Szef NATO o korzeniach ekologii

Niewątpliwie dobrym skutkiem ukraińskiej awantury ostatnich miesięcy jest fakt, że zachodnia publika powoli zaczyna dostrzegać rzeczywistą aktywność Rosji w Europie. W efekcie lokalne elity coraz mocniej czują, że już można mówić to, co naprawdę wiedzą i myślą o szemranych interesach rosyjskich służb i ich powiązaniach biznesowo-politycznych na wschód od Bugu czy Odry. Wczoraj poczuł to najwyraźniej nawet były premier Danii i aktualny sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen:

Rosyjscy agenci angażują się w tajną współpracę z organizacjami ochrony środowiska na Zachodzie, by przez akcję dezinformacyjną podkopać plany rozwoju alternatywnych źródeł energii – oświadczył w Londynie Rasmussen.

Podczas wystąpienia w Chatham House, jednym z ważniejszych na świecie think tanków zajmujących się badaniem stosunków międzynarodowych, Rasmussen stwierdził, że w interesie Rosji jest utrzymanie zależności Europy Zachodniej od rosyjskiego gazu i sabotowanie prac nad eksploatacją gazu łupkowego. Akcję dezinformacyjną nazwał „wyrafinowaną”.

– Niektórzy członkowie Sojuszu mówią mi na spotkaniach, że w ramach wyrafinowanej operacji informacyjnej i dezinformacyjnej, Rosja aktywnie zaangażowała się w działalność pozarządowych organizacji środowiskowych przeciwnych eksploatacji gazu łupkowego, by utrzymać zależność Europy od gazu importowanego z Rosji. Tak odbieram, co mi mówią – powiedział Rasmussen, którego cytuje m.in. dziennik „Financial Times” w swoim wydaniu internetowym. (…)

– Większa niezależność energetyczna oznacza lepsze funkcjonowanie europejskiego rynku energetycznego tak, by żaden pojedynczy dostawca nie mógł zaszantażować któregoś rządu – podkreślił sekretarz generalny NATO.

Słowa mocne, choć zastanawiam się, po co dokładnie wypowiadane. Rosjanom trudno się dziwić, że bronią swojego rynku surowców i wiążących się z tym interesów, także wykorzystując panującą na Zachodzie polityczną poprawność (której częścią jest myślenie „ekologiczne”) i naiwność elektoratu państw zachodnich (o swój elektorat martwić się nie muszą, bo Rosja demokracją nie jest). Co więcej, jest jasne, że Putin z kumplami takiej wypowiedzi ani trochę się nie przestraszą. Unia i NATO już przy okazji Ukrainy pokazały, że brakuje im realnych środków nacisku na Rosję (lub, jak chcą niektórzy, środki są, ale brakuje woli ich użycia). Jeszcze bardziej jasne jest to, że zarówno Moskwa, jak i ekolodzy wszystkiego się wyprą.

Rzeczywiście, ci drudzy nie czekali długo z reakcją na słowa sekretarza:

Organizacje Greenpeace i Friends of the Earth zdecydowanie odcięły się od wypowiedzi Rasmussena.

Rzecznik pierwszej z nich przypomniał, że w ubiegłym roku rosyjskie służby aresztowały aktywistów Greenpeace’u protestujących przeciwko wierceniom w Arktyce, grożąc im surowymi karami za rzekome piractwo na morzu.

Ciekawa argumentacja (nie możemy być finansowani przez ruskich, bo Rosja nas u siebie tępi jak robactwo), dowodząca absurdalnej wręcz nieznajomości historii. Otóż od zarania dziejów mocarstwa chętnie i czynnie wspierały u sąsiadów to, z czym walczyły u siebie. Przypomnijmy tylko kardynała Richelieu, w tym samym czasie wspomagającego niemieckich protestantów w wojnie trzydziestoletniej i oblegającego swoich hugenotów w La Rochelle, Katarzynę II broniącą demokracji szlacheckiej w Polsce, Niemców w czasie I wojny światowej instalujących Lenina w Petersburgu, sowieckie poparcie dla obrońców praw człowieka na Zachodzie czy wreszcie samego Putina, który po zrównaniu z ziemią połowy Czeczenii wsparł separatystów w Gruzji i na Ukrainie. Temu, co wygadują ludzie z Greenpeace, trudno się jednak dziwić, gdyż jak długo żyje, tak nigdy nie widziałem na oczy ekologa orientującego się w historii czy geopolityce.

