Los rzucił mnie wczoraj wieczorem do studia TVP info w buty jurora, oceniającego zachowanie w trakcie debaty i ogólne kompetencje perswazyjne kandydatów na przezydenta. Czasu na pełną ocenę miałem, jak to w telewizji, za mało, stąd też pomysł bardziej szczegółowego omówienia wystąpień Wielkiej Czwórki w tym miejscu:


Bronisław Komorowski był doskonale przygotowany. Casting na Cześnika w „Zemście 2” Wajdy, na który najwyraźniej powiedziano mu, że idzie, wygrałby w cuglach. Pełne opanowanie, składna dykcja, wyrazista mowa ciała, szybki refleks i celne kontry – wszystko to na nic się zdało, a może nawet przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego, w sytuacji, w której kandydat przez cały program grał zupełnie inną rolę, niż konkurenci.https://tomasz.lysakowski.eu/wp-admin/post.php?post=4839&action=trash&_wpnonce=cf7c93f26a

W przeciwieństwie do politycznych rywali Komorowski nie przyszedł na spokojną prezentację programów. Przyszedł na bitwę, i to co najmniej dziwaczną. Od czasów wynalezienia debat telewizyjnych utarło się, że w programach publicystycznych z udziałem polityków różnych opcji na ogół to opozycja atakuje. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele: najważniejszym jest fakt, że to rządzący przeważnie podejmują decyzje (w końcu rządzą), zatem to oni (a nie opozycja) za nie odpowiadają i muszą się z nich tłumaczyć pod ostrzałem przeciwników. Drugi ważny powód ma charakter językowy: jednym z synonimów bycia w opozycji jest krytykowanie. W naszej debacie wszystko było a rebours: kandydat partii rządzącej, praktycznie niezaczepiany (konkurenci epatowali spokojem i miłością), rozdawał ciosy na prawo (pierwsza połowa programu) i lewo (końcówka). Koalicjanta Pawlaka raczył oszczędzić, choć kto wie, czy gdyby debata trwała dłużej, nie dostałoby się i liderowi ludowców, choćby za wobec nominacji Marka Belki na szefa NBP. Za to już w pierwszych minutach debaty spektakularnie oberwał gospodarz imprezy – porównana do gniazda os telewizja publiczna.

Czy taka strategia, zaadaptowana w ostatniej chwili po coraz mniej przychylnych marszałkowi sondażach, pomoże Komorowskiemu? Bardzo wątpliwe. Weźmy choćby finałową tyradę o porozumieniu PiS-SLD z szantażem emocjonalnym (Barbara Blida) w tle. Na prawicy przypominanie o takich rzeczach głosów Kaczyńskiemu raczej nie odbierze, bo wyborcy PiS i ludzie skłaniający się do głosowania na Prezesa (tudzież spora część dawnych wyborców centrowych, zwłaszcza po Smoleńsku) nie od dziś uważają PO za znacznie większe zagrożenie dla Polski niż SLD. Większość z nich zaakceptuje każdy sojusz, nawet z postkomunistami (tak jak kiedyś zaakceptowali Leppera), jeżeli tylko jego owocem może być odsunięcie Platformy od władzy (lub choćby utrzymanie Platformy z dala od mediów publicznych).

Atak na Napieralskiego i pogadanka o męczeństwie Barbary Blidy miały z kolei dotrzeć do wyborców lewicy. Problem w tym, że wyborcom lewicy ideologicznie dość daleko od prokapitalistycznej w deklaracjach, konserwatywnej partii Gowina i Niesiołowskiego, wątpliwe więc, by masowo opuścili swego kandydata i przerzucili swe głosy na potomka kresowych hrabiów.


Jarosław Kaczyński – ocena dostateczna. Największy plus: mimo powtarzających się zaczepek, ani razu nie zaatakował Komorowskiego. Minusy: monotonny sposób mówienia, który – w połączeniu z niewielką wartością poznawczą tego, co mówił (bo, powiedzmy sobie szczerze, czego nowego dowiedzieliśmy się z debaty o byłym premierze?) – sprawiał, że słuchając kandydata człowiek po pewnym czasie po prostu wyłączał uwagę. Efekt pogłębiał język ciała – Kaczyński, jak zwykle na takich debatach, wyglądał na trochę osowiałego i wystraszonego. W najlepszej, jaką widziałem, analizie debaty Roman Manka-Wlodarczyk przypisuje ten efekt mowie ciała byłego premiera:

Wrażenie przekazu Kaczyńskiego pogarszała fatalna mimika. Nie potrafi „utrzymać twarzy”, nie umie „grać bez kamer” (paralela „gry bez piłki”), gdy mu się wydaje, że nie jest akurat na wizji. Poza tym nie pozbył się fatalnie pogarszającego wizerunek nawyku mlaskania. Gdyby w studiu znajdowała się publiczność PO, to po każdorazowym rozpoczęciu wypowiedzi przez Kaczyńskiego wybuchałby salwy śmiechu, zachowujące w dodatku pozory naturalnych, a nie podżeganych.

Mój werdykt: notowania Prezesa po debacie nie spadną, bo wyborcy PiS wielokrotnie już udowodnili, że przy urnach nie kierują się ani wyglądem kandydata, ani estetyką jego wypowiedzi. Kaczyńskiego kochają takim, jaki jest – i basta. Z drugiej strony, nie poraził były Premier ani argumentacją, ani charyzmą, ani językiem ciała, więc jeśli zanotuje po debacie pozytywne zmiany w sondażach, będzie to raczej wynikiem tego, jak zachowywał się jego główny konkurent.


Grzegorz Napieralski, jeden z dwóch drugoplanowych kandydatów, okazał się w takim układzie zwycięzcą debaty. Nie dlatego, że wypadł jakoś nadzwyczajnie, ale przede wszystkim dlatego, że wypadł normalnie. Czyli – jak zauważył na swoim blogu Piotr Matejczyk – o niebo lepiej niż ktokolwiek się spodziewał.

Zwycięstwo to szef SLD zawdzięcza prawdopodobnie przede wszystkim wytężonej pracy – każdy szczegół jego zachowania w trakcie programu wydawał się starannie przećwiczony i dopracowany – kandydat wydawał się lepiej przygotowany, niż Tusk w debacie w 2007. Roman Mańka-Włodarczyk wyliczył te szczegóły z robiącą wrażenie precyzją:

Napieralski wygrał w wymiarze wizerunkowym, a ten właśnie aspekt przebije się najsilniej do świadomości społecznej. Każde zdanie rozpoczynał od konstatacji, posługiwał się przykładami z życia wziętymi (tak jak było w przypadku samochodu, który niedawno rejestrował), mówił ciepłym, spokojnym głosem, panował nad mimiką, dobrze akcentował wypowiedzi, w tych fragmentach, w których było to pożądane. Używał frazesów, operował na poziomie ogólników, czasami wygłaszał nawet truizmy, ale debatę (szczególnie gdy na odpowiedź jest minuta) tak właśnie trzeba rozgrywać.

Na mnie w tym wszystkim najlepsze wrażenie zrobiło wejście poświęcone zapłodnieniu in vitro i porywająca za serca argumentacja po linii: bezpłodność jest chorobą ludzie dotknięci nią cierpią – chorym należy pomagać – dopłacajmy do in vitro (bez wspominania, jak na lewicowego polityka przystało, z czyich kieszeni państwo na ten cel wyjmie pieniądze). W saloniku w TVP info, w którym przed wejściem do studia oglądaliśmy debatę w gronie polityków i ekspertów, Katarzyna Piekarska stwierdziła, że w swej małej mowie o in vitro Napieralski przesłodził. Moim zdaniem niekoniecznie – dobry polityk powinien być jak sprzedawca: mówić do klientów-wyborców językiem korzyści, cały czas pokazując, jaki zysk przyniesie im oddanie głosu właśnie na niego. Ludziom, dla których problem zapłodnienia in vitro jest ważny (bo np. starają się o dzieci tą drogą i chcą to zrobić jak najmniejszym kosztem, lub choćby dlatego, ze denerwuje ich pozycja, jaką w tej kwestii zajął Kościół katolicki), tylko Napieralski zaoferował jakąkolwiek korzyść. Owoce tej strategii zbierze za tydzień.


Waldemar Pawlak był przede wszystkim Waldemarem Pawlakiem. I choć wszyscy wiemy, że radzi sobie z tym znacznie lepiej niż w 1993, gdy po raz pierwszy jako premier zagościł na ekranach naszych telewizorów, na tle pozostałych kandydatów wypadł blado. Nie dlatego, że w tym, co mówił, było mniej konkretów lub więcej frazesów niż u rywali (tu miał naprawdę silną konkurencję) – problem w tym, że w przeciwieństwie do Kaczyńskiego czy Napieralskiego (nie wspominając o Komorowskim), wygłaszał swe oklepane banały jakby z pamięci, w sposób niemal beznamiętny (z jednym wyjątkiem: bon motu o siedzeniu na bagnetach – niestety, bez uściślenia, czy trzymanych poziomo, czy pionowo). Najgorszą krzywdę wyrządził jednak przewodniczącemu PSL marszałek Komorowski ani razu go nie atakując, na skutek czego większość widzów zapewne już w trakcie programu zapomniała, że Pawlak w ogóle jest w studiu.


Podsumowując, na preferencje Polaków wpływ tego, co się działo na debacie, nie będzie zbyt wielki. Kandydaci, może z wyjątkiem Napieralskiego (a i to tylko w ograniczonym, wizerunkowym zakresie) – niczym nie zdziwili. Żaden nie zaprezentował jakichkolwiek rewolucyjnych koncepcji, żaden nie wybiegł przed szereg (choć Komorowski próbował się kłócić), wszyscy w kluczowych dla funcjonowania państwa kwestiach uniknęli konkretów, a we wszystkich mniej kluczowych (powódź, Afganistan, wprowadzenie euro) osiągnęli mglisty konsensus (trzeba pomóc poszkodowanym, czym prędzej wycofać naszych żołnierzy i wprowadzić euro, gdy Polska będzie na to gotowa – czyli na święte nigdy). Różnice miały charakter nie merytoryczny, lecz warsztatowy (skrupulatne przygotowanie do roli Napieralskiego, rutynowa gra Kaczyńskiego i Pawlaka, improwizacja Komorowskiego). Które z technik aktorskich i metod ekspresji najlepiej się sprawdzą, zobaczymy już za tydzień.

Leave a Reply

avatar