Dziś kolejne trzy grosze o zdawaniu przez państwo egzaminu w kontekście Amber Gold – i w ogóle o zdawaniu przez nasze państwo jakichkolwiek egzaminów. Ostatni post poświęciłem temu, co nasze państwo (czyli w tym wypadku reprezentujący je KNF) robiło, by później zaprzyjaźnieni publicyści mogli powiedzieć, że egzamin zdało. Niewiele tego było, ale powtórzę tutaj: nawet gdyby KNF ostrzeżenia puszczał przed Wiadomościami i w przerwach meczów Euro, a prokuratura każdego osobnika z biznesową historią Marcina P. profilaktycznie wsadzała przy jakiejkolwiek próbie zarejestrowania spółki z o.o., naiwni i tak znaleźliby sposób, by się pozbyć pieniędzy. Choć przyznać trzeba, że może by się musieli nieco bardziej nad tym napracować.

Ale państwo, jego służby, policja, prokuratura i sądy, żadnego tego rodzaju egzaminu zdać nie próbowały. KNF mógł sobie po cichutku cośtam na Amber Gold skomleć, ale póki co nie jest on organem władnym zamknąć piramidę finansową lub jej szefa, a dla sędziów i prokuratorów, pochłoniętych zawiłościami sprawy mamy Madzi i narkotykowym biznesem psa Kory, wielokrotnie skazywany za oszustwa właściciel szemranej firmy nie był wystarczającym priorytetem. Głównie dlatego, że, jak teraz w przypływie szczerości wyznają, sprawa nie była wystarczająco medialna.

W efekcie dziś nawet wśród tzw. poważnych (czytaj: prorządowych) publicystów coraz więcej jest takich, którzy uważają, że coś jest na rzeczy, że nasze państwo egzaminu nie zdało. Być może dlatego, że wielu z nich ciągle wierzy, że państwo ma wobec obywateli pewne obowiązki, i że jednym z tych obowiązków jest dbanie o dobro własnych obywateli i ochrona zwykłych ludzi przed tymi, którzy mogą ich skrzywdzić, okraść lub oszukać. Ochrona, której wyrazem byłby np. nadzór nad instytucjami oferującymi usługi finansowe lub wsadzanie do więzień skazywanych prawomocnymi wyrokami oszustów-recydywistów.

Wiara ta, jak niemal każda wiara, jest idealistyczna i naiwna. Wystarczy szybka lektura pierwszej lepszej ustawy bądź obejrzenie 10 minut obrad Sejmu, by uświadomić sobie, że państwo polskie nie jest od tego by pilnować interesów obywateli czy chronić ich przed złodziejami czy oszustami – i nawet nie udaje, że jest. Oczywiście, od czasu do czasu policja złapie jakiegoś kieszonkowca lub małego dilera, jednak za prawdziwe afery i duże zorganizowane grupy przestępcze państwo na ogół zabiera się dopiero wtedy, gdy zaczynają zagrażać interesom rządzących lub tym, którym aktualnie rządzący siedzą w kieszeni. Czasami walka z jakimś złem zaczyna też opłacać się, kiedy jest większa afera medialna (i dzięki zdecydowanym krokom polityk może zarobić punkty u wyborców) lub gdy po prostu zbliżają się wybory. Tak czy owak, jeśli już zaczyna się działać, to nie po to, by zrobić dobrze zwykłym ludziom, tylko swoim. A jeśli zwykli ludzie tego nie rozumieją, ich problem.

Państwo polskie nie ma wobec swoich zwykłych obywateli żadnych obowiązków. I nie powinno to nikogo dziwić. Obowiązki można mieć wobec swego pracodawcy, właściciela lub suwerena, a w Polsce obywatele nie są dla państwa ani pierwszym, ani drugim, ani trzecim. Od czasów PRL (by nie rzec zaborów) obywatele są u nas co najwyżej własnością państwa – na tej samej zasadzie, na jakiej kury, kaczki i gęsi są własnością hodującego je rolnika. I na tej samej zasadzie, na której praszczur tego rolnika był własnością pana feudalnego.

Dość wspomnieć, że dziś obywatel nie może w Polsce dowolnie dysponować ani swoim ciałem, ani życiem, ani zdrowiem, zwłaszcza jeśli jego działanie może się skończyć dla „właściciela” stratą finansową. Dlatego np. państwo zakazuje narkotyków (zakłada się, że stosujący je obywatel może sam siebie uszkodzić, czyli zniszczyć własność państwa – a to już nie może być państwu obojętne). Z tych samych powodów obywatel nie może w Polsce legalnie i w asyście lekarzy popełnić samobójstwa, ba, nie może nawet (w przeciwieństwie do ponoć tak restrykcyjnego Iranu) sprzedać własnej nerki. Jedyne, co może, to uznać, że druga nerka nie będzie mu potrzebna, i nieodpłatnie zwrócić ją prawowitemu właścicielowi: państwowej służbie zdrowia.

Pojawia się tylko w tym wszystkim pytanie: kim lub czym tak właściwie jest państwo? Czy to jakiś abstrakt, konstrukt teoretyczny? A bynajmniej, toż trudno byłoby konstruktom posiadać własność. Za to określić, kim jest państwo, jest bardzo łatwo – wystarczy uświadomić sobie, kto tworzy jego struktury i czerpie bezpośrednie korzyści z jego istnienia.

Państwo to politycy, stojący za politykami oligarchowie oraz realizujący ich wolę urzędnicy. W tym sensie państwo jest jak spółka akcyjna – im więcej masz udziałów (wyżej stoisz na drabinie władzy i pieniądza), tym więcej masz do powiedzenia. Na szarym końcu hierarchii dziobania jest szary obywatel, którego o zdanie pyta się raz na cztery lata, dając mu tylko ograniczony wybór co do tego, której z kilku walczących o kontrolę nad państwem mafii polityczno-biznesowo-urzędniczych chce się dawać okradać przez następne lata.

Obywatele mają w Polsce multum obowiązków względem państwa (na czele z oddawaniem mu – w ramach PIT-ów, VAT-ów, akcyz i składek na ZUS – do 80 procent pieniędzy, którymi dysponują) i żadnych praw, poza tymi nielicznymi, które państwo wielkodusznie im przyznało lub jeszcze nie zdążyło ograniczyć. Te prawa może państwo, jeśli zechce, teoretycznie z dnia na dzień obywatelom zabrać. A wszystko w zgodzie z prawem, które państwo samo wcześniej uchwaliło.

Oczywiście, czasami obywatele nie godzą się na zbyt nagłe lub drastyczne ograniczenie swych praw (bądź zwiększenie wyzysku w formie podatków) i zaczynają masowo protestować. Niekiedy nawet, jak przy okazji próby wprowadzenia w Polsce ACTA, takie protesty są w stanie przekonać decydentów, że dla kilku milionów od wytwórni filmowych nie warto ryzykować stołków – i łączącego się z nimi dostępu do miliardów, które zdziera się z obywateli w podatkach. Przy okazji Amber Gold państwo jednak takich dylematów nie miało – klientów firmy od początku było kilka rzędów wielkości mniej, niż osób wymieniających w Polsce pliki w sieci.

Dlatego można powiedzieć, że w kontekście Amber Gold państwo zdało swój egzamin doskonale. Działania reprezentujących je instytucji – sądów, policji, prokuratury – pozwoliły firmie z Gdańska przetransferować dodatkowe pieniądze z kieszeni zwykłych obywateli do kieszeni polityków, dzieci polityków, biznesmenów stojących za politykami, zaprzyjaźnionych ludzi Kościoła i artystów kręcących filmy o politykach. I najlepsze w tym wszystkim: portfele mogły pęcznieć bez pi-arowskich kłopotów i kontrowersji, które towarzyszyłyby przepychaniu w Sejmie równie lukratywnego dla zainteresowanych nowego podatku!

Naprawdę, trudno wyobrazić sobie lepiej zdany egzamin.

5
Leave a Reply

avatar
2 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Adrian StrójwąsTomasz ŁysakowskiRobertP Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
RobertP
Gość
RobertP

Zapomniałeś o jeszcze jednym aspekcie kontroli na ciałem obywatela, tak prosty zabieg jak podwiązanie nasieniowodów czy ciut bardziej skomplikowane podwiązanie jajowodów jest wykonalne tylko poza granicami IV RP. Choćbyś miał pięcioro dzieci, 50 lat i podpisał wszystkie zgody – jedź do Niemiec.

Adrian Strójwąs
Gość

Moim zdaniem jako wolnościowca, sprawa wygląda minimalnie inaczej. Abstrahując od faktu, iż mieszkaniec Polski jest własnością Rządu, uważam, że każdy człowiek może robić ze swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi co chce. Jeżeli chce może je trzymać w skarpecie w domu, jeżeli chce może je przepić i jeżeli chce może je lokować w dowolnych banku/parabanku.
Inna sprawa, że Amber Gold posiadał majątek równy 10% (poprawcie mnie jeżeli się mylę) powierzonych im pieniędzy. W sytuacji gdyby wszyscy kliencie jakiegokolwiek legalnie działającego banku przyszli odebrać swoje pieniądze to nie posiadałby on nawet tych 10%.