Wracając do słów Rasmussena, z punktu widzenie Europejczyka najsmutniejszy jest fakt, że pozostaną tylko słowami. Co by Rosja na Zachodzie nie wyprawiała, Hollandowi, Cameronowi czy Obamie daleko do Poroszenki, dlatego państwa zachodnie raczej nie odpowiedzą w najbliższym czasie adekwatnie do środków, które stosuje Putin ze współpracownikami.

Szefowi NATO pozostaje więc publicznie załamywać ręce, zamiast razem z Amerykanami przejść do jakiejś kontrofensywy, niekoniecznie gospodarczej i najlepiej również niejawnej. Bo od samego gadania nie ubędzie ani rosyjskich szpionów, ani agitowanych przez nich pożytecznych idiotów, nie zmniejszy się też ilość akcji protestacyjnych wymierzonych we wszystko, co zagraża gazowym interesom Rosji. Mając nawet lepsze karty, trudno wygrać rozgrywkę, w której twój konkurent otwarcie kantuje, a ty zamiast obić mu pysk tylko od czasu do czasu się poskarżysz, ale twardo grasz dalej.

Kto złapał króliczka Donalda

Najgorętsze Boże Ciało w historii polskiej polityki jeszcze się nie skończyło, a w sieci już mnożą teorie na temat tego, komu zawdzięczamy to gwałtowne ocieplenie klimatu nad Wisłą. Większość z nich dość absurdalna (jak pamiętamy, pierwszym kandydatem na masterminda całej afery był Kwaśniewski, przynajmniej dopóki Wprost nie ogłosiło, że i na niego są taśmy), ale, gdy się pogrzebie (i poczyta) głębiej, ukazują się człowiekowi prawdziwe perełki. Jedną z nich znalazłem w komentarzu pod wpisem Operacja „Płemieł” na blogu Romana Zaleskiego:

Tuska nie obalają Rosjanie. Tuska obala kompletnie nowy gracz i nikt nie wie kto to. Czy myśli Pan, że wczorajsza akcja we WPROST odbyła się bez zgody Tuska? Bzdura. A ponieważ Premier nie jest idiotą to zagrał wczoraj z premedytacją, ryzykując wszystko i padł, bo politycznie jest już trupem. Dlaczego zaryzykował? Bo nie wie kto do niego strzela! Wczorajsze działania i dzisiejsze apele „ujawnijcie się” to rozpaczliwa próba zidentyfikowania zagrożenia. Tego kto faktycznie odpalił tą bombę atomową nie wie też Komorowski o czym świadczy popłoch i dezorientacja starej udecji. A zatem to zaden stary gracz, bo gdyby to byli Rosjanie, Niemcy, Amerykanie czy Żydzi to Tusk wiedziałby do kogo pójść i zbadać czego chce. A tu nie może. Ktoś przyszpilił go tak, że nie ma jak się bronić – pójdzie w jakąś „narrację” – to zaraz ta narracja zostanie zniszczona nową taśmą. Jaki stąd wniosek?

Pojawił się w Polsce nowy gracz – nierozpoznany przez wszystkich dotychczasowych uczestników gry, którego cele są niejasne i któremu jest obojętne kto będzie rządził, bo na nową ekipę też ma taśmy.

Nie podejmuję się okreslić kto to, ale sposób przeprowadzenia dekompozycji sceny politycznej, którą wszystkie nasze domorosłae autorytety określały mianem „zabetonowanej”, wskazuje na pewne kierunki.

Autor tych słów, czytelnik o nicku Kelkeszos, jasno wskazuje, kogo ma na myśli w jednym z kolejnych komentarzy:

Amerykanie takie sprawy załatwiają kompletnie inaczej. Belka przypominam był z ich nadania imperatorem w Iraku, to pewnie go przewiskali na wszystkie strony i dalej reprezentuje ich interesy, zresztą samo spotkanie z Sienkiewiczem wyglądało jak spotkanie rezydentów wywiadów. Milera jak chcieli wygrac przetarg na F 16 usadzili sprawą Papały i Mazurem, tak że nawet nie pisnął. To kompletnie inny styl.

A np. Chińczycy? Chcieli budować autostrady – dupa! Chcieli wygrać przetarg na dostawę autobusów dla Warszawy – dupa! Ze Stalową Wolą też dupa! Może się w końcu zdenerwowali. To bardzo poważny kraj i ma bardzo poważne interesy.

Trop chiński brzmi interesująco, zwłaszcza w zestawieniu z wyczerpującą analizą aktualnej aktywności Chińczyków na terenie Rosji, Ukrainy i Kazachstanu, opublikowaną kilka dni temu na blogu Maczeta Ockhama. Kto ma chwilkę czasu, temu polecam cały tekst, dla naszych potrzeb wystarczy jednak streścić jedną z jego głównych myśli: otóż Chiny planują w najbliższym czasie dodatkowo zwiększyć swe możliwości eksportowe, budując lub rozbudowując strategiczne linie kolejowe, które połączą (lub pomogą połączyć) Państwo Środka z głównymi odbiorcami produkowanych w nim dóbr: USA, Singapurem, basenem Morza Śródziemnego i Europą Zachodnią. Ostatnia z wymienionych linii (konkurencyjna wobec już istniejącej i kontrolowanej przez Rosjan kolei transsyberyjskiej) planowana jest przez Kazachstan, południową Rosję, Ukrainę i Polskę, ewentualnie przez Kazachstan, Moskwę, Białoruś i Polskę. Bez względu na to, który wariant zwycięży, główny punkt przeładunkowy będzie w Sławkowie, gdzie, jak zauważa autor analizy, już istnieje tor o rosyjskim rozstawie dociągnięty do okolic połączonych z zachodnia siecią autostrad.

Reszta artykułu jest o tym, jak to kontrolowany przez państwo chiński biznes (do spółki z bardzo zainteresowanymi tym wszystkim Niemcami) powoli infiltruje i uzależnia od siebie kolejne kraje nowego Jedwabnego Szlaku. Przy okazji nie sposób nie zauważyć, jaką wspaniałą okazją do pacyfikacji usiłującej do niedawna stawiać warunki Rosji stał się dla Chińczyków kryzys ukraiński i wynikająca z niego międzynarodowa izolacja Kremla.

Trudno wykluczyć, że podobny scenariusz realizowany jest właśnie w odniesieniu do Polski, jednak jeśli ma to rzeczywiście miejsce, raczej nie przeczytamy o tym w Wyborczej, Rzeczpospolitej, czy nawet Wprost (w przeciwieństwie do CIA, Chińczycy takimi sukcesami niechętnie się chwalą, a dziennikarstwo śledcze zaczyna się w RP tam, gdzie ktoś redakcji łaskawie podrzuci nagranie). Wystarczy jednak poczekać jakieś pół roku i zobaczyć, kto zacznie wygrywać państwowe przetargi.

Homilia Leszka Millera na procesji SLD

W nawiązaniu do wpisu Europejski Dzień Bezrobocia, mniej więcej o tym samym (i z tej samej okazji) przyszło mi się wypowiadać dziś w TVP Info. Punktem wyjścia był tym razem Leszek Miller na dorocznym pikniku aktywistów SLD i OPZZ, gardłujący m.in. za wyższymi płacami i wyższymi emeryturami (czy żaden lewicowy polityk nie zauważa, że jedno wyklucza drugie – w końcu składka na ZUS jest daniną, która w największym stopniu obniża realną płacę przeciętnemu pracującemu Polakowi). By nie było jednak nadmiernego znęcania się nad jedynym premierem III RP, który chciał wprowadzić podatek liniowy, szybko przeszedłem w dyskusji do dokonań aktualnego, ponoć bardziej liberalnego rządu Tuska, który mimo prorynkowego PR nie tylko nie pali się do obniżania kosztów pracy czy innych podatków, ale i je regularnie podwyższa (by wspomnieć choćby pełzające podwyżki VAT od 2011, czy podnoszony co roku haracz „ZUS dla przedsiębiorców” – minimalny to już ponad 1025 zł miesięcznie – jaki płaci się za przyjemność prowadzenia firmy w Polsce). A Polacy, jak widać w kolejnych wygrywanych przez PO wyborach, cieszą się z tego równie mocno, jak z niskich płac i coraz wyższych podatków:

Europejski Dzień Bezrobocia

W ramach uczczenia 1 maja Eurostat wypuścił właśnie najświeższe statystyki na temat rynku pracy w UE i strefie euro. Wynika z nich jednoznacznie: tegoroczną majówkę Unia Europejska przywita rekordowym bezrobociem. Dość wspomnieć, że w Hiszpanii i Grecji pracy nie ma już blisko 30 proc. mogących pracować obywateli. Najbardziej tragicznie jest wśród młodych do 25 roku życia: w Grecji bezrobocie w tej grupie wynosi 59 proc., w Hiszpanii – 56 proc., we Włoszech i w Portugalii – 38 proc. Niewiele lepiej wygląda życie w raju Tuska i Rostowskiego, gdzie za sprawą niekompetencji rządzących (i wciąż rosnących podatków!) bezrobotny jest już co trzeci młody Polak.

Wyjaśnijmy sobie prosto: jedynym znanym światu rozwiązaniem problemu bezrobocia jest produkowanie tego, co ktoś chce kupić, za cenę, którą ten ktoś chce zapłacić (i przez „ktosia” rozumiem rzeczywistego konsumenta, a nie eurobiurwę czy innego urzędnika, który płaci nieswoimi pieniędzmi za coś, z czego być może nikt nie będzie korzystał, lub co, jeśli ktoś zacznie z tego korzystać, rozleci się szybciej niż polska droga ekspresowa). Dlatego Niemcy, Austriacy, Holendrzy, Japończycy i Amerykanie mają tylko jednocyfrowe bezrobocie: produkują rzeczy, które reszta świata chce u siebie mieć (w przypadku Amerykanów równiez walutę, w której znaczna część świata oszczędza i płaci). Dzięki produkcji tego, co naprawdę ludziom potrzebne, w XVIII i XIX wieku zbudowano w krajach Zachodu kapitalizm, dzięki czemu dziś może tam istnieć państwo dobrobytu. Za sprawą tego samego podejścia w ciągu ostatnich dwóch-trzech dekad rosła jak na drożdżach gospodarka Chin. Wystarczyło produkować.

Wbrew obiegowym opiniom (i temu, co głoszą różne oświecone autorytety z ulicy Wiejskiej i miasta Brukseli), nie ma innej drogi. Nie da się bezrobocia zwalczyć poprzez zaklęcia rządzących, zakazywanie pracodawcom zatrudniania ludzi w taki lub inny sposób (czy nikt we władzach Solidarności nie rozumie, że eliminacja umów „śmieciowych” wywinduje nam bezrobocie wśród młodych przynajmniej do poziomu greckiego?) bądź zabieranie pracującemu obywatelowi pieniędzy (za które, gdyby rząd mu je zostawił, mógłby ów obywatel kupić sobie coś, czego produkcja zmniejszyłaby bezrobocie) na kolejne centralnie sterowane programy „walki z bezrobociem”. Żaden pozbawiony chęci działania bezrobotny nie stanie się odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą tylko dlatego, że Unia lub urząd pracy dali mu kilkadziesiąt tysięcy na założenie firmy (choć na pewno paru przyszłych wybitnych przedsiębiorców też takie dotacje weźmie – jednak ich przedsięwzięcia prawdopodobnie i bez tego osiągnęłyby rentowność, najwyżej ciut później).

Tymczasem mnóstwo rzeczywistych pomysłów biznesowych, które w Stanach lub Azji Wschodniej dałyby pracę dziesiątkom lub setkom ludzi, w Polsce po prostu nie ma szans. Już na starcie zduszą je składki na ZUS, wysokie podatki (walka urzędników z bezrobociem słono kosztuje), sztywny kodeks pracy i wszechobecna biurokracja.

Kołtun polski i kasa z Brukseli

Czym jest kołtun, i dlaczego my, Polacy, jesteśmy z niego tacy dumni (zwłaszcza w kontekście sprzeciwiania się związkom partnerskim i innym przejawom cywilizowanego traktowania mniejszości), a poza tym co nasz premier przywiózł ostatnio z Brukseli (i z czym to się zje) – komentuję, jak to w niedzielę, u Pawła Sulika w „Gimnastyce języka” w TOK FM:

Po co mamy państwo polskie?

Dziś kolejne trzy grosze o zdawaniu przez państwo egzaminu w kontekście Amber Gold – i w ogóle o zdawaniu przez nasze państwo jakichkolwiek egzaminów. Ostatni post poświęciłem temu, co nasze państwo (czyli w tym wypadku reprezentujący je KNF) robiło, by później zaprzyjaźnieni publicyści mogli powiedzieć, że egzamin zdało. Niewiele tego było, ale powtórzę tutaj: nawet gdyby KNF ostrzeżenia puszczał przed Wiadomościami i w przerwach meczów Euro, a prokuratura każdego osobnika z biznesową historią Marcina P. profilaktycznie wsadzała przy jakiejkolwiek próbie zarejestrowania spółki z o.o., naiwni i tak znaleźliby sposób, by się pozbyć pieniędzy. Choć przyznać trzeba, że może by się musieli nieco bardziej nad tym napracować.

Ale państwo, jego służby, policja, prokuratura i sądy, żadnego tego rodzaju egzaminu zdać nie próbowały. KNF mógł sobie po cichutku cośtam na Amber Gold skomleć, ale póki co nie jest on organem władnym zamknąć piramidę finansową lub jej szefa, a dla sędziów i prokuratorów, pochłoniętych zawiłościami sprawy mamy Madzi i narkotykowym biznesem psa Kory, wielokrotnie skazywany za oszustwa właściciel szemranej firmy nie był wystarczającym priorytetem. Głównie dlatego, że, jak teraz w przypływie szczerości wyznają, sprawa nie była wystarczająco medialna.

W efekcie dziś nawet wśród tzw. poważnych (czytaj: prorządowych) publicystów coraz więcej jest takich, którzy uważają, że coś jest na rzeczy, że nasze państwo egzaminu nie zdało. Być może dlatego, że wielu z nich ciągle wierzy, że państwo ma wobec obywateli pewne obowiązki, i że jednym z tych obowiązków jest dbanie o dobro własnych obywateli i ochrona zwykłych ludzi przed tymi, którzy mogą ich skrzywdzić, okraść lub oszukać. Ochrona, której wyrazem byłby np. nadzór nad instytucjami oferującymi usługi finansowe lub wsadzanie do więzień skazywanych prawomocnymi wyrokami oszustów-recydywistów.

Wiara ta, jak niemal każda wiara, jest idealistyczna i naiwna. Wystarczy szybka lektura pierwszej lepszej ustawy bądź obejrzenie 10 minut obrad Sejmu, by uświadomić sobie, że państwo polskie nie jest od tego by pilnować interesów obywateli czy chronić ich przed złodziejami czy oszustami – i nawet nie udaje, że jest. Oczywiście, od czasu do czasu policja złapie jakiegoś kieszonkowca lub małego dilera, jednak za prawdziwe afery i duże zorganizowane grupy przestępcze państwo na ogół zabiera się dopiero wtedy, gdy zaczynają zagrażać interesom rządzących lub tym, którym aktualnie rządzący siedzą w kieszeni. Czasami walka z jakimś złem zaczyna też opłacać się, kiedy jest większa afera medialna (i dzięki zdecydowanym krokom polityk może zarobić punkty u wyborców) lub gdy po prostu zbliżają się wybory. Tak czy owak, jeśli już zaczyna się działać, to nie po to, by zrobić dobrze zwykłym ludziom, tylko swoim. A jeśli zwykli ludzie tego nie rozumieją, ich problem.

Państwo polskie nie ma wobec swoich zwykłych obywateli żadnych obowiązków. I nie powinno to nikogo dziwić. Obowiązki można mieć wobec swego pracodawcy, właściciela lub suwerena, a w Polsce obywatele nie są dla państwa ani pierwszym, ani drugim, ani trzecim. Od czasów PRL (by nie rzec zaborów) obywatele są u nas co najwyżej własnością państwa – na tej samej zasadzie, na jakiej kury, kaczki i gęsi są własnością hodującego je rolnika. I na tej samej zasadzie, na której praszczur tego rolnika był własnością pana feudalnego.

Dość wspomnieć, że dziś obywatel nie może w Polsce dowolnie dysponować ani swoim ciałem, ani życiem, ani zdrowiem, zwłaszcza jeśli jego działanie może się skończyć dla „właściciela” stratą finansową. Dlatego np. państwo zakazuje narkotyków (zakłada się, że stosujący je obywatel może sam siebie uszkodzić, czyli zniszczyć własność państwa – a to już nie może być państwu obojętne). Z tych samych powodów obywatel nie może w Polsce legalnie i w asyście lekarzy popełnić samobójstwa, ba, nie może nawet (w przeciwieństwie do ponoć tak restrykcyjnego Iranu) sprzedać własnej nerki. Jedyne, co może, to uznać, że druga nerka nie będzie mu potrzebna, i nieodpłatnie zwrócić ją prawowitemu właścicielowi: państwowej służbie zdrowia.

Pojawia się tylko w tym wszystkim pytanie: kim lub czym tak właściwie jest państwo? Czy to jakiś abstrakt, konstrukt teoretyczny? A bynajmniej, toż trudno byłoby konstruktom posiadać własność. Za to określić, kim jest państwo, jest bardzo łatwo – wystarczy uświadomić sobie, kto tworzy jego struktury i czerpie bezpośrednie korzyści z jego istnienia.

Państwo to politycy, stojący za politykami oligarchowie oraz realizujący ich wolę urzędnicy. W tym sensie państwo jest jak spółka akcyjna – im więcej masz udziałów (wyżej stoisz na drabinie władzy i pieniądza), tym więcej masz do powiedzenia. Na szarym końcu hierarchii dziobania jest szary obywatel, którego o zdanie pyta się raz na cztery lata, dając mu tylko ograniczony wybór co do tego, której z kilku walczących o kontrolę nad państwem mafii polityczno-biznesowo-urzędniczych chce się dawać okradać przez następne lata.

Obywatele mają w Polsce multum obowiązków względem państwa (na czele z oddawaniem mu – w ramach PIT-ów, VAT-ów, akcyz i składek na ZUS – do 80 procent pieniędzy, którymi dysponują) i żadnych praw, poza tymi nielicznymi, które państwo wielkodusznie im przyznało lub jeszcze nie zdążyło ograniczyć. Te prawa może państwo, jeśli zechce, teoretycznie z dnia na dzień obywatelom zabrać. A wszystko w zgodzie z prawem, które państwo samo wcześniej uchwaliło.

Oczywiście, czasami obywatele nie godzą się na zbyt nagłe lub drastyczne ograniczenie swych praw (bądź zwiększenie wyzysku w formie podatków) i zaczynają masowo protestować. Niekiedy nawet, jak przy okazji próby wprowadzenia w Polsce ACTA, takie protesty są w stanie przekonać decydentów, że dla kilku milionów od wytwórni filmowych nie warto ryzykować stołków – i łączącego się z nimi dostępu do miliardów, które zdziera się z obywateli w podatkach. Przy okazji Amber Gold państwo jednak takich dylematów nie miało – klientów firmy od początku było kilka rzędów wielkości mniej, niż osób wymieniających w Polsce pliki w sieci.

Dlatego można powiedzieć, że w kontekście Amber Gold państwo zdało swój egzamin doskonale. Działania reprezentujących je instytucji – sądów, policji, prokuratury – pozwoliły firmie z Gdańska przetransferować dodatkowe pieniądze z kieszeni zwykłych obywateli do kieszeni polityków, dzieci polityków, biznesmenów stojących za politykami, zaprzyjaźnionych ludzi Kościoła i artystów kręcących filmy o politykach. I najlepsze w tym wszystkim: portfele mogły pęcznieć bez pi-arowskich kłopotów i kontrowersji, które towarzyszyłyby przepychaniu w Sejmie równie lukratywnego dla zainteresowanych nowego podatku!

Naprawdę, trudno wyobrazić sobie lepiej zdany egzamin.

Romka z Lęborka

Od dobrych kilku tygodni – ściśle mówiąc od bankructwa Amber Gold (choć podobne debaty mieliśmy już wcześniej) – politycy, publicyści i eksperci wszelakiej maści zawzięcie dyskutują, czy państwo polskie zdało w związku z całą sprawą egzamin, czy też go nie zdało. Ci, którzy twierdzą, że owszem, zdało, przypominają ostrzeżenia Komisji Nadzoru Finansowego. Niestety, żyjemy w kraju, w którym takie ostrzeganie przypomina walenie grochem o ścianę – większości ludzi przy dużych emocjach (a takie wiążą się z inwestowaniem dużych pieniędzy), wyłącza się myślenie, ba, nawet pamięć. Przykładem opisana w Głosie Pomorza historia lęborskiego biznesmena, który w ostatni czwartek okazyjnie (bo tylko za 70 tysięcy!) kupił od nieznajomych dam narodowości romskiej 2 kilogramy złota (w formie worka z obrączkami).

Romska babcia z „Czarny kot, biały kot” – czy te oczy mogą kłamać?

Rynkowa cena 2 kilogramów złotego kruszcu to, w zależności od próby, pomiędzy 200 a 360 tysięcy złotych. Wszystko wskazuje jednak na to, iż mężczyzna sądził, że Cyganki działają charytatywnie (albo że złoto kradzione). Niestety, obrączki okazały się być z tombaku (żółty stop miedzi z cynkiem), a nieszczere kontrahentki natychmiast po transakcji zapadły się pod ziemię. Biednemu inwestorowi nie pozostaje dziś nic innego, niż pójść w ślady ofiar Amber Gold i domagać się zwrotu zainwestowanych w szemrany biznes środków od Skarbu Państwa, który w porę nie ostrzegł go przed mówiącymi po rosyjsku Cygankami o złotych zębach.

Przez ostatni miesiąc wszystkie serwisy medialne w Polsce przeżywają w kółko aferę Amber Gold. Przy okazji, zdawałoby się, tłuką ludziom do głów, że nie należy być naraz chciwym i naiwnym, i dawać pieniędzy obcym, którzy obiecują złote góry. Jeżeli taki miesiąc nic nie zmienił w postępowaniu kolejnych „inwestorów”, nie oszukujmy się: nic z tego, co realnie mogło zrobić nasze państwo (konstytucja, niestety, zakazuje stawiania pod siedzibami parabanków wojska i policji oraz strzelania do tych którzy próbują tam zanieść swoje pieniądze) nie odstraszyłoby ludzi przez podarowaniem swoich pieniędzy Marcinowi P. i tym, co za nim stali. Podobnie jak wcześniej nic nie było (i do dziś nie jest!) w stanie odstraszyć inteligentnych podobno ludzi od ładowania pieniędzy w piramidy finansowe (bez względu na to, czy ich właściciele nazywają się Madoff, czy Grobelny), uzależnionych od hazardu od wchodzenia do kasyn, a pobożnych babć od wysyłania emerytur Ojcu Dyrektorowi.

Powiedzmy sobie szczerze: gdy naprawdę chcesz stracić pieniądze, zawsze dopniesz swego. A jeśli nie pomoże ci w tym wielokrotnie skazywany za oszustwa parabankier z Gdańska (bo go akurat posadzono na czas debat w Sejmie), zawsze pozostaje ci ksiądz z Torunia lub Romka z Lęborka.

Licencja na zarabianie

Media całego świata (w tym również polskie) od miesięcy lamentują nad losem biednych Hiszpanów, z których – jak wiadomo – już co czwarty nie ma pracy. Ba, poniżej 30-tki nawet co drugi – i to nie licząc dzieci, uczniów, studentów i młodych rencistów. Świat płacze, a tymczasem…

Hiszpańska filia agencji pośrednictwa pracy Manpower przebadała właśnie zapał tutejszych bezrobotnych do pracy. I wyszły rzeczy arcyciekawe…

Demotywator
Humor w kryzysie: „Jesteś bardziej bezużyteczny niż urząd pracy w Hiszpanii”

I tak w kraju z największym aktualnie bezrobociem w Unii Europejskiej, w kraju, którego klepiący biedę rząd w czerwcu przeszedł na utrzymanie jeszcze niezbakrutowanej resztki strefy euro (w budżecie Królestwa zabrakło wówczas 100 miliardów na „ratowanie” plajtujących banków; nie minęły trzy miesiące, a szykuje się kolejne żebranie w Brukseli, tym razem o 145 miliardów na płace dla urzędników niewypłacalnych regionów); otóż w tymże kraju niemal co trzeci bezrobotny (30 procent) chce pracować – ale tylko pod warunkiem, że mu zapłacą więcej niż 1000 euro. Dla ułatwienia: po aktualnym kursie euro to ok. 4200 zł. I żeby nie było nieporozumień: chodzi o kwotę na rękę.

Ale to nie wszystko. Niemal 2/3 (63 proc.) Hiszpanów zapewnia, że nie ruszyłoby palcem za pensję mniejszą niż 800 euro (3360 zł). Z kolei tylko co czwarty bezrobotny wydaje się na tyle zdesperowany swoją sytuacją, że byłby skłonny pracować za mniej niż 600 euro (2520 zł).

W Polsce – kraju ludzi pracujących niejednokrotnie i za równowartość 200-300 euro miesięcznie, takie wymagania finansowe osób pozostających bez pracy (często latami) pachną surrealizmem. I bynajmniej nie zmienia sytuacji uwzględnienie kosztów życia (poza knajpami i usługami, są dość podobne) czy mieszkania (za cenę kawalerki w Warszawie można dziś mieć willę z basenem w Maladze).

Pamiętajmy jednak, że Hiszpania to kraj, w którym zasiłek dla bezrobotnych wynosi 60-70 proc. ostatniej pensji i może być wypłacany człowiekowi nawet przez 2 lata od rozstania z poprzednim pracodawcą. Iść w takiej sytuacji do kolejnej pracy (w której przy trapiącym kraj kryzysie zarabiało by się może nawet o połowę mniej, niż ma się aktualnie zasiłku) byłoby z punktu widzenia bezrobotnego szczytem absurdu, dlatego niewielu garnie się do jakiejkolwiek roboty. Utrzymującym to podatnikom (czyli nielicznym pracującym, których jednak ostatnio ubywa w tempie 800 tys. rocznie) powoli przestaje wystarczać na to wszystko. Ale zawsze przecież jest ciocia Angela, która może zasponsorować Hiszpanom życie na bezrobociu na koszt własnych ziomków.

Statystyczny Niemiec może na tym zresztą jeszcze jakoś zarobi – za zasiłki poddani Juana Carlosa kupują w końcu produkty pochodzące z północy. Hiszpania wciąż może być potentatem w produkcji wina czy oliwy, jej przemysł (poza zipiącym jeszcze trochę Krajem Basków) już jednak praktycznie nie istnieje. Bo i komu by się tu opłacało cokolwiek produkować w sytuacji, gdy przeciętny Hiszpan chce za zrobienie czegokolwiek 3 razy więcej niż Polak, 5 razy więcej niż Bułgar czy Rumun, i z 10 razy więcej niż Birmańczyk. Ba, nawet call-center dla tutejszych można sobie równie dobrze ustawić w Ekwadorze lub Gwatemali – w końcu Opatrzność pobłogosławiła tradycyjnie katolicki naród przeszłością kolonialną i 22 znacznie biedniejszymi krajami, w których mówi się językiem Cervantesa.

Tak czy owak tragedia – najciekawsze jednak, że większość Hiszpanów albo nie dostrzega, albo dostrzec nie chce jej źródła. Na hiszpańskim odpowiedniku Wykopu, gdzie znalazłem informację o badaniu Manpower, nikt nie zwracał uwagi, jakim absurdem jest chęć utrzymania w coraz bardziej globalizującym (i integrującym) się świecie dysproporcji pomiędzy płacą Hiszpana, Polaka i Wietnamczyka. Dominowały za to komentarze w rodzaju:

¿y ese 30% no serán personas de cualificadas (titulo universitario, idiomas, experiencia) que entienden que su valor en el mercado es mucho mayor, y que trabajar en un puesto de ese tipo puede condicionar su vida laboral posterior?

W wolnym tłumaczeniu:

A te 30 proc. to aby nie osoby z kwalifikacjami (tytuł uniwersytecki, języki, doświadczenie), które wiedzą, że ich wartość na rynku [pracy] jest o wiele wyższa, i które zdają sobie sprawę, że praca na stanowisku tego typu [poniżej poziomu kwalifikacji] może warunkować ich przyszłe życie zawodowe.

Uwagi tego typu słyszy się czasami również w Polsce, pora więc odpowiedzieć na nie brutalnie: Jeśli masz kwalifikacje, których nikt w tym momencie nie potrzebuje (lub domagasz się za nie stawki, której nikt przy zdrowych zmysłach – względnie niespokrewniony z Tobą – ci nie zapłaci), to ustalmy: na rynku pracy masz wartość zbliżoną do zera. Być może cośtam umiesz robić (np. pisać ładnymi zdaniami), być może nauczenie tego zabrało ci pełne 5 lat (albo więcej). Niestety, jeżeli dwa miliony ludzi potrafi to samo, co ty, a tymczasem do pracy potrzeba najwyżej 2 000 takich osób, to jako potencjalny kandydat do pracy masz szansę tylko wówczas, gdy zgodzisz się pracować za darmo, albo gdy ktoś (np. podatnicy w ramach promowania przez państwo wyzysku naiwniaków w ramach tzw. staży) zapłaci twemu pracodawcy za to, że pracujesz. Alternatywą jest tylko tata w rządzie, wujek w PSL lub szybkie przekwalifikowanie się na zawód, w którym brak specjalistów (lub konkurencji). Jeśli twój wybór nie zostanie powielony przez tamte dwa miliony, a twoje nowe umiejętności okażą się wystarczająco rzadkie (oraz potrzebne) na rynku pracy, będziesz w końcu mógł/mogła dyktować warunki pracodawcom. Ale nie wcześniej.

Niewielu to jednak rozumie. Na szczęście nad Wisłą wciąż nieco więcej niż nad Ebro.