prostu odespać – i wszystko wróci do normy. Nowe badania pokazują, jak bardzo się mylili. ...

dlubacz

Nadgodziny a radość życia

Amerykanin jest szczęśliwy, gdy pracuje, Europejczyka na ogół praca czyni nieszczęśliwym – to wnioski z badań, których autorem jest Adam Okulicz-Kozaryn, polski ekonomista pracujący na University of Texas w Dallas. Artykuł, opublikowany właśnie w Journal ...

dex

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od ...

quirk

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które ...

Prokreacja

Prokreacja jako obowiązek

Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym tygodniu władza rozpoczęła dyskusję o nowym podatku, tym razem od braku dzieci. Debatę zainicjował w „Fakcie” poseł Mieczysław Kasprzak (PSL) taką oto deklaracją: Jesteśmy za podatkiem od bezdzietności. Nie może ...

bombo1

Słodycze źródłem agresji

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal ...

przemoc

Przemoc na ekranie – fakty i mity

Są na świecie rzeczy,‭ ‬w które ludzie po prostu wierzą,‭ ‬bez względu na to,‭ ‬czy określają się jako wierzący,‭ ‬czy nie.‭ ‬Także wtedy,‭ ‬gdy mienią się racjonalnymi naukowcami.‭ ‬Przykładem takiej wiary jest choćby przekonanie o ...

Kto nas obroni przed czwartą władzą?

Tytułowe pytanie pojawia się w związku z trwającym w Wielkiej Brytanii zamieszaniem wokół szefa News Corp Ruperta Murdocha i jego inwigilującej obywateli gazety News of the World. Przez ostatnie stulecia prasa pretendowała do roli Czwartej Władzy: dziennikarze mieli patrzeć politykom czy stróżom prawa na ręce, broniąc prostego człowieka w starciu z wielkimi tego świata.

Teraz po raz kolejny okazuje się, że media drukowane to przede wszystkim maszynki do zarabiania pieniędzy, które w pogoni za zyskiem nie cofną się przed łamaniem prawa. Przy okazji dowiadujemy się, że nawet w tak „cywilizowanym” kraju jak UK (o Polsce, z jej Rywinami, Michnikami, Rydzykami i Walterami, nie wspominając) właściciele koncernów medialnych prowadzą za plecami opinii publicznej interesy z politykami, a łamiący prawo wydawcy szmatławców mają w kieszeni policję. Czy należy się w takim układzie dziwić, że Sean Hoare, dziennikarz, który jako pierwszy nagłośnił sprawę zlecania podsłuchów przez wierchuszkę News of the World, został znaleziony martwy dwa dni temu. To już druga w ostatnich miesiącach śmierć osoby upubliczniającej informacje o podsłuchach w mediach Ruperta Murdocha. Przypomnijmy: na poczatku maja idąc z pracy do domu upadł i zmarł (tak po prostu) dziennikarz BBC George Webley. Stało się to zaledwie osiem dni po tym, jak ogłosił publicznie, że już w latach 80-tych należąca do News Corp telewizja Sky zakładała gospodarzom swych programów rozrywkowych podsłuchy w garderobach.

Za przysłowiową może zostać uznana w całej sprawie hipokryzja jej głównych aktorów. Jak zauważył kilka dni temu na swoim blogu Trystero, to przecież ten sam Murdoch i ta sama News Corporation, którzy są odpowiedzialni za prawicową, anty-rządową propagandę Fox News, regularnie ostrzegającego Amerykanów przed niebezpieczeństwami związanymi ‘z rządem podsłuchującym swoim obywateli’. Teraz okazuje się, że Wielki Brat w Białym Domu ma swego Znacznie Większego Brata, i to chyba w najmniej spodziewanym miejscu.

O kampanii bez cenzury i tajemnic

Chcesz wiedzieć, o co chodzi w polityce i dlaczego jej główni aktorzy i tak Cię wyrolują, bez względu na to, na kogo zagłosujesz w najbliższych wyborach? Zastanawiasz się, po co się w Polsce robi się wybory w sytuacji, gdy cztery najważniejsze partie niemal w ogóle nie różnią się programowo, a większość pozostałych robi co może, by się do nich upodobnić? Chcesz wiedzieć, jak będzie wyglądała ta kampania, i dlaczego absolutnie nie zmieni sposobu uprawiania polityki w Polsce? Zapraszam do wysłuchania Wieczoru Radia TOK FM, w którym na powyższe pytania starałem się odpowiedzieć Cezaremu Łasiczce:

Konsekwencje ucieczki od rzeczywistości

Czy Ameryka to imperium, które właśnie popełnia ciche samobójstwo? Bill Bonner uważa, że tak, i w spektakularny sposób udowadnia swą tezę dziś w The Daily Reckoning:

What’s “imperial suicide?” It’s what empires do. If no other empire arises to kill them…they kill themselves. China will probably eventually crush the US militarily. But that is far in the future. The US can’t wait.

Pośpiech pośpiechem, ale według Bonnera samobójstwo (czy może raczej eutanazja na zyczenie) najpoteżniejszego aktualnie imperium to nie taka znowu nowa sprawa. Początki końca widzi autor w latach siedemdziesiątych, gdy Ameryka odeszła od parytetu złota. Prawdziwym złem zresztą okazał się nie sam brak parytetu, ile niepohamowane kreowanie pieniądza i niemal wykładniczy wzrost wydatków państwowych:

The US economy was a free-market success story for a hundred years…from the end of the US War Between the States to the end of the Vietnam War. It was the richest, fastest-growing, most innovative, most competitive, and most admired economy in the world. But then, in 1971, Richard Nixon replaced a more-or-less solid dollar, vaguely backed by gold, with a pure paper dollar, backed by nothing but the good intentions of government employees. (…)
In the space of 40 years the US lost its winning ways. Real, hourly wages stopped growing in 1973. Stock prices, in real terms, peaked out in ’99…about the same time that real, per capita private sector growth came to a halt. The number of full time jobs topped out about two years later…and housing hit its peak in 2007.

Dlaczego tak sie stało? na to pytanie autor odpowiada słowami Byrona Kinga (i nieśmiertelnej Ayn Rand):

The problem with the US over the last 40 or 50 years is that there’s too much free money…
We raise three generations of population who are untied from the basics of monetary education – millions of minds poisoned by Economics 101 in universities across the land. “Elastic currency,” courtesy of the Fed.
Media & political classes are no smarter than the dummies who walk the land, so they make policy based on “free” money from the Fed… Deficits don’t matter. (…)
There’s so much money that we don’t know how to say no. No limits. Just raise the debt ceiling…spend until you can’t spend any more. Then spend some more.
Well, there are no limits until there are limits. Per Ayn Rand… “You can avoid reality. But you cannot avoid the consequences of avoiding reality.”

Ostatni akapit mocno skojarzył mi się z naszą Unią, tak mocno zaklinającą ostatnio cały świat (przez co rozumie sie ostatnio głównie amerykańskie agencje ratingowe), iż Grecja (czy inna Portugalia) jest wypłacalna, podczas gdy nawet średnio rozgarniete dziecko (do którego widać daleko panu Barroso) wie, że gdyby wypłacalna była, to dziesiątek miliardów euro, które co miesiąc trafiają w przepastne kieszenie lokalnych urzędników i już-nie-tak-lokalnych bankierów, nie trzeba by żebrającym Atenom (czy innej Lizbonie) dosyłać z Brukseli. O rolnikach, którym ta sama UE płaci za nieuprawianie użytków rolnych, przypuszcalnie w celu jeszcze większego nakręcenia cen żywności, już nawet nie chce się wspominać…

Zostaje tylko pytanie: gdzie u licha stąd uciekać, jeśli USA na dno idą?

Uprzejmie donoszę…

W najnowszym „Wprost” artykuł o polskim donosicielstwie ze zgrabną acz karkołomną tezą: altruistyczna potrzeba kąsania bliźniego to narodowa cecha Polaków. Dyskutować, ile w tym prawdy, przyszło mi dziś w „Kawie czy herbacie”… z Norbim:

Mów tak, by przekonać

Nowe badania pokazują, że najlepszym sposobem na to, by skłonić kogoś do zrobienia tego, co chcemy, by zrobił, jest mówienie do niego w raczej szybkim (ale nie nazbyt szybkim) tempie i robienie częstych przerw. Wbrew powszechnemu przekonaniu, by odnieść perswazyjny sukces, nie powinno się brzmieć zbyt żywo i entuzjastycznie.

Badanie zespołu z University of Michigan, o którym donosi BBC, koncentrowało się na wpływie tego, jak mówimy, na proces przekonywania rozmówcy. Badacze przeanalizowali 1400 rozmów telefonicznych, wykonanych przez 100 pracowników uniwersytetu. W trakcie rozmów dzwoniący mieli za zdanie namówić osoby po drugiej stronie słuchawki do udziału w innym, dość trudnym eksperymencie. Wychodziło im to z różnym skutkiem, dość szybko zaczął jednak zaznaczać się dość oczywisty schemat.

Jeśli chodzi o skuteczność perswazyjną, najmniej efektywnymi „telemarketerami” były osoby, które mówiły zbyt szybko, nie robiły przerw i sprawiały wrażenie zbyt żywych i i entuzjastycznych. W przeciwieństwie do nich, najlepsze wyniki na polu przekonywania notowali ci mówiący tylko troszkę szybciej niż średnia, pauzujący w odpowiednich momentach i nieprzesadzający z entuzjazmem.

Tempem mówienia, które zanotowało największą skuteczność, było 3,5 słowa na sekundę (wyrazy, które dominują w angielskim mówionym, są przeważnie jednosylabowe; na gruncie polszczyzny odpowiadałoby to szybkości 1,5 słowa na sekundę). Ci, którzy mówili szybciej, nie wzbudzali zaufania swych rozmówców. Z kolei mówiący wolniej sprawiali wrażenie bardziej pedantycznych lub mniej inteligentnych, co ze zrozumiałych względów też nie było zbyt dobrze odbierane.

Jeśli chodzi o pauzy, najskuteczniejsze okazało się branie oddechu 4-5 razy na minutę. Ci, którzy robili to rzadziej, wychodzili na nieautentycznych (brzmieli, jakby mieli napisany scenariusz do wygłoszenia), co też nie nastrajało ich rozmówców za dobrze. Robiący zbyt częste przerwy też nie wypadali najlepiej: w najlepszym razie brzmieli jak osoby początkujące, w najgorszym – ociężałe umysłowo.

Trzecim kluczowym czynnikiem była częstość zmian tonu i wysokości głosu, która w umyśle słuchacza znamionuje poziom ożywienia i entuzjazmu osoby mówiącej. Okazało się, że dzwoniący, którzy przesadzali na tym polu, wydawali się rozmówcom… zbyt zdesperowani, i podobnie jak zbyt nachalni sprzedawcy, podświadomie zniechęcali ich do podjęcia pozytywnej decyzji.

Co znamienne, przy okazji okazało się, że to, co mówiły osoby dzwoniące, miało bardzo małe znaczenie dla procesu przekonania rozmówcy. Kluczowe okazały się czynniki takie jak ton, szybkość mówienia i wywoływane wrażenie. Jak podsumował jeden z badaczy: „Nie jest ważne, co mówisz, ale jak to robisz”.

Crimen amoris

W komentarzu po programie z profesorem Turskim padła prośba o więcej infortainmentu. Jak znajdę chwilę na odsłuchanie starych programów i jakąś selekcję (niby wakacje, a w szkoleniach boom – być może jednak w sierpniu będzie trochę oddechu), puszczę więcej gorących kawałków z TOK FM. Póki co na rozgrzanie w zimnym i deszczowym początku lipca, krótka dyskusja z Dwójki o związkach między pornografią i gwałtami:

Jak wypali Cię Twa praca

W internetowej wersji największego hiszpańskiego czasopisma popularnonaukowego „Muy Interesante” przyciągnął kilka dni temu mą uwagę tytuł ¿Qué tipo de „trabajador quemado” eres? (dosł. Jakim typem „wypalonego pracownika” jesteś?). W artykule znalazłem m.in. wyniki świeżutkich badań nad typologią wypalenia zawodowego, które dadzą do myślenia nie tylko managerom i HR-owcom.

Czym jest wypalenie zawodowe, wie zapewne każdy pracownik z dłuższym stażem: fakt, iż po latach wykonywania tych samych zadań spada u niektórych osób motywacja do ich wykonywania (a same zadania, nawet jeśli były wcześniej lubiane, zaczynają coraz bardziej męczyć), zaobserwowano już w starożytności. Swoją drogą, do niedawna zjawisko zniechęcenia do pracy, jakiego ofiarą pada znaczna część pracowników ze stażem, postrzegano jako w miarę jednorodne. Przyjmowano, że wywołuje je przede wszystkim chroniczny stres, połączony z wyśrubowanymi celami, jakie na pracownika nakładają przełożeni. Ważną rolę miało też według badaczy odgrywać wyczerpującą codzienną komunikacją: bądź z klientami, bądź z przełożonymi i kolegami (dość wcześnie zauważono, że na wypalenie zawodowe bardziej narażeni są przedstawiciele zawodów, w których jest kontakt z ludźmi – sprzedawcy, nauczyciele, lekarze, managerowie – niż ci, którzy na ogół pracują we własnych czterech ścianach). I tyle.

Zespół naukowców, którym kierował Jesús Montero-Marín z Aragońskiego Instytutu Nauk o Zdrowiu (Instituto Aragonés de Ciencias de la Salud) pokazał, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Przede wszystkim Hiszpanie udowodnili, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z jednym typem wypalenia, ale przynajmniej z trzema, które nie tylko różnią się one etologią i objawami, ale i prawdopodobnie wymagają zupełnie innej terapii.

Montero-Marín i jego koledzy przebadali 409 losowo wybranych pracowników Uniwersytetu w Saragossie. Pytania o satysfakcję z pracy i powody jej braku pomogły zidentyfikować u badanych trzy typy wypalenia, powodowane przez trzy, częściowo wykluczające się zespoły czynników:

  1. brak lub niedostatek wyzwań i celów (typ underchallenged, zwany dalej urzędniczym),
  2. brak lub niedostatek czynników motywujących przy obecności wyzwań (typ worn-out – dosł. ‘zużyty’),
  3. nadmiar wyzwań i/lub czynników motywujących (typ frenetyczny).

Ze względów narracyjnych omówimy je poniżej w nieco zmienionej kolejności:

Nadmiar wyzwań (typ frenetyczny)

Hiszpanie ustalili, że u ludzi zmagających się z tym rodzajem wypalenia, mamy do czynienia i z obecnością wyzwań lub zadań, i z właściwą motywacją do ich wykonania (pracownik czuje, że jest dobrze opłacany). Problemem jest tu nadmiar obowiązków lub godzin pracy, z którymi człowiek nawet pracując na pełnych obrotach, po prostu się nie wyrabia. W ten sposób funduje sobie dodatkowy stres, który na dłuższą metę odbije mu się na zdrowiu, ale także na psychice.

Konsekwencje zdrowotne są łatwe do przewidzenia: po jakimś czasie przepracowany pracownik pada że zmęczenia, i to zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Pojawiają się kłopoty z zasypianiem, zapamiętywaniem, w gorszym scenariuszu również z krążeniem i sercem, oraz inne brzydkie przypadłości. Jeżeli praca polega na kontaktach z ludźmi (tak jak to ma miejsce np. w przypadku telemarketerów, przedstawicieli handlowych czy ogólnie pracowników obsługi klienta), może to zaowocować coraz większych cynizmem, chłodem i brakiem zaangażowania w komunikacji, co szybko odbija się na wynikach sprzedaży (casus handlowców) lub choćby na zadowoleniu klientów z komunikacji (przypadek urzędników tudzież pracowników administracji i biur obsługi klienta w prywatnych przedsiębiorstwach). Prędzej czy później albo mówi sobie stop i odchodzi do wolniejszej (względnie mniej psychicznie wyczerpującej) pracy, albo rozwija rozmaite zaburzenia psychosomatyczne. W najgorszym razie przedwcześnie schodzi na zawał.

W badaniu zespołu Montero-Marína wypalenie frenetyczne dotykało przede wszystkim pracowników badawczych i korelowało nie tyle z wynikami naukowymi czy publikacjami (pracownicy naukowi z europejskich uczelni rzadko kiedy wynagradzani są w zależności od wyników, w przeciwieństwie do ich amerykańskich kolegów, pracujących na akord robotnic w fabryce czy opłacanych z prowizji sprzedawców), ile z liczbą godzin spędzonych w pracy. Korelacja była tu prosta: ci, którzy spędzali w pracy więcej niż 40 godzin, notowali prawdopodobieństwo wypalenia się aż 6 razy większe niż ci, którzy pracowali 35 godzin lub mniej (pamiętajmy, że chodzi o Hiszpanię – kraj śródziemnomorski, czyli taki w którym obywatele z zasady się nie przepracowują, wiedząc doskonale, że nawet jeśli żyjąc na kredyt narobią długów, i tak Niemcy i inni Polacy spłacą ich długi). Przy okazji aragońscy naukowcy ustalili, że aragońscy naukowcy to ludzie niezwykle ambitni i urodzeni perfekcjoniści, któż bowiem inny sam z siebie pracowałby nad Ebro po 40 godzin tygodniowo?

Męczące nicnierobienie (typ urzędniczy)

Ze zrozumiałych względów wypalenie typu frenetycznego dotykało rzadziej pracowników administracji i sekretariatów. Co jednak wcale nie oznacza, by statystycznie byli oni bardziej zadowoleni ze swej pracy. Wypalali się jednak z zupełnie innego powodu, a mianowicie… z bezczynności. Okazuje się, że człowiek do poprawnego funkcjonowania potrzebuje jakich takich bodźców, celów i wyzwań, a praca, która ich nie zapewnia, może być – przynajmniej dla niektórych – równie frustrująca jak przysłowiowe galery.

W biurze czy sekretariacie człowiek się na ogół nie przemęcza, a mimo to wielu osobom taka praca szybko brzydnie. Spora część uniwersyteckich biurokratów skarżyła się wprost, że w ich pracy zieje nudą, i że brak bodźców na dłuższą metę bardzo ich wyczerpuje. Na pozór wydaje się to absurdalne, bo przecież we współczesnych biurach są na ogół komputery, więc w ostateczności można wyobrazić sobie, że pracownik administracji sam sobie takie bodźce skołuje… Z drugiej strony jednak, ileż można, gdy nie ma nic do roboty (a przesiedzieć 7 godzin za biureczkiem trzeba), grać w pasjansa czy wpatrywać się w profile innych urzędasów na Facebooku?

Wypalenie z bezczynności może jednak mieć nieco głębszą przyczynę niż nuda i brak wyzwań. Kiedy nic nie robisz albo się nudzisz, po pierwsze zaczynasz dość mocno odczuwać upływ czasu i koncentrować się na tym, zwłaszcza gdy masz na tyle rozumu, że widzisz, że czas przecieka ci przez palce i już dawno na tym stanowisku przestałeś/aś się rozwijać. Po drugie, prędzej czy później pojawiają się myśli o sensie egzystencji i nieuchronne (zwłaszcza dla większości humanistycznie wykształconych biurokratów) wnioski o braku takiego sensu. To zaś z definicji frustruje i wypala.

Brak motywacji (typ „zużyty”)

Trzeci zidentyfikowany typ wypalonych to ci niedocenieni. Co ciekawe, wcale nie chodzi tu o obiektywną wysokość pensji, czy liczbę ustnych pochwał, tylko o subiektywne poczucie pracownika, że od organizacji, dla której pracuje, dostaje tyle samo lub więcej niż sam jej z siebie daje.

Zresztą w samych zarobkach też bardzo często mamy do czynienia z punktami odniesienia. Badania pokazują, że ludzie postawieni przed wyborem dwóch opcji:
1) zarabiać 100 000 dolarów rocznie, podczas gdy cała reszta średnio zarabialiby 200 000 $ lub
2) zarabiać 50 000 dolarów rocznie w sytuacji, gdy inni średnio zarabialiby 25 000,
na ogół decydują się na pierwszą opcję. W efekcie możesz zarabiać kiepsko, ale czuć się zmotywowany (bo wszyscy wokół ciebie mają jeszcze gorzej) lub zarabiać świetnie, ale czuć się niedocenianym, gdy znacznie mniej przykładający się współpracownik dostaje awans i podwyżkę, na które liczyłeś.

Pracownik, który ma poczucie, że pracuje więcej niż inni i/lub zarabia mnie niż oni, szybko traci motywację do działania, i nawet jeśli wcześniej lubił dane miejsce pracy (ba, może nawet o nim marzył), teraz zaczyna go nienawidzić. Co, oczywiście, szybko odbija się na jego zaangażowaniu i wynikach, oraz na ogólnej satysfakcji z faktu, że pracuje na danym stanowisku.

Co znamienne, trzeci typ wypalenia dotyka nie tylko pracowników najemnych, ale ludzi, którzy bezinteresownie (lub interesownie) angażują się w niemal każdą działalność społeczną. Weźmy choćby takich blogerów. Na początku mają przeważnie wysoką motywację do pisania – nawet jeśli nikt ich nie tylko nie opłaca, ale nawet nie czyta – po jakimś czasie jednak zaczynają się schody. W miarę pisania blogujący zdobywa czytelników i komentatorów (w niektórych wypadkach, tak jak tutaj, także klientów), jeśli ci jednak się nie pojawią, zapał szybko zgaśnie. Ba, czasami zgaśnie nawet mimo ich pojawienia się, gdy człowiek dojdzie do wniosku, że czas i środki, jakie inwestuje w pisanie za darmo, nie przekładają się na wzrost dochodów, liczby partnerów seksualnych czy czegokolwiek, po co się pisze.

Co jeszcze?

Badania Hiszpanów nie ograniczyły się do ustalenia typologii. Badacze zidentyfikowali również główne czynniki ryzyka. Jednym z nich było wykształcenie badanego – lub jego zupełny brak. Zespół Montero-Marína znalazł bowiem bardzo ciekawą korelację: im bliżej człowiekowi pod względem wykształcenia było do średniej, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że się wypali zawodowo. Co więcej, zarówno wśród osób najlepiej, jak i najgorzej wykształconych dominował ten sam typ wypalenia: zużyty i niedoceniany.

Bliższe przyjrzenie się kwestionariuszom nie pozostawia wątpliwości co do pochodzenia tego wyniku. Osoby najmniej wykształcone często frustrowały się, gdyż ich praca nie była zbyt dobrze opłacana, na ogół nie miały też szans na awans. Osoby najlepiej wykształcone i o największych osiągnięciach miały z kolei poczucie, że w relację z uniwersytetem wkładają zbyt dużo (i otrzymują za to zbyt mało), co na dłuższą metę również rodziło frustrację.

Tyle na temat badań zespołu z Saragossy – jak czas pozwoli, już wkrótce wrócę do tematu, bo ciekawych artykułów w temacie ostatnio zatrzęsienie. W międzyczasie szerzej zainteresowanych problematyką zapraszam na trening z praktycznych metod radzenia sobie ze stresem i wypaleniem zawodowym, który poprowadzę w Warszawie już w najbliższy weekend.

Loża komentatorska, 27.06.2011

Loża komentatorska w TOK FM, w której zasiadłem dziś obok profesorów Andrzeja Zieniewicza i Tadeusza Cegielskiego.  Trzy tematy przewodnie: edukacja i bezrobocie wśród młodych ludzi (jak koreluje jedno z drugim, zwłaszcza jeśli porównujemy perspektywy studentów nauk matematyczno-przyrodniczych i brak perspektyw większości studentów nauk humanistycznych), rower w mieście (ze szczególnym uwzględnieniem Warszawy) oraz legalizacja małżeństw jednopłciowych (wzdrygam się przed określeniem „homoseksualne”, bo przecież nie trzeba być homoseksualistą, by brać ślub z osobą tej samej płci, podobnie, jak nie było dotąd wymogu bycia hetero, by móc się wiązać z osobą płci odmiennej) w Nowym Jorku tudzież jej wpływ na związki partnerskie nad Wisłą.

Merytorycznie najciekawsza chyba część pierwsza, za to najgorętsza – ostatnia (i to mimo że nie było tym razem na pokładzie profesora Turskiego*). Jak zwykle zapraszam do wysłuchania całości:


* – Kto nie słyszał do tej pory gorącej wymiany zdań, jaką akurat rok temu zaliczyłem w tym samym programie z prof. Turskim na temat prawa gejów i lesbijek do chodzenia w paradach i wstępowania w prawnie usankcjonowane związki (a o której wówczas jakoś nie było czasu ani motywacji napisać), ma dziś szczęście, bo zebrało mi się na grzebanie w domowym archiwum:

Jak się robi lobbing w Stanach

Co fundusze spekulacyjne mają wspólnego z małżeństwami osób tej samej płci? Ano, wydawałoby się, że niewiele, chyba że mówimy o Nowym Jorku i zawiłościach tamtejszego lobbingu.

Dla ustalenia uwagi: w piątek wieczorem zdominowany przez Republikanów Senat stanu Nowy Jork (nie mylić z miastem Nowy Jork, które nie jest zresztą nawet jego stolicą) zgodził się, by pary tej samej płci mogły zawierać na terenie stanu związki małżeńskie. Co ciekawe, małżeństwa jednopłciowe już wcześniej były w New York State uznawane (przynajmniej przez część instytucji), by je zawrzeć musieli nowojorczycy jednak fatygować się do pobliskiej Kanady lub sąsiednich stanów: Massachusetts, Connecticut lub Vermontu. Decyzja ustawodawców uprości więc homoseksualnym nowojorczykom życie, ale tylko trochę – jej prawdziwe znaczenie tkwi jednak w sferze propagandowej. Dwudziestomilionowy Nowy Jork będzie największym stanem, w którym zalegalizowano gay marriage, co więcej, pierwszym, w którym dokonała tego instytucja kontrolowana przez Partię Republikańską.

Republikanie i geje – te słowa na co dzień w Ameryce nie idą w parze. Na Partię Republikańską od lat 60-tych głosują (oprócz zainteresowanego niskimi podatkami biznesu) środowiska religijne i konserwatywne, mało otwarte na odmienności Południe i ceniący tradycję mieszkańcy tzw. Pasa Biblijnego. Otwarci na inności (także seksualne) i niezbyt przywiązani do tradycyjnych wartości mieszkańcy wielkich miast to naturalny elektorat Demokratów, na których też – jak wskazują sondaże – głosuje ponad 80 proc. osób deklarujących się jako homoseksualne.

Po prawdzie, w ostatecznym głosowaniu za ustawą przyznającą gejom i lesbijkom prawo do zawarcia małżeństwa opowiedziało się tylko 4 na 32 Republikanów (i 29 na 30 Demokratów), to jednak Republikanie w nowojorskim Senacie decydują o porządku obrad, czyli o tym, czy i jaka ustawa będzie głosowana. Kilka godzin wcześniej na tajnym konwencie republikańscy senatorzy na takie wotum nie tylko się zgodzili, ale najwyraźniej sami wytypowali tych ze swoich kolegów, którzy dostarczą demokratycznemu gubernatorowi brakujących głosów. Ryzykujących sporo (nawet na nowojorskiej prowincji elektorat republikański bywa w kwestiach światopoglądowych dość konserwatywny) straceńców wybrano przede wszystkim spośród starszych senatorów, którzy i tak prawdopodobnie wkrótce zdecydują się na emeryturę.

Kluczem do wszystkiego pozostaje oczywiście lobbing – oraz negocjacyjne zdolności gubernatora Nowego Jorku. Od pół roku jest nim niezwykle popularny Demokrata Andrew Cuomo – człowiek nieukrywający sympatii dla postulatów równouprawnienia gejów i lesbijek. I jednocześnie wytrawny gracz polityczny, bez którego sprytu i zaangażowania kolejna, czwarta już próba legalizacji homomałżeństw w stanie skończyłaby się tak, jak poprzednie. Przypomnijmy: do tej pory krzykliwe protesty i nieudolne próby zastraszenia legislatorów przez aktywistów owocowały w Senacie kolejnymi przegranymi głosowaniami – i to nawet w 2009, gdy w wyższej izbie nowojorskiego parlamentu rządzili Demokraci.

Gubernator Cuomo podszedł do sprawy w sposób metodyczny i profesjonalny. Jak donosi dziś Boston Globe, kilka tygodni temu w sali konferencyjnej na 35. piętrze jednego z wieżowców na Manhattanie, doszło do utajnionego (wówczas) spotkania dwóch najbardziej zaufanych doradców gubernatora z kluczowymi sponsorami Partii Republikańskiej. Na honorowych miejscach zasiedli właściciele i szefowie wiodących nowojorskich funduszy hedgingowych: Paul Singer (właściciel Elliot Associates, swego czasu jeden z głównych sponsorów kampanii George’a W. Busha i Rudy’ego Giullianiego), Dan Loeb (szef Third Point LLC), Steven A. Cohen (manager i założyciel SAC Capital Advisors) oraz Cliff Asness (managing partner AQR Capital):

Over tuna and turkey sandwiches, the advisers explained that New York’s Democratic governor was determined to legalize same-sex marriage and would deliver every possible Senate vote from his own party. (…)
The billionaire Paul Singer, whose son is gay, joined by the hedge fund managers Cliff Asness and Dan Loeb — had the influence and the money to insulate nervous senators from conservative backlash if they supported the marriage measure. (…)
Within days, the wealthy Republicans sent back word: They were on board. Each of them cut six-figure checks to the lobbying campaign that eventually totaled more than $1 million.

Gdy już zapewniono pieniądze na prawicowych senatorów (nie wnikamy w tym miejscu, co – oprócz faktu, że syn Singera będzie mógł wziąć ślub – właściciele funduszy hedgingowych dostali od gubernatora za przyciśnięcie swoich politycznych pupili), pozostało uciszyć organizacje gejowskie, by nie zepsuły misternej układanki jakimś nieprzemyślanym aktywizmem. A właściwie nie pozostało, bo akurat tym przezorny gubernator zajął się już wcześniej:

Cuomo was diplomatic but candid with gay-rights advocates in early March when he summoned them to the Capitol.
The advocates had contributed to the defeat of same-sex marriage in 2009, he told them, with their rampant infighting and disorganization. This time around, the lobbying had to be done the Cuomo way: with meticulous, top-down coordination. “I will be personally involved,’’ he said.
The gay-rights advocates agreed, or at least acquiesced. Five groups merged, hired a prominent lobbying firm with ties to Cuomo’s office, and gave themselves a new name: New Yorkers United for Marriage.

Jak widzimy, rzutki gubernator nie tylko dopiął swego, ale i pozwolił zarobić: i najbliższym, i nawet swym politycznym przeciwnikom. W efekcie wszyscy (poza marudzącym arcybiskupem Nowego Jorku, którego widać w pośpiechu w dealu pominięto, i paroma lokalnymi grupkami homofobów, którym dogodziłoby tylko wybicie wszystkich gejów) są szczęśliwi, a większość niedługo będzie też szczęśliwie zaślubiona.

—-

Post dedykuję tym z naszych aktywistów LGBT, którzy wierzą, że do legalizacji związków partnerskich da się dojść wyłącznie maszerując na paradach.

Stadiony jak z „Misia”

Cała Polska buduje stadiony – donosi dziś Rzeczpospolita, a Gazeta Wyborcza wtóruje z uniesieniem: Budujemy najwięcej w historii. I w rzeczy samej, przez ostatnie pięć lat (z)budowano lub (wy)remontowano w Polsce 65 takich obiektów, w tym droższy od wielu zachodnich stadionów olimpijskich Stadion Narodowy (pełny koszt szacuje się na 2 miliardy złotych), stadion Legii (pół miliarda), podarowany przez władze stolicy prezesowi zaprzyjaźnionej telewizji, oraz – uwaga! – stadion na 600 osób, wybudowany przez lokalne władze w 4-tysięcznym Potworowie.

Informację o pędzie władz centralnych i samorządowych do wydawania zabranym obywatelom miliardów na obiekty sportowe dostajemy w tym samym czasie, gdy polski dług publiczny przekroczył 20 tysięcy złotych na mieszkańca (wliczając emerytów i niemowlęta; jeśli liczyć tylko tych, co naprawdę płacą w Polsce PITy i ZUSy, wyjdzie ponad 50 tys. na głowę); w tym samym czasie, gdy rząd ogłasza, że do 2015 nie powstanie w Polsce już ani kawałek autostrady, bo skończyły się fundusze (czyżby powoli przestawali nam pożyczać?); wreszcie w tym samym czasie, gdy Donald Tusk osobiście wypowiada wojnę kibicom i zamyka już stojące stadiony, gdyż policja nie potrafi poradzić sobie z garstką chuliganów.

Ktoś by spytał: jaki sens ma wznoszenie i otwieranie nowych stadionów w sytuacji, gdy najwyraźniej jest ich tak dużo, że władza nie nadąża z ich zamykaniem? Nie mówiąc już o zasadności budowy komercyjnych ośrodków sportowych przez państwo, którego nie stać na położenie do nich już zupełnie niekomercyjnej drogi. Niestety, w kraju, w którym uprawianie polityki na ogół sprowadza się do głośnych publicznych pyskówek z oponentami i cichego (ba, często w porozumieniu z tymiż oponentami) wyprowadzania publicznej kasy na inwestycje może nie zawsze uzasadnione, ale zawsze realizowane przez zaprzyjaźnione firmy, nikt o takie rzeczy jakoś nie pyta. A jak już ktoś zapyta, odpowiada mu się, powtarzając niczym mantrę wyraz: Euro!

Tak, budujemy i remontujemy na Euro 2012. Nawet stadiony, na których w ramach rozgrywek nie będzie żadnego meczu, nawet Orliki. Budujemy, bo chcemy się pokazać – Rysiu z Misia powiedziałby, że to stadiony na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym stadionami? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to jest nasze, przez nas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Absurdalne to wszystko i żałosne. Za imprezy, takie jak Euro czy Igrzyska Olimpijskie, na ogół zabierają się kraje, które i bez takiego wydarzenia mają się czym pochwalić. Rozgrywki, o których przez kilka tygodni szumią media całego świata lub choćby kontynentu, to taki teaser – przyjedźcie, ludzie, i zobaczcie, jak u nas fajnie. A nuż wam się spodoba i powrócicie – albo przynajmniej opowiecie o nas swoim znajomym, i oni do nas zajrzą.

Ta bardzo skuteczna strategia marketingowa ma pewne ograniczenie – by ją efektywnie stosować, trzeba być krajem atrakcyjnym dla turystów (co najwyżej zapoznanym, lub jeszcze nieznanym) i przygotowanym na ich przyjęcie. Dlatego, jak już rzekłem, najczęściej organizacji przedsięwzięć tego typu podejmują się nacje posiadające odpowiednią infrastrukturę (oraz szereg innych niż stadiony atrakcji), a nie państwa, które infrastruktury nie mają (o atrakcjach nie wspomnę), a do organizowania rwą się w nadziei, że to je zmobilizuje do jej wybudowania. Jak pokazał nasz przykład, sama mobilizacja (i gigantyczne fundusze wyciśnięte z ludności) nie wystarczy, jeśli decyzje, w co inwestować, nie zostaną podjęte z głową.

W Polsce już chyba nikt się nie łudzi, że kibice z Zachodu, którzy zobaczą odpicowany Stadion Narodowy (jeżeli oczywiście jakoś do niego dotrą przepełnioną i rozklekotaną kolejką średnicową – ulice będą przecież, jak to w stolicy, w korkach, tramwaje zapewne też staną, a z metrem Hanna Gronkiewicz-Waltz troszkę się nie wyrobiła…), w otoczeniu pamiętających przejście Armii Czerwonej (i często od tamtego czasu nieremontowanych) pereł architektonicznych prawobrzeżnej Warszawy, kiedykolwiek tu wrócą. Ba, można mieć pewność, że gdy goście zobaczą te polskie atrakcje (a jak przyjdą upały, także poczują w ulicznym korku lub dusznym tramwaju), nie tylko ich noga więcej nad Wisłą nie postanie, lecz i własnych ziomków przed nami ostrzegą. W efekcie z negatywnym turystycznym pi-arem, jaki zafunduje sobie Polska, zmagać się będą jeszcze nasze wnuki.

Fundusze, które przeznaczamy na Euro, to pieniądze (w najlepszym razie) wyrzucone w błoto, i nikt, kto je dzielił i podejmował decyzje o inwestycjach, zapewne nie ma już dziś co do tego wątpliwości. Prawdopodobnie nie miał ich już w chwili dzielenia. Niestety, jak to w naszym kraju, w całym tym przedsięwzięciu nie szło o uczynienie z Polski miejsca atrakcyjnego dla turystów, tylko o wyprowadzenie z kieszeni podatników kolejnych milionów. A swoją drogą, podatników, którzy dali się politykom po raz kolejny tak pięknie wydoić, też trudno żałować – czyż głupiec bowiem nie jest sam sobie winien?

Gdybyśmy jako kraj naprawdę chcieli się promować, budowalibyśmy obiekty może i tańsze, ale w świetnym otoczeniu i z doskonałą infrastrukturą. Najpierw powstałoby metro, następnie świetna dzielnica z atrakcjami i miejscem pod ewentualny stadion, a dopiero potem zaczęłyby się starania o organizację Euro. W idealnym świecie do wznoszenia tego wszystkiego zatrudnilibyśmy prywatne firmy (co by w dobie internetu przeszkadzało obywatelom nawet decyzje o przetargach zatwierdzać w referendum?), a nie urzędników i polityków; w mniej idealnym mielibyśmy przynajmniej urzędników i polityków, którzy kręciliby lody na inwestycjach innych niż słomiane.

Ale żyjemy w kraju (i świecie) Barei, w którym z miliardów wpompowanych Euro 2012 zostaną Polsce nie równe drogi czy nowe linie metra, tylko wypasione olbrzymy w odstręczających ruinach. Olbrzymy, które, gdy już przeminie piłkarska euforia, tradycyjnie zgniją sobie na świeżym powietrzu.

– I co się wtedy zrobi?
– Protokół zniszczenia.

Sojusz przeciw kofeinie

Kiedyś od zakazywania wszystkim wszystkiego był PiS i LPR, dziś, jak wiadomo, celuje w tym Platforma Obywatelska. Wystarczy wspomnieć, jak na przełomie września i października poprzedniego roku partia niestroniącego w swoim czasie od marihuany Donalda Tuska wygrała wojnę z dopalaczami. By tego dopiąć, w drodze ustawy (którą, żeby nie było, że tylko PO się czepiam, poparły wszystkie partie w parlamencie) zdelegalizowano w Polsce sprzedaż wszelkich artykułów spożywczych mogących mieć wpływ na psychikę człowieka. Czyli na dobrą sprawę również cukru, mleka i ziemniaków, szczęściem łaskawy rząd w stosunku do tych produktów zakazu chwilowo na obywatelach nie egzekwuje…

Z platformowego zwycięstwa nad dopalaczami niewiele wynikło poza ruiną kilkudziesięciu polskich przedsiębiorców, wzrostem bezrobocia (ktoś to wcześniej produkował, rozprowadzał i sprzedawał) i zmniejszonymi wpływami do budżetu (ale przecież rząd się wyżywił: gdy w budżecie zabrakło środków, podniosło się inne podatki). Pół roku po antydopalaczowej ustawie młodzi Polacy nadal kupują i konsumują wspomniane substancje, ale zarabiają już na tym Czesi, Niemcy i nieodprowadzająca podatków (chyba że politykom bezpośrednio w formie łapówek) mafia.

Zasług w zrujnowaniu małego, choć prężnie się rozwijającego sektora gospodarki pozazdrościli Platformie politycy SLD, którzy w okolicach pierwszego maja zgłosili pomysł, by zdelegalizować napoje energetyczne. Początkowo tylko dla osób poniżej 16 roku życia, a potem się zobaczy. Jeśli np. zakaz pozytywnie wpłynie na poziom bezrobocia (znaczy: powiększy go, w końcu ograniczenie konsumpcji produktu szybko spowoduje zmniejszenie się podaży, co – jak liczy Sojusz – w skali kraju powinno przyczynić się do utraty pracy przez przynajmniej kilka tysięcy osób), zakaz rozciągnie się na resztę populacji. W końcu trudno zaprzeczyć, że główny pobudzający składnik tych napojów – kofeina (pobudzającego działania tauryny na mózg do tej pory nie udało się nikomu udowodnić) – to niebezpieczny narkotyk, w działaniu swym podobny do kokainy i amfetaminy. I że w trybie pilnym trzeba ograniczyć szkody, jakie powoduje jego nadużywanie przez naszą niewinną dziatwę.

Nie wiadomo jeszcze, jaki kształt będzie miała ustawa i czy wymieni się w niej wszelkie zakazane marki i towary (ryzykowne rozwiązanie, bo producent zawsze może zmienić nazwę produktu i klasyfikację), czy też po prostu ograniczy dostęp dzieci i młodzieży (a po okresie próbnym również całej reszcie) do wszystkiego, co zawiera kofeinę. Drugie rozwiązanie, z definicji atrakcyjniejsze dla partii spadkobierców Bieruta i Gomułki (gwałtownie uderzyłoby w konsumpcję m.in. imperialistycznej kawy i kapitalistycznej Coca Coli), znajdzie zapewne większe uznanie w oczach i premiera, i lidera opozycji (wystarczy, by ktoś uświadomił tak Tuskowi, jak i Kaczyńskiemu, ile dodatkowych osób może dzięki takiej ustawie stracić pracę, powiększając pulę zależnych od polityków utrzymanków państwa), więc w sumie chyba można już biec robić zapasy

Zwłaszcza że w każdej chwili rządzący mogą sobie przypomnieć, że kawa, Red Bull i w ogóle wszystko, co zawiera kofeinę (która od tysięcy lat służy ludziom jako substancja psychotropowa, więc trochę produktów by się zebrało), teoretycznie już od października 2010 jest w Polsce nielegalne, i z dnia na dzień zacząć egzekwować prawo.

Sztuka siedzenia przy kasie

Za co kasjerki najczęściej obrywają od klientów i co powinno się robić, by było inaczej